Siedm dyalogów zwierzęcych/I
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Siedm dyalogów zwierzęcych |
| Rozdział | Tkliwości |
| Wydawca | Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów |
| Data wyd. | 1911 |
| Druk | Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Kazimierz Woźnicki |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Czy śpisz?
......
Czy ty aby żyjesz? Tak jesteś płaski! Wyglądasz jak próżna kocia skóra.
Daj pokój...
Nie... daj mi pokój. Śpię. Nie wiem nawet czy posiadam ciało... Co za męka żyć z tobą! Najadłem się, teraz jest druga godzina,... Śpijmy.
Kiedy nie mogę. Coś bulgoce w mym żołądku. To przejdzie, ale powoli. A następnie te muchy, te muchy!.. Widok jednej tylko sprawia, że oczy występują mi z głowy. Jak też one sobie poczynają? Jestem tylko szczęką najeżoną straszliwymi zębami (słuchaj jak dzwonią!), a te bestye przeklęte uciekają mi! Biedne moje uszy! biedny mój delikatny brzuch bronzowy! moja trufla w gorączce!.. Tu! na moim nosie, czy widzisz? Co zrobić? zezuje jak mogę... Są teraz dwie muchy? Nie, jedna tylko... Nie, dwie... Podrzucam je w powietrze jak kawałek cukru. A próżnię tylko chwytam... Już nie mogę więcej. Nienawidzę słońca, i much, i wszystkiego!..
Udało ci się obudzić mię. To wszystko czegoś pragnął, nieprawdaż? Marzenia me pierzchły. Na powierzchni mego głębokiego futra zaledwie czułem drobne, drażniące nogi tych much, które prześladujesz. Lekkie dotknięcie, pieszczota, czasami tylko marszczyły dreszczem trawę schyloną i jedwabistą, która mnie pokrywa... Ale ty nie umiesz nic robić po cichu; radość gminna przeszkadza ci, twój ból kabotyna jęczy. Mieszkańcze Południa!
Jeżeli obudziłeś się, aby mi to powiedzieć!..
Raczej ty mnie obudziłeś.
Czułem się niedobrze, szukałem pomocy, wyrazów zachęty...
Nie znam wyrazów pomagających do trawienia. Kiedy pomyślę, że, z nas obojga, ja jestem uważany za podły charakter! Ale wniknij trochę w siebie, porównaj! Upał nuży cię, głód sprawia, że szalejesz, zimno czyni cię skrzepłym...
Jestem uczuciowcem.
Powiedz: Opętańcem.
Być może. Dwie-Łapy — ani ty — nie rozumiecie się wcale na egoizmie, na egoizmie kocim... Dają oni takie miano wszystkiemu bez rozróżnienia: instynktowi samozachowawczemu, godności, obojętności znużonej, jaka nas nawiedza z powodu, że nie mogą nas zrozumieć. Psie bez dystynkcyi, ale pozbawiony stronniczości, czy rozumiesz mię teraz lepiej? Kot jest gościem, a nie zabawką. Zaiste, nie wiem w jakich czasach żyjemy! Dwie-Łapy, On i Ona, czyż sami tylko mają prawo smucić się, cieszyć, chlepać z talerzów, gniewać się, przechadzać po domu swe usposobienie kapryśne? Ja także mam SWOJE kaprysy, SWOJE smutki, SWÓJ apetyt nierówny, SWE godziny samotności marzycielskiej, w których odłączam się od świata...
Słucham Cię, i z trudem śledzę za tem, co mówisz, gdyż jestto bardzo zawikłane, i ponad mój rozum. Zadziwiasz mnie. Czyż mają oni zwyczaj sprzeciwiać się twemu zmiennemu usposobieniu? Kiedy miauczysz, otwierają ci drzwi. Kiedy kładziesz się na papierze, na papierze świętym, który On skrobie, wtedy On się usuwa i, o cudo, ustępuje Ci kartę już zabrudzoną. Kiedy, nos zmarszczywszy, z ogonem niby wahadłem niespokojnem o ruchach suchych, wynosisz się, oczywiście w poszukiwaniu czynu karygodnego, Ona obserwuje cię, i śmieje się, a On zapowiada: „Przechadzka spustoszenia“. Więc? Jak się to dzieje, że się skarżysz?
