Serce pod habitem

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Serce pod habitem
Pochodzenie Nieznanym szlakiem
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
SERCE POD HABITEM

Przejechaliśmy właśnie Sudan, umierający w nawałnicy płomiennych fal słońca. Zatrzymaliśmy się przy wiosce murzynów Malinké, aby nalać wody do maszyny, gdy nagle zbliżył się do nas zakonnik w białym habicie i z czarnym krzyżem na piersi. Z pod nasuniętego na oczy hełmu spokojnie patrzyły duże piwne oczy; łagodna, starannie wygolona twarz zdradzała powagę i skupienie. Tylko silnie zaciśnięte usta mówiły o cierpieniu, jeszcze nurtującem.
— Nie mogę pozwolić państwu odjechać bez odwiedzenia naszego skromnego klasztorku! — rzekł mnich. — Jestem tu przełożonym, nazywam się brat — Piotr.
Niedaleko od osady murzyńskiej ujrzeliśmy długi, szary budynek, wzniesiony z ubitej gliny sudańskiej. Nad wejściem, dla wszystkich zawsze otwartem, wisiał mały dzwon kościelny. Cały szereg małych dziedzińców, zarośniętych drzewami mangowemi i pomarańczowemi, prowadził w głąb siedziby Białych Ojców.
— Obliczaliśmy nasz klasztor na większą ilość braci, lecz mogło tu wytrzymać zaledwie ośmiu — objaśniał nas przełożony, prowadząc do zacisznej, zacienionej sali, gdzie inni zakonnicy już stawiali na stół szklanki i wnosili w dużym dzbanie piwo z prosa i mięty.
Brat Piotr zadziwił nas. Był to niezawodnie człowiek z najlepszego towarzystwa, inteligentny, oczytany, pełen zrozumienia współczesnego życia, z jego szalonym pędem i z jego obalającą wszelkie zasady walką o byt. Nie oburzał się, nie oskarżał, nie moralizował ten spokojny, trochę smętny zakonnik.
— Czy dużo murzynów nawrócili bracia w tej części kolonji? — zapytałem.
— My tu nikogo nie nawracamy! — odparł brat Piotr. — Ratujemy tylko tubylców od chorób, wyzysku i wewnętrznych waśni. Staramy się żyć tak, aby wzbudzić w nich szacunek i miłość do Pana naszego Jezusa Chrystusa... Ufamy, że sami przyjdą do nas, może jutro, a może za dziesięć lat... To niema znaczenia...
Stało się tak, że byliśmy zmuszeni pozostać śród braci do następnego dnia, gdyż zepsuł się nam ciężarowy samochód, a obaj szoferzy rozpoczęli naprawę maszyny.
Wieczorem byliśmy w kościołku. Brat Piotr odprawiał nieszpory.
Cicho grała jakąś średniowieczną melodję fisharmonja; z szelestem miękkich skrzydeł latało nietoperze; z lekkim szmerem uderzał o szyby zalatujący z Sahary piasek; półgłosem śpiewali zakonnicy: dwie stare murzynki, ukryte w ciemnym kącie świątyni ciężko wzdychały i biły się w piersi.
Oświecony dwiema palącemi się świecami brat Piotr stał przy ołtarzu, z rękami wzniesionemi do ukrzyżowanego Chrystusa. Miał twarz natchnioną i rozpromienioną, duże, piwne oczy chwilami płonęły, to znowu szkliły się od łez. Wtedy widziałem silnie zaciśnięte wargi, drgające od powstrzymywanych łkań.
Po skończonem nabożeństwie zakonnicy odmawiali chórem „Ojcze nasz“, i gdy doszli do słów:
...fiat voluntas Tua...
z pośród zmieszanych głosów, wyrwało się rozpaczliwe wołanie brata Piotra, wołanie bolesnego poddania się woli Pana życia i losów ludzi.
Nazajutrz rano poszedłem pożegnać przełożonego i dowiedzieć się od niego szczegółów o pracy zakonu i o nastrojach ludności. Mieszkanie zakonnika mieściło się na samym końcu klasztoru, skąd roztaczał się widok na obszerną dolinę, zbiegającą ku Nigrowi.
Wszedłem i nagle ujrzałem na tle jasno błękitnego nieba sylwetkę brata Piotra. Siedział w fotelu, pogrążony w zadumie. Niezawodnie jakaś bolesna myśl przyszła, porwała go całego i obezwładniła, bo nawet nie miał sił odłożyć nabok hełmu, pozostającego w jego ręku. Wyczułem odrazu, że myśli tego człowieka odleciały daleko, że dusza jego w tej chwili przebywała tam, gdzie nie było ani klasztoru, ani białego habitu, ani tej szarej równiny sudańskiej, ani kwitnących drzew, zasadzonych rękoma pracowitych Białych Ojców Sahary...
Rozmawialiśmy długo, a nie mogłem przezwyciężyć siebie, aby nie wpatrywać się w smutne, piwne oczy mnicha. Mówił mądrze i spokojnie, lecz w źrenicach jego nie znikała mgła zadumy i cierpienia.
Po chwili zacząłem żegnać brata Piotra, gdyż samochody nasze już stały pod klasztorem, gotowe do odjazdu. Przełożony pokazał mi swoją celę — duży pokój, zastawiony szafami z książkami i zawieszony obrazami o treści religijnej. Śród obrazów dojrzałem dwa portrety. Z jednego z nich dumnie patrzyły bystre źrenice poważnego starca, o twarzy pełnej szlachetnej godności, — z drugiego — piękne oczy siwej pani o rozchylonych w łagodnym uśmiechu zadziwiająco młodych ustach.
— Moi rodzice... — objaśnił zakonnik.
Nagle wzrok mój padł na czarną aksamitną poduszkę, zawieszoną na ścianie. Od czarnej tkaniny odcinała się minjatura, otoczona złotym łańcuszkiem z wiszącym na nim brylantowym krzyżykiem. Ujrzałem misternie namalowany na słoniowej kości portret młodej kobiety.
— Siostra? — zapytałem.
— Nie... — odparł mnich szeptem.
— Umarła?... — zadałem nowe pytanie.
— Nie... — padła rozpaczliwa odpowiedź, a drżąca ręka zakonnika dotknęła czarnego krzyża, wiszącego na piersi.
Chciałem wyjść z celi, lecz brat Piotr zatrzymał mnie i, chwytając za ramię, zaczął mówić szybko, niby obawiając się, że ktoś mu przeszkodzi:
— Całe życie moje się zmieniło, zestarzała się sterana i zbolała dusza; szesnaście lat włóczęgi i ciężkiej pracy zakonnej na Saharze, w Marokku i tu pod zwrotnikiem... bez wytchnienia, bez troski o siebie, i — nic, nic! Jak wtedy tak i teraz, krwawi udręczone wspomnieniami serce człowiecze, słabe, biedne, nigdy nie zapominające, nigdy nie ukojone w bólu serce...
Wkrótce po tym wybuchu Białego Ojca opuściłem klasztor. Siedziałem, myśląc o miljonach niewidzialnych dramatów ludzkich, ukrytych wszędzie na ziemi od bieguna do bieguna... Chciałbym bardzo wiedzieć, co żyło w umęczonem sercu, bijącem pod habitem brata Piotra, aby go pocieszyć, lub dodać mu otuchy.
Dramat Białego Ojca pozostał jednak dla mnie na zawsze tajemnicą...
Z najbliższej poczty wysłałem do niego list.
Zawierał tylko trzy słowa:
Fiat voluntas Tua...

KONIEC



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.