Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom V/Zazdrość/Rozdział XXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom V
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


XXVI.

Rozmowa David‘a z Fryderykiem przerwana została przez strycharza, który smutny i przestraszony wszedł do izby.
— Panie — rzekł z pośpiechem do David’a — wózek już zaprzężony, odjeżdżaj pan prędko.
— Co się stało? — zapytał David.
— Loara przybiera coraz bardziej, nim dwie godziny upłyną cała nasza chudoba musi być uprzątniętą.
— Czy lękacie się powodzi?
— Być może, kochany panie, gdyż Loara przybiera okropnie i jutro zapewne już tylko kominy widać będzie z mojej cegielni. To też dla większej ostrożności chcę wszystko uprzątnąć, a wózek, którym pan jedzie, skoro tylko wróci, posłuży mi do przewiezienia moich sprzętów.
— A więc, mój synu — rzekł David do Fryderyka — nabierz odwagi, widzisz bowiem, że nie mamy ani chwili czasu do stracenia.
— Ja jestem zupełnie gotów, panie David.
— Jakie to szczęście, że nasze suknie przy nadzwyczajnem gorącu tego pieca już prawie zupełnie wyschły. Oprzyj się na mnie, mój synu.
Opuszczając domek strycharza, Fryderyk powiedział do niego:
— Przebaczcie mi, że w obecnej chwili nie jestem w stanie lepiej podziękować za waszą skuteczną pomoc, ale ja tu jeszcze powrócę.
— Oby niebo wysłuchało życzeń panicza i oby Bóg dał, ażeby pan za kilka dni nie znalazł samych tylko gruzów z mojego domu.
David wsunął strycharzowi dwa dukaty do ręki, mówiąc db niego zcicha:
— Przyjmujcie to za wasz wózek.
Wkrótce potem David i syn pani Bastien opuścili cegielnię w tej wiejskiej furmance, którą miękko wysłano słomą i okryto płachtą, ponieważ deszcz lał jak z cebra.
Okryty furmańską siermięgą siedział woźnica na przedzie wózka i poganiał konia, który postępował ociężałym krokiem.
David żądał koniecznie, ażeby Fryderyk położył się na wozie i głowę oparł na jego kolanach, dlatego też sam usiadł w głębi i tym sposobem, trzymając młodzieńca prawie na ręku, czuwał nad nim z ojcowską pieczołowitością.
— Mój synu — odezwał się do niego, troskliwie otulając Fryderyka derą, której pożyczył im strycharz — czy ci nie zimno?
— Nie, panie David.
— Teraz musimy umówić się z sobą. Matka twoja nie powinna się wcale dowiedzieć o dzisiejszym wypadku. Powiemy jej, nieprawdaż? że spotkał nasz gwałtowny deszcz i że ledwie zdołaliśmy wystarać się o ten wózek. Ceglarz jest przekonany, żeś tylko przez nieostrożność wpadł do wody, posunąwszy się zbytecznie na jednę świeżo ułożoną tamę; obiecał mi on, że o tym wypadku, którego skutki mogłyby niepokoić twą matkę, nikomu nie powie. Tym sposobem cała rzecz skończona... i my nie będziemy już o niej myśleli.
— Jakaż to dobroć, jaka wspaniałomyślność. Pan o wszystkiem myśli. Ma pan słuszność, moja matka me powinna wiedzieć, że mnie pan z niebezpieczeństwem własnego życia od śmierci uratował, a jednak...
— Co twoja matka wiedzieć, i co widzieć powinna, mój kochany Fryderyku, to, żem dotrzymał obietnicy, jaką jej dzisiaj rano uczyniłem, gdyż już wielki jest czas!
— Jaka obietnica?
— Obiecałem jej uleczyć cię.
— Mnie uleczyć! — i Fryderyk ze smutkiem pochylił głowę — mnie uleczyć! — A to uleczenie jeszcze dzisiaj przed południem musi być dokonane.
— Co pan mówi? — Mówię, że za godzinę, z przybyciem naszem do folwarku, będziesz tym samym Fryderykiem, jakim byłeś dawniej... szczęściem, chlubą swej matki...
— Panie David...
