Przejdź do zawartości

Siedm dyalogów zwierzęcych/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Colette
Tytuł Siedm dyalogów zwierzęcych
Rozdział Obiad się spóźnia
Wydawca Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów
Data wyd. 1911
Druk Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Kazimierz Woźnicki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
OBIAD SIĘ SPÓŹNIA.
Salon na wsi. Koniec dnia letniego. Kiki-Łagodny i Toby-Pies, śpią snem lekkim, z uszami niespokojnemi, z powiekami uporczywie zamkniętemi. Kiki-Łagodny otwiera oczy prawie poziome, barwy winogron, i ziewa pyskiem okrutnym małego smoka.


KIKI-ŁAGODNY, wyniośle.

Chrapiesz?

TOBY-PIES, który nie spał na prawdę.

Nie, to ty chrapiesz.

KIKI-ŁAGODNY.

Nieprawda, ja tylko mruczę.

TOBY-PIES.

To wszystko jedno.

KIKI-ŁAGODNY, nieuznający dyskusyi.

Bogu chwała, nie! (milczenie). Jestem głodny. Nie słychać, aby obok poruszano talerze. Czyż nie jest już godzina obiadowa?

TOBY-PIES, podnosi się, przeciąga długo przednie łapy, wystawiając łokcie na zewnątrz; ziewa i wywiesza długi język heraldyczny, zmarszczony na końcu.

Nie wiem; jestem głodny.

KIKI-ŁAGODNY.

Gdzie jest Ona? Jak się to dzieje, że nie wisisz u Jej spódnicy?

TOBY-PIES, zakłopotany, obgryzając zlekka pazury.

Zdaje mi się, że Ona jest w ogrodzie; zbiera mirabele.

KIKI-ŁAGODNY.

Żółte kulki, które padają na uszy? Wiem. Więc Ją widziałeś? Założyłbym się, że cię zbeształa... Cóżeś ty jeszcze zrobił?

TOBY-PIES, zmieszany, odwraca swe oblicze zawstydzone, podobne do sympatycznej ropuchy.

Powiedziała mi, bym wracał do salonu, ponieważ... ponieważ ja także zjadałem mirabele.

KIKI-ŁAGODNY.

Dobrze ci tak! Masz upodobania wstrętne, upodobania ludzkie.

TOBY-PIES, urażony.

Słuchaj, ja nie jadam zepsutej ryby.

KIKI-ŁAGODNY.

Ale oblizujesz rzeczy bardziej jeszcze wstrętne.

TOBY-PIES.

Co naprzykład?

KIKI-ŁAGODNY.

Rzeczy... na drodze... fe!

TOBY-PIES.

Rozumiem. To nazywa się: „brudasy“.

KIKI-ŁAGODNY.

Chyba się mylisz?

TOBY-PIES.

Nie. Kiedy obwąchuję jeden, cudowny i okrągły, bez wad, Ona rzuca się na mnie z parasolką w ręku, i woła: „brudas“.

KIKI-ŁAGODNY.

Czyż się nie wstydzisz?

TOBY-PIES.

Dlaczego? Te kwiatki na drodze podobają się memu subtelnemu nosowi, memu językowi łakomemu. Nie zrozumiem natomiast nigdy twej radosnej epilepsyi, kiedy widzisz zdechłe żaby, albo tę trawę, wiesz...

KIKI-ŁAGODNY.

Kozłek?

TOBY-PIES.

Być może... Trawa — służy na przeczyszczenie.

KIKI-ŁAGODNY.

Nie mam, jak ty, wyłącznie myśli ekskrementalnych... Kozłek... Nie, ty nie możesz tego zrozumieć... Widziałem Ją kiedy, po wypróżnieniu kieliszka tego cuchnącego i niebezpiecznie pieniącego się wina, śmiała się i szalała podobnie jak ja, kiedy widzę Kozłek... Zdechła żaba, zdechła do tego stopnia, że wydaje się suchym safianem w kształcie żaby, jest poduszeczką napuszczoną wonnościami tak rzadkiemi, iż chciałbym, aby niemi pachniało me futro...

TOBY-PIES.

Dobrze mówisz... Ale Ona cię łaje, i mówi, że później nieładnie pachniesz, a On utrzymuje to samo.

KIKI-ŁAGODNY.

On i Ona są to tylko Dwie-Łapy, a ty ich naśladujesz biedna istoto i poniżasz się. Stajesz na tylnych łapach, nosisz płaszcz, kiedy deszcz pada, jesz — fe — mirabele i te duże gałki zielone, które gubią czasami nieżyczliwe drzewa, kiedy pod niemi przechodzę...

TOBY-PIES.

Jabłka?

KIKI-ŁAGODNY.

Zapewne. Ona je zrywa, i ciska wzdłuż alei, krzycząc: „Jabłko, Toby, jabłko!“ A ty rzucasz się nieprzystojnie, niby waryat, z językiem wywieszonym, z oczami na wierzchu, że aż dech tracisz...

TOBY-PIES, zmarszczony, z pyskiem na łapach.

Każdy szuka przyjemności tam, gdzie ją znajduje.

KIKI-ŁAGODNY, ziewając, pokazuje swe zęby niby szpilki, i różowy a suchy aksamit podniebienia.

Jestem głodny. Obiad z pewnością się opóźnia. Gdybyś tak poszedł po Nią.

TOBY-PIES.

Nie śmiem. Zabroniła mi, abym przychodził. Jest ona w głębi doliny z dużym koszem. Rosa opada, i moczy jej nogi, a słońce uchodzi. Ale wszak wiesz, jaką jest Ona; siada na mokrem, patrzy przed siebie tak, jakgdyby spała; albo też kładzie się na brzuchu, gwiżdże i przygląda się mrówce w trawie; czasami zrywa macierzankę, i wdycha ją; niekiedy woła na sikorę czy na sójkę, które zresztą nigdy nie przychodzą. Nosi konewkę ciężką, i rozlewa wodę tysiącami nici srebrnych i lodowatych, które sprawiają mi dreszcze, na róże, i do małych wyżłobionych koryt kamiennych w głębi lasu. Wtedy nachylam się, aby obaczyć zjawiającą się na me spotkanie głowę buldoga i aby pić obraz liści, ale Ona ciągnie mnie za obrożę i krzyczy: „Toby — to jest woda dla ptaków“. Otwiera nóż i wyłuskuje orzechy, pięćdziesiąt orzechów, sto orzechów, — i zapomina, która jest godzina. Niema temu końca.

KIKI-ŁAGODNY, przebiegle.

A ty co zrobisz wtedy?

TOBY-PIES.

Ja... czekam.

KIKI-ŁAGODNY.

Podziwiam Cię.

TOBY-PIES.

Czasami, siedząc w kuczki, zapamiętale drapie ziemię, męczy się, poci, a ja się ożywiam patrząc na Nią, i radując się robocie pożytecznej, tak dobrze mi znanej. Ale węch słaby zawodzi Ją: kopie fałszywe jamy, w których nie czuje ani kreta, ani myszy polnej z różowemi łapkami. Kto mi wytłomaczy błahość jej zamiarów? A oto siada nagle, rozmachując trawą o korzeniach włochatych, i krzyczy: „Mam ją, szelmę!“ Kładę się na mokrej ziemi i drżę. Albo też wysuwam nos, Ona mówi ryj, — aby rozeznać złożone zapachy... Czy też ty umiesz odróżnić choćby trzy, cztery zapachy pomieszane, splecione, zlane: zapach kreta, inny zająca, który przeszedł szybko, inny jeszcze ptaka, co usiadł...

KIKI-ŁAGODNY.

Tak, potrafię. Mój nos wie wszystko. Jest mały, regularny, leży między dwoma oczami, delikatny na giemzowym szczycie nozdrzów; dotknięcie trawy, cień dymu, łachoczą go, aż do kichnięcia. Powiadasz, że nie używam go do rozróżnienia zbłąkanego kreta od... zająca. Ale mogę miesiącami całymi upajać nos mój — Ona mówi: „jego piękny nosek z wełnianego aksamitu“ — śladami kotki na bukszpanach... Mój nos jest cudowny. Nie ma dnia, odkąd oczy me są otwarte, aby mi nie powiedziano kilku rzeczy pochlebnych o moim nosie. Twój nos... jest truflą ziarnistą. A co za śmieszna ruchliwość nim rządzi! W chwili kiedy do ciebie mówię...

TOBY-PIES.

Jestem głodny. Nie słychać talerzy.

KIKI-ŁAGODNY.

... twoja trufla przechadza się na twem obliczu, i stwarza jeszcze jedną zmarszczkę na twym pysku źle ociosanym.

TOBY-PIES.

Ona mówi tak czule: „jego pyszczek kwadratowy, jego trufla pomarszczona“.

KIKI-ŁAGODNY.

A ty myślisz tylko o jedzeniu.

TOBY-PIES.

A twój żołądek pusty nie jest zadowolony, skarży się i pragnie się ze mną kłócić.

KIKI-ŁAGODNY.

Mój żołądek jest wspaniały.

TOBY-PIES.

Ależ nie, wszak mówiłeś przedtem, że twój nos jest wspaniały.

KIKI-ŁAGODNY.

Mój żołądek także. Nie ma żołądka bardziej łakomego, bardziej kapryśnego, bardziej odpornego i delikatnego jednocześnie. Trawi on ości rybie, resztki kurczęcia, ale mięso podejrzane szkodzi mu; to, co mówię, jest prawdą dosłowną.

TOBY-PIES.

Dosłowną w istocie. Twoja niestrawność jest bardzo niespokojna.

KIKI-ŁAGODNY.

Tak, cały dom wzrusza się nią. Jednocześnie z pierwszemi oznakami nudności opanowuje mnie słabość wielka. Ziemia mięknie pod mymi krokami. Z roztwartemi oczami połykam obfitą i słoną ślinę, wychodzą ze mnie mimowolne okrzyki brzuchomówcy... Następnie boki poruszają się podobnie, a nawet bardziej jeszcze jak boki kotki, która rodzi, a następnie...

TOBY-PIES, z obrzydzeniem.

Jeżeli ci to nie sprawia różnicy, opowiesz mi resztę po obiedzie...

KIKI-ŁAGODNY.

Jestem głodny. Gdzie jest On?

TOBY-PIES.

Tam, w swoim gabinecie, skrobie papier.

KIKI-ŁAGODNY.

Tak jak zwykle. Jestto swego rodzaju zabawa. Dwie-Łapy bawią się tem samem bez końca. Próbowałem niejednokrotnie, tak samo jak on, cienko skrobać papier. Ale to przyjemność, która trwa niedługo; wolę dzienniki rozszarpane w liczne kawałki, które szeleszczą i fruwają. Zresztą na jego stole znajduje się garnuszek z wodą fioletową i bagnistą; wącham ją z obrzydzeniem, od czasu kiedy przez ciekawość, nierozważny, umaczałem w niej łapę; tę łapę, co widzisz, arystokratyczną i silną, posiadającą między palcami włosy bez użytku, które świadczą o czystości mej rasy; ta łapa posiadała przez ośm dni plamę niebieskawą, i jedynie powoli pozbyła się poniżającego zapachu ostrza stalowego, umoczonego w płynie kwaśnym...

TOBY-PIES.

Do czegoż to służy ten mały garnuszek?

KIKI-ŁAGODNY.

On z niego pije zapewne.

Milczenie.
TOBY-PIES.

Ona nie powraca. Oby nie zgubiła się tak, jak ja ongi na ulicach Paryża.

KIKI-ŁAGODNY.

Jestem głodny.

TOBY-PIES.

Jestem głodny. Cóż to będziemy jedli dzisiaj wieczorem.

KIKI-ŁAGODNY.

Widziałem kurczę. Krzyczało nierozumnie i krwawiło na czerwono w kuchni. Podłoga była zawalana gorzej niż od siusiu kociego, psiego nawet, a przecież nikt go nie bił. Ale Emilia włożyła kurczę do ognia, aby je nauczyć. Oblizałem trochę krwi.

TOBY-PIES, ziewając.

Kurczę... Wargi me drżą i ślinią się. Ona powie: „Oto kostki, oto kostki!“ i rzuci mi kość z piersi...

KIKI-ŁAGODNY.

Jakżeż źle wyrażasz się! On mówi: „Oto małe kostki, oto ostki!“

TOBY-PIES, zdziwiony.

Ależ... nie, zapewniam cię, że dobrze: „Oto kostki“ mówi Ona...

KIKI-ŁAGODNY.

On mówi lepiej od Niej.

TOBY-PIES, bez kompetencyi.

A?... Powiedz mi, czy ptaki mają smak kurczęcia?

KIKI-ŁAGODNY, którego oczy błękitnieją nagle i błyszczą.

Nie... Mają lepszy smak... bo żyją. Odczuwa się, że wszystko trzeszczy pod zębami, a ptak drży, i pióra są ciepłe, i móżdżek wyśmienity...

TOBY-PIES.

O! jesteś wstrętny! wszystkie małe zwierzęta, kiedy poruszają się, niepokoją mnie; zresztą ptaki są tak łagodne...

KIKI-ŁAGODNY, sucho.

Nie wierz temu, są jedynie łagodne do jedzenia. Wogóle — to istoty hałaśliwe, zarozumiałe, dziwne i nadające się tylko na produkty spożywcze. Wszak znasz obiedwie sójki?

TOBY-PIES.

Niezbyt dobrze.

KIKI-ŁAGODNY.

Dwie sójki, które żyją w małym lesie... śmieją się one, krzyczą szyderczo, kiedy przechadzam się, ponieważ noszę dzwonek na szyi. Chociaż spokojnie trzymam głowę i ostrożnie stawiam łapy, dzwonek dzwoni, a te dwa stworzenia uciekają zaraz na sam wierzch sosny. Niechbym je złapał kiedyś!...

Pochyla uszy, i wznosi sierść na grzbiecie, stając się podobnym do rybiej ości.
TOBY-PIES, zamyślony.

Doprawdy, bywają chwile w których cię nie poznaję. Rozmawiamy spokojnie, a ty nagle najeżasz się jak szczotka do mycia butelek. Bawimy się grzecznie, dla śmiechu szczekam z tyłu za tobą, a ty, nagle, niewiadomo dla czego, być może ponieważ nos mój dotknął twego runa, które wzdyma się niby spodnie żuawa, stajesz się dzikiem zwierzęciem, plującem i dmuchającem ogniem, napadającem na mnie, jak pies nieznajomy! Czyż nie można tego nazwać złym charakterem?

KIKI-ŁAGODNY, tajemniczo, z oczami prawie zamkniętemi.

Nie. Charakterem tylko. Charakterem kocim. W takich chwilach podniecenia odczuwam — nie ulega to wątpliwości — poniżające stanowisko, jakie zajmujemy ja i ci wszyscy, co do mojej należą rasy. Przypominają mi się czasy, w których księża w długich dalmatykach lnianych przemawiali do nas schyleni i nieśmiali, starali się rozumieć nasze śpiewne wyrazy. Wiedz, psie, żeśmy się nie zmienili! Być może, iż są dni, w których bardziej jestem podobny do siebie, kiedy wszystko mnie oburza, ruch gwałtowny, śmiech ordynarny, hałas drzwi, twój zapach, niezrozumiała śmiałość jaką masz, aby mnie dotykać, osaczać mnie skokami okrężnymi...

TOBY-PIES, cierpliwy, na bok.

On ma kryzys.

KIKI-ŁAGODNY, drgając.

Czy słyszałeś?

TOBY-PIES.

Tak. Drzwi od kuchni. A teraz drzwi stołowego pokoju. Szuflada z łyżkami... Nareszcie, nareszcie, a! (ziewa). Już nie mogę dłużej. Ale gdzież jest ona? Żwir nie krzyczy; noc nadejdzie wkrótce.

KIKI-ŁAGODNY, z ironią.

Idź po nią.

TOBY-PIES.

A On? Zazwyczaj niepokoi się, i pyta: „Gdzie jest Ona?“ Skrobie papier. Musiał chyba wypić całą wodę fioletową z małego błotnistego garnuszka (wyciąga starannie łapy, poczynając od przednich). A! czuję, że jestem ożywiony i na czczo! Nareszcie będziemy jedli. Odetchnij pachnącym dymem który wślizguje się pode drzwiami! Bawmy się!

KIKI-ŁAGODNY.

Ani myślę.

TOBY-PIES.

Biegnij, będę cię gonił, nie dotykając cię.

KIKI-ŁAGODNY.

Nie.

TOBY-PIES.

Dla czego?

KIKI-ŁAGODNY.

Nie mam ochoty.

TOBY-PIES.

O! jakiś ty nudny! Patrz: oto skaczę jak mały koń, staram się schwytać mój ogon obcięty, kręcę się, kręcę się... Boże! pokój wiruje... Nie, już koniec.

KIKI-ŁAGODNY.

Co za nieznośna istota!

TOBY-PIES.

Ty sam jesteś nieznośny. Miej się na baczności: będę cię atakował tak, jak ona to czyni, kiedy jest wesoła i kiedy krzyczy: „Ha Kocie!“

KIKI-ŁAGODNY, nie podnosząc się jeszcze, wysuwa na spotkanie Toby’ego łapę z pazurami, z różowemi i czarnemi łatami, podobną do kolącego kwiatu.

Jeśli ośmielisz się!...

TOBY-PIES, szalony.

Tak ośmielę się! Ham! Ham! Ha, Kocie, ha, Kocie.

Kiki-Łagodny, zrozpaczony, rzuca się i pluje, zawiesza się na serwecie pokrywającej stół. Serweta zsuwa się powoli, a z nią razem lampa i drobiazgi. Cisza. Pies i kot, spłaszczone, pod fotelem, oczekują na karę...
ON, zjawia się na progu swego gabinetu, z piórem w ustach, niby z wędzidłem.

Do stu piorunów! Cóż to znowu? Ta nieszczęsna menażerya wszystko pozrzucała. Gdzie jest Pani? Co za nieszczęście! Nigdy nie można na czas zjeść obiadu... (etc. etc.)

Dwaj winowajcy, którzy znają niewinność podobnych przekleństw, spłaszczeni jak dwa pantofle, siedzą cicho, patrzą na siebie i uśmiechają się poprzez frendzle fotelu. Drzwi od ogrodu otwierają się.
Wchodzi Ona z pełnym koszem mirabel, z rękami umazanemi ich cukrem, z włosami opadniętymi na oczy, przestraszona spustoszeniem, jakie spostrzega.

ONA.

O! pewnie się biły ze sobą! Boże, co za podłe zwierzęta! (niezbyt stanowczo). Oddam je, sprzedam, zabiję...

Ale pies i kot, czołgając się na brzuchach, z pokorą przesadzoną, zbliżają się ku niej, i mówią jednocześnie.
KIKI-ŁAGODNY.

Mrrr... mrrr... oto jesteś... bardzo już późno... Toby napadł na mnie... To on wszystko potłukł... przypuszczam, że głód wprowadził go w szał. Ładnie pachniesz trawą i zmrokiem. Siedziałaś na macierzance. Chodź... Powiedz twemu Panu, Jemu, aby na swem ramieniu zaniósł mnie do mięsa, które już będzie przesmażone. Rozkrajesz kurczę bardzo szybko, nieprawdaż? Zachowasz dla mnie skórkę wysmażoną? Jeżeli pozwolisz, wyciągnę do półmiska łapę, niby łyżkę, która potrafi zebrać najdrobniejsze kawałki i zanieść je do mych ust gestem ludzkim, wywołującym śmiech u was, u Ciebie i u Niego. Chodź!

TOBY-PIES.

Uiii... Uiii... Oto jesteś! Nareszcie, nareszcie! Tak się nudzę bez Ciebie! Skazałaś mnie na wygnanie, już mnie nie kochasz.... Lampa spadła sama. Chodź... Bardzo jestem głodny. Ale zgodziłbym się chętnie nic nie jeść, gdybyś zechciała zabierać mnie ze sobą zawsze, wszędzie, nawet o zmroku, który sprowadza na mnie smutek; szczęśliwy, będę szedł za tobą, niosąc mój nos gorący na wysokości twej krótkiej sukni.

ONA, rozbrojona, zresztą obojętna na to, co się stało.

Patrz, jakie one są piękne!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Colette i tłumacza: Kazimierz Woźnicki.