Serce zajęcze

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Gliński
Tytuł Serce zajęcze
Pochodzenie Bajki
Data wydania 1912
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa — Lublin — Łódź — Kraków — New York
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
SERCE ZAJĘCZE.
SERCE ZAJĘCZE.


Nad wielką rzeką, na wyniosłej górze, w zamku najeżonym wieżami, mieszkał rycerz o sile tak wielkiej, że mógłby z niedźwiedziem się borykać, a tura za rogi wziąć i, poigrawszy z nim trochę, na ziemię zwalić. Wiedzieli o tem wszyscy: król i witezie, rycerze i panie i panny, bo za młodzieńczych jeszcze lat swoich, kiedy na zamku królewskim służbę sprawował, na igrzyskach rycerskich liść laurowy przypadał mu zawsze. Słysząc o tem, przybywali harcownicy z krain dalekich, chcąc mu ten wieniec chluby odebrać, ale nie udawało się to im wcale: w starciu się na kopie, przy pierwszem spotkaniu się zaraz, pierwszego zapaśnika z siodła wyrzucił, i ten, spadając na ziemię, kark sobie skręcił; drugiemu żelazną przyłbicę rozbił i oko wyłupił; trzeciemu rękę ze stawów wysadził i wszystkie żebra połamał; czwarty zaś, jak zarył się w piasek, tak trzy dni leżał, dopóki kopacze grodowi, dniami i nocami pracując, nie wydobyli nieszczęśliwca, stłuczonego jak garnek gliniany. W walce na miecze, w której zadaniem było uszu nadciąć, wątroby utrącić, bez nadwerężenia innych części ciała, nie gorzej mu się udawało; żeby zaś do uszu czy wątroby rycerskiej się dobrać, potrzeba było wpierw strzaskać zbroję żelazną, miecz z rąk wytrącić, na ziemię zwalić, kolanem pierś przydusić i dopiero dżgać, co się zmieści. Doskonale król i dwór jego bawili się na igrzyskach podobnych; najpiękniejsze dziewice wieńczyły czoło zwycięzcy, przypinały szarfy złociste, a król jegomość, przy surm śpiewie i armat huku, puhar wina słodkiego wypijał. Na chrzcie rycerskim dano mu imię: »Niepokonany«, król zaś odezwał się do chrześniaka:
— Czem-że będziesz, gdy dojdziesz do lat męskich?!...
»Niepokonany«, który już tyle kości połamał, tyle oczu i zębów powybijał, wątrób utrącił i zakatrupił niejednego, miał dopiero lat ośmnaście niespełna. Słuszny więc był okrzyk królewski: »Czem-że będziesz, gdy dojdziesz do lat męskich?!«
Król mu dał prawo przestępowania progów pałacu swojego o każdej dnia porze; rycerze usuwali się przed nim, nizkim go ukłonem witając, tłum zaś pospolity uciekał, co sił starczyło, i tylko z za płotu, to tu, to tam patrzyły oczy ciekawe na dzielnego rycerza, który, za boki się wziąwszy, a nos zadarłszy do góry, przechodził ulice miasta. Jeżeli spotkał jakiego kulasa, ślepca, beznogiego lub bezrękiego, pewnikiem był to z igrzysk rycerskich przeciwnik; jeżeli niewiastę młodą w ciężkiej żałobie zobaczył, on to niezawodnie męża jej do mogiłki włożył; jeżeli gdziebądź dzieciaki nieboszczyka tatusia wspominają, toć »Niepokonanemu« te zawdzięczają wspomnienia. Niewiasty tylko nie bały się »Niepokonanego« i rade były w jego towarzystwie przebywać. To też on czas spędzał z niemi, na gitarze grał, śpiewał: »Wlazł kotek na płotek« i w kłębuszki jedwabną nić motał.
Dzielny rycerz szedł w lata. Król go pieścił, rycerze ubiegali się o przyjaźń, dziewice trefiły włos, tłum pospolity uciekał. Wróże i wróżki przepowiadali mu przyszłość świetną, że:

Pół świata zawojuje,
Dużo ludzi pomorduje,

Bać się będą go zwierzęta,
Krzyczeć przez sen niemowlęta.
»I, rycerzu nasz, bądź pewien,
»Że najpiękniejsza z królewien,
»Nie władnąca wcale sobą,
»Do ołtarza pójdzie z tobą«.

Ale — o, dziwo! — im bardziej »Niepokonany« ;zbliżał się do lat męskich, im niżej mu się kłaniali rycerze i nie rycerze, a coraz słodsze uśmiechy królewne przesyłały, tem bardziej unikał on tych uśmiechów, z rycerzami nie rad był się spotykać, a podczas igrzysk zaszywał się między spódnice i — to igłą dłoń sobie rozpruł, to oczy proszkiem gryzącym zasypał. Doszło do tego nawet, że gdy pewien książę zamorski stanął był w szrankach turniejowych i rękawicę mu rzucił, on pobladł bardzo, rękawicy rzuconej nie podniósł i wymknął się cichaczem z pola popisów rycerskich.
Oburzenie i zdziwienie było niemałe.
— Tchórz! — krzyknął książę i uciekającemu drogę zabiegł.
Ale »Niepokonany« wyminął go szybko, dając ostrogę w bok koniowi.
— Boisz się? — zawołał książę.
— Boję się — odpowiedział »Niepokonany« i uciekł do zamku swojego.
Zagrzmiały surmy i trąby, i wyrok królewski ogłosił zwycięzcą księcia zamorskiego, a król jegomość wnet wysłał posłów swoich do niepokonanego dotąd rycerza z groźbą srogą, że: jeżeli nie stawi się natychmiast na polu turniejowem i dobrej sławy swojej nie poprawi — rozkazuje: wręczyć posłowi metrykę chrztu rycerskiego, dary wszystkie, otrzymane niegdyś z rąk królewskich, przytem o mil sto okrążać dworzec królewski.
»Niepokonany« pokornie przyjął posła, metrykę wręczył, dary oddał i obiecał panu miłościwemu o mil sto dworzec jego objeżdżać.
Było we zwyczaju w czasach dawnych, że gdy na gościńcu publicznym choćby dwóch tylko rycerzy się spotkało, zaraz jeden drugiemu drogę zajechał, storcem stanął, obraźliwe słówko powiedział, czego następstwem było wydobycie mieczów i szast-prast! gdzie los zdarzył, byleby krew rycerska popłynęła. Dawniej nikt nie zajeżdżał drogi »Niepokonanemu«: każdy, spostrzegłszy go już zdaleka, jak ducha złego omijał; teraz nie wiedziano, jakby, w razie spotkania się z nim, postąpić należało.
Ale oto los zdarzył, że ten, to ów rycerz zetknął się z »Niepokonanym«. Nie chcąc boju z nim wszczynać przez pamięć na dawne czasy, w pół drogi się zatrzymał i już po czapkę sięgał, gdy nagle »Niepokonany« konia zawrócił i jak wiatr pierzchnął. Wtedy ów rycerz czapkę swoją poza uszy nasunął i wołać począł:
— Hej, stój, panie czmychaczu!
Ale »Niepokonany« nie obejrzał się nawet, jeno zmiatał, jakby sto wilków za nim gnało.
Od tej chwili wszyscy zaczęli odwagi nabierać i — choć z lekkiem trzęsieniem się łydek — sami mu drogę zajeżdżać. Pewien rycerz, krzyknąwszy: »Broń się!«, miecz zaraz wyciągnął i groził już głowie »Niepokonanego«, ale ten, miasto orężem się zasłonić, gołą zasłonił się ręką, co, oczywiście, powstrzymało napastnika. Schował więc miecz, a głową kręcąc, rzucił drwiąco:
— Boisz się?
— Boję — odpowiedział »Niepokonany« i dał nura.
Inny znów spotkał się z nim w karczmie przydrożnej. »Niepokonany«, widocznie obawiając się zwady, udał, że go nie widzi, i plecyma się odwrócił. Obrażony rycerz chwycił za czekan, u pasa wiszący, i straszny nim cios miał zadać, gdy »Niepokonany«, zamiast po miecz sięgnąć, porwał ogromny stół dębowy i nim, niby tarczą, się osłonił. Czekan grzmotnął w deski i pękł na dwoje, stół runął na ziemię, a »Niepokonany« znikł, jak kamfora.