— Moje dziecię, mało już mamy czasu; posłuchaj mnie zatem. Mówiłem ci dzisiaj rano, właśnie w chwili, kiedyś znikł z moich oczu: „Że znam przyczynę twoich cierpień“
— Rzeczywiście, pan mi to mówił.
— Otóż przyczyną tą jest zazdrość!
— O, mój Boże! — szepnął Fryderyk, przejęty wstydem, staraijąic się wydobyć z rąk David‘a.
Ale ten przytulił go jeszcze tkliwiej do serca, mówiąc dalej z zapałem:
— Podnieś głowę, moje dziecię, nie wstydź się tego! Uczucie zazdrości jest uczuciem szlachetnemu..
Zazdrość jest szlachetnem uczuciem? — zawołał Fryderyk — podnosząc się i wpatrując w David‘a ze zdziwieniem — zazdrość — powtórzył z drżeniem — ah! panie... ty nie wiesz, co ona prowadzi za sobą!
— Nienawiść! tem lepiej.
— Tem lepiej?... ależ sama nienawiść...
— Prowadzi za sobą zemstę, powtarzam jeszcze raz: tem lepiej!
— Panie David — rzekł młodzieniec, opadając ze smutkiem na swoje posłanie — pan szydzi ze mnie, a jednak..
— Ja szydzić z ciebie, biedne dziecię! — zawołał David wzruszonym głosem, przyciągając Fryderyka do siebie i tuląc z tkliwością do piersi swoich — ja, miałbym szydzić z ciebie! Ah! nie mów tego. Dla nikogo boleść nie jest rzeczą świętszą, niż dla mnie, ja miałbym szydzić z ciebie, ależ ty chyba nie wiesz, że pierwsze uczucie, które się we mnie na ¡twój widok odezwało, pełne było politowania i miłości, gdyż miałem brata, kochany Fryderyku, brata młodszego, w twoim wieku.
I łzy zrosiły oczy David‘a. Rozrzewniony tem wspomnieniem zatrzymał się chwilkę, ażeby nie wybuchnąć głośnem łkaniem.
Fryderyk również zaczął płakać, ale teraz już sam tulił się do David‘a, spoglądał na niego wzrokiem bolesnym, jakgdyby go chciał przeprosić, że wywołał jego łzy.
David rozumiał go łatwo.
— Uspokój się, moje dziecię, łzy sprawiają mi rozkosz. I cóż! tego brata, o którym ci mówię, tego ukochanego brata, który był mojem szczęściem, moją miłością, utraciłem. Widzisz teraz, dlaczego uczułem dla ciebie tak nagłą, silną sympatję... widzisz dlaczego pragnę powrócić cię matce takim, jakim byłeś dawniej, dlaczego pragnę wrócić cię szczęściu.
Fryderyk, coraz bardziej wzruszony, powiedział nieśmiało:
— Daruj mi pan, panie David, że myślałem, iż chciałeś szydzić ze mnie, lecz...
— Lecz to, co ci powiedziałem, wydało ci się tak dziwnem, nieprawdaż? że nie mogłeś uwierzyć ażebym ja to szczerze mówił?
— Prawda.
— Inaczej być nie może, a jednak... słowa moje są szczere, zaraz ci tego dowiodę.
Fryderyk utkwił w David’a spojrzenie pełne trwogi i niecierpliwej ciekawości.
— Tak, moje dziecię, zazdrość jest sama w sobie uczuciem szlachetnem, tylko że dotąd źle jej używałeś... źle zazdrościłeś... zamiast dobrze zazdrościć.
— Zazdrościć... dobrze!... Zazdrość... uczucie dobre — powtarzał Fryderyk, jak gdyby uszom swoim nie obciął uwierzyć. — Zazdrość... szkaradna zazdrość... która toczy... pożera... zabija...
— Moje biedne dziecię, Loara o mało nie stała się twym grobem. Gdyby się to nieszczęście było spełniło... matka twoja, nieprawdaż? byłaby wołała: O! przeklęta rzeko, która pożerasz, która zabijasz. O! przeklęta rzeko, któraś pochłonęła mego syna...
— Niestety! panie David.
