Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom III/Nieczystość/Rozdział XXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


XXVII.

Jakeśmy już powiedzieli, Magdalena wyszedłszy z domu Paskala, kazała się zawieźć do pani Dutertre; ta była sama w swoim pokoju sypialnym, gdy służąca oznajmiła jej przybycie margrabiny.
Zofja siedząc w obszernym fotelu, zdawała się być pogrążoną w bolesnej rozpaczy; na widok swej przyjaciółki, spiesznie podniosła głowę, jej zmienione rysy, świeżemi śladami łez naznaczone, pokryte były śmiertelną bladością.
— Patrz... czytaj... i nie płacz więcej — zawołała Magdalena — doręczając jej akt podpisany przez Paskala — czy nie słusznie mówiłam wczoraj: Nie trać nadziei.
— Ten papier! — rzekła pani Dutertre ze dziwieniem — cóż to znaczy? wytłumacz się.
— Jest to twoje i twego męża oswobodzenie.
— Nasze oswobodzenie?
— Pan Paskal zobowiązał się pozostawić twemu mężowi tyle czasu, ile mu będzie potrzeba do zaspokojenia jego długu.
— Miałożby to być prawdą?! nie... nie... takie szczęście, powtarzam jeszcze, to być nie może!
— Przeczytaj więc... niewierna.
Zofja przelotnie przejrzała dokument, poczem spojrzawszy na margrabinę ze zdumieniem.
— To cud jakiś — rzekła — nie mogę oczom moim uwierzyć, i jakimże sposobem? ależ... mój Boże!... to chyba czary.
— Być może... odpowiedziała Magdalena z uśmiechem — kto wie?
— Ah!... przebacz... moja przyjaciółko... — dodała Zofja rzucając się na szyję margrabiny, — zdziwienie moje było tak silne... że na chwilę zapomniałam o mojej wdzięczności. Ty zasłaniasz nas od zguby... my i dzieci nasze winni ci jesteśmy wszystko, szczęście, bezpieczeństwo, majątek... O! Magdaleno... ty jesteś naszym aniołem opiekunem.
Wyrazy wdzięczności pani Dutertre były szczere.
Jednakże margrabina zauważyła w dźwięku, w ruchach, w spojrzeniu swej przyjaciółki pewien rodzaj przymusu. Rysy jej nie zdawały się być pogodne i wesołe, jakiemi powinny się były okazać na wiadomość o ich niespodziewanem ocaleniu; inna jeszcze zgryzota widoczna dręczyła panią Dutertre, dlatego też po chwili uważnego milczenia Magdalena odpowiedziała.
— Zofjo, ty ukrywasz coś przede mną, twoje cierpienia i zgryzoty nie skończyły się jeszcze.
— Możeszże tak sądzić, kiedy dzięki tobie Magdaleno, przyszłość nasza jest dzisiaj równie piękną, równie pewną, jak wczoraj była rozpaczliwą... kiedy...
— Powtarzam ci jeszcze raz, moja biedna Zofjo, że ty jeszcze cierpisz. Powinnabym w rysach twoich widzieć radość najzupełniejszą, a ty zaledwie zdolną jesteś ukryć swoje zmartwienie.
— Czy uważasz mnie za niewdzięczną?
— Sądzę, że twoje biedne serce jest zranione... tak, a ta rana jest tak bolesną, że nie zdoła jej nawet złagodzić pomyślna wiadomość, którą ci przynoszę.
— Magdaleno, zaklinam cię, pozostaw mnie, nie patrz tak na mnie, nie patrz tak na mnie... miesza mnie to... nie badaj mnie, ale wierz mi... o! błagam cię, wierzaj, że w życiu mojem nie zapomnę tego, co ci jesteśmy winni.
Tu pani Dutertre zakryła twarz rękoma i zalała się łzami.
