Sfinks lodowy/Założenie obozu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Sfinks lodowy
Data wydania 1898
Drukarz Drukarnia Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz M. D.
Tytuł orygin. Le Sphinx des glaces
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Indeks stron
Założenie obozu.



W parę godzin później byliśmy od lądu o milę zaledwie. Czy jednak prąd nie poniesie nas dalej, oto pytanie, na które pragnąłem jak najprędszą znaleźć odpowiedź, jakkolwiek wyznaję, iż sam już nie wiedziałem co byłoby lepsze: zatrzymać się tu, lub płynąć dalej. Gdym w tej kwestyi rozmawiał z kapitanem, nadszedł Jem West i przerywając nam rozmowę, rzekł:
— Powiedzcie mi, proszę, na co się zdało rozprawiać o tem?
— Masz racyę, Jem, na co się zdało, nasza wola nic tu nie znaczy.
— Tak jest — odparłem — niemniej jednak nasuwa się pytanie, które z tych dwóch wypadków byłoby dla nas lepsze.
— Pozostać na lodowcu — rzekł krótko porucznik.
rzeczywiście, bo opuścić lodowiec, równało się konieczności odbycia dalszej podróży łodzią. Gdy wszakże jedenastu zaledwie mogła ona pomieścić, reszta byłaby skazaną na niezawodną śmierć z zimna lub głodu. Wprawdzie i lodowiec małą przedstawiał pewność dowiezienia nas szczęśliwie za koło biegunowe, bo czyż nic groziło mu każdej chwili nowe przekoziołkowanie, czy to w skutek zetknięcia się z inną górą lodową, czy w następstwie burz, które z nadejściem pory zimowej szaleć będą na morzu?... Ale jak powiedział porucznik: na co się zdało dysputować w tej kwestyi...
Po obiedzie, gdy cała załoga bez wyjątku weszła na najwyższy punkt lodowca, Dick Peters, który tam stał dotychczas, usunął się spiesznie drugą stroną, unikając spotkania.
Ziemia rozkładająca się przed naszemi oczami, przedstawiała obszar gubiący się w stronie wschodniej, aż pod linią horyzontu. Powierzchnię jej przerzynały znaczne wyniosłości, wybrzeże zaś w głębokie poszarpane zatoki, kończyło się w stronie zachodniej długim, ostrym przylądkiem.
Podzieleni na gromadki ludzie nasi, rozprawiali z wielkiem ożywieniem, gdy kapitan, porucznik, bosman i ja, stojąc nieco dalej czyniliśmy sobie wzajemnie uwagi.
— Nie zdaje mi się, aby ta ziemia mogła być zamieszkałą — mówił kapitan. — Pustka tu zupelna, brak nawet wszelkiej roślinności. Jakże daleko tu do tego, czem była Tsalal wówczas gdy Orion zbliżył się do niej.
— Pusty i smutny rzeczywiście jest jej widok z tego punktu, a jednak czy nie masz kapitanie zamiaru podpłynąć do niej?...
— Łodzią?...
— Tak, jeżeli prąd unosić będzie dalej nasz lodowiec.
— Każda godzina czasu nieocenionej jest wagi, lodowiec nie będzie na nas czekał.
— Byłoby największą niedorzecznością rozdzielać się — wtrącił porucznik.
— Przyznaję to, a jednak myśl że oddalamy się od tego lądu, nie zbadawszy go, sprawia mi najwyższą przykrość. Któż bowiem zapewnić może, iż brat pański, że jego towarzysze nie zawinęli tu na swej łodzi...
Za całą odpowiedź Len Guy potrząsnął smutnie głową, bo widok tego wybrzeża pustego, tej ziemi czarnej, pozbawionej wszelkiego życia, nie wzbudzał nadziei, aby rozbitki z Oriona zdołali tam wyżyć od kilku miesięcy. Mimo tego jednak, z rozkazu kapitana zatknięto na szczycie lodowca flagę brytańską, aby ją Wiliam Guy mógł dostrzedz, gdyby był na tej ziemi.
— Cierpliwości, jeszcze pół godzinki! — rzekł Jem West po dłuższej chwili bacznej obserwacyi — zdaje mi się, iż lodowiec zwalniając biegu, kieruje się ku wybrzeżom; wpływa na to bezwątpienia rodzaj wiru, jaki w tem miejscu jest widoczny.
Przypuszczenie porucznika stało się niebawem tem pewniejsze, iż kilka gór, wyprzedzających naszą, osiadło już u stromych, poszarpanych brzegów lądu. Wreszcie o 5-ej godzinie po południu stanęliśmy nieruchomo w głębokiej zatoce, której północna część ostrym cyplem wybiegała na morze. O strome jej brzegi oparł się silnie nasz lodowiec.
— Ziemia! ziemia! — zagrzmiał okrzyk załogi, z której wielu schodziło już na dół góry lodowej.
— Czekać rozkazu! — zakomenderował Jem West.
W pierwszej chwili widocznem było pewne wahanie, mianowicie u Hearna i jego ziomków; niebawem wszakże, uznając zapewne konieczność poddania się rozkazowi, stanęli w porządku naprzeciw kapitana.
Ponieważ lodowiec przytykał jedną stroną bezpośrednio do brzegu, nie potrzebowaliśmy spuszczać łodzi.
Len Guy, bosman i ja, stanęliśmy pierwsi na tej ziemi, której bezwątpienia nie dotknęła dotąd stopa ludzka, a której wulkaniczny grunt pokrywały kamienie, odłamy lawy i czarny popiół. Dalej nieco od wybrzeży ciągnęły się pasma wzgórz, a nawet gór dość wyniosłych.
Postanowiono przedewszystkiem dojść do najbliższych, by z pewnej w yniosłości rozejrzeć się po okolicy. Godzinę całą zabrało nam to przejście po gruncie nierównym, twardym, ogołoconym z najdrobniejszego nawet objawu życia roślinnego. Zrozumieliśmy też odrazu, iż w podobnych warunkach nie mógłby wyżyć dłuższy przeciąg czasu, człowiek żaden. Jedyne istoty czujące się tu swobodne, owe nieprzeliczone zastępy ptactwa oraz wielka ilość fok i cieląt morskich, nie trwożyły się bynajmniej naszem przybyciem. Widocznie człowiek, król stworzenia, był im dotychczas nieznany, i wyobrażam sobie iż patrzyły na nas, jak na pokrewny sobie gatunek.
Dostawszy się na szczyt wzgórza, objęliśmy wzrokiem widnokrąg na przeszło 30 mil. Za nami rozkładała się szeroka przestrzeń wodna, unosząca liczne lodowce; na zachód obszar ziemi ciągnął się w dal nieskończoną, wschodnie zaś wybrzeże oblewało znów morze bezmiernie daleko. Czy byliśmy na wyspie, czy też na większym lądzie antarktyku, trudno nam było orzec. Gdy wszakże Len Guy popatrzył czas jakiś przez swą lunetę i następnie nam ją podał, zgodziliśmy się na jedno, iż w dali zarysowują się kontury drugiego lądu.
— Bodaj nie omyliły nasze przypuszczenia, że prąd unosił nas ku cieśninie — rzekł Len Guy.
— Gdybyśmy teraz mieli nasz Halbran! — zawołał HurIiguerly.
— Tak, bezwątpienia — pomyślałem — na żaglowcu naszym, a nawet na owej górze lodowej, która nas tu przyniosła, moglibyśmy przebyć setki mil jeszcze, tam, tam, aż za koło biegunowe! Jakże jednak odważyć się słabą łodzią na tak daleką, tak niebezpieczną podróż? A nadto owe nieuniknione rozdzielenie!
Ale na cóż przydały się żale i rozpacze? Konieczność twardą swą dłonią zmuszała nas do przyjęcia wszystkiego z męstwem i rezygnacyą. Pozostawało nam jedynie urządzić się, o ile możności, na tym pustym lądzie, i zabezpieczyć od zimna.
W powrotnej drodze upatrzyliśmy z bosmanem kilka obszernych jaskiń w nadbrzeżnych skałach granitowych, zdolnych pomieścić nas wszystkich wraz z ocalonym ładunkiem Halbranu. Tum więc, aż do jakiegoś czasu, postanowił kapitan przenieść się z lodowca, na którym noc ostatnią mieliśmy jeszcze przepędzić. Po wezwaniu bosmana stawiła się cała załoga, prócz Petersa; wiedzieliśmy wszakże, iż nie zawiedzie on nigdy naszego zaufania, że w każdym razie liczyć na niego możemy.
Gdy wszyscy stanęli w porządku, Len Guy przemówił ze spokojem i wielką godnością, odpowiadającą ważności położenia. Przedewszystkiem przedstawił jako konieczność — przeniesienie się na ląd i bezpieczne umieszczenie żywności, która mogła starczyć na kilkanaście miesięcy. Dzięki więc temu, głód nie groził nikomu, również węgla nie powinno zabraknąć do sporządzenia codzień ciepłego pożywienia. Co się zaś tyczy łodzi, kapitan uważał ją za własność ogólną. Czy wszakże będzie ona zaraz, czy później użytą, mimo nalegań Hearna i jego towarzyszy, nie chciał wypowiedzieć od razu swego zdania — zostawiając sobie kilka dni namysłu. To tylko oświadczył stanowczo, że ani on, ani porucznik, ani bosman, ani wreszcie ja — nie chcemy korzystać z żadnych przywilejów. Wszyscy na równych prawach godzą się na losowanie w tem przekonaniu, że ci, którzy odpłyną pierwsi i szczęśliwie dostaną się za koło biegunowe, nie zaniedbają pozostałym nadesłać pomocy.
Mowa kapitana, jak już powiedziałem, miała tyle szczerości i tyle powagi, iż nikt nie śmiał słowem jednem przerywać mu lub przeczyć, i sam przyznać muszę: Len Guy rósł w miarę trudności położenia.
Nazajutrz zabraliśmy się najpierw do spuszczenia łodzi, która z całym swym przyborem do żeglugi przedstawiała się świetnie i w najlepszym stanie. Umieszczono ją w oddzielnej małej grocie pod opieką Petersa, pracującego z nami od samego rana.
Wszelkie zapasy żywności, baryłki z winem i wódką, oraz skrzynie z odzieniem, wreszcie wszystko co ocalało z Halbranu, jak: materace, łóżka, ławki, stoły i szafy, przenieśliśmy do dwóch sąsiednich sobie grot, z których jedna służyć miała za magazyn, druga za wielką wspólną sypialnię. Tutaj też stanęła żelazna kuchnia, aby ciepło palącego się w niej węgla zużytkować na ogrzanie mieszkania.
Położenie groty było wyjątkowo szczęśliwe. Przytulona do wyższych skał, mały dawała dostęp wichrom ciągnącym od morza — i gdy spód jej suchy wypełniał czarny piasek, nieopodal płynący strumień dostarczać miał potrzebną nam ilość wody słodkiej.
Przez całe trzy dni, aż do wieczora 10-go lutego, pracowaliśmy wszyscy bez wytchnienia około nowego urządzenia, i przyznać muszę, iż cała załoga zachowywała się w tym czasie wzorowo.
Bądź jak bądź jednak, nie można już było odkładać dalej postanowienia odnośnie do użycia łodzi, bowiem jeszcze miesiąc lub sześć tygodni najwięcej przeciągnie się pora łowów na wieloryby — poczem opustoszeją zupełnie południowe strony Oceanów. A przypuszczając szczęśliwe przejście zapory i koła biegunowego, nie możebnem już było, aby łódź nasza wyszła zwycięzko z burz oceanu Spokojnego i dopłynęła do Australii lub Nowej Zelandyi, gdyby nie znalazła wcześniej przytułku właśnie na którym z okrętów. Jeszcze więc tegoż wieczora oznajmił kapitan zgromadzonej załodze, że nazajutrz weźmie tę kwestyę pod rozwagę i stanowczą da decyzyę.
Była już późna godzina wieczoru. Chylące się ku linii horyzontu słońce, rzucając ukośne swe promienie, zostawiało nas w nieokreślonym półmroku. Nie zdejmując odzienia, rzuciłem się zmęczony na posłanie, i spałem już kilka godzin zapewne, gdy gwałtowne krzyki obudziły mię nagle.
Wybiegłem spiesznie przed grotę; kapitan i porucznik znaleźli się tam również.
— Łódź! łódź! — zawołał Jem West, wskazując ku morzu.
Rzeczywiście łódź nasza była już na wodzie — trzech ludzi siedziało w niej — obok widniały skrzynie z żywnością i baryłki z wódką, skradzione z magazynu. Nieopodal groty tymczasem dziesięciu Falklandczyków mocowało się z Petersem, usiłując go ubezwładnić. Hearne był między nimi; Marcin Holt stał jako niemy świadek.
Przewaga była po stronie przeciwnej, to też Len Guy i Jem West wrócili co prędzej po broń, która jedna mogła tu coś znaczyć. Właśnie i ja chciałem uczynić to samo, gdy stanąłem jak wryty pod wrażeniem tego, co posłyszałem. Była to chwila, gdy broniący się długo Peters, legł wreszcie pod przemocą nacierających, a Marcin Holt, widocznie pod wpływem wdzięczności za uratowane życie, chciał go wziąć w swoją obronę.
— Zostaw go — krzyknął Hearne — zostaw! On jest zabójcą twego brata!
— Zabójcą mego brata? — zawołał Holt.
— Tak, twego brata na Grampiusie!
— On go zabił?... On — Dick Peters?...
— Zabił go — i pożarł! Rozumiesz, on pożarł twego brata — ryczał nieludzkim głosem Hearne, i gdy Holt stanął osłupiały, Hearne skinął na swoich, którzy porwali go, ciągnąc ku łodzi. W jednem mgnieniu oka byli już wszyscy daleko. Lecz w tejże samej chwili powstał znów Peters, jak lew rzucił się za uciekającymi i pochwycił ostatniego, gdy tenże gotował się przebyć wpław przestrzeń wodną, dzielącą go już od łodzi.
Ująwszy go jedną ręką, wywinął nim młynka w powietrzu i uderzył o skałę z taką siłą, że rozprysła się czaszka nieszczęsnemu. W odpowiedzi na to Hearn dał ognia z rewolweru i metys raniony, czy kontuzyowany, padł na ziemię.
Całe to zajście nie trwało dłużej nad minutę, gdy więc kapitan i porucznik wyszli z pieczary, a wraz z nimi bosman, Hardie, Francis i Stern, łódź unoszona odpływem fali, była już o cały siąg na morzu. Celny strzał Jem Westa powalił jeszcze jednego w łodzi, kula jednak kapitana, przeznaczona dla Hearna, uwięzła w lodowcu, który właśnie zakrył uciekających. Pobiegliśmy jeszcze na drugą stronę przylądka w nadziei, że może prąd zbliży ich tam do brzegu, ale niestety, byli już w takiej odległości, że nawet próba strzału okazała się zbyteczną. Wkrótce też z rozpiętemi żaglami, pędzona przyjaznym prądem wody i powiewem wiatru, jedyna łódź nasza zniknęła nam całkiem z przed oczu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Michalina Daniszewska.