Teraz dopiero przestały już zupełnie trząść się łydki rycerzom. Rzetelnej nabrali odwagi i głośno drwić a kpić z »Niepokonanego« zaczęli, że ten nigdzie pokazać się nie mógł i przestał z zamku swojego na świat Boży wychodzić.
Taka zmiana w dzielnym niegdyś rycerzu ciekawością napełniła serca ludzkie. Co się stało »Niepokonanemu«, że unika walk turniejowych, spotkań z rycerzami, a już nikt z żywych nie słyszał, by kiedybądź kupca jakiego na drodze złupił, co każdy z rycerzy robił? — Rada w radę postanowili wysłać do »Niepokonanego« kogoś ze swoich, by dowiedział się o przyczynie tej zmiany. Ale tym razem opuściła odwaga rycerzy. »Niepokonany« sił nie stracił: przekonał ich o tem podniesiony w karczmie stół dębowy, którego trzech chłopów unieść nie mogło. Iść?... a nuż »Niepokonany« mścić się zechce za obelg i drwin tyle, i ławą grzmotnie w posła niefortunnego?... Ten więc brakiem czasu, ten febrą, która go nagle chwyciła, ten takiem lub owakiem zajęciem się wytłómaczył.
Co robić?
Aha!
Bezpieczniej będzie dla nich, a trochę ubliżająco dla rycerza, gdy dziadka kościelnego wyślą.
Tak też zrobili.
Dziadek poszedł i dziwną wiadomość im przyniósł. Oto wiedźma stara, gdy »Niepokonany« usnął raz był w sadzie wiśniowym, serce rycerskie wyjęła mu z piersi, a zajęcze włożyła.
Co za radość! teraz »Niepokonanemu« można finfę w nos puszczać, a on tylko omykiem kiwnie i umknie. Ale snadź była i wiedźma druga, która go skarbem jakimś obdarzyła. Gdy nędza, choroby i inne nieszczęścia nawiedzały lud, rycerzom podwładny, u »Niepokonanego« sioła bogactwem kwitnęły, kmiece chałupy śnieżyły się wśród drzew wiśniowych, wesoła nuta kosiarzy i żniwiarzy rozbrzmiewała na niwach i polach plennych, w innych zaś dobrach rycerskich głód, smutek i opuszczenie!... A niech się tam cieszy z chłopów bogactwa i niech nawet z kmieciówną się ożeni, rycerzowi o sercu zajęczem nikt z herbownych ręki nie poda.
W państwie króla był spokój, codziennie niemal na dworcu odbywały się igrzyska, gdzie łamały się kosteczki rycerzy i zęby wylatywały, dobrowolnie — panom, niedobrowolnie — służbie. Wszyscy weseli byli — jedna królewna smutna. Zapytana przez króla-ojca o smutku przyczynę, rzekła ze łzami:
— Kochałam rycerza dzielnego, a zła wróżka wyjęła mu z piersi lwie serce a zajęcze włożyła.
Starali się o rękę pięknej królewny hrabiowie i baronowie, książę zamorski swatów przysyłał, ale ona: nie i nie!
Król turniej wspaniały wydał, do »Niepokonanego« list zapraszający napisał; królewna dopisek zrobiła: »Przyjdź a popraw się!« — lecz ten odpowiedział:
— Boję się krwi, boję się mieczów dobytych.
Królewna zapłakała, później śmiać się zaczęła, a później... oddała rękę księciu zamorskiemu.
Aż oto wielka wojna wybuchła. Siedmiu królów wypowiedziało bój śmiertelny. Do zamku ściągali rycerze ze zbrojnymi zaciągami swoimi. Tylko do »Niepokonanego« nie doszło zawołanie królewskie: mąż o sercu zajęczem na nic się nie przyda, zresztą odebrano mu pas rycerski, miecz i ostrogę, a kądziel posłano.
Bój rozgorzał.
Grzmiały trąby od świtu do nocy.
Bitwy po bitwach następowały... a wszystkie przegrane. Tysiące rycerzy trupami pola zawaliły, tysiące wróg okuł w kajdany i zastępy zwycięskie pod same mury stolicy przywiódł. Co ma znękany król zrobić teraz z niewielką garstką wojowników, skupionych przy nim?... Gród poddać czy walczyć do ostatniej kropli krwi?... Zginąć czy iść w jarzmo niewoli?