Margrabina zastanowiła się chwilkę i zdawała się powątpiewać, poczem dodała:
— Zofjo, gdzie jest twój mąż?
Młoda kobieta zadrżała, zarumieniła się d zbladła kolejno, nareszcie zawołała mimowolnie i z obawą.
— Chcesz wiedzieć?
— Tak jest.
— Nie wiem... czy teraz jest... w fabryce — odpowiedziała pani Dutertre jąkając się — lecz jeżeli życzysz sobie... jeżeli tego koniecznie pragniesz... każę go zawołać... ażeby się od ciebie samej dowiedział... ile ci zawdzięczamy...
Margrabina smutnie kiwnęła głową i odpowiedziała:
— Nie dla odbierania podziękowań twego męża, chciałam się z nim zobaczyć. Zofjo, chciałam tylko... ażeby ciebie... i jego razem... pożegnać...
— Pożegnać nas?
— Dziś wieczorem wyjeżdżam z Paryża.
— Wyjeżdżasz! — zawołała pani Dutertre, i w głosie jej odbiła się dziwna mieszanina zdumienia, smutku i radości.
Żaden z tych odcieni nie uszedł baczności i przenikliwości Magdaleny.
Naprzód doznała jakiegoś przykrego wrażenia, nawet jej oczy łzami zaszły; później atoli, tłumiąc swoje wzruszenie, rzekła do swej przyjaciółki, uśmiechając się ze słodyczą i biorąc ją za obie ręce:
— Moja biedna Zofjo, ty jesteś zazdrosna.
— Magdaleno!...
— Jesteś względem mnie zazdrosna... przyznaj sama...
— Upewniam cię...
— Zofjo.. bądź otwartą, zaprzecz temu, byłoby to toż samo, co chcieć mnie przekonać, że z wyrachowaniem byłam zalotna... dla twego męża... a Bogu tylko wiadomo... jaka w tem jest moja wina; widziałam go tylko raz jeden... i to w twojej przytomności.
— Magdaleno — zawołała młoda niewiasta z wylaniem i nie mogąc powściągnąć już swoich łez — przebacz mi... uczucie to jest haniebne... niegodne... bo znam całą wzniosłość, twego serca, i ty jeszcze w tej chwili śpieszysz nam wszystkim na ratunek... lecz gdybyś wiedziała...
— Tak jest.... dobra moja Zofjo... gdybym wiedziała... ale nic nie wiem... Otóż złóż przede mną twoje zupełne wyznanie; być może, iż ono oświeci mnie zupełnie.
— Magdaleno... doprawdy, ja się wstydzę, nie będę nigdy miała odwagi.
— Proszę cię... czegóż się lękasz... skoro dzisiaj wieczorem wyjeżdżam.
— Otóż to właśnie... co mnie boli i oburza na siebie samą... wyjazd twój zasmuca mnie... miałam nadzieję oglądać cię tu codziennie, może przez długi przeciąg czasu... gdy tymczasem...
— Gdy tymczasem... wyjazd mój uwolni cię od okrutnej obawy... nieprawdaż? ależ to rzecz bardzo prosta, moja Zofjo kochana, cóż sobie możesz zarzucić? kiedy dzisiaj rano, zanim cię jeszcze widziałam, postanowiłam już wyjechać?
— Prawda... ty tylko tak mówisz... zacna i szlachetna przyjaciółko.
— Zofjo, ja nigdy nie kłamałam... powtarzam ci, że dzisiaj rano, zanim do ciebie przyszłam... mój wyjazd był już ułożony... ale zaklinam cię, powiedz mi jakie powody zbudziły twą zazdrość... być może iż to jest ważniejsze, aniżeli sobie wyobrażasz dla szczęścia twojej przyszłości.
