Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom III/Nieczystość/Rozdział XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


XXIV.

Margrabina biorąc z tkliwością obie ręce Antoniny, powiedziała do niej:
— W szczęście zawsze trzeba wierzyć, moje dziecię, ale słuchamy, wytłumaczże się.
— Zaraz — odpowiedziała dziewica głosem przerywanym łzami radości — zaniosłam list memu stryjowi, który do mnie powiedział: Moja córko, ja mam wzrok bardzo osłabiony... proszę cię, przeczytaj mi ten list. Wtedy odpieczętowałam kopertę, nie wiem dlaczego serce biło mi gwałtownie, ale to tak gwałtownie, że o małom nie zemdlała. Oto, tak samo jak teraz jeszcze — dodała Antonina, przyciskając rękę do piersi, jakgdyby chciała stłumić jego uderzenia; musiała nawet wypocząć chwilę, poczem dopiero dodała: — przeczytałam więc ten list, z którego nie zapomniałam ani jednego słowa; taka była treść jego:
„Panie Prezesie, upraszam pana, pomimo choroby, jaką jesteś złożony, przyjąć mnie na chwilę u siebie, jeżeli to być może, tylko na chwilę rozmowy w przedmiocie pilnym i nadzwyczajnie ważnym. Życzliwy panu,

Leopold Maksymiljan“.

— Wszakże — zawołał mój stryj, podnosząc się na posłaniu — jest to imię księcia, mieszkającego obecnie w pałacu Elysée. Zdaje mi się... że tak jest, mój stryju, odpowiedziałam. — Czego on może żądać ode mnie? dodał mój stryj. — Nie wiem — odpowiedziałam, drżąc i rumieniąc się, gdyż nie mówiłam prawdy w tej chwili, i wyrzucałam sobie, że nie śmiałam mu jeszcze wyznać mojej miłości dla Franciszka. Wtedy stryj rzekł do mnie:
— Chociaż bardzo jestem cierpiący, niepodobna, ażebym mógł nie przyjąć księcia: ale nie będę mu mógł odpowiedzieć listownie, bo jestem jeszcze zbyt osłabiony. Zastąp mnie Antonino i odpisz mu to, co ci powiem: „Mości Książę, ponieważ słabość moja pozbawia mnie zaszczytu odpowiedzenia Waszej Cesarskiej Wysokości własnoręcznie, przeto używam obcej ręki, ażeby Waszej Książęcej Mości oznajmić, że w każdej chwili czekam jego rozkazów“. — Właśnie ten list idę teraz napisać w imieniu mego stryja, dodała Antonina zbliżając się do małego pulpitu, stojącego na stole w tymże salonie. Ale powiedz mi, Zofjo — dodała młoda dziewica z rozrzewnieniem — powiedz, nie powinnażem błogosławić Magdaleny, dziękować jej na kolanach? gdyż jeżeliby książę chciał sprzeciwić się naszemu małżeństwu, nie przychodziłby do mego stryja, nieprawdaż Zofjo? i gdyby nie Magdalena, książę nigdyby tu nie przybył.
— Równie jak ty, i ja także mówię, moje dziecię, dzięki, dzięki Magdalenie.
Antonina usiadła przed pulpitem, lecz po chwili daremnych usiłowań, musiała wyrzec się pisania: jej mała rączka drżała tak silnie... tak silnie, że nie mogła wcale utrzymać pióra.
— Pozwól mi usiąść na twojem miejscu, kochana Antonino — rzekła Magdalena nie spuszczając jej wcale z oka — ja za ciebie napiszę.
— Wybacz, Magdaleno — odpowiedziała młoda panienka, ustępując swego miejsca margrabinie. — Nie moja to wina, lecz wzruszenie moje silniejsze jest od woli.
— Jest to winą twego serca, dziecię kochane. Ja pojmuję twoje wzruszenie — rzekła margrabina pisząc pewną ręką odpowiedź prezesa — teraz zadzwoń na kogo, ażeby list oddal adiutantowi księcia.
Stary służący wszedł do pokoju i poruczono mu doręczyć list oficerowi.
— Teraz, moje dziecię — odezwała się margrabina do Antoniny — pozostaje ci jeden jeszcze spełnić obowiązek, a jestem pewną, że i Zofja podzieli moje zdanie; zanim książę przybędzie, powinnaś w krótkich słowach wszystko wyznać twemu stryjowi.
— Rada Magdaleny jest bardzo słuszna — wtrąciła Zofja — nie dobrzeby było, gdyby pan Hubert nie był uprzedzony o celu tej wizyty księcia.
