Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom V/Zazdrość/Rozdział XXXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom V
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


XXXVII.

Wygnawszy w tak okrutny sposób swą żonę, Jakób Bastien chwiejnym krokiem wrócił do swego pokoju i, rzuciwszy się w ubraniu na łóżko, głęboko zasnął.
O trzeciej godzinie zrana Małgorzata przyniosła światło do pokoju swego pana, jak jej to zeszłego wieczoru zalecił; spał jeszcze wtedy tak głęboko, że z trudnością go obudziła i oznajmiła mu, że stary Andrzej już zaprzągł.
Odurzony jeszcze snem i wyziewami wina, które mąciły jego myśli, Jakób otrząsnął się w sukniach, jak dziki zwierz w swej skórze, przeciągnął rękę po długich, powikłanych szczeciniastych włosach, wdział na siebie ciężką kozią szubę, przepłukał usta kieliszkiem wódki i wysłał Małgorzatę z oznajmieniem panu Bridou, że już wszystko było gotowe do podróży.
Głowa Jakóba była ociężała, wyobrażenia zmącone i ledwie niewyraźnie przypominał sobie swój okrutny postępek z żoną; z trudnością opierał się gwałtownej chęci dłuższego spania, a, oczekując swego towarzysza podróży, usiadł na krawędzi łóżka i znowu zaczął drzemać, gdy wtem wszedł do pokoju Bridou.
— Dalej, Jakóbie, dalej — zawołał Bridou — a czegożeś ty taki zaspany, stary, otrzeźwijże się.
— Jużem gotów, już — odpowiedział pan Bastien, wstawszy z łóżka i przecierając sobie oczy — głowę mam okropnie ciężką, i zdaje mi się, jak gdybym piasek miał w oczach, świeże powietrze pewnie mnie orzeźwi... Na, wypij to na drogę, mój kumie, i ruszajmy. Mamy cztery godziny drogi do Blemur.
— Twoje zdrowie, stary! — rzekł Bridou, nalawszy sobie kieliszek wódki. — Ale cóż to! czy ty nie pijesz?
— Co znowu... może mnie to poratuje trochę, bo mi jakoś bardzo mętno w głowie.
Wypiwszy drugi kieliszek wódki, który jednak zamiast spodziewanego światła, jeszcze bardziej pomieszał jego myśli, Jakób oddalił się ze swoim towarzyszem z pokoju, przeszedł przez sień i otworzył drzwi, za które dwie godziny temu wypchnął swoją żonę.
Marja nie znajdowała się już pod wystawą, gdzie usiadła w pierwszej chwili.
Śnieg przestał padać; księżyc świecił jasno, mróz był nierównie większy, a Jakób czuł go tem więcej, że dopiero przed chwilą wypił dwa kieliszki wódki; myśli jego były przez jakiś czas tak powikłane, że, wyszedłszy z domu udał się samym środkiem ogrodu, zamiast pójść ścieżką prowadzącą do furtki.
Bridou spostrzegł to roztargnienie swego przyjaciela i zawołał:
— Jakóbie... Jakóbie... a gdzież ty u djabła idziesz?
— Aj to prawda — odpowiedział Bastien, zatrzymując się nagle i chwiejąc się na wszystkie strony — to prawda... mój kumie — powtórzył jeszcze — nie wiem, co mi jest... ale jestem zupełnie odurzony... idę na prawo, kiedy chcę iść na lewo... zapewne to dlatego, że zimno mnie tak odrazu ogarnęło.
— Ba! do licha, bo też to mróz siarczysty — zawołał Bridou, dzwoniąc zębami — ja mam gruby płaszcz na sobie i głowę opatrzyłem dobrze, a jednak drętwieję od zimna.
— Jakiż to z ciebie zmarźluch... wstydź się!
— Łatwo tobie tak mówić!
— Słuchaj, Bridou, chcesz mój kożuch?
— Co! twój kożuch?
— No tak, głupcze jakiś mój kożuch.
