Siedm dyalogów zwierzęcych/III
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Siedm dyalogów zwierzęcych |
| Rozdział | Obiad się spóźnia |
| Wydawca | Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów |
| Data wyd. | 1911 |
| Druk | Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Kazimierz Woźnicki |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Chrapiesz?
Nie, to ty chrapiesz.
Nieprawda, ja tylko mruczę.
To wszystko jedno.
Bogu chwała, nie! (milczenie). Jestem głodny. Nie słychać, aby obok poruszano talerze. Czyż nie jest już godzina obiadowa?
Nie wiem; jestem głodny.
Gdzie jest Ona? Jak się to dzieje, że nie wisisz u Jej spódnicy?
Zdaje mi się, że Ona jest w ogrodzie; zbiera mirabele.
Żółte kulki, które padają na uszy? Wiem. Więc Ją widziałeś? Założyłbym się, że cię zbeształa... Cóżeś ty jeszcze zrobił?
Powiedziała mi, bym wracał do salonu, ponieważ... ponieważ ja także zjadałem mirabele.
Dobrze ci tak! Masz upodobania wstrętne, upodobania ludzkie.
Słuchaj, ja nie jadam zepsutej ryby.
Ale oblizujesz rzeczy bardziej jeszcze wstrętne.
Co naprzykład?
Rzeczy... na drodze... fe!
Rozumiem. To nazywa się: „brudasy“.
Chyba się mylisz?
Nie. Kiedy obwąchuję jeden, cudowny i okrągły, bez wad, Ona rzuca się na mnie z parasolką w ręku, i woła: „brudas“.
Czyż się nie wstydzisz?
Dlaczego? Te kwiatki na drodze podobają się memu subtelnemu nosowi, memu językowi łakomemu. Nie zrozumiem natomiast nigdy twej radosnej epilepsyi, kiedy widzisz zdechłe żaby, albo tę trawę, wiesz...
Kozłek?
Być może... Trawa — służy na przeczyszczenie.
Nie mam, jak ty, wyłącznie myśli ekskrementalnych... Kozłek... Nie, ty nie możesz tego zrozumieć... Widziałem Ją kiedy, po wypróżnieniu kieliszka tego cuchnącego i niebezpiecznie pieniącego się wina, śmiała się i szalała podobnie jak ja, kiedy widzę Kozłek... Zdechła żaba, zdechła do tego stopnia, że wydaje się suchym safianem w kształcie żaby, jest poduszeczką napuszczoną wonnościami tak rzadkiemi, iż chciałbym, aby niemi pachniało me futro...
Dobrze mówisz... Ale Ona cię łaje, i mówi, że później nieładnie pachniesz, a On utrzymuje to samo.
On i Ona są to tylko Dwie-Łapy, a ty ich naśladujesz biedna istoto i poniżasz się. Stajesz na tylnych łapach, nosisz płaszcz, kiedy deszcz pada, jesz — fe — mirabele i te duże gałki zielone, które gubią czasami nieżyczliwe drzewa, kiedy pod niemi przechodzę...
Jabłka?
Zapewne. Ona je zrywa, i ciska wzdłuż alei, krzycząc: „Jabłko, Toby, jabłko!“ A ty rzucasz się nieprzystojnie, niby waryat, z językiem wywieszonym, z oczami na wierzchu, że aż dech tracisz...
Każdy szuka przyjemności tam, gdzie ją znajduje.
Jestem głodny. Obiad z pewnością się opóźnia. Gdybyś tak poszedł po Nią.