— Twój stryj jest dobry i życzliwy dla ciebie — dodała Magdalena — wytłumaczy on sobie podobny brak zaufania, spowodowany mianowicie, jak się spodziewam, nieśmiałością.
— Obie macie słuszność, czuję to — odpowiedziała Antonina, — zresztą, nie potrzebuję się rumienić, ponieważ, Bóg świadkiem, mimowolnie i nie myśląc o tem, ukochałam Franciszka.
— Właśnie powinnaś się pośpieszyć uprzedzić o tem stryja, moje dziecię, bo książę wkrótce przybędzie. Ale. powiedz mi — dodała margrabina — dla wiadomego mi powodu, nie chciałabym znajdować się tutaj w czasie obecności księcia. Czy z tego salonu nie możnaby wyjść do twego pokoju?
— Korytarz, na który te wychodzą drzwi — odpowiedziała Antonina — prowadzi do mego pokoju; Zofja zna drogę do niego.
— Rzeczywiście, ja cię zaprowadzę Magdaleno — wtrąciła Zofja, podnosząc się razem z margrabiną, która, tkliwie pocałowawszy Antoninę w czoło, rzekła do niej pokazując jej drzwi w pokoju jej stryja — idź prędko, moje dziecię, bo tu każda chwila jest droga. — Dziewica rzuciła spojrzenie czułej wdzięczności na swoje przyjaciółki, które, wyszedłszy z salonu, udały się do pokoju Antoniny. Lecz na kurytarzu spotkały starego służącego, który powiedział do Zofji.
— Pan Dutertre chce widzieć się z panią natychmiast.
— Mój mąż! gdzież on jest?
— Na dole, w dorożce przed bramą; przysłał tylko do mnie odźwiernego, ażebym panią poprosił na dół.
— To rzeczy szczególne; czemuż on tu nie przyszedł? — rzekła Zofja spoglądając na swą przyjaciółkę.
— Pan Dutertre pragnie tylko kilka słów pani powiedzieć — dodał Piotr.
Pani Dutertre zatrwożona udała się za nim, powiedziawszy pierwej do margrabiny.
— Ja wracam natychmiast, moja przyjaciółko, gdyż pragnę jak najspieszniej wiedzieć o skutku wizyty księcia.
Magdalena pozostała sama.
— Dobrzem uczyniła, śpiesząc się tak bardzo — pomyślała z pewnym rodzajem goryczy — dobrzem uczyniła, idąc za pierwszym popędem wspaniałomyślności; jutro byłoby już za późno, nie miałabym może odwagi poświęcić się dla Antoniny. Dziwna rzecz, przed godziną myśląc o Franciszku i o niej, nie czułam żadnego niepokoju, tylko jakiś słodki smutek, a teraz serce moje ściska się powoli, napełnia się boleścią... i cierpię... o!... bardzo cierpię...
Nagłe wejście Zofji przerwało dalsze uwagi margrabiny, domyśliła się jakiegoś wielkiego nieszczęścia ze złowrogiego, prawie obłąkanego wyrazu twarzy pani Dutertre, która rzekła do niej głosem ucinanym i stłumionym:
— Magdaleno... ofiarowałaś mi twoje usługi... przyjmuję je teraz...
— Wielki Boże! Zofjo... co ci jest?
— Położenie nasze jest okropne.
— Wytłumacz się.
— Może jutro... Karol zostanie uwięziony.
— Twój mąż!
— Uwięziony... powiadam ci... o! mój Boże! on!
— Ale za cóż... jakim sposobem?
— Potwór złośliwości... któregośmy uważali za naszego dobroczyńcę... Paskal...
— Paskal.
— Tak jest... wczoraj... nie śmiałam... nie powiedziałam ci wszystkiego... lecz...
— Pan Paskal? — powtórzyła Magdalena.
— Los nasz jest w ręku tego nielitościwego człowieka, i pragnie nas doprowadzić do nędzy, mój Boże! w cóż się obrócimy, my i nasze dzieci! i ojciec mego męża, ah! to jest okropne!
— Pan Paskal — dodała margrabina z głębokiem oburzeniem — nędznik! o! tak, wyczytałam to z jego twarzy, widziałam to z jego zuchwalstwa i podłości, człowiek ten musi być bez litości.
— Znasz go?
— Dzisiaj rano widziałam go u księcia. Ah! teraz żałuję, żem się dała unieść memu oburzeniu, i wzgardzie jaką ten człowiek we mnie obudzał. Czemużeś mi pierwej nie powiedziała? jest to nieszczęście... wielkie nieszczęście...