— Słuchaj zatem! Wczoraj wieczorem Karol przybył do domu, strudzony, znękany i przerażony szybkiemi środkami jakiemi nam zagroził Paskal; mimo ciężkich zgryzot swoich... znowu długo mówił tylko o tobie; wtedy wyznaję ci szczerze, obudziło się pierwsze moje podejrzenie, widząc do jakiego stopnia twoje wspomnienie opanowało jego umysł. Karol położył się na łóżku, ja zamyślona, siedziałam jeszcze w jego głowach, wkrótce potem zasnął, znużony gwałtownemi wzruszeniami całego dnia; po jakimś czasie sen jego, naprzód spokojny, stawał się coraz niespokojniejszym, dwa czy trzy razy twoje imię wyszło z ust jego... potem rysy jego przybrały wyraz bolesny, i jak gdyby wyrzutem sumienia obarczony, wyjąkał: przebacz, Zofjo, przebacz... i wy moje dzieci, o! Zofjo... poczem wymówił jeszcze kilka niezrozumiałych słów, i sen jego nie był już niczem przerwany. Oto wszystko co zaszło, Magdaleno, mój mąż wymówił twe imię tylko przez sen, a jednak... nie jestem w stanie wypowiedzieć ci... jaką mnie to przejęło boleścią; daremnie szukałam przyczyny tego wrażenia tak silnego, tak nagłego, gdyż Karol widział cię tylko raz jeden i to zaledwie przez kwadrans; wprawdzie jesteś piękną... o! bardzo piękną... i ja nie mogę równać się z tobą, wiem o tem; jednak Karol aż dotąd bardzo mnie kochał...
Tu młoda kobieta zalała się rzewnemi łzami.
— Biedna i dobra Zofjo — odpowiedziała margrabibna z rozrzewnieniem — uspokój się... on ciebie kocha... on zawsze cię kochać będzie... i przy tobie zapomni o mnie wkrótce.
Pani Dutertre westchnęła smutnie, kiwnąwszy głową. Magdalena mówiła dalej:
— Wierzaj mi, Zofjo, od ciebie zależeć będzie, ażeby o mnie zapomniał; równie jak od ciebie zależało, ażeby twój mąż nigdy ani na chwilę o mnie nie pomyślał.
— Cóż to ma znaczyć?
— Przed chwilą dopiero wywołałam twoje poufne zwierzenie, zapewniając cię, że pewnie sprowadzi ono za sobą jaki pomyślny skutek dla twego przyszłego szczęścia i dla szczęścia twego męża... nie zawiodłam się w tej mierze.
— Wytłumacz się.
— Oto, wyobraź sobie, moja droga Zofjo, że jesteś u spowiedzi — dodała Magdalena z uśmiechem — tak jest, wyobraź sobie że się znajdujesz przy konfesjonale tego ogromnego i grubego księdza Jolivet... pamiętasz? tego jałmużnika naszej pensji, który nam zadawał dziwne pytania, kiedyśmy były młodemi panienkami... od owego czasu, częstokroć pytałam samej siebie, dlaczego to nie mamy oddzielnych kapłanek do słuchania spowiedzi dziewcząt... ale, ponieważ, nie będąc kapłanką, jestem kobietą... — dodała margrabina, uśmiechając się powtórnie — mogę ci przeto zadać kilka pytań, które pewnie byłyby się nasunęły naszemu jałmużnikowi. Powiedz mi tedy... tylko się nie wstydź... czy twój mąż ożenił się z tobą z miłości?
— Niestety! tak jest.
— Nie wzdychajże, moja droga, na tak miłe wspomnienie!
— Ah! Magdaleno, im smutniejszą jest teraźniejszość, tem niektóre wspomnienia więcej nas dręczą...
— Teraźniejszość... przyszłość tem będą, czem je uczynić zechcesz... Ale odpowiedz mi jeszcze... Wszakże przez dwa czy trzy pierwsze lata waszego małżeństwa... Kochaliście się oboje... tak jak para kochanków, nieprawdaż? ty mnie rozumiesz przecież?