Zebrało się mężów stu, najdzielniejszych, najmożniejszych. Zeszli się w komnacie podziemnej królewskiego pałacu na naradę ostatnią. W prawicach miecze żelazne, hełmy spuszczone na głowach, zmieniony głos nawet, ażeby jeden drugiego nie poznał, gdy z czyichbądź ust wypadnie słowo:
— Poddać się!
Chyba, że wszyscy będą mieli myśl jednaką; wtedy bez sromu hełmy odkryją i ugną przed nowym królem kolana.
Komnata duża — w komnacie mrok. Płoną czerwone pochodnie, czarny dym w kłęby się wije. Stu mężów siedzi przy stole i oczekuje znaku. Głosować mają gałkami: czarne — za poddaniem się, za walką i śmiercią — białe. Hasłem do rzucania ma być uderzenie północy przez zegar królewski. Za karmazynową kotarą, w loży swojej, siedzą król i królewna.
Milczenie — cisza.
Cyka wahadło zegarowe, wskazówka posuwa się powoli, ale wciąż naprzód i naprzód!
Groza! strach!...
Dochodzi północ...
Czas, czas losy rzucać...
Zegar cyknął i uderzył.
Głucho dzwoni tarcza miedziana, na którą padają gałki. Upadła jedna, druga, pięćdziesiąta i dziewięćdziesiąta dziewiąta...
Wszystkie czarne!
Piersi odetchnęły swobodniej. Nikt w oczy rycerzy nie rzuci obelżywem słowem podłości — bo wszyscy podli!...
Tarcza znów brzękła, brzękła po raz ostatni... Padła na stos czarny gałka biała.
Poruszyli się mężowie. Srom i gniew pali im policzki za bezczelną śmiałość rycerza, który, ostatnim będąc, białą gałkę rzucił.
— Ktoś ty, zuchwalcze? — krzyknęli oburzeni.
— Zajęcze serce — odpowiedział rycerz, hełm odkrywając.
— Więc idź i walcz! — ryknęli.
— Idź i zgiń! — zawył książę zamorski.
— Idź i zwyciężaj! — zadzwonił głos niewieści, królewny niegdyś, dziś pana zamorskiego małżonki.
»Niepokonany« skłonił się i wyszedł.
Cisza... przerażająca cisza...
Ha! co to?
Szczęk mieczów słychać, rżenie rumaków, szum, jakby burzy dalekiej, huk, jakby bicie piorunów. Ziemia drży, drgają posady gmachu królewskiego; gwar, zamęt, straszliwe sił jakichś mocowanie się.
Wtem trąby ryknęły, surmy zagrzmiały pieśń tryumfu... ale — czyjego tryumfu?
Nie sposób stać i czekać końca świata. Opuszczają podziemia wiecownicy, poprzedza ich królewna. Wybiegają na gród... Patrzą — i oczom nie wierzą.
»Niepokonany« rozgromił pułki królów siedmiu; porwał za sobą rycerzy wahających się i wyparł z granic ojczyznny swojej wojska najezdników. Sto tysięcy trupa położył, sto tysięcy jeńców w kajdany zakuł i, krwią oblany, ranami usiany, staje przed tronem króla i tłumu zdziwionego.
— Co to znaczy, co to znaczy, rycerzu mój? — król pyta, zgarniając pod stopy swoje sztandary zdobyte. — Ileż to ty serc masz w piersi swojej?
— Jedno tylko, królu mój miłościwy — odpowiedział »Niepokonany« — o nazwach tylko dwóch. Zajęcze — gdy idzie o gruchotanie kości w turniejach głupich lub ograbienie kupców niewinnych; lwie — gdy o wolność ojczyzny chodzi i chwałę mojego narodu. Rzekłeś ongi: »Czemże on będzie, gdy dojdzie lat męskich?« Dziś widzisz, królu, czem jestem!
Ogromny okrzyk się podniósł. Zrozumieli teraz, na czem polega rycerskość prawdziwa, a żona księcia zamorskiego, królewna niegdyś, trzy dni i trzy noce nie mogła się w płaczu utulić, dnia czwartego z żalu umarła, a umierając, przywołała rycerza niepokonanego do siebie i rzekła:
— Naucz synów moich, jak marnej chluby unikać, jak za ojczyznę ginąć.


PL Kazimierz Gliński - Bajki (1912) ornament.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Gliński.