Serce i ręka/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Serce i ręka
Wydawca Józef Unger
Data wyd. 1882
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Ze spuszczoną głową a oczyma wlepionemi w wirtuoza, który zdawał się już usiadłszy przy fortepianie potrzebować krzepić i otrzeźwiać, co rozpoczęcie tria opóźniało, