Przejdź do zawartości

Siedm dyalogów zwierzęcych/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Colette
Tytuł Siedm dyalogów zwierzęcych
Rozdział Podróż
Wydawca Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów
Data wyd. 1911
Druk Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Kazimierz Woźnicki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
PODRÓŻ.
W przedziale pierwszej klasy Kiki-Łagodny, Toby-Pies, On i Ona zajęli miejsca. Pociąg pędzi ku dalekim górom, ku wolnemu latu. Toby-Pies, na smyczy, podnosi ku szybie nos zakłopotany. Kiki-Łagodny, niewidzialny, w koszu zamknięty, pod bezpośrednią opieką Jego, milczy. On usłał wagon dziesiątkami rozpostartych dzienników. Ona marzy z głową opartą o sukno zakurzone, a myśl jej biegnie na spotkanie umiłowanej nadewszystko góry, która dźwiga dom niski, ukryty wśród winnicy i jaśminów...


TOBY-PIES.

Jakżeż ten wóz szybko toczy się. Chyba to inny stangret niż zwykle. Nie widziałem koni, ale pachną one brzydko, i wydzielają dym czarny. Czy niedługo staniemy na miejscu, o Ty, która marzysz milcząca, i nie patrzysz na mnie?

Niema odpowiedzi. Toby-Pies niespokojny gwiżdże nozdrzami.
ONA.

Cyt!

TOBY-PIES.

Nic prawie nie powiedziałem. Czy niedługo dojedziemy?

Zwraca się do Niego, który czyta, i, dyskretnie, kładzie łapę na Jego kolanie.
ON.

Cyt!

TOBY-PIES, zrezygnowany.

Nie mam powodzenia. Nikt nie chce ze mną rozmawiać. Nudzę się trochę, a przytem nie znam tego wozu. Jestem zmęczony. Obudzono mnie wcześnie, i bawiłem się, biegając po całym domu. Pochowano fotele pod pokrowcami, pokryto lampy, zwinięto dywany; wszystko było białe, zmienione, drażniące przykrym zapachem kamfory. Kichałem pod każdym fotelem, z oczami pełnemi łez, ślizgałem się po nagiej posadzce, spiesząc się i biegając za białymi fartuchami służących. Gdyż one uwijały się do koła kufrów, porozstawianych wszędzie, z gorliwością nadzwyczajną, która wystarczała, aby mnie uprzedzić o zdarzeniu niezwykłem.... W ostatniej chwili, w chwili właśnie, kiedy Ona, rozgrzana pospiesznymi ruchami, krzyczała: „Obroża Toby’ego! A gdzie jest kosz dla kota, szybko, kot do kosza!...“, w chwili właśnie kiedy to mówiła, mój towarzysz znikł. Było to coś nie do opisania. On, przerażający, klął piorunami i Bogiem, i uderzał laską o podłogę, że pozwolono uciec Jego Kiki. Ona wołała „Kiki“ bądź głosem błagalnym, bądź z pogróżką, a dwie służące przynosiły zwodnicze talerze puste i żółty papier, niby od rzeźnika.... Wierzyłem święcie, że mój towarzysz, kot, opuścił ten świat! Nagle ukazał się oczom wszystkich, siedzący na samym wierzchu szafy bibliotecznej i przyglądający się nam z pogardą swem spojrzeniem zielonem. Ona podniosła ramiona: „Kiki zejdź natychmiast! sprawisz, że spóźnimy się na pociąg!“ Ale Kiki nie schodził, a ja dostałem zawrotu głowy, siedząc na ziemi, i widząc, że kot siedzi tak wysoko, że drepce w miejscu, kręci się i miauczy złośliwie, aby wyrazić niemożność usłuchania. On, przerażony, mówił: „Mój Boże, jeszcze spadnie!“ Ale Ona uśmiechnęła się sceptycznie, wyszła z pokoju, i powróciła z batem w ręku... Bat mówi: „Pęk!“ dwa razy tylko i cudem, sądzę, Kot zeskoczył na podłogę, bardziej lekko, bardziej elastycznie niż piłka, którą się bawimy. Ja, spadając, byłbym się złamał niezawodnie.
Od tej chwili siedzi on w tym koszu... (Zbliża się do kosza). W koszu mały otwór... Widzę go... Końce wąsów podobne do igieł białych... O! co za oko! Cofnijmy się... Boję się trochę... Kot nigdy nie jest zupełnie uwięziony... Musi cierpieć... Być może, zwracając się doń łagodnie... (woła go z kurtuazyą) Kocie!

KIKI-ŁAGODNY.

Pfff!...

TOBY-PIES, cofając się.

O! Powiedziałeś brzydkie słowo. Twe oblicze jest straszne. Czy cię co boli?

KIKI-ŁAGODNY.

Idź precz. Jestem męczennikiem... Odejdź, mówię, gdyż dmuchnę na ciebie ogniem!

TOBY-PIES, skromnie.

Dla czego?

KIKI-ŁAGODNY.

Ponieważ jesteś na wolności, ponieważ ja siedzę w tym koszu, ponieważ kosz stoi we wstrętnym wozie, który mnie trzęsie, ponieważ spokój Ich doprowadza mnie do rozpaczy.

TOBY-PIES.

Czy chcesz, abym spojrzał, co dzieje się na dworze, i opowiedział ci, co widać przez portyerę wagonu?

KIKI-ŁAGODNY.

Wszystko dla mnie jest jednakowo wstrętne.

TOBY-PIES, przyjrzawszy się, wraca.

Niczegom nie widział.

KIKI-ŁAGODNY.

Mimo to dziękuję.

TOBY-PIES.

Nic nie widziałem takiego, coby łatwo można było opisać. Rzeczy zielone, przesuwające się w przeciwnym niż my kierunku, tak blisko i tak szybko, że dostaje się jakby uderzenie w oczy. Pole płaskie, które kręci się, i mała dzwonnica spiczasta, która biegnie równie szybko, jak wóz... Inne pole, pokryte kwitnącą inkarnatką, uderzyło mnie w oczy, niby czerwony policzek... Ziemia zapada się, — albo też my wznosimy się, nie wiem właściwie... Widzę, w dole, bardzo daleko, zielone trawniki, pokryte białymi astrami — są to może krowy...

KIKI-ŁAGODNY, z goryczą.

Albo opłatki do listów, — albo może co innego.

TOBY-PIES.

Czy cię to nie zabawia?

KIKI-ŁAGODNY, śmiejąc się złowrogo.

Ha! zapytaj się potępieńca...

TOBY-PIES.

Kogo?

KIKI-ŁAGODNY, coraz bardziej melodramatyczny, bez żadnego przekonania.

... potępieńca w kadzi wrzącego oleju — czy znajduje jakąkolwiek przyjemność! Moje cierpienia są natury moralnej. Doznaje jednocześnie uwięzienia, poniżenia, ciemności, zapomnienia i kołysania.

Pociąg staje. Urzędnik krzyczy na peronie: „Aua, auaua, euo, uę!“
TOBY-PIES, straciwszy głowę.

Krzyczą: Nieszczęście: Biegnijmy!

Rzuca się, z pyskiem naprzód, ku zamkniętej portyerze, którą drapie beznadziejnie.
ONA, zaspana.

Mój mały Toby, jesteś głupi.

TOBY-PIES, szalejący.

Dla czego siedzisz spokojnie, o, Ty, niewytłomaczona? Czy nie słyszysz tych krzyków? Słabną... Nieszczęście minęło... Chciałbym wiedzieć...

Pociąg rusza.
ON, odkładając dziennik.

To zwierzątko jest głodne.

ONA, przebudzona zupełnie.

Sądzisz? Ja także? Ale Toby będzie jadł bardzo mało.

ON, zaniepokojony.

A Kiki-Łagodny?

ONA, stanowczo.

Kiki-Łagodny dąsa się. Ukrył się dzisiaj rano. Będzie więc jadł jeszcze mniej.

ON.

Kiki nic nie mówi. Czy nie obawiasz się, że zachorował?

ONA.

Nie, ale jest obrażony.

KIKI-ŁAGODNY, z chwilą kiedy mowa o nim.

Miau.

ON, czuły i gorliwy.

Chodź mój piękny Kiki, mój więźniu, chodź, dostaniesz zimnego roastbeef’u i kurczęcia.

Otwiera kosz-więzienie. Kiki-Łagodny wyciąga spłaszczoną głowę żmii, ciało prążkowane, ostrożne i długie, takie długie, że sądzić by można, iż ma kilka metrów...
TOBY-PIES, uprzejmy.

A! Oto jesteś Kocie! A więc niech żyje Wolność!

Kiki-Łagodny nic nie odpowiada, wygładza językiem szerść rozrzuconą.
TOBY-PIES.

Niech żyje Wolność, mówię ci. Jestto we zwyczaju. Za każdym razem kiedy otwierają drzwi, należy biegać, skakać, kręcić się w półkole, i krzyczeć.

KIKI-ŁAGODNY.

Należy? Kto? Gdzie?

TOBY-PIES.

My, psy.

KIKI-ŁAGODNY, siedząc z godnością.

Czy mam także szczekać? O ile wiem, nie mieliśmy nigdy tego samego kodeksu zachowania się.

TOBY-PIES, urażony.

Nie upieram się. Jak ci się ten wóz podoba?

KIKI-ŁAGODNY, węszy skrupulatnie.

Jest on wstrętny. Sukno jednak dość dobre dla ostrzenia paznogci.

Drapie pokrycie wagonu.
TOBY-PIES, na bok.

Gdybym ja uczynił to samo...

KIKI-ŁAGODNY, drapie dalej.

Hę, hę! Jak to sukno gąbczaste i szare uspokaja mą złość!... Od samego rana świat buntuje się okropnie, i On, On, którego kocham i który mnie ubóstwia, nie obronił mnie. Zniosłem poniżające dotknięcia, trzęsienie, i więcej niż jeden gwizd przebiegł mój mózg od ucha do ucha... Hę! miło jest kiedy nerwy wypoczywają, i kiedy wyobraża się sobie, że jednem draśnięciem wesołem pazura wystrzępia się krwawiące i włókniste ciało nieprzyjaciela... Hę! drapmy i spieszmy się! Wznośmy łapy wysoko na znak najwyższego zuchwalstwa!...

ONA.

Powiedz, Kiki, czyś skończył?

ON, z zachwytem, wyrozumiały.

Daj pokój. Wszak ostrzy pazury.

KIKI-ŁAGODNY.

Odpowiedział za mnie. Przebaczam mu. Ale ponieważ mi wolno, nie podoba mi się już drzeć poduszek... Kiedy wyjdę stąd? Nie dlatego bym się czegokolwiek obawiał. Są tutaj oboje, i Pies także, ze swymi codziennymi wyrazami twarzy... Odczuwam darcie w żołądku...

Ziewa. Pociąg staje. Urzędnik na peronie: Aaa, ua, auaua, oaa...“
TOBY-PIES, traci głowę.

Krzyczą! Jeszcze jedno nieszczęście! Biegnijmy!

KIKI-ŁAGODNY.

Mój Boże, jaki ten pies jest męczący! Co mnie to obchodzi, że jest tam jakieś nieszczęście? Zresztą nie wierzę temu wcale. Są to krzyki ludzkie, a ludzie krzyczą dla przyjemności słyszenia swego głosu...

TOBY-PIES, uspokojony.

Jestem głodny. Czy będziemy jedli? O, Ty, od której wszystkiego się spodziewam! W tym dziwnym kraju nie zdaje sobie sprawy, ale sądzę, że jednak...

ONA.

Chodźcie wszyscy na śniadanie.

Odwija nakrycia, mnie papier, łamie złocący się chleb, który trzeszczy.
TOBY-PIES, żując.