Nie śmiem. Zabroniła mi, abym przychodził. Jest ona w głębi doliny z dużym koszem. Rosa opada, i moczy jej nogi, a słońce uchodzi. Ale wszak wiesz, jaką jest Ona; siada na mokrem, patrzy przed siebie tak, jakgdyby spała; albo też kładzie się na brzuchu, gwiżdże i przygląda się mrówce w trawie; czasami zrywa macierzankę, i wdycha ją; niekiedy woła na sikorę czy na sójkę, które zresztą nigdy nie przychodzą. Nosi konewkę ciężką, i rozlewa wodę tysiącami nici srebrnych i lodowatych, które sprawiają mi dreszcze, na róże, i do małych wyżłobionych koryt kamiennych w głębi lasu. Wtedy nachylam się, aby obaczyć zjawiającą się na me spotkanie głowę buldoga i aby pić obraz liści, ale Ona ciągnie mnie za obrożę i krzyczy: „Toby — to jest woda dla ptaków“. Otwiera nóż i wyłuskuje orzechy, pięćdziesiąt orzechów, sto orzechów, — i zapomina, która jest godzina. Niema temu końca.
A ty co zrobisz wtedy?
Ja... czekam.
Podziwiam Cię.
Czasami, siedząc w kuczki, zapamiętale drapie ziemię, męczy się, poci, a ja się ożywiam patrząc na Nią, i radując się robocie pożytecznej, tak dobrze mi znanej. Ale węch słaby zawodzi Ją: kopie fałszywe jamy, w których nie czuje ani kreta, ani myszy polnej z różowemi łapkami. Kto mi wytłomaczy błahość jej zamiarów? A oto siada nagle, rozmachując trawą o korzeniach włochatych, i krzyczy: „Mam ją, szelmę!“ Kładę się na mokrej ziemi i drżę. Albo też wysuwam nos, Ona mówi ryj, — aby rozeznać złożone zapachy... Czy też ty umiesz odróżnić choćby trzy, cztery zapachy pomieszane, splecione, zlane: zapach kreta, inny zająca, który przeszedł szybko, inny jeszcze ptaka, co usiadł...
Tak, potrafię. Mój nos wie wszystko. Jest mały, regularny, leży między dwoma oczami, delikatny na giemzowym szczycie nozdrzów; dotknięcie trawy, cień dymu, łachoczą go, aż do kichnięcia. Powiadasz, że nie używam go do rozróżnienia zbłąkanego kreta od... zająca. Ale mogę miesiącami całymi upajać nos mój — Ona mówi: „jego piękny nosek z wełnianego aksamitu“ — śladami kotki na bukszpanach... Mój nos jest cudowny. Nie ma dnia, odkąd oczy me są otwarte, aby mi nie powiedziano kilku rzeczy pochlebnych o moim nosie. Twój nos... jest truflą ziarnistą. A co za śmieszna ruchliwość nim rządzi! W chwili kiedy do ciebie mówię...
Jestem głodny. Nie słychać talerzy.
... twoja trufla przechadza się na twem obliczu, i stwarza jeszcze jedną zmarszczkę na twym pysku źle ociosanym.
Ona mówi tak czule: „jego pyszczek kwadratowy, jego trufla pomarszczona“.
A ty myślisz tylko o jedzeniu.
A twój żołądek pusty nie jest zadowolony, skarży się i pragnie się ze mną kłócić.
Mój żołądek jest wspaniały.
Ależ nie, wszak mówiłeś przedtem, że twój nos jest wspaniały.
Mój żołądek także. Nie ma żołądka bardziej łakomego, bardziej kapryśnego, bardziej odpornego i delikatnego jednocześnie. Trawi on ości rybie, resztki kurczęcia, ale mięso podejrzane szkodzi mu; to, co mówię, jest prawdą dosłowną.
Dosłowną w istocie. Twoja niestrawność jest bardzo niespokojna.
Tak, cały dom wzrusza się nią. Jednocześnie z pierwszemi oznakami nudności opanowuje mnie słabość wielka. Ziemia mięknie pod mymi krokami. Z roztwartemi oczami połykam obfitą i słoną ślinę, wychodzą ze mnie mimowolne okrzyki brzuchomówcy... Następnie boki poruszają się podobnie, a nawet bardziej jeszcze jak boki kotki, która rodzi, a następnie...
Jeżeli ci to nie sprawia różnicy, opowiesz mi resztę po obiedzie...
Jestem głodny. Gdzie jest On?
Tam, w swoim gabinecie, skrobie papier.
