Siła serca/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Siła serca
Podtytuł Błękitne romanetto
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1922
Druk Drukarnia Przemysłowa w Poznaniu
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
III.

Zaruta zajmował wraz z siostrą piękną, białą willę za miastem, zbudowaną tuż koło wielkiego parku. Ponieważ willa stała na wzgórku, zaś park leżał w kotlinie, przeto z okien i werandy widać było poprzez zielony żywopłot strzyżone trawniki, sino-czerwone na nich piwonje, ciemnozielone, smukłe tuje, podobne do płomieni świec, łabędzie pływające po czarnym stawie, a po drugiej stronie, prawie na wysokości willi lecz cokolwiek niżej, długą, strzyżoną aleję, noszącą fantastyczną nazwę jakiegoś orjentalnego władcy. Park był tak blisko, iż mogło się zdawać, że należy do willi.
Willa, otoczona sztachetkami i żywopłotem, obrośnięta gęsto dzikiem winem i z wielkiemi, szklanemi kulami, skrzącemi różnobarwnie wśród grządek kwiatowych, stała sobie samotna, wykwintna i jakby na uboczu. Kasia, która zajmowała się gospodarstwem, miała staranie o wygląd domu. Uważała, aby wszystkie metalowe ozdoby, klamki i zamki, pilnie czyszczone, lśniły jak złote, aby szyby w oknach świeciły, jak z miki, aby wszystko było w porę odnowione, odświeżone, zamiecione i pomalowane. Ten porządek oraz cisza i spokój, panujące w willi, sprawiały, iż — choć w wyglądzie jej nie było nic nadzwyczajnego — na pierwszy rzut oka odgadywało się, że jej mieszkańcy chcą być sami i żyją swem własnem życiem — nie przez egoizm, jeno ponieważ zaprząta ich coś, co wymaga osamotnienia.
Było to istotnie osamotnienie, ale nie samotność. Albowiem tuż obok znajdował się właśnie park, żyjący swem własnem, bujnem życiem. O żadnej porze roku nie był on bezludny i obumarły. Wiecznie kręcili się po nim ogrodnicy, nawet w zimie czuwający nad drzewami i roślinami, wiecznie uganiała po nim młodzież, zaś w dni świąteczne a także w pogodne, ciepłe wieczory letnie całe miasto cicho szemrzącemi, ciemnemi szeregami obsiadało długie ławki, podczas gdy młodzież, pstra w swej jasnej odzieży, ruchliwa i pełna życia, zgiełkliwym tłumem zapełniała ścieżki i aleje. Z zapadnięciem nocy park powoli pustoszał, ale do późna bawili w nim ci, których młoda energja unikała snu. I słychać było wówczas śpiewy chóralne, mandoliny i gitary, czasem rozmarzony, niepewny głos dziewczęcy, ciemnościom ze swych tęsknot zwierzający się pieśnią, a czasem śmiechy, krzyki piskliwe, trwożne niby a przecie rozbawione i uradowane i tupot stóp i odgłosy gonitwy. A kiedy już wszyscy odeszli i słowiki zaczynały pogwizdywać w klombach rozkwitłego, rosą świeżą obficie płaczącego bzu, w dalekiej i prostej alei, wśród której żywopłotów czarnych jak czarnem korytem płynęły strugi światła księżycowego, pojawiały się samotne pary, z długiemi, niecierpliwemi cieniami, wyrywającemi się im z pod nóg. Pary siadały i wrastały w ławki, w czerń strzyżonego żywopłotu, w blask księżycowy, w rozmarzenie nocne. A na park spadało wówczas jakieś omdlenie czy zamyślenie melancholijne nad wiecznie tymsamym szeptem zwierzeń, nad wiecznie tymsamym różańcem westchnień strzelistych, pragnień i cierpień...
A jakże miło było patrzeć, gdy w słoneczne przedpołudnia młode mamy zwoziły do parku na małych wózeczkach swe dzieci i pochylone nad niemi, oczami pijące ich uśmiech, zapominały o własnej, pięknie rozkwitłej młodości i o młodej wiośnie, uśmiechającej się z każdej grządki i każdej krzewiny! A cóż dopiero, kiedy się zebrały dziewczątka — czerwona, błękitna, biała, żółta, zielona, szafirowa — kolorowe punkciki w rozsłonecznionem powietrzu, migające czuprynkami, koroneczkami i wstążeczkami — i wziąwszy się za ręce, głosikami tak krótkiemi jak ich warkoczyki śpiewając — nieśmiało i jakby z zawstydzeniem kręciły się w koło, przyglądając się sobie z podejrzliwą, bo obawiającą się zawodu a oddaną życzliwością!
Najpiękniej jednakże było w zimie, kiedy młodzież, korzystając z nierówności gruntu w parku, robiła sobie z nich tory saneczkowe. Dzień w dzień, jeśli tylko było dość śniegu, na wzgórzach pojawiały się hałaśliwe tłumy w białych sweaterach i czapkach i cieszyły się błyskawiczną jazdą po wyszlifowanych, gładkich jak szkło, torach saneczkowych. Pod wieczór, kiedy słońce zachodziło klomby drzew czerniały, śnieg różowiał a zaś wyślizgane, gładkie tory stawały się ogniście czerwone — na nich sanki, jak ruchome grzędy kwiatów, śpiewających radosną pieśń wysokiemi, entuzjastycznemi okrzykami — ponad tem czasem, nisko nad drzewami, jedna lub dwie wielkie, jasne drżące gwiazdy... A potem niebo ciemniało w szafir, śnieg nabierał jasnego lśnienia, tory świeciły jak brylantowe strumienie, a zaś saneczki na nich czerniały... A tylko młode głosy brzmiały w jasnem spokojnem powietrzu jak chór radośnie rozkołysanych dzwonków i dzwoneczków.
Tak przez czyste okna swej willi lub też z werandy Kasia przyglądała się pięknemu parkowi i życiu, które w nim wrzało, czując się dzięki temu bliższa ludziom i nie samotna w chwilach, kiedy Marjana przy niej nie było.
Albowiem brat był treścią jej życia, jedyną jej dumą i jedyną troską.
Kochała go niezmiernie. W dzieciństwie istotnie nie odznaczał się zdolnościami, ani inteligencją, chodził po świecie jakby zaspany, ale zawsze był niewypowiedzianie dobry i uczciwy, nigdy nie kłamał. Młodsza od niego o cztery lata, już jako młode dziewczątko prześcignęło go w rozwoju umysłowym i widząc go nieraz w ciężkich z powodu jego naiwności tarapatach, zajęła wobec niego stanowisko do pewnego stopnia opiekuńcze. W trudnych chwilach broniła go przed ojcem, wyrabiała mu różne amnestje, czuwała nad nim — i tak do tego przywykła, że choć z czasem stał się z niego chłop jak dąb, patrzyła na niego jak na dziecko. Widziała to dobrze matka i umierając, przykazała jej opiekować się bratem. To przykazanie Kasia święcie spełniała.
Subtelna i bystra, przyglądając się bacznie bratu, zauważyła, że pomimo całą ociężałość umysłu i to, co ojciec nazywał tęsknotą duchową, w sposobie jego postępowania, w jego życiu, wreszcie w jego spojrzeniu, twarzy i ruchach, było coś nadzwyczaj szlachetnego i jasnego, coś co z niego nieledwie promieniowało. W pokoju jaśniej się robiło, kiedy on wchodził. Mówił często niedorzecznie, ale zawsze z duszy. Jeśli go krzywda spotkała — był zdziwiony, prawie ogłuszony, nie rozumiał, jak to się mogło stać. Niejednokrotnie zdarzało się, że postępował dziecinnie, naiwnie, nieledwie niedorzecznie, ale to nie była głupota a tylko jakaś, niczem nie dająca się z duszy wytrzebić dziecięca wiara. I Kasia zrozumiała, że to stanowi olbrzymią siłę.
Drugie, bardzo zajmujące doświadczenie, zrobiła na terenie muzyki. Rodzice muzykę bardzo lubili, więc kazali ich oboje uczyć gry na fortepianie. Marjan uczył się dłużej od niej, lecz gdy ona błyskotliwą i pełną wdzięku grą nieledwie imponowała — zresztą bardzo i prawdziwie muzykalna — on brnął wciąż w trudnościach i czasem tylko udawało mu się wydrzeć klawiaturze jakiś frazes. Ten frazes jednak zadziwiał swą dojrzałością, pełnią, dźwiękiem i siłą. Były to jakby błyskawice, strzelające z ciemności i po tych oderwanych okrzykach, po tych mozolnie ale jędrnie kształtujących się tonach Kasia poznała, iż gdzieś głęboko, w duszy jej brata, kształtuje się i wzbiera powoli życie zupełnie mądre i budowane na pewnych fundamentach.
Zrozumiawszy to, otoczyła brata jak najczulszą opieką. Nie było jej już tajnem, że on powoli montuje się, że, szczęśliwie nie ulegając żadnym nieczystym wpływom, buduje się sam z najlepszych, najczystszych pierwiastków własnej duszy. Nie znała świata i nie wiedziała, czy istotnie w życiu to właśnie stanowi największą wartość, ale kochając brata szczerze, życzyła mu, aby mógł na swojem postawić! Od tej chwili on stał się jej najwyższą ambicją, a pragnienie, aby te szukające sobie tak mozolnie drogi wartości jego czystej duszy zwyciężyły, powoli stały się treścią jej życia.
I otóż umarł ojciec, oni zostali sami, we dwoje. Marjan był wówczas młodym, zaledwie dziewiętnastoletnim chłopcem. Byli zamożni, mogli się bawić, używać życia — jak dzieci. A właśnie wówczas on, po paru miesiącach różnych zabiegów i starań, zaczął się kształcić na pilota.