— A jeżeli się obawa wezbrania sprawdzi, ileż to głosów w rozpaczy swej wołać będzie: O przeklęta rzeko! Zniszczyłaś nasze domy, zatopiłaś nasze pola... Czy złorzeczenia te będą sprawiedliwe?
— Aż nadto, panie David.
— Tak jest, a jednak ta rzeka, ta przeklinana, użyźnia swe brzegi, przynosi bogactwa miastom, przez które przechodzi. Tysiące statków, obładowanych wszelkiego rodzaju płodami, przerzynają jej powierzchnię; ta tak przeklinana rzeka, spełnia nareszcie to użyteczne, to płodne posłannictwo, jakie Bóg nadał wszystkiemu, co z Jego ręki wychodzi, gdyż mówić, że Bóg stworzył rzeki dla wylewów i spustoszenia, byłoby to bluźnierstwem. Nie, nie! to tylko ludzka ciemnota, niedbałość, egoizm, chciwość, wzgarda miłości bliźniego, nazywa klęskami niebieskie dary Stwórcy.
Fryderyk, uderzony temi słowy swego nauczyciela, słuchał go z coraz żywszem zajęciem.
— Przed chwilą dopiero — mówił dalej David — gdyby nie ten ogień, którego zbawienne ciepło ogrzało twoje zlodowaciałe członki, byłbyś może umarł. A tymczasem, jakże okropna jest plaga ognia! Trzeb aż więc złorzeczyć ogniowi i Stwórcy? Cóż ci więcej powiem? Mamy przeklinać parę, która zmieniła postać świata, dlatego, że zrządziła także i straszne nieszczęścia? Nie, nie! Bóg tworzy siły, a człowiek w wolnej woli swojej używa tych sił do złego lub do dobrego. A ponieważ Bóg jest jeden i niepodzielny w swojej wszechmocy, toż samo powiedzieć można o namiętnościach, co i o innych żywiołach; żadna nie jest złą sama w sobie; są to tylko sprężyny. Człowiek używa ich źle, lub używa ich dobrze, według swej woli. Wszakże, mój synu, cierpienia twoje zaczynają się od czasu owej wycieczki do zamku Pont-Brillant, nieprawdaż?
— Tak jest, panie David.
— Porównawszy swoje pospolite nazwisko i swoje życie skromne, prawie ubogie, z wystawnem życiem i świetnem nazwiskiem młodego margrabiego de Pont-Brillant, uczułeś silną, głęboką zazdrość?
— Niestety! i to jest prawdą...
— Aż dotąd, uczucie to było dobre.
— Dobre.
— Tak! wyniosłeś z sobą z zamku wielką siłę duszy, potężną, mądrze skierowaną, powinna ona była dać najszlachetniejszy popęd twoim zdolnościom. Na nieszczęście, siła ta rozprzęgła się w twoich niedoświadczonych dłoniach... i zraniła cię jeszcze, moje biedne, kochane dziecię! Dlatego też, gdyś wrócił do domu, twoje proste i czyste przyjemności zostały zniweczone ustawicznem wspomnieniem przepychów zamkowych; potem, w tem bezczynnem i bolesnem łaknieniu, doszedłeś do nienawidzenia tego, który posiadał to wszystko, czego mu zazdrościłeś... potem... zemsta...
— Jakto, pan wie! — zawołał Fryderyk przerażony.
— Wiem wszystko, moje dziecię.
— Ah! panie David, łaski! — szeptał Fryderyk cichym, bolesnym głosem — właśnie wyrzuty sumienia po tym podłym i okropnym zamachu doprowadziły mnie do samobójstwa.
— Wierzę ci, mój synu, i teraz dopiero pojmuję ciężki i ponury smutek, jaki cię trawił od czasu mego przybycia do domu twej matki; ty rozmyślałeś ciągle nad tym nieszczęsnym zamiarem.
— Pierwszy raz przyszedł on mi na myśl w przeddzień przybycia pana.