— A ty, Jakóbie?
— Bierz tylko, bo na bryczce ciepło, mogłoby mnie zbytecznie rozmarzyć, i mimowoli zasnąłbym jeszcze.
— Jeżeli o to idzie, to chętnie wezmę twój kożuch, mój stary, bo jeżeli zaśniesz, mógłbyś nas wywrócić.
— Masz... otul się nim — dodał Jakób, zdejmując swoje futro, którem się jego przyjaciel prędko okrył.
— Teraz — mówił dalej Bastien, przecierając ręką czoło swoje — teraz przychodzę do siebie... Tak, jest mi lepiej.
I pewniejszym już nieco krokiem Jakób Bastien przeszedł do furtki, otworzonej zewnątrz przez Andrzeja, który zajechał starym siwkiem przed ogród i czekał na swego pana przy bryczce.
Bastien pierwszy wsiadł do bryczki; lecz Bridou, któremu kożuch zaplątał się między nogami, potknął się na stopniu.
— Ostrożnie, panie Bastien — zawołał stary Andrzej, stojący przed bryczką, który uwiedziony tą zamianą kożucha, myślał, że rozmawia ze swoim panem — ostrożnie, panie!
— Widzisz, Jakóbie, co to lwia skóra może — rzekł Bridou pocichu — twój służący bierze mnie za ciebie, dlatego, żem się odział twojem futrem.
Bastien, którego umysł ciągle jeszcze był w pewnem odurzeniu, uchwycił lejce i zapytał Andrzeja, który jeszcze stał przed koniem.
— Czy stara droga do Blemur jeszcze jest dobra?
— Stara droga? uchowaj Boże, już nikt nią nie jeździ.
— Dlaczegóż to?
— Ponieważ od wylewu została zupełnie uszkodzoną; prócz tego grobla nad stawem des Brulés jest przerwana i znajduje się przynajmniej na dziesięć stóp pod wodą.
— To szkoda, bo tędy byłoby nam daleko bliżej.
odpowiedział Bastien, zacinając konia, który galopem ruszył z miejsca.
— Wolno, Jakóbie — zawołał Bridou, który zaczynał się niepokoić ¡trochę stanem swego przyjaciela — patrzaj, jak droga jest nierówna, pamiętaj, żebyś nas nie wywrócił.. Ej, do licha! Jakóbie, uważajże... Cóż u djabła! czy ty nie widzisz drogi!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pozostawimy pana Bridou jego coraz większej trwodze, sami zaś wrócimy na folwark.
Jakeśmy już powiedzieli, Marja, usiłując bezskutecznie przez furtkę dostać się do stajni, wróciła pod wystawę i tam przytuliwszy się usiadła w kąciku.
Przez pierwsze pół godziny zimno okropnie jej dokuczało, cierpiała niezmiernie.
Później atoli nastąpił pewien rodzaj bezwładności, która z początku była także bolesną, wkrótce atoli zmieniła się w stan zupełnej prawie nieczułości, w stan zgubnego, lecz nieuniknionego odrętwienia, które przy podobnych okolicznościach częstokroć stanowi przejście do śmierci.
Zawsze pełna odwagi, Marja długo jeszcze zachowała całą przytomność umysłu, i starała się wybić sobie z myśli niebezpieczeństwo, jakie jej groziło, pamiętając, że około trzeciej godziny zrana nastąpi jakiś ruch w domu z powodu wyjazdu jej męża, który, jak się o tem dowiedziała od Małgorzaty, ze wschodem księżyca miał wyruszyć w drogę.
Czyliby rzeczywiście wyjechał czy nie, pani Bastion myślała jednak, że będzie mogła skorzystać z krzątania się Małgorzaty, i że, zapukawszy albo do drzwi głównych, albo też do okiennicy jadalnego pokoju, będzie mogła powrócić do siebie.
Lecz przerażające zimno, którego szybkiego i zgubnego działania palni Bastien nie znała, przywiodło jak członki tak i myśli jej do odrętwienia.