Młoda kobieta zarumieniła się i spuściła oczy.
— Potem, powoli... powoli... pomimo że przywiązanie wzajemne nie zmniejszyło się wcale, po tem namiętnem uczuciu nastąpiło inne... spokojniejsze... które wasza miłość dla dzieci przybrała wdziękiem i słodyczą... ale nakoniec... dwaj kochankowie byli już tylko dwoma przyjaciółmi, połączonymi najdroższym i najświętszym obowiązkiem... czy to prawda?
— Prawda, Magdaleno, i jeżeli ci mam wyznać... żałowałam niekiedy tych pierwszych dni młodości i miłości; ale później wyrzucałam sobie te żale... wmawiając w siebie, że one nie dadzą się może pogodzić z poważnemi obowiązkami, jakie na nas wkłada macierzyństwo.
— Biedna Zofjo... ale powiedz mi... wszakże to ostudzenie... albo raczej... przeistoczenie kochanków w małżonków, w przyjaciół, jeżeli tak wolisz nie było wcale nagłe, nieprawdaż? Przyszło ono nieznacznie, i tak, żeś tego prawie nie spostrzegła.
— Rzeczywiście... ale skądże ty to wiesz?
— Jeszcze jedno pytanie... droga Zofjo... w pierwszych czasach waszej miłości... byliście oboje... ty i twój mąż... bardzo zalotni względem siebie? jestem tego pewną. Twoja toaleta pewnie nigdy nie była dosyć świeżą... dosyć ładną... podnieść wdziękiem i starannością to wszystko co było powabnem w tobie... podobać się mężowi, ujmować go zawsze, pragnąć ażeby zawsze był zakochanym, było twoją jedyną myślą... Twój Karol zawsze jakiś kwiatek, jakieś zapachy lubił więcej od innych kwiatków od innych zapachów... to też twoje piękne włosy, twoje suknie wydawały tę woń przyjemną, która w naszej nieobecności materjaliuzje, że tak powiem, wspomnienie ukochanej kobiety...
— To prawda... lubiliśmy nadzwyczajnie zapach fiołków i irysu... woń ta zawsze mi przypomina pierwsze chwile naszego małżeństwa.
— Przekonasz się sama... Co zaś do twego męża, jestem pewną, że i on elegancją, staraniem, gustem odznaczał się we wszystkich szczegółach swej toalety... słowem, oboje pełni zapału, namiętni, z rozkoszą walczyliście na przemian wszystkiemi słodyczami waszej młodej miłości... ale niestety! na łonie tego łatwego, tego dogodnego szczęścia, nieznacznie powstało przywyknienie... przyzwyczajenie, ten fatalny zwiastun niedbałości o siebie samego. Przywyknienie... tem niebezpieczniejsze, że częstokroć staje się podobnem do jakiegoś zaniedbania. Stąd też to mówimy sobie: „Jestem pewna, że on mnie kocha, poco ta staranność, poco ta ciągła pamięć o siebie... co znaczą te wszystkie drobnostki obok prawdziwej miłości?“ Tym to sposobem, droga Zofjo, nadszedł ów dzień, w którym, poświęcona wyłącznie miłości swych dzieci, nie zwróciłaś już uwagi na to, czy włosy twoje były uczesane stosownie do twojej ładnej twarzyczki... czy suknia twoja odpowiadała twemu pięknemu gorsowi... czy twoja nóżka była już od rana starannie obutą... mąż twój oddany także swoim zatrudnieniom, podobnie jak ty obowiązkom macierzyńskim, również zaniedbywał się znacznie. Powoli, oczy wasze przyzwyczaiły się do tej zmiany, nie spostrzegając jej prawie wcale, tak jak człowiek nie zauważa, że się starzeje, żyjąc zawsze razem. Jest to prawdą, tak oczywistą, droga Zofjo, że gdybyś w tej chwili przywołała na pamięć staranność, elegancję, troskliwość ustawiczną o siebie i twego męża i twoją własną w epoce pierwszej waszej miłości... zdumiałabyś się, porównywując przeszłość z teraźniejszością...