— To samobójstwo było dobrowolną pokutą. Ale są jeszcze inne nierównie skuteczniejsze środki, mój kochany Fryderyku. Zresztą, jestem pewien, że jeżeli zazdrość była pierwszym powodem twojej nieubłaganej nienawiści przeciw Rudolfowi de Pont-Brillant, to owa okropna scena w lesie musiała być skutkiem jakichś innych okoliczności, o których ja nie wiem, a które chociaż w części usprawiedliwiają ten występny zamach?
Fryderyk spuścił głowę i nic nie odpowiedział.
— O tem później jeszcze pomówimy — rzekł David... — Teraz, powiedz mi, moje dziecię, czegóż ty najwięcej zazdrościsz młodemu margrabiemu de Pont-Brillant? jego bogactw? tem lepiej! możesz mu ich zazdrościć szczerze, całą duszą, a w tej gwałtownej zazdrości znajdziesz dźwignię nadzwyczajnej siły; pokonasz wszystkie trudności; przez pracę, rozum, uczciwość zostaniesz bogatym, dlaczegóżby nie? Jakób Laffitte był jeszcze biedniejszy od ciebie, chciał zostać bogatym i został stokroć miljonerem; imię jego jest bez skazy, i zawsze podawał rękę niedoli, zawsze sprzyjał, wynagradzał uczciwą i wytrwałą pracę... A ileż to podobnych przykładów mógłbym ci jeszcze przytoczyć!
Fryderyk spojrzał najprzód na swego nauczyciela z głębokiem zdziwieniem; potem, gdy nowe światło zabłysło jego oczom, przyłożył obie ręce do czoła, jak gdyby został olśniony jakimś niespodziewanym blaskiem.
David mówił jeszcze:
— Pójdźmy dalej. Jeżeli bogactwa margrabiego oburzają w tobie tylko zazdrosną pożądliwość, zamiast uczucia nienawiści, oburzenia przeciwko towarzystwu, w którem jedni opływają we wszystkie zbytki, tymczasem drudzy umierają z niedostatku? To dobrze, bardzo dobrze, moje dziecię, jest to chwalebne uczucie, jest to uczucie religijne i święte, gdyż ono natchnęło Ojców Kościoła świętemi i mściwemi słowy... Dlatego też za głosem tych wielkich mężów głoszono boską zasadę braterstwa i równości... Tak — dodał David z gorzkim smutkiem — głoszono ją, ale napróżno. Ci, których samo święte powołanie do tęga przeznaczało, stali się wspólnikami bogactwa i przemocy, w imieniu władców świata powiedzieli ludowi: jesteś skazany na niewolę, łzy i nędzę na tej ziemi. Nie byłoż to bluźnierstwem ojcowskiej dobroci Stwórcy, nie byłoż to pociłem odbieganiem sprawy biednych wydziedziczonych? Ale sprawa ta znalazła w dzisiejszych czasach walecznych obrońców, i błogosławione jest to uczucie, jakie w tobie, moje dziecię, wywołało bogactwo, jeżeli cię ono poprowadź, wśród mężnych ludzi, stawających w obronie niedoli.
— O! — zawołał Fryderyk z promieniejącym wzrokiem, przejęty szlachetnym zapałem — pojmuję teraz... pojmuję...
— Powiedz — mówił David w coraz większem uniesieniu — czegóż więcej zazdrościsz temu młodemu margrabiemu? Starożytności jego imienia? Zazdrość mu....zazdrość! Ty zyskasz coś więcej jak imię starożytne: ty więcej wsławisz twoje nazwisko, uczynisz je głośniejszem jeszcze, niż imię Pont-Brillant. Sztuki, nauki, wiadomość, wojna! I dosięgniesz sławy. Przeglądałem twoje prace, wiem jakiego stopnia dosięgną twoje zdolności, w dziesięćkroć pomnożone podnietą uporczywego i odważnego współzawodnictwa...
— Mój Może!... mój Boże! — zawołał Fryderyk z zapałem i ze łzami w oczach — nie mogę wyrazić jaka zmiana objawia się we mnie. Zamiast posępnej ciemności, zasłaniającej mój umysł, widzę światło, jasne światło dawnych moich czasów, tylko daleko jaśniejsze... O! moja matko! moja matko!...