W pół godziny opanowała młodą niewiastę, pomimo wszelkich wysiłków, mimowolna senność, z której od czasu do czasu tylko, przy największem wytężeniu silnej woli otrząsnąć się zdołała, dlatego jedynie, ażeby wkrótce tem mocniej zadrzemać.
Około trzeciej godziny zrana już kilka razy światło, które Małgorzata zaniosła do pokoju pana Bastien, zabłysło przez szczeliny okiennicy, i kroki jej coraz wyraźniej słychać było za drzwiami.
Lecz Marja, w coraz większem pogrążona odrętwieniu, ani widziała, ani słyszała tego.
Na szczęście w jednej z tych rzadkich chwil, w których zdołała pokonać ogarniającą ją bezwładność, na głos Jakóba, który, wychodząc ze swym towarzyszem do bryczki, odsunął we drzwiach rygiel, Marja zerwała się ze swego odrętwienia.
Usłyszawszy głos swego męża, z nadludzką niemal siłą pokonała swą senność, podniosła się z progu, a chociaż zupełnie prawie zmartwiała od mrozu, wybiegła z pod wystawy i ukryła się za pobliskim filarem, otoczonym bluszczem, w chwili kiedy Bastien wyszedłszy z sieni ze swym towarzyszem wsiadał do bryczki.
Widząc, że Obaj mężczyźni już się oddalili, wsunęła się do domu i, nie spotkawszy wcale Małgorzaty, weszła do swego pokoju. Lecz w chwili, kiedy zadzwoniła, opuściła ją reszta sił i bez przytomności upadła na posadzkę.
Usłyszawszy dzwonek swej pani, Małgorzata przybiegła natychmiast i znalazła ją leżącą na środku pokoju; tu, pochyliwszy się nad nią, ażeby ją podnieść, zawołała:
— Wielki Boże!... pani?... co się pani zrobiło?
— Cicho! — rzekła młoda niewiasta osłabionym głosem — nie budź mego syna... Pomóż mi dostać się do łóżka.
— Ah! pani — mówiła Małgorzata, pomagając Marji — jakże pani drży okropnie... pani cała skostniała...
— Czując się dzisiejszej nocy bardzo cierpiącą — odpowiedziała pani Bastien gasnącym prawie głosem — chciałam się podnieść... ażeby na ciebie zadzwonić... ale zabrakło mi siły... zemdlałam... i dopiero teraz... zdołałam się zawlec aż do komina i ciebie przywołać... lecz ja...
Marja nie skończyła... zęby jej ścięły się, głowa opadła i zupełnie straciła przytomność.
Małgorzata, pomyślawszy z trwogą o odpowiedzialności, jaka na niej ciążyła, tracąc głowę pobiegła do pokoju Fryderyka, wołając:
— Paniczu!... paniczu!... wstawaj pan, pani jest chora.
Następnie służąca wróciła do Marji i ukląkłszy przed jej łóżkiem, wołała:
— Mój Boże! co ja pocznę... co ja zrobię?
Wkrótce potem Fryderyk tylko szlafrokiem okryty, przybył ze swego pokoju.
Łatwo wyobrazić sobie jego przerażenie, gdy ujrzał swą matkę bladą i bez żadnego znaku życia.
— Matko — wołał Fryderyk, klękając z rozpaczą przy jej łóżku — matko... co to jest? odpowiedz mi.
— Ah! panie Fryderyku — odezwała się Małgorzata, płacząc — pani jest bez przytomności... Co my pocznie — my... mój Boże! co my poczniemy!
— Małgorzato — zawołał Fryderyk — idź prędko, obudź pana David‘a.
Tymczasem gdy Fryderyk w największej trwodze pozostał przy matce, służąca pośpieszyła do izby Andrzeja, gdzie nocował David.
Nauczyciel ubrał się z największym pośpiechem i otworzył Małgorzacie.
— Mój Boże! cóż się stało?
— Panie David, wielkie nieszczęście... pani Bastien...