— To niezaprzeczona prawda, Magdaleno — odpowiedziała Zofja smutnie, jak gdyby się wstydziła swego zaniedbanego ubioru i włosów mniej starannie uczesanych. — Tak jest, powoli zapomniałam o sztuce, albo raczej o chęci podobania się swemu mężowi. Niestety teraz za późno tego żałować.
— Za późno! — zawołała margrabina — za późno! w dwudziestym piątym roku życia, przy twoich powabnych rysach... za późno, przy tej prześlicznej kibici, tych wspaniałych włosach, tych zębach jak perły, tak wielkich kochających oczach, tej maleńkiej rączce i nóżce drobnej, za późno! Pozwól mi tylko zostać twoją garderobianą na pół godziny, droga Zofjo, a zobaczysz, czy to za późno, ażeby twego męża uczynić równie tkliwym i namiętnie kochającym cię, jak dawniej.
— Ah! Magdaleno! tylko ty umiesz natchnąć nadzieją tych nawet, którzy ją już utracili; a jednak, prawda słów twoich przeraża mnie. Niestety! masz słuszność, Karol już mnie nie kocha.
— On ciebie zawsze kocha, a może nawet więcej jak dawniej, droga Zofjo, gdyż jesteś dla niego doświadczoną małżonką, tkliwą matką jego dzieci; ale nie jesteś już tą czarującą kochanką przeszłości, i dlatego też nie czuje on już teraz tej palącej, namiętnej miłości pierwszych chwil waszego szczęścia. Trochę za surowe jest to, co mówię, moja dobra Zofjo; ale Bóg zawsze wie co robi: nie stworzył on nas istotami niematerjalnemi; wprawdzie nie jesteśmy wyłącznie materją, ale też i nie jesteśmy samym duchem. Wierzaj mi, w rozkoszy jest coś boskiego, dlatego też trzeba ją umieć przystroić, ozdobić, słowem, przebacz mi to wyrażenie może zbyt rażące w małżeństwie... oto trzeba umieć odrobiną lubieżności zbudzić zmysły, uśpione przyzwyczajeniem, jeżeli zaś nie, każda przymilająca kobieta odniesie zwycięstwo nad żoną, a między nami mówiąc, będzie to tylko winą samej żony, gdyż powiedz sama, Zofjo, czemużby obowiązki kobiety i matki nie dały się pogodzić z przymileniem i rozkoszami kochanki? czemużby ojciec, mąż, nie mógł także być zachwycającym kochankiem? Posłuchaj, moja dobra Zofjo, w dwóch słowach, ze zwykłą sobie szorstką otwartością przedstawię ci twoje i moje położenie: Twój mąż cię kocha, ale cię nie pragnie... Twój mąż nie kocha mnie, ale mnie pragnie.
Poczem margrabina, śmiejąc się jak szalona dodała:
— Nie dziwnąż to jest rzeczą, ażebym ja, panna niestety! zupełnie bezinteresowna w obecnej kwestji, bo jestem jak łakotniś bez żołądka, któryby rozprawiał o smacznej kuchni... nie jestże to dziwną rzeczą, abym ja dawała nauki kobiecie zamężnej?
— Ah, Magdaleno — zawołała Zofja z szczerem wylaniem — dzisiaj dwa razy nas ocalasz... gdyż to, co mój mąż czuje dla ciebie... mógłby także i dla innej, mniej szlachetnej, kobiety czuć... a wtedy... wyobraź sobie moje zgryzoty! moje łzy!... O! masz słuszność... Trzeba koniecznie, ażeby Karol znalazł i odzyskał w żonie... swą dawną kochankę...
Tu rozmowa dwóch przyjaciółek została przerwana przybyciem Antoniny.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.