— Szukajmy jeszcze dalej — rzekł David, nie chcąc zostawić Fryderyka w najmniejszej wątpliwości — zazdrość, jaką w tobie budzi to starożytne imię Pont-Brillant, czy ona się objawia przez gwałtowną nienawiść przeciwko tradycji arystokratycznej, odradzającej się ustawiczni, już to w postaci feudalnej, już to w postaci mieszczańskiej?... Taką zazdrością możesz się chlubić, moje dziecię. Jan Jakob, powstając na materjalną nierówność stanów był wzniosłym zazdrośnikiem a ojcowie nasi, burząc przywileje i monarchję... ojcowie nasi byli bohaterskimi nieśmiertelnymi zazdrośnikami.
— O! — mówił Fryderyk — jak moje serce bije na te szlachetne słowa pana. Jakież to odkrycie! Czuję teraz, co mnie zabijało, była to zazdrość podła, bezowocna! zazdrość była dla mnie odrętwieniem, rozpaczą, śmiercią. A zazdrość powinna być czynem, nadzieją, życiem! W mojej bezwładnej wściekłości umiałem tylko przeklinać siebie, innych i nicość... Gdy tymczasem zazdrość powinna była obudzić we mnie chęć i siłę do wydobycia się z tej nicości. O! ja wyjdę z niej niezawodnie!...
— Dobrze! dobrze! drogie i kochane dziecię — zawołał teraz David, przyciskając Fryderyka do swych piersi — o!... ja byłem pewien, że cię ocalę. Łatwa to praca, przy charakterze tak szlachetnym jak twój, rozwijanym tak długo przez najlepszą w świecie matkę. Tkliwe — dodał jeszcze, nie mogąc wstrzymać łez — dzisiaj rano, w chwili, która miała być ostatnią w życiu twojem, ostatnim krzykiem twoim było: Moja matko, moja matko!... Wracasz do nadziei, do życia, a pierwsze twoje słowa znowu są: Moja matko! moja matko!...
— Winien panu jestem życie — rzekł syn pani Bastien, odpowiadając na tkliwy uścisk swego nauczyciela — winien panu jestem życie całe i życie duszy, panie David...
— Fryderyku, dziecię moje — powiedział David nadzwyczajnie wzruszony — nazywaj mnie swoim przyjacielem. Wszakże ja zasłużyłem teraz na to miano, nieprawdaż? Zastąpi mi ono to słodkie i drogie imię, którego już nigdy nie usłyszę: Mój bracie!
— O! mój przyjacielu — zawołał Fryderyk z zapałem — znajdzie mnie pan godnym tego imienia. Po tym wybuchu tkliwych uczuć, nastąpiła chwila milczenia, w ciągu której David i Fryderyk ściskali się serdecznie.
Nareszcie nauczyciel odezwał się pierwszy:
— Teraz, moje drogie dziecię, odwołuję się do twojej otwartości, w tej ostatniej i ważnej okoliczności, trzeba być surowym, ¡nieubłaganym dla siebie samego, ale nie można być niesprawiedliwym. Powiedz mi, czy...
David nie mógł dokończyć. Zajęci rozmową nauczyciel i uczeń, nie zauważyli, że wózek ich zatrzymał się nagle niedaleko od bramy folwarku.
Marja Bastion, w śmiertelnej trwodze z powodu zbyt długiej nieobecności syna, stała już od dawna na progu swego wiejskiego mieszkania, wyglądając powrotu Fryderyka.
Na widok krytego wózka, zbliżającego się do folwarku jakieś nieodgadnione przeczucie mówiło młodej matce, że to jej syn przyjechał. Wiedziona obawą i radością, wybiegła na jego spotkanie i przybywszy do niego zawołała.
— Fryderyku!... to ty?
Wtedy to przerwaną została mowa David’a i wózek zatrzymał się przed folwarkiem.
Jednym skokiem syn pani Bastien wyskoczył z wózka, rzucił się na szyję młodej niewiasty i okrywając ją gorącemi pocałunkami, zalany łzami, wołał głosem, który przerywało gwałtowne łkanie:
— Matko! jestem ocalony... ustały już wszystkie zgryzoty... cierpienia... jestem ocalony... matko! jestem ocalony!...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.