Nie skarżę się; zresztą subtelności psychologiczne pozostaną dla ciebie na zawsze obcemi.
Nie mów tak szybko; potrzebuje czasu, aby cię zrozumieć!... Wydaje mi się...
Nie spiesz się: trawienie mogłoby na tem ucierpieć.
Masz racyę. Trudno mi jest wyrażać się dzisiaj. Oto, o co mi chodzi: wydaje mi się, że z nas dwóch, ciebie głównie pielęgnują, a tymczasem, ty się uskarżasz.
Co za psia logika!... Im więcej mi dają, tem więcej domagam się.
To właśnie źle! To jest brak rozwagi.
Nie; ja mam prawo do wszystkiego.
Do wszystkiego? A ja?
Wszak niczego ci nie brak, zdaje mi się?
Niczego? Nie wiem. W chwilach kiedy jestem najszczęśliwszy, ochota do płaczu ściska me boki, oczy zaćmiewają się... Serce mnie dusi. Pragnąłbym, w tych chwilach utrapienia, być pewnym, że wszystko, co mnie otacza, kocha mnie, że nigdzie na świecie nie ma smutnego psa za drzwiami i, że nigdy nic złego nie stanie się...
A wtedy, zdarza się coś złego.
A! Wszak wiesz o tem! W tej właśnie godzinie, nieodzownie, przychodzi Ona, i przynosi żółtą flaszeczkę, w której pływa te paskudstwo... wiesz... olej rycinowy! Przewrotna, nieczuła, trzyma mnie między swemi silnemi kolanami, gwałtem odmyka mi zęby...
Ściskaj je lepiej.
Ale obawiam się, aby Jej nie sprawić przykrości..., i język mój przestraszony poznaje ckliwość lepką... Duszę się, pluję. Me biedne oblicze drgające zamiera, — a skutek tej męczarni długo każe na siebie czekać... Widziałeś mnie, później, kiedy melancholijny, z głową opuszczoną, wlekę się i przysłuchuję niezdrowemu bełkotaniu oleju w moim żołądku; widziałeś, kiedy idę ukryć w ogrodzie mój wstyd...
Tak go źle ukrywasz!
Ba, skoro nie zawsze mam czas.
Kiedy byłem mały, chciała mi dać oleju na przeczyszczenie. Takiem ją dobrze zadrapał i ugryzł, że, od tego czasu, nie próbowała już więcej. Przez chwilę myślała, że trzyma złego ducha na kolanach. Zwinąłem się, gdyby linia spiralna, dmuchałem ogniem, pomnożyłem dwadzieścia moich pazurów na sto, zęby na tysiące, i umknąłem jak przez czar.
A jabym nie śmiał. Kocham Ją, wszak rozumiesz. Kocham Ją na tyle, aby jej nawet przebaczyć męczarnię kąpieli.
Czyż tak? Powiedz mi, co wtedy odczuwasz? Widok sam tego, co robi ci w wodzie, przejmuje mnie dreszczem.
Niestety!... Słuchaj i ubolewaj nademną. Czasami kiedy Ona wychodzi ze swego basenu cynkowego, odziana jedynie w swą skórę, w skórę bez sierści, i tak miłą, że ją liżę z uszanowaniem, nie pokrywa się odrazu swemi skórami z bielizny i z materyi. Dolewa wody ciepłej, wkłada brunatną cegiełkę pachnącą smołą i mówi: „Toby“. To wystarcza: dusza opuszcza mnie, nogi drżą. Coś na wodzie błyszczy, coś tańczy i oślepia mnie, obraz w kształcie skręconego okna... Ona mnie chwyta, biedne ciało omdlałe, i pogrąża w wodzie... O, bogowie!... Od tej chwili nic nie wiem więcej... w Niej tylko mam nadzieję, moje oczy przywiązują się do Jej oczu, podczas gdy przystająca letniość przykleja się do mnie, przykleja naskórek swój do mego naskórka...
Cegła mydląca się, zapach smoły, woda szczypiąca w mych oczach, w mych nozdrzach, potop mych uszów... Ona podrzuca mię, skrobie mnie z sercem wesołem, śmieje się... Wreszcie, ocalenie, wydobycie z wody za kark; nogi wymachują w powietrzu i szukają życia; ręcznik twardy, szlafrok, w którym zażywam rekonwalescencyi z wyczerpania...