Tak jak zwykle. Jestto swego rodzaju zabawa. Dwie-Łapy bawią się tem samem bez końca. Próbowałem niejednokrotnie, tak samo jak on, cienko skrobać papier. Ale to przyjemność, która trwa niedługo; wolę dzienniki rozszarpane w liczne kawałki, które szeleszczą i fruwają. Zresztą na jego stole znajduje się garnuszek z wodą fioletową i bagnistą; wącham ją z obrzydzeniem, od czasu kiedy przez ciekawość, nierozważny, umaczałem w niej łapę; tę łapę, co widzisz, arystokratyczną i silną, posiadającą między palcami włosy bez użytku, które świadczą o czystości mej rasy; ta łapa posiadała przez ośm dni plamę niebieskawą, i jedynie powoli pozbyła się poniżającego zapachu ostrza stalowego, umoczonego w płynie kwaśnym...
Do czegoż to służy ten mały garnuszek?
On z niego pije zapewne.
Ona nie powraca. Oby nie zgubiła się tak, jak ja ongi na ulicach Paryża.
Jestem głodny.
Jestem głodny. Cóż to będziemy jedli dzisiaj wieczorem.
Widziałem kurczę. Krzyczało nierozumnie i krwawiło na czerwono w kuchni. Podłoga była zawalana gorzej niż od siusiu kociego, psiego nawet, a przecież nikt go nie bił. Ale Emilia włożyła kurczę do ognia, aby je nauczyć. Oblizałem trochę krwi.
Kurczę... Wargi me drżą i ślinią się. Ona powie: „Oto kostki, oto kostki!“ i rzuci mi kość z piersi...
Jakżeż źle wyrażasz się! On mówi: „Oto małe kostki, oto ostki!“
Ależ... nie, zapewniam cię, że dobrze: „Oto kostki“ mówi Ona...
On mówi lepiej od Niej.
A?... Powiedz mi, czy ptaki mają smak kurczęcia?
Nie... Mają lepszy smak... bo żyją. Odczuwa się, że wszystko trzeszczy pod zębami, a ptak drży, i pióra są ciepłe, i móżdżek wyśmienity...
O! jesteś wstrętny! wszystkie małe zwierzęta, kiedy poruszają się, niepokoją mnie; zresztą ptaki są tak łagodne...
Nie wierz temu, są jedynie łagodne do jedzenia. Wogóle — to istoty hałaśliwe, zarozumiałe, dziwne i nadające się tylko na produkty spożywcze. Wszak znasz obiedwie sójki?
Niezbyt dobrze.
Dwie sójki, które żyją w małym lesie... śmieją się one, krzyczą szyderczo, kiedy przechadzam się, ponieważ noszę dzwonek na szyi. Chociaż spokojnie trzymam głowę i ostrożnie stawiam łapy, dzwonek dzwoni, a te dwa stworzenia uciekają zaraz na sam wierzch sosny. Niechbym je złapał kiedyś!...
Doprawdy, bywają chwile w których cię nie poznaję. Rozmawiamy spokojnie, a ty nagle najeżasz się jak szczotka do mycia butelek. Bawimy się grzecznie, dla śmiechu szczekam z tyłu za tobą, a ty, nagle, niewiadomo dla czego, być może ponieważ nos mój dotknął twego runa, które wzdyma się niby spodnie żuawa, stajesz się dzikiem zwierzęciem, plującem i dmuchającem ogniem, napadającem na mnie, jak pies nieznajomy! Czyż nie można tego nazwać złym charakterem?
Nie. Charakterem tylko. Charakterem kocim. W takich chwilach podniecenia odczuwam — nie ulega to wątpliwości — poniżające stanowisko, jakie zajmujemy ja i ci wszyscy, co do mojej należą rasy. Przypominają mi się czasy, w których księża w długich dalmatykach lnianych przemawiali do nas schyleni i nieśmiali, starali się rozumieć nasze śpiewne wyrazy. Wiedz, psie, żeśmy się nie zmienili! Być może, iż są dni, w których bardziej jestem podobny do siebie, kiedy wszystko mnie oburza, ruch gwałtowny, śmiech ordynarny, hałas drzwi, twój zapach, niezrozumiała śmiałość jaką masz, aby mnie dotykać, osaczać mnie skokami okrężnymi...