— Co mówisz!...
— Zresztą, mniejsza o to, stało się. Ale słuchaj, Zofjo, przyjaciółko moja, nie trać odwagi, nie przesadzaj twego nieszczęścia, opowiedz mi wszystko, a może być, że znajdziemy sposób odwrócenia zagrażającego wam ciosu.
— To być nie może. Magdaleno, wszystko czego od ciebie żądam w imieniu Karola, w imieniu moich dzieci... jest, ażebyś...
— Pozwól, ażebym ci przerwała. Dlaczego mówisz, że jest niepodobieństwem odwrócić grożące wam nieszczęście?
— Paskal jest bez litości.
— Dobrze, ale jakież jest wasze położenie względem niego?
— Rok temu mąż mój, podobnie jak wielu przemysłowców znajdował się w położeniu nader krytycznem; pan Paskal ofiarował mu swoje usługi; Karol, zwiedziony pozorami prawości, przyjął je, zbyt długo byłaby tłumaczyć ci, jakim zbiegiem okoliczności, Karol, ufając obietnicom pana Paskala, znalazł się wkrótce w zupełnej zależności od tego człowieka, który każdego dnia mógł zażądać od mego męża zwrotu przeszło stu tysięcy talarów, to jest mógł zniweczyć jego zakład, pogrążyć nas w nędzy; nareszcie nadszedł dzień, w którym Paskal, opierając się na swoich prawach, postawił męża mego i mnie w ostateczności, albo zupełnej zguby, albo też dopuszczenia się podłości, których od nas wymagał.
— O! podły! nikczemnik!
— Wczoraj, kiedyś przybyła, oznajmił nam właśnie swą groźbę. Odpowiedzieliśmy mu na nią według naszego serca, poprzysiągł tedy zemstę i dziś dotrzymuje słowa. Zgubieni jesteśmy, powiadam ci, gdyż oświadcza, że na mocy jakiegoś prawa może tymczasowo kazać uwięzić Karola. Zatem, mojem zdaniem, trzeba się starać przedewszystkiem, ażeby mój mąż uniknął więzienia. Wzbrania on się od tego, utrzymując, że to tylko zasadzka, że niczego nie potrzebuje się obawiać, i że...
Magdalena po chwili namysłu przerwała znowu swej przyjaciółce, mówiąc do niej:
— Ażebyście nie potrzebowali obawiać się niczego od Paskala, cóż wypada uczynić?
— Zapłacić jego należytość.
— A twój mąż winien mu jest?
— Przeszło sto tysięcy talarów, zabezpieczonych na naszym zakładzie; lecz gdyby nas z niej wywłaszczono nicbyśmy już nie mieli na świecie. Mój mąż zostanie ogłoszony bankrutem i wtedy cała jego przyszłość zgubiona.
— I nie ma już żadnego innego środka wydobycia się z rąk Paskala, jak tylko przez zapłacenie jego należytości?
— Jest jeden, na który mój mąż zawsze liczył, opierając się na słowie tego niegodziwego człowieka.
— Środek zaś ten jest?
— Dać Karolowi dziesięć lat czasu, ażeby się mógł wypłacić.
— A przy takiej pewności?
— Niestety! bylibyśmy ocaleni, ale pan Paskal chce się pomścić i nigdy nie przystanie na podanie nam tego środka ocalenia.
Ta smutna rozmowa przerwana została przybyciem Antoniny, która z rozpromienioną twarzą wbiegła do pokoju, wołając:
— Magdaleno!... pójdź... pójdź!
— Cóż się stało, moje dziecię? czy jaka szczęśliwa wiadomość? o! zgaduję ją z twoich uradowanych oczów...
— Ah! przyjaciółki moje — rzekła dziewica — obawiam się tylko czy będę w stanie znieść tak wielkie szczęście: mój stryj... książę... zezwalają na wszystko... A książę... gdybyście wiedziały jaki on był pobłażliwy... jak po ojcowsku obszedł się ze mną, gdyż chciał żebym była obecną jego rozmowie z moim stryjem. „Wpływ margrabiny de Miranda — zdziałał zmianę, miłą dla pani i Franciszka“ — powiedział — „a z chwilą jeśli margrabina znajduje się u pani, bądź łaskawa oznajmić jej, że chciałbym podziękować jej wobec pani, że podała mi sposobność naprawienia mego względem pani uchybienia“. Jakież to są szlachetne, i rozrzewniające słowa! — dodała dziewica. — O! pójdź Magdaleno! pójdź moja dobroczynna opiekunko, moja siostro, moja matko, ty, której Franciszek i ja będziemy winni całe nasze szczęście. Pójdź i ty, Zofjo — rzekła jeszcze Antonina, biorąc panią Dutertre za rękę — wszakże i ty podzielasz moje szczęście, tak jak podzielałaś moje nadzieje i rozpacz.