Uspokój się.
Zaprawdę! Wystarcza, aby o tem mówić... Ale Ciebie tak szydersko ciekawego mych nieszczęść, czyż nie widziałem pewnego dnia leżącego na umywalni, obok Niej, uzbrojonej gąbką...
To stara historya! Moje spodnie żuawa były zabrukane. Chciała je wymyć. Przekonałem Ją, że cierpię okrutnie pod gąbką.
Jaki z ciebie kłamca! A Ona ci wierzyła?
Hm... nie ciągle. Ale moja w tem wina. Przewrócony na grzbiet, nadstawiałem brzuch skromny, z oczami jagnięcia na ołtarzu, przebaczającemi i przestraszonemi. Poczułem zaledwie chłód poprzez me spodnie kosmate!... później nic więcej... strach mnie ogarnął, obawiałem się, że moja wrażliwość zaniknie. ...Me jęki rytmiczne wzrosły, później zmniejszyły się — wszak znasz siłę mego głosu! — a następnie wzmogły się jeszcze, jak wrzask marynarzy: naśladowałem młode cielę, dziecko, które biją, kotkę w usposobieniu miłosnem, wiatr pode drzwiami, upajając się powoli własnym śpiewem... Czyniłem to tak dobrze, że chociaż dawno skończyła już brukać mnie zimną wodą, jeszcze jęczałem z oczami zwróconemi do sufitu przed Nią, która śmiała się — dowód braku taktu — i krzyczała: „Jesteś kłamcą podobnie jak kobieta“.
To rzecz przykra.
Miałem do niej żal przez całe popołudnie.
O! z dąsania wywiązujesz się zawsze dobrze. Ja tego nie potrafię, i zapominam obelgi.
I liżesz rękę, która cię bije; rzecz znana.
Liżę rękę, która... racya, tak jest jak mówisz. Piękne to wyrażenie.
Wyrażenie to nie moje. Godność cię nie dławi. Słowo daje, że często wstydzę się za ciebie. Kochasz wszystkich; witasz z uniżeniem tych, którzy cię odpychają; twe serce jest udzielające się i banalne, jak ogród publiczny.
Nie wierz temu wcale, o istoto źle wychowana. Nie rozumiesz, o ty nieomylny, manifestacyi mej grzeczności. Jakżeż chcesz, mówiąc otwarcie, abym skakał do łydek Jego przyjaciół i Jej przyjaciół? Ludzi porządnie odzianych, którzy znają me imię (wielu jest takich, co wiedzą jak się nazywam choć ich nieznam wcale), i pociągają mnie dobrodusznie za uszy?
Nienawidzę nowych twarzy.
Ja ich także nie lubię, bez względu na to, co o mnie sądzisz. Kocham Ją i Jego.
A ja kocham Jego i Ją.
O! Oddawna odgadłem twe upodobania: Istnieje między tobą a Nim rodzaj umowy tajnej.
Umowy... tak. Tajnej, i niewinnej, i głębokiej. Mówi On rzadko, skrobie papier, co czyni hałas podobny do myszy. Jemu właśnie ofiarowałem me serce skąpe, me cenne serce kota. A On, milcząco, oddał mi swoje. Wymiana uczyniła mnie szczęśliwym i powściągliwym a, czasami, przy pomocy tego pięknego instynktu kapryśnego i żądnego panowania, który czyni nas podobnymi do kobiet, próbuję nad Nim swej władzy. Dla Niego, kiedy jesteśmy sami, te uszy dyabelskie skierowane naprzód, które zapowiadają skok na papier do skrobania. Dla Niego odgłos łap stawianych na płask wśród piór i listów rozrzuconych. Dla Niego także miauczenie nalegające, które domaga się swobody, — „Hymn do klamki u drzwi“, jak powiada ze śmiechem; albo także „skarga uwięzionego“. Ale również dla Niego tylko rozmyślanie czułe mych oczu natchnionych, które ciążą na schylonej głowie do chwili kiedy jego spojrzenie wywołane szuka i spotyka moje spojrzenie w zderzeniu dusz, przewidzianem i tak słodkiem, że muszę zmrużyć powieki wobec cudownego wstydu... Ona... zbyt wiele się rusza, popycha mnie często, męczy mnie podniesionego, z łapami po dwie razem złączonemi, podnieca się, pieszcząc mnie, śmieje się głośno ze mnie, zbyt dobrze naśladuje mój głos...
Widzę, że nie łatwo cię zadowolnić. Oczywiście Jego także kocham, gdyż jest dobry i odwraca oczy, aby nie widzieć mych uchybień, i aby nie potrzebował mnie łajać. Ale Ona! Jest tem, co widzę na świecie najbardziej drogiego i najbardziej niezrozumiałego. Jej kroki upajają mnie. Jej oczy zmienne dają mi smutek i szczęście. Podobna jest do Przeznaczenia i nie waha się nigdy! Nawet katusze Jej ręki... Wiesz jak mnie drażni?
Surowo?
Nie surowo, ale delikatnie. Niczego przewidzieć nie mogę. Dzisiaj rano nachyliła się, jakby chciała mówić do mnie, podniosła me ucho, podobne do ucha małego słonia, i rzuciła wewnątrz okrzyk przejmujący, który doszedł aż do mego mózgu.
Okropność!..
Czy to było dobre, czy złe, teraz jeszcze się waham. Wywołało to we mnie krążące szaleństwo zdenerwowania. Prawie codzień Jej fantazya domaga się, abym udawał „rybę“: podnosi mnie na rękach, ściska me boki, że aż tracę oddech, a usta moje nieme otwierają się jak usta karpia, którego topią w powietrzu...
Poznaję Ją po tem.
Nagle czuje się wolnym i żywym, żywym cudem Jej woli! O jakżeż życie wydaje mi się wtedy pięknem. O jakżeż ślinię jej wiszącą rękę, rąbek jej sukni!
Ładna zabawa!
Wszystkiego co dobre i wszystkiego co złe doznaję od Niej... Jest Ona udręczeniem przejmującem i pewnem schroniskiem. Kiedy, przestraszony, rzucam się na Nią z sercem szalonem, o jakżeż ramiona jej są miłe, o jakżeż świeże są Jej włosy na mem czole! Jestem Jej „czarnem dzieckiem“, Jej „Toby-Psem“, Jej „maleńką miłością“... Aby mnie upewnić, siada na ziemi, staje się taką małą jak ja, kładzie się nawet, aby mnie upajać swem obliczem, które znajduje się pod mojem, leżącem na Jej włosach, co pachną sianem i zwierzęciem! Jakżeż oprzeć się wtedy? Moja namiętność szaleje, ryję Ją nosem podnieconym, gryzę z lekka chrupki i różowy szczyt ucha. Jej ucha! Dopóki, połechtana nie krzyknie: „Toby! to okropne! hej na pomoc! ten pies chce mnie zjeść!“
Zdrowe radości, brutalne i proste... A później wszak idziesz w zaloty do kucharki?
A ty do kotki na folwark...
Dość, proszę cię, to jedynie mnie obchodzi... i małą kotkę.
Piękna konkieta! Powinieneś czerwienić się, kotka co ma siedm miesięcy!
Owoc zielony, jagoda dzika, powiadam ci! A nikt mi jej nie skradnie... Jest wysmukła, gdyby tyczka do grochu...
... Długa i osadzona na długich łapach, idzie krokiem niepewnym dziewicy. Ciężka praca polna, — poluje ona na myszy, na sorki, nawet na kuropatwy, — uczyniła twardymi jej młode mięśnie, sposępniła nieco jej spojrzenie dziecinne...
Jest więc brzydka?
Wcale nie brzydka, ale dziwna: pyszczek kozi z różowemi nozdrzami, uszy ośle wedle mody chłopskiej, oczy po bokach o barwie starego złota, których żywe spojrzenie wpada często w zez podniecający... Jakżeż żwawo ode mnie ucieka, mieszając wstydliwość z przestrachem! Ja ze swej strony, przechodzę powolutku, możnaby pomyśleć, że obojętnie, odziany w mą cudowną suknię, której pręgi ją przestraszają... Ale przyjdzie do mnie! do mych nóg, mała kotka rozkochana; rzuci wszelki przymus, i tarzać się będzie pode mną, jak szarfa biała!...
Nic nie mam przeciwko temu, wiesz; tutaj kwestye miłosne mało mnie obchodzą. Ćwiczenia fizyczne... moje zachody, jako stróża... nie myślę wcale o tej bagateli.
Bagateli! Ach ty komiwojażerze!
A zresztą mogę ci wyznać... Widzisz jak jestem mały... Otóż! wskutek nieszczęścia niedouwierzenia, a jednak prawdziwego, spotykam w okolicy tylko młode olbrzymki. Suka z folwarku, wielka dyablica o oczach żółtych, przyjęła by mnie tak samo, jak przyjmuje... byle kogo. Wyuzdana, o! tak... ale poczciwa, pachnąca, posiada urok łotrowski, który wycieńcza, spojrzenie zgłodniałe łagodnej lwicy... Niestety!... Niestety!... Jestem tak mały... U sąsiadów znam jeszcze łagodną dunkę, wywołującą zawrót głowy niby góra; owczarkę, która nigdy nie ma czasu ze względu na swe zajęcia; sukę myśliwską nerwową, która gryzie nagle, ale której dzikie oczy zapowiadają zapał... Niestety, niestety! wolę o tem nie myśleć. Zbyt to jest męczące. Powracać spracowanym a nie zaspokojonym, mieć gorączkę całą noc... Dość tego...
Kocham... Ją i Jego, pobożnie, namiętnością wzruszoną, która mnie podnosi aż do Nich; wystarcza to w zupełności, aby wypełnić mój czas i me serce. — Godzina wypoczynku mija. Kocie, mój pogardliwy przyjacielu, którego mimo to kocham, i który mnie kocha. Nie odwracaj głowy! Twoja wstydliwość szczególna chowa to, co nazywasz słabością, a co ja miłością zowię. Czy myślisz, że jestem ślepy? Kiedy wracam z Nią do domu, widzę często, za szybą, twarz twoją trójkątną rozjaśniającą się i uśmiechającą się. Wystarcza chwila, potrzebna do otwarcia drzwi, abyś znowu włożył twą maskę kocią, twą piękną maskę japońską z oczami nad któremi panujesz... Czy możesz temu zaprzeczyć?
Godzina wypoczynku mija. Stożkowaty cień grusz zwiększa się na żwirze. Cały nasz sen zużyliśmy na gawędę. Zapomniałeś o muchach, o twym żołądku niespokojnym, o upale, który, falami, tańczy na łące. Ciężki a piękny dzień uchodzi. Już powietrze się porusza, i schyla ku nam zapach sosen, których pnie płaczą łzami jasnemi...
Oto Ona. Porzuciła słomiany fotel, przeciągnęła wdzięczne ramiona, a w ruchach Jej sukni wyczekuję nadziei przechadzki. Czy widziałeś Ją po za krzewami róż? Łamie paznogciem liść cytrynowy, rozciera go, i wącha... Ja do niej należę. Z oczami zamkniętemi odczuwam jej obecność.
Widzę Ją. Jest spokojna i łagodna... na razie. Wiem, że On pójdzie też za nią, kiedy porzuci papier. Wyjdzie, wołając Jej: „Gdzie jesteś?“ i, zmęczony, usiądzie na ławce. Dla Niego podniosę się grzecznie, i pójdę drapać paznogciami Jego spodnie. Milczący, podobni do siebie, szczęśliwi, przysłuchiwać się będziemy końcowi dnia. Zapach lip stanie się słodkim, aż do zemdlenia, w chwili właśnie kiedy moje czarne oczy proroka powiększą się i czytać będą w powietrzu znaki tajemnicze... Tam, poza górą spiczastą, ognisko spokojne później zapali się, para krągła o barwie różowej, zmrożonej błękitem popielatym nocy, kokon świetlny, skąd rozwinie się ostrze olśniewające księżyca, które kraje i które przepłynie, rozcinając chmury... A później nastanie chwila, aby iść spać. On weźmie mnie na swe ramiona, i będę spał (gdyż nie jest to sezon miłosny) na Jego łóżku, obok Jego nóg, które dbają o mój wypoczynek. Ale poranek obaczy mnie drżącym, odmłodzonym, siedzącym wprost słońca, w nimbie ze srebra, którym okadza mnie rosa, i podobnym naprawdę do Boga, jakim byłem.