Siła serca/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Siła serca
Podtytuł Błękitne romanetto
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1922
Druk Drukarnia Przemysłowa w Poznaniu
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

VI

Nagle wybuchła wojna.
Przepowiadali ją niektórzy skauci Zarucie, ale pilot, mało zajmujący się sprawami ziemskiemi, proroctwa swych młodych przyjaciół puszczał mimo uszu. W dodatku wypracowywał pewien szczegół konstrukcyjny i tak był pochłonięty pracą i różnemi obliczeniami, że nie wiele rozumiał, co do niego mówiono.
Raz nad wieczorem wracał z lotniska. Jadąc samochodem bocznemi, — mało uczęszczanemi ulicami, aby móc szybciej jechać, natknął się na olbrzymi tłum ludzi. Z lewej strony, ku ulicy, którą jechał Zaruta, spadzistą i stromą uliczką płynął szaro-błękitny strumień żołnierzy. Nad ich głowami grzmiała posępna, twarda pieśń niby chmura hucząca, w której trzepotały się jak motyle i lśniły ciepłemi blaskami zatknięte u lufy karabinów georginje i astry, albowiem pora była jesienna. W słońcu czerwonem krwawe, ceglaste stały się ręce, trzymające karabiny i krwią nabiegłe, rzekłbyś, były twarze, poważne, surowe. Idąc spadzistą ulicą zgóry, żołnierze sadzili przed siebie wielkiemi krokami. Pomyślałbyś — uciekali z miasta, chcieli je czemprędzej porzucić.
Samochód stał, drżąc i hucząc zcicha, wojsko defilowało, publiczność żegnała je okrzykami. Bataljony mijały jeden za drugim. Na czele jednego bataljonu szedł wysoki barczysty oficer, z poważną wyrazistą twarzą. Kiedy był niedaleko samochodu, z tłumu wyrwała się mała dziewczynka i piszcząc, złapała oficera za rękę. Ten jednym ruchem podniósł ją w górę, przycisnął do siebie, pocałował, postawił na ziemi i poszedł dalej.
— Tatusiu, wróć! — wołała dziewczynka.
Ojciec nie słyszał. Szedł wyniosły, niezłomny, z wzrokiem patrzącym gdzieś ponad głowy idących przed nim żołnierzy.
— Na bok! Na bok! — rozległy się głosy w tłumie.
Motor zawarczał, Zaruta gwałtownie cofnął swój samochód, zakręcił i poleciał gdzieś przed siebie.
Kiedy późnym wieczorem wrócił do domu, zastał Kasię na werandzie z kilku chłopcami.
Wieczór był ciepły i pogodny.
W górnej aleji parku pokazały się jakby różnobarwne robaczki świętojańskie, pstre, kolorowe latarnie, kołyszące się równym, rytmicznym ruchem. Za temi iskrami płynęła silna, porywająca muzyka trąb z czystego metalu, dźwięczna akordem i energicznym wyrazem, wesoła, buńczuczna. Czarne tłumy płynęły wraz z orkiestrą, której instrumenty połyskiwały w stłumionym blasku lampionów. Orszak lawiną ciemną stoczył się nadół i szedł dokoła stawu, ognie rozpalając w czarnej wodzie. Zwabione światłami i muzyką łabędzie, wypłynęły ze swego pawiloniku zdziwione i leciały do muzyki, ciągnąc za sobą jasne, błękitne smugi.
— Jakie to wszystko niby wesołe! — rzekł szczerze któryś z chłopców.
Ale nastrój na werandzie był raczej poważny, niż wesoły. W półzmroku chłopcy poruszali się powoli, podobni do smukłych cieniów.
Muzyka oddalała się, zniknęła wśród czarnych, gęstych klombów, przepadła.
— No, więc? — spytał Zaruta, prędko załatwiając się z kolacją. — O cóż właściwie ta wojna? Kto mi powie? Ale poprostu, po naszemu, bez zbytecznych słów. O co się mamy bić i dlaczego? Któż mi powie? Jak ty myślisz, Janku?
Skaut zawahał się.
— Po sprawiedliwości mówiąc — nie wiem! — rzekł po namyśle. — W tem, co nasi mówią, zdawałoby mi się, powinna być słuszność, w tem, co tamci mówią, jest może ich słuszność. I właśnie dlatego, że tak trudno tę prawdę znaleźć, musimy się bić, to znaczy, naród nasz pójdzie z tamtym na boży sąd. Kto wygra, przy tym będzie prawda.
— To znaczy, że jeśli przegramy, to prawda nie będzie po naszej stronie?
— Nie umiem na to odpowiedzieć. Ale przecie słusznem jest, abyśmy żyli, a nie należymy znów do tych narodów, przy których drugie żyć nie mogłyby. Gdyby nieprzyjaciele nasi wojny nie chcieli, nie byłoby jej z pewnością. Dziś — musimy się bronić, inaczej wszystko przepadnie.