On ma kryzys.
Czy słyszałeś?
Tak. Drzwi od kuchni. A teraz drzwi stołowego pokoju. Szuflada z łyżkami... Nareszcie, nareszcie, a! (ziewa). Już nie mogę dłużej. Ale gdzież jest ona? Żwir nie krzyczy; noc nadejdzie wkrótce.
Idź po nią.
A On? Zazwyczaj niepokoi się, i pyta: „Gdzie jest Ona?“ Skrobie papier. Musiał chyba wypić całą wodę fioletową z małego błotnistego garnuszka (wyciąga starannie łapy, poczynając od przednich). A! czuję, że jestem ożywiony i na czczo! Nareszcie będziemy jedli. Odetchnij pachnącym dymem który wślizguje się pode drzwiami! Bawmy się!
Ani myślę.
Biegnij, będę cię gonił, nie dotykając cię.
Nie.
Dla czego?
Nie mam ochoty.
O! jakiś ty nudny! Patrz: oto skaczę jak mały koń, staram się schwytać mój ogon obcięty, kręcę się, kręcę się... Boże! pokój wiruje... Nie, już koniec.
Co za nieznośna istota!
Ty sam jesteś nieznośny. Miej się na baczności: będę cię atakował tak, jak ona to czyni, kiedy jest wesoła i kiedy krzyczy: „Ha Kocie!“
Jeśli ośmielisz się!...
Tak ośmielę się! Ham! Ham! Ha, Kocie, ha, Kocie.
Do stu piorunów! Cóż to znowu? Ta nieszczęsna menażerya wszystko pozrzucała. Gdzie jest Pani? Co za nieszczęście! Nigdy nie można na czas zjeść obiadu... (etc. etc.)
Dwaj winowajcy, którzy znają niewinność podobnych przekleństw, spłaszczeni jak dwa pantofle, siedzą cicho, patrzą na siebie i uśmiechają się poprzez frendzle fotelu. Drzwi od ogrodu otwierają się.
Wchodzi Ona z pełnym koszem mirabel, z rękami umazanemi ich cukrem, z włosami opadniętymi na oczy, przestraszona spustoszeniem, jakie spostrzega.
O! pewnie się biły ze sobą! Boże, co za podłe zwierzęta! (niezbyt stanowczo). Oddam je, sprzedam, zabiję...
Mrrr... mrrr... oto jesteś... bardzo już późno... Toby napadł na mnie... To on wszystko potłukł... przypuszczam, że głód wprowadził go w szał. Ładnie pachniesz trawą i zmrokiem. Siedziałaś na macierzance. Chodź... Powiedz twemu Panu, Jemu, aby na swem ramieniu zaniósł mnie do mięsa, które już będzie przesmażone. Rozkrajesz kurczę bardzo szybko, nieprawdaż? Zachowasz dla mnie skórkę wysmażoną? Jeżeli pozwolisz, wyciągnę do półmiska łapę, niby łyżkę, która potrafi zebrać najdrobniejsze kawałki i zanieść je do mych ust gestem ludzkim, wywołującym śmiech u was, u Ciebie i u Niego. Chodź!
Uiii... Uiii... Oto jesteś! Nareszcie, nareszcie! Tak się nudzę bez Ciebie! Skazałaś mnie na wygnanie, już mnie nie kochasz.... Lampa spadła sama. Chodź... Bardzo jestem głodny. Ale zgodziłbym się chętnie nic nie jeść, gdybyś zechciała zabierać mnie ze sobą zawsze, wszędzie, nawet o zmroku, który sprowadza na mnie smutek; szczęśliwy, będę szedł za tobą, niosąc mój nos gorący na wysokości twej krótkiej sukni.
Patrz, jakie one są piękne!