Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom III/Nieczystość/Rozdział XXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


XXVIII.

Rozmowa Magdaleny i Zofji została tedy przerwana przybyciem Antoniny, która, żywa jak radość, młodość i szczęście, wbiegła do pokoju wołając:
— Zofjo, słyszałam wczoraj, że Magdalena będzie tu dziś rano, przybywam, aby wam powiedzieć, że...
— Ani słowa więcej — rzekła śpiesznie margrabina, całując Antoninę w czoło. — Nie mamy ani jednej chwili czasu do stracenia; musimy teraz, jak dawniej na pensji, zostać garderobianemi Zofji.
— Co mówisz? — zawołała młoda kobieta.
— Ale, Magdaleno — rzekła Antonina — przyszłam donieść wam, że mój akt ślubny został dziś rano podpisany przez księcia i mego stryja, oraz że...
— Twój akt ślubny jest podpisany, moje dziecię, to rzecz ważną, i spodziewałam się tego, resztę opowiesz mi, jak tylko przygotujemy naszej Zofji najładniejszą, najzalotniejszą toaletę w świecie, jest to rzecz ważna, a mianowicie, rzecz bardzo pilna. Poczem margrabina szepnęła do ucha pani Dutertre. — Twój mąż może lada chwila nadejść, trzeba, ażeby był zachwycony... oczarowany... i będzie nim niezawodnie. — Zwróciwszy się potem do Antoniny, Magdalena dodała: — prędzej, prędzej moje dziecię, pomóż mi przenieść tę toaletę do okna... i zajmijmy się naprzód głową Zofji.
— Ale doprawdy, Magdaleno — odpowiedziała pani Dutertre z uśmiechem, gdyż mimowolnie powracała do nadziei i szczęścia — doprawdy, tyś oszalała.
— Nie tak jak ci się zdaje — odpowiedziała margrabina, sadzając Zofję przed toaletą; a rozwiązawszy śliczne włosy swej przyjaciółki, dodała: — z takiemi włosami, gdybym nawet była brzydką, jak potwór, jeszczebym się starała być przymilającą do najwyższego stopnia; pomyślże teraz o sobie samej, Zofjo. Dalej, dopomożno mi, Antonino, gdyż włosy jej tak są długie, tak gęste, że ich wcale utrzymać nie mogę.
Zachwycający też to był widok tych trzech przyjaciółek, piękności tak rozmaitej, tworzących jedno grono. Powabne oblicze Antoniny wyrażało naiwne zdziwienie z powodu tej improwizowanej toalety. Zofja wzruszona, zmieszana tkliwemi i palącemi wspomnieniami przeszłości, czuła pod tą gęstą osłoną z włosów jak jej twarz powabna, dotąd blada i zasmucona, pokrywała się mimowolnie rumieńcem, gdy tymczasem Magdalena, korzystając jak najumiejętniej ze wspaniałych włosów swej przyjaciółki, prześlicznie ją utrefiła.
— Teraz — rzekła margrabina do Zofji — jakąż suknię weźmiesz na siebie? Ale one wszystkie muszą cię bardzo nędznie ubierać, jeżeli wszystkie są jednego kroju.
— Na nieszczęście, wszystkie są jednego kroju — odpowiedziała biedna Zofja z dziwnym uśmiechem.
— Bardzo dobrze! — zawołała margrabina — i założyłabym się, że wszystkie są zapięte po samą brodę?
— Tak jest, wszystkie są zapięte — rzekła Zofja.
— A to coraz lepiej — dodała margrabina — takim więc sposobem te piękne ramiona z wdzięcznemi dołeczkami, te zgrabne rączki skazane są na wieczne zagrzebanie... to rzecz opłakana... Powiedz mi, maszże ty przynajmniej szlafroczek elegancki, jaki zalotny pudermantel?
— Szlafroczki moje są wszystkie bardzo proste. Prawda, że dawniej...
— Dawniej?
— Miałam bardzo ładne.
— I gdzież one są?