— Moje drogie dziecię — odpowiedziała pani Dutertre, starając się pokryć swój smutek — nie potrzebuję ci mówić, jak dalece podzielam twą radość; ale obecność księcia zmieszałaby mnie, a zresztą... przed chwilą powiedziałam Magdalenie, że muszę wrócić do domu... Nie mogę zostawiać moich dzieci zbyt długo bez żadnego dozoru. Uściskaj mnie, Antonino, szczęście twoje jest zapewnione; ta myśl będzie mi słodka, i, jeżeli mam jakie zmartwienie, to, wierzaj mi, przy niej łatwiej takowe zniosę.
— Zofjo — rzekła margrabina pocichu, lecz pewnym głosem do swej przyjaciółki — odwaga i nadzieja; niechaj twój mąż nie wyjeżdża; jutro czekaj mnie u siebie do południa.
— Co mówisz?
— Nie mogę ci nic więcej powiedzieć; ale niechaj przykład Antoniny doda ci ufności. Dzisiaj rano rozpaczała, teraz, spojrzyj na nią, twarz jej promienieje radością.
— Tak, dzięki tobie.
— Uściskajmy się, i pozwól mi jeszcze powtórzyć: odwaga i nadzieja. — Poczem zbliżywszy się do Antoniny, Magdalena rzekła do niej: — teraz, moje dziecię, pójdziemy do księcia.
Antonina i margrabina opuściły panią Dutertre, która, ulegając mimowolnie pod wpływem przekonywającego głosu Magdaleny, wracała do swego smutnego mieszkania wiedziona wątpliwem światłem niejakiej nadziei.
Książę oczekujący na Magdalenę w salonie prezesa Hubert, ukłonił jej się głęboko i rzekł do niej tonem ceremonialnej grzeczności, jak mu nakazywała obecność Antoniny.
— Miałem na sercu złożenie pani margrabinie podziękowania za tę wielką usługę, jaką mi pani wyświadczyła. Postawiłaś mnie pani w możności ocenienia panny Antoniny Hubert tak jak tego jest godną; szczęście mego chrzestnego syna na zawsze jest zapewnione. Umówiłem się z panem Prezesem, który raczył przychylić się do mej propozycji, że zaręczyny Franciszka z panną Antoniną, odbędą się jutro rano, według niemieckiego zwyczaju, to jest, że ja i pan Hubert podpiszemy, pod karą przeniewiercy akt małżeństwa, który Franciszek i panna Antonina pod taż samą karą będą obowiązani podpisać.
Po chwili milczenia, książę mówił dalej:
— Ośmielam się upraszać panią margrabinę o wyświadczenie mi jednej jeszcze łaski — dodał książę — wyjmując z kieszeni list, oddał go Magdalenie — pani zna rodzinę pułkownika Parnetti?
— Bardzo dobrze, Mości Książę.
— Otóż, racz pani list ten po przeczytaniu onego, odesłać pułkownikowi. Jestem pewien — dodał arcyksiążę, wymawiając z pewnym przyciskiem te ostatnie wyrazy — że pani tyleż doznasz przyjemności, odsyłając ten list, ile dozna szczęścia ten, który go odbierze.
— Nie wątpię o tem bynajmniej, i ponawiam Waszej Cesarskiej Wysokości moje najszczersze podziękowanie — rzekła margrabina, składając ceremonjalny ukłon.
— Do jutra tedy, panno Antonino — dodał książę zwracając się do młodej panienki — pójdę przygotować mego biednego Franciszka do pomyślnej wiadomości, którą mu przynoszę, obawiam się bowiem zbyt silnego z jego strony wzruszenia; lecz jestem pewny, że skoro się o wszystkiem dowie, przebaczy mi, równie jak pani, zmartwienia, których stałem się dla niego powodem.
Ukłoniwszy się powtórnie Antoninie i margrabinie, z którą zamienił znaczące spojrzenie, książę powrócił do pałacu Elysée-Bourbon.

Nazajutrz o godzinie dziesiątej, Magdalena wsiadła do powozu i kazała się zawieść najprzód do notarjusza, a potem do Paskala.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.