To co mi dała, musiało być naprawdę dobre, gdyż wydało się tak małem! Rozpuściło się w pysku, nie pozostawiając nawet wspomnienia.

KIKI-ŁAGODNY, przeżuwając.

Jestto białe mięso kurczęcia. Mrrr... Tam do licha! mruczę, anim się spostrzegł! Nie należy tego czynić. Pomyślą, że poddałem się podróży... Jedzmy powoli, dziki i rozczarowany, jedzmy poto jedynie, aby nie umrzeć z głodu...

ONA, do zwierząt.

Pozwólcie mi śniadać! ja także lubię kurczę na zimno i wnętrze sałaty maczane w soli.

ON, zaniepokojony.

Co uczynimy, aby zmusić kota do powrotu do kosza?

ONA.

Nie wiem, zobaczymy później.

TOBY-PIES.

Czy to już koniec? Połknąłbym trzy razy więcej. Powiedz, Kocie, nieźle jesz, jak na męczennika?

KIKI-ŁAGODNY, kłamiąc.

Smutek mnie dręczy. Odsuń się nieco, pragnę spać teraz... Spróbować spać... Sen miłościwy, być może, przeniesie mnie do domu, który opuściłem, do poduszki ozdobionej kwiatami, którą On mi ofiarował... Home! sweet home!... Dywan barwny dla rozkoszy mych oczu, wazon duży z małą palmą, której pędy zjadam, fotele głębokie, gdzie chowam piłkę dlatego, aby mieć niespodziankę... Korek zawieszony na sznurku u klamki drzwi, drobiazgi na stole, którymi zabawia się ma łapa, i czasami tłucze jakiś kryształ... Jadalnia... co za świątynia! Przedpokój — pełen tajemnic, skąd, niewidzialny, wypatruję tych, co wchodzą i wychodzą... Schody wąskie, po których kroki roznosiciela mleka dźwięczą dla mnie niby Anioł Pański... Do widzenia, fatalne przeznaczenie unosi mnie, i kto wie, czy kiedykolwiek... A! zbyt to jest smutne! wszystkie piękne rzeczy, o których mówię, rozczuliły mnie naprawdę.

Zaczyna się myć. Pociąg staje. Urzędnik na peronie: „Aau... uę... auaua...“
TOBY-PIES.

Krzyczą! Nieszcz... Tam do dyabła! Mam już dość tego.

ON, zakłopotany.

Za dziesięć minut zmieniamy pociąg. Co zrobić z kotem? Za nic w świecie nie pozwoli się zamknąć.

ONA.

Zobaczymy. A gdyby tak włożyć mięsa do kosza?

ON.

Albo też, pieszcząc go...

Oboje zbliżają się do groźnego zwierzęcia, i razem mówią do niego.
ON.

Kiki, mój poczciwy Kiki, chodź do mnie na kolana, albo też na me ramię, które podoba ci się zwykle. Zaśniesz na niem, a ja złożę cię delikatnie do kosza; nie jest on ciemny, i posiada zbytkowną poduszkę, chroniącą od chropowatej łoziny... Chodź mój cudowny...

ONA.

Słuchaj, Kiki, trzeba przecież rozumieć życie. Nie możesz tutaj zostać. Mamy zmienić pociąg. Zjawi się przestraszający urzędnik, który powie rzeczy przykre dla ciebie i dla całej twej rasy. Zresztą uczynisz dobrze słuchając, gdyż, w przeciwnym wypadku, dam ci w skórę...

Ale, zanim podniesiono rękę, aby uderzyć jego kożuch święty, Kiki wstaje, wyciąga się, garbi plecy w kształcie mostu, ziewa, aby pokazać swe różowe podniebienie, a następnie zmierza do otwartego kosza, w którym się kładzie, zachwycający w swym spokoju bezczelnym. On i Ona patrzą na siebie zdziwieni.
TOBY-PIES, z właściwą sobie trafnością.

Chce mi się siusiu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Colette i tłumacza: Kazimierz Woźnicki.