Zpoczątku uważała to za niebezpieczny i lekkomyślny wybryk młodzieńczy, niebezpieczny o tyle, że przy lada sposobności brat mógł się zabić, młodzieńczy, ponieważ była przekonana, iż ludzie, poważnie zajmujący się lataniem, bez trudu spostrzegą, z jakiem dzieckiem mają do czynienia. Dlatego, nie sarkając, cierpliwie znosiła entuzjastyczne tyrady brata a i to, że skutkiem jego nowych zajęć, porządek dnia cierpiał. W jadalni, w której często jadał obiad odgrzewany, rozlegały się słowa i terminy techniczne dotychczas tu nieznane. Krawcy przychodzili z jakiemiś dziwnemi ubraniami, a sam Marjan zwoził do swego pokoju mnóstwo niewidzianych sprzętów.
Nareszcie jednego dnia kazał się obudzić o czwartej rano, twierdząc, że po wielu różnych próbach i nauce, jutro dokona pierwszego swego większego wzlotu. Wierzyła mu i nie wierzyła. Nie wątpiła, że wzlecieć zechce, była jednakże pewna, iż mu na to nie pozwolą. — Jakże to on, Marjan, może ni stąd ni zowąd latać? To jest niemożliwe, na to trzeba Santos Dumonta albo któregoś z tych znanych, ale żeby on, Marjan, latał... Więc bez większego zainteresowania i bez żadnego wzruszenia poleciła szafarce, aby wcześnie „dla panicza“ przygotowano śniadanie, żeby szofer był gotów i żeby wszystko było w porządku.
A właśnie przyszła wiosna, błękitna, promieniejąca, uśmiechnięta. Była to młoda wiosna, rozkochana w pąkowiu kwietnem i w lazurze błękitnym, w jasności promieni słonecznych i w kruszeniu tradycyj zimowych, wiosna wojownicza, śmiała, wygrywająca. Ziemia, niezupełnie jeszcze obeschnięta, miała dziwną elastyczność, słońce, nie przysłonione gęstą zielenią, pyszniło się siłą swego żaru, a tylko niebo, czyste, błękitne, pogodne, patrzyło na ziemię z tą jasną pewnością siebie, którą daje wiara w dobrą przyszłość. Kasia, żegnając brata, widziała to wszystko i uśmiechnęła się do tego rozkwitającego życia, a potem, senna jeszcze, wróciła do łóżka i zasnęła spokojnie.
Zaturkotał motor samochodu i chłopak pojechał — w świat!
Ach, jak żałowała, że nie była przy tym jego pierwszym wzlocie, ile razy wyrzucała to sobie. On jechał pewnie z miną uroczystą, w głębi duszy wzruszony i przejęty ważnością chwili — słusznie, to pokazało się, że właśnie wówczas jego godzina wybiła! Zrozumiała to dopiero później, kiedy, ujrzawszy, czem się ta pierwsza próba skończyła i jakie dała następstwa, pomyślała, z jakiemi przeczuciami on na lotnisko jechał i jak ważną, jak doniosłą musiała to być dla niego chwila!
Ona sama, wróciwszy do swego pokoju, położyła się do łóżka ciepłego jeszcze. Godzina była bardzo wczesna — szara, zaspana. Ledwo przyłożyła głowę do poduszki, zasnęła i spała jakiś czas mocnym, nadrannym snem. Wtem obudziła ją pieśń — a właściwie dźwięk złotej struny, drgającej w powietrzu. Dzwoniło jej coś w uszach, uparcie jak mucha, ale to brzęczenie śpiewne nie tylko nie było dokuczliwe, lecz śpiewało niewypowiedzianą radością, zachwytem niebowziętym i uszczęśliwionym.
Zerwała się, czując, że ta pieśń dziwna coś jej zwiastuje. W szlafroczku wypadła na werandę, oparłszy się o balustradę, wychyliła się, rozejrzała się po niebie — i naraz stanęła zachwycona.
Niebo było złoto-szkarłatne, ogniste zorzą wczesnego poranku wiosennego, płomienne. A na tem tle, wysoko nad ziemią, od złota i purpury — odcinał się mały, brzęczący, czarny równoległobok — aparat, na którym leciał w przestrzenie jej brat.
Odgadła, że to on — i z przerażeniem spojrzała w niebo, w tonie niezmierne, wrogie, rozświetlone jasnością, której żadne nieszczęście ludzkie zgasić nie zdoła, a gdzie on był sam. Pomyślała, że z wysokości swego lotu na świat patrząc, dostrzec jej w tej chwili nie może i że — ona nie wie, jak posłać mu pod chmury to słowo, które potrafiłoby nakształt białego gołębia usiąść na jego aparacie i przewieźć go przez zdradliwe otchłanie. Pod nim była śmierć, zaś on, nurzając się w morzu tęczowem piersią obłoczki srebrne przebijając, wielkim głosem uroczyście śpiewał jej pochwałę. Każdą sekundą swego tam istnienia składając jej pokorną ofiarę za triumf jednego oddechu, jednego uderzenia serca. I tak płynął we wschód różowy, aż wreszcie i pieśń jego wsiąknęła w bezmiar i kształt aeroplanu zmalał, zmięszał się z blaskiem niebieskim i zniknął.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.