— Zdawało mi się, że one zbyt młodo wyglądają dla matki rodziny — odpowiedziała Zofja z uśmiechem — i wygnałam je tam na górę tej szafy za szkłem.
Margrabina nie czekała już więcej, lecz pobiegła do szafy, w której wszystko najokropniej poprzewracała, nareszcie znalazła dwa czy trzy szlafroczki ładne, i zupełnie świeże; wybrała z nich jeden jasnoniebieski w paski słomkowe, którego szerokie, otwarte rękawy miały odsłaniać od łokcia nagie ręce Zofji, a chociaż zamykający się z przodu, szlafroczek ten mógł się dowolnie otwierać i tym sposobem odsłonić niekiedy piękną pierś Zofji.
— Wybornie — zawołała Magdalena — materja jest bardzo ładna i tak świeża jak gdyby była nowa; potrzeba teraz białych jedwabnych pończoch, godnych tych eleganckich pantofelków kopciuszka, które także widzę w tej szafie... w której zachowałaś wszystkie twoje zbroje jak wojownik co już na zawsze wojny wyrzekł się.
— Ale, moja droga Magdaleno — rzekła Zofjaja...
— Niema tu żadnych, ale — przerwała margrabina niecierpliwie.
Pomimo oporu, Zofja Dutertre była posłuszną radom i staraniom swej przyjaciółki; jakoż wkrótce, spoczywając na sofie w pozycji pełnej wdzięku, zezwoliła, ażeby margrabina dokończyła ostatnich mistrzowskich zarysów tego żyjącego obrazu. Rzeczywiście, Magdalena spuściła na jej szyję śnieżnej białości kilka długich puklów jej ciemnych włosów, podniosła nieco szerokie rękawy, ażeby przez to pokazać piękny łokieć, opatrzony dwoma zalotnemi dołeczkami, otworzyła trochę (pomimo oporu Zofji) gors szlafroczka ufałdowany z dziwnem wyrachowaniem, i odsłoniła część nóżki, utoczonej podług najpiękniejszych wzorów.
Wyznać musimy, że Zofja Dutertre była zachwycającą; wzruszenie, pomieszanie, nadzieja, pewien niepokój, przebijający się na jej lekko, zarumienionej twarzy, ożywiły jej oczy, przyspieszyły bicie jej serca i nadały rysom uroczy wyraz.
Antonina była tak dalece zdziwiona tą nagłą przemianą swej przyjaciółki, że klasnąwszy w swoje drobne rączki, zawołała naiwnie:
— Mój Boże! mój Boże! Zofjo, ja nie wiedziałam, żeś ty taka ładna.
— I sama Zofja o tem nie wiedziała wcale — odpowiedziała Magdalena, wzruszając ramionami — dopiero ja musiałam odgrzebać tyle wdzięków.
Wtem służąca pani Dutertre, zapukawszy pierwej do drzwi, weszła do pokoju, mówiąc:
— Pan chciał się widzieć z panią, jest w fabryce i pyta się, czy pani u siebie.
— Każ mu powiedzieć, że czekasz na niego, — rzekła margrabina do Zofji półgłosem.
— Powiedz panu Dutertre, że czekam na niego — powtórzyła Zofja służącej, która zaraz wyszła z pokoju.
Magdalena, zwróciwszy się potem do swej przyjaciółki, rzekła do niej głosem bardzo wzruszonym:
— A teraz... bądź zdrowa, Zofjo, oświadcz twemu mężowi, że jest zupełnie bezpieczny od Paskala.
— Jakto już wyjeżdżasz? — zawołała Zofja ze smutkiem — i kiedyż ja ciebie znowu ujrzę?
— Nie wiem... może kiedyś; lecz słyszę kroki twego męża, zostawiam cię tedy. — Poczem dodała z uśmiechem: — chciałabym tylko za tą spuszczoną portjerą nacieszyć się widokiem twego triumfu.
I skinąwszy na Antoninę, aby jej towarzyszyła, schroniła się za portjerę przyległego salonu w chwili, kiedy pan Dutertre wchodził do sypialnego pokoju swej żony. Przez jakiś czas wzrok Karola błąkał się niepewny, jakgdyby szukał pewnej osoby, którą spodziewał się tu zastać, i nie spostrzegł odrazu przemiany Zofji, która odezwała się do niego:
— Karolu, jesteśmy ocaleni... oto jest zrzeczenie się pana Paskala.
— Wielki Boże! czy to być może? — zawołał Dutertre, przebiegając oczyma papiery, które mu jego żona podała; następnie wzrok jego podniósł się i zatrzymał na Zofji. Wtedy to dopiero zwrócił uwagę na jej zalotną i wyzywającą toaletę; po chwili zdziwienia i uwielbienia zawołał namiętnym głosem:
— Zofjo! cóż to ja widzę? ta toaleta tak piękna, tak nowa... tyś ją przywdziała dla uświetnienia chwili naszego ocalenia?
— Karolu — odpowiedziała Zofja, uśmiechając się i rumieniąc kolejno, toaleta nie jest wcale nowa... kilka lat temu... jeżeli sobie przypominasz... jużem ci się w niej podobała...
— Jeżeli sobie przypominam? — zawołał Dutertre, czując odzywające się w duszy tysiączne wspomnienia miłości i rozkoszy. — Ah! były to piękne chwile naszej gorącej miłości, a te szczęśliwe czasy wracają się... istnieją dzisiaj powtórnie... widzę cię jak dawniej... piękność twoja przyświeca moim oczom zupełnie nowym blaskiem... nie wiem jaki dziwny urok... ale ta elegancja... ta zalotność... ten wdzięk... ten rumieniec na twoich licach... wszystko aż do tego wdzięcznego zapachu irysu, któryśmy tak lubili... wszystko to zachwyca mnie i upaja... nigdy, nie, nigdy nie widziałem cię piękniejszą — dodał Dutertre namiętnie, całując z zapałem piękne ręce Zofji! tak, to ty jesteś, ty, niezawodnie, znajduję cię znowu zachwycającą, kochanko pierwszej mojej miłości.
— Teraz, moje dziecię... zdaje mi się, że najwłaściwiej będzie, jeżeli się oddalimy — rzekła pocichu Magdalena do Antoniny, uśmiechając się nieznacznie.
I obie wyszły na palcach z salonu, którego drzwi Magdalena zaniknęła ostrożnie za sobą, skąd przeszły do gabinetu pana Dutertre, wychodzącego na ogród.
— Pozwól mi teraz, Magdaleno — rzekła Antonina do margrabiny — dokończyć tego, com ci poprzednio chciała opowiedzieć:
— Cóż tedy? mów, moje dziecię.
— Pan Franciszek jest tutaj.
— On?... tutaj!... — zawołała margrabina z drżeniem, nie mogąc ukryć bolesnego wzruszenia, jakie w tej chwili ją przejęło. — Dlaczegóż? Jakim sposobem pan Franciszek może być tutaj.
— Dowiedziawszy się ode mnie, żeś tu miała przybyć dzisiaj rano — odpowiedziała Antonina — pan Franciszek chce ci podziękować za nas... Jest on tu w ogrodzie... patrzaj, wszakże to on...
To mówiąc, dziewica pokazała jej Franciszka, który rzeczywiście siedział na bliskiej ławeczce.
Magdalena rzuciła długie i ostatnie spojrzenie na swego jasnego cherubina, nie będąc w stanie ukryć żałosnej łezki, która zwilżyła jej oczy; nareszcie, pocałowawszy Antoninę w czoło, rzekła do niej głosem lekko wzruszonym:
— Żegnam cię, moje dziecię.
— Jakto, Magdaleno! — zawołała dziewica zdumiona tak nagłem oddaleniem — ty odchodzisz, nie chcąc zobaczyć się wcale z Franciszkiem... ale... to być nie może... ale...
Magdalena przyłożyła palec do ust, i nakazując Antoninie milczenie, oddaliła się, zwróciwszy jeszcze raz oczy swoje na ogród; nareszcie znikła zupełnie.
W dwie godziny potem, margrabina de Miranda oddaliła się z Paryża, zostawiwszy następujący bilet do arcyksięcia:

„Mości Książę!

„Udaję się do Wiednia, przybywaj Wasza Książęca Mość dokonać swego zwycięstwa nade mną.

Magdalena“.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.