— Więc to my będziemy się bronili?
— Oczywiście. A czegóżbyśmy mieli szukać na ich ziemiach?
— Pewnie, że nie mamy tam nic do roboty. Więc — bronić się! A cóżeście tu uradzili? Bo nadarmo tu nie siedzicie...
— Postanowiliśmy zgłosić się do wojska.
— Wszyscy? Wszystkich nie wezmą.
— Kogo nie wezmą, ten zostanie.
— Tak. Ale co to znaczy — iść do wojska?
— To już do nas nie należy. Zgłosimy się, gdzie trzeba, a potem zrobimy, co każą.
— Tak myślisz?
Lotnik wstał i przeszedł się parę razy po werandzie, potem nabił sobie tytoniem fajeczkę, zapalił, usiadł na bujaku i kołysząc się zlekka, myślał, zapatrzony w lampę.
— Wasz zamiar jest dobry — zaczął mówić. — Jak wojna to wojna, bić się musi, kto może. Jednakowoż — jest mi to nie na rękę. Jesteście młodzi, zżyłem się z wami, otwarcie mogę powiedzieć — wychowałem was. A teraz mielibyście rozproszyć się mi i zniknąć w masie. Szkoda-by było.
— W takiej chwili nie można się oszczędzać, ani zważać na sentymenty! — odezwał się Lolo, z lekceważącym nieledwie grymasem zdziwienia unosząc brwi.
— Ech, rozumie się, ty jesteś znacznie większy bohater odemnie! — uśmiechnął się pilot.
— A co pan zrobi? Co pan zamierza? — zaczepił go Lolo trochę złośliwie.
— O mnie niema co gadać! Zaraz jutro zgłoszę się do dyspozycji władz wojskowych...
— No więc?
— Co do was jednak pragnąłbym, żebyście się ze swą decyzją na parę dni wstrzymali. Może mi się uda coś wymyślić!
— Co tu dużo wymyślać! — pokiwał głową Jurek. — Kto może karabin w rękach utrzymać, musi się iść bić.
— Zaczekaj-no! To wcale nie jest znów takie proste, jakby ci się zdawało.
— Bo poco nas wykręcać, ratować!
— Kto cię chce ratować? Ja? A mało razy latałeś ze mną, choć nikt ci nie kazał?
— Bo mnie pan brał!
— I sądzisz, że śmierć ci nie groziła?
— E, z panem! Z panem nic nie grozi!
— Dzieciak jesteś. Wiedz-że sobie, że zawsze grozi. Lecz choć wiedziałem, że cię biorę na swoje sumienie, sam cię namawiałem, żebyś ze mną leciał, bo chciałem ci pokazać to, co kocham i co kochać trzeba... Ale wiedz o tem, że gdybym ja był zleciał, tybyś to też życiem przepłacił. O, wy, naiwni chłopcy! Ja to przecie uczyłem was śmiercią pogardzać, nie widzieć jej wcale, a wy dziś mówicie, że was chcę oszczędzać! A czyż ja was oszczędzałem? Wychować sobie chciałem z was swoich następców — i to wszystko. A przecież wy wiecie, że, jeśli latać nie przestanę, prędzej czy później to jest śmierć! Kocham was bardzo, niewątpliwie, sami o tem wiecie, ale nie dlatego tylko, że ty, Janku, masz takie dobre serce, że Jurek nie kłamie, że Lolo jest tak czuły w sprawach honoru i nie dlatego, że wszyscy jesteście dobrymi chłopcami, ale ponieważ w każdym z was udało mi się rozbudzić to, czego pragnąłem i ponieważ w każdym z was jest dziś — orle serce! Za to was kocham, moi drodzy malcy, za to, że, przysięgam! — wy będziecie latali! A kiedy który wyląduje potem po raz ostatni, w postaci krwawego sznycla, skwierczącego na ogniu własnego motoru — to będziecie mogli powiedzieć, czy was oszczędzałem!
Chłopcy spojrzeli po sobie.
— Cóżeś widział jeden z drugim — śmiał się pilot — latając ze mną po niebie? Może widoki jakie cudne, kraje nieznane? A pewnie, jest kraj, jest — nieznany i nie każdemu dostępny — kraj wiary w siebie i pewność swego serca, kraj, w którym śmierć sekundy na swej kosie wydzwania. Otwórzcie oczy, chłopaki, to ja wam pokazałem, nic więcej. I dziś, żebym wam nie wiedzieć jak tłomaczył, że tam istotnie jest królowanie śmierci, żaden z was nie uwierzy, bo odemnie nauczyliście się wiary w aparat i wiary w siebie.
— To prawda! — wykrzyknął z radością Janek. — Ale to przecie jest proste! Kto pływać umie, ten się wody nie boi!
— Przeważnie jednak toną ci, którzy pływać umieją. Mniejsze z tem zresztą. Dość na tem, moje ptaszki, że ja was z rąk wypuścić nie mogę. Poczekacie ze swą ochotą bojową — a ja z was zrobię na prawdę Patrol Śmigi Warczącej!
— To co innego! Na to zgoda! — wołali chłopcy.
Otulona szalem, w zmroku, zapomniana i samotna, siedziała Kasia, ze zdumieniem i zgrozą przysłuchując się tej dziwnej rozmowie. Kiedy umilkły okrzyki chłopców, chciała się odezwać, ale coś jej odebrało głos. Dopiero przełknąwszy łzy, mogła przemówić.
— Żebyście wy wiedzieli, jacy jesteście dziwni — mówiła ze swego kąta. — Znam was wszystkich od dzieciństwa i znam was jako zacnych, prawych, bardzo dobrych chłopców. A dziś — czy wy rozumiecie? — jesteście dzicy, dzicy, jak ludożercy. Ty, Marjanie, ty się przechwalasz tem, że jako dzieciaki, brałeś ich ze sobą na aeroplanie i narażałeś na śmierć! I to mówisz ty, człowiek tak dobry! Co gorsze, w słowach twoich istotnie jest połowa prawdy! Nie cała prawda, bo przecież trochę przesadzasz, ale połowa prawdy jest! I że cię tego nie wstyd! Nie rozumiem, nie rozumiem! Co teraz? Teraz, dziś, z tych młodszych swoich braci chcesz porobić sokoły, które, jak zawodowy „falconiere“ chciałbyś puszczać z ręki na upatrzonego przeciwnika! Okropność! Ja wiem, wiem dobrze, że myśliwi kochali często sokoły swoje ponad wszystko... I że dla tych sokołów miłość pana była ostrogą, podniecającą ich zapał, ich ambicję bojową.. Pomyślcie jednakże, czy to nie jest dzikie? W sokolnika zmienia się mój dobry brat, w sokolnika, który z żywych ludzi sokoły robi! I co wy mówicie o kulturze, wy, ludzie o dzikich instynktach wiecznych myśliwych!
— Dzikie! — roześmiał się Zaruta. — Słuchajże: Widziałem dziś wymarsz jakiegoś pułku.Tysiące ludzi szły — bronić Ojczyzny. I widziałem, jak mała dziewczynka wołała na swego ojca: — Wróć, tatusiu! — a on wrócić nie mógł, oficer, prowadził bataljon!
— Jakież to straszne!
— A któż to takie cierpienia nam zadaje? Czy sądzisz, że ten tatuś chciał iść w obce kraje, że on nie wolałby zostać w domu? Idzie — bronić tej swojej córeczki. Do tego doszło. Więc — jeśli się mamy bić, jeśli mamy bronić — obronić, musimy trochę zdziczeć. I dzięki Bogu, że te „dzikie“ instynkty jeszcze w nas są!
— Rozumie się! — burknął Janek.
— Być może. Ale jakże przykro, jakże niezmiernie smutno patrzeć na taką przemianę! Wierzyłam w was, w waszą dobroć...
— To przecież nie jest „złość“, że pójdziemy bronić swego kraju! — zaprotestował Lolo.
— Nie rozumiecie mnie!
— Przywykła pani patrzeć na nas jak na dzieci, a tymczasem...
— Cóż „tymczasem“, mój Jurku?
— My chyba już dziećmi nie jesteśmy — dokończył, mniej już pewny siebie.
Rozpłakała się.
Skautom zrobiło się niewyraźnie.
— Kasiu, coś ci powiem! — odezwał się Zaruta. — Ty masz słuszność w gruncie rzeczy, zwłaszcza już, jak płaczesz... Bo ostatecznie takie strasznie znów wesołe to wszystko nie jest. Ale zrozumiej, że te draby pchają się do nas, chcą nas zniszczyć, więc przecie musimy się bronić! Ty nie polecisz, ty bomb rzucać nie będziesz...
— Zato strasznie będą się bali Lola lub Jurka! — śmiała się przez łzy.
— Oni się wyrobią, nie obawiaj się. Tylko, jeżeli już my musimy wojować, to ty nas nie osłabiaj, ale pomagaj. Tu, u nas, będzie lotnisko, to jest właściwie — klub. Tu już wojna wtargnąć nie śmie, tu będzie twoje spokojne panowanie, tu będzie nasza najświętsza forteca. Pamiętaj, że każdy z nas może się zmęczyć, może zesłabnąć — a wtenczas ty musisz być nam ucieczką...
Westchnęła.

— Spróbuję! — rzekła, opanowując się.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.