— Mów dalej... co takiego?
— Dzisiejszej nocy czuła się słabą, i wstała, ażeby na mnie zadzwonić... siły ją opuściły... upadła na środku pokoju... gdzie zapewne bardzo długo leżała na podłodze, bo, kiedym weszła do pokoju... i kiedym jej pomagała położyć się do łóżka, była zupełnie odrętwiała.
— Podczas takiej nocy... to okropne... — zawołał David, blednąc z przerażenia — a teraz... jakże się ma?
— Mój Boże! zupełnie straciła przytomność. Biedny pan Fryderyk klęczy nad jej łóżkiem... płacze... woła ją po imieniu, ale ona go nie słyszy. Powiedział mi, ażebym jak najprędzej poszła po pana, gdyż nie wiemy, co mamy robić... tracimy zupełnie głowę.
— Trzeba powiedzieć Andrzejowi, ażeby natychmiast zaprzągł i pojechał do Pont-Brillant po doktora Dufour... Śpieszcie się... śpieszcie, Małgorzato!
— Ah! panie, to być nie może.
— Dlaczego?
— Pan Bastien odjechał o trzeciej godzinie dodnia, a Andrzej jest tak stary, że potrzebowałby Bóg wie ile czasu na tę drogę do miasta.
— A więc ja jadę — rzekł David ze spokojem, nie zgadzającym się bynajmniej z wewnętrznem jego wzruszeniem, które wszelkiemi siłami starał się ukryć.
— Pan, miałby pójść do miasta, pieszo, tak daleko i na taki mróz?
— Za godzinę — odpowiedział David, ubierając się stosownie do takiej podróży — za godzinę doktór Dufour będzie w folwarku... powiedz o tem panu Fryderykowi, ażeby go uspokoić. Zanim wrócę, byłoby dobrze dać pani Bastien parę filiżanek ciepłej herbaty. Starajcie się także rozgrzać dobrze jej ciało, nakrywając ją starannie; możeby jej łóżko przysunąć przed komin, gdzie powinniście rozpalić duży ogień. Tylko odwagi, Małgorzato — dodał David, biorąc kapelusz i biegnąc prędko ze schodów — powiedzcie tylko panu Fryderykowi, że doktór będzie tu za godzinę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Odprowadzając David‘a do furtki ogrodu, Małgorzata zostawiła swą lampkę na progu pod wystawą.

Wróciwszy potem, kiedy się schyliła, ażeby zabrać lampkę, stara służąca ujrzała na ziemi nawpół śniegiem przykrytą jedwabną, pomarańczową chustkę, należącą do pani Bastien, a tuż prawie przy niej mały, czerwony safjanowy pantofel, który był wmarznięty w śnieg.
Nadzwyczajnie zdziwiona, Małgorzata pytała samej siebie, jakim sposobem te przedmioty, będące nieomylnie własnością jej pani, mogły się tutaj dostać, i uderzona nagłą myślą, podjęła z ziemi chusteczkę i pantofel, a potem przy świetle swej lampki obejrzała cały bruk pod wystawą.
Poznała tutaj świeży ślad wilgotnych i śniegiem lekko przypruszonych kroków tak wyraźnie, że, idąc za tym przez maleńkie nogi pani Bastien na bruku zostawionym śladem, doszła do samych drzwi pokoju swej młodej pani.
Teraz przypomniała sobie także Małgorzata, że, gdy odprowadzała zdrętwiałą od zimna Marję do łóżka, to było zupełnie nietknięte, inne jeszcze przypomnienia połączyły się z tem spostrzeżeniem, a przerażona tem swojem odkryciem, stara służąca wróciła do pani Bastien, przy której był Fryderyk.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W pięć kwadransów po oddaleniu się Dawid’a, zatrzymał się przed folwarkiem parokonny powóz pocztowy, którego konie pokryte były pianą i gęstemi śladami bicza pocztyljona.
David i doktór Dufour wysiedli z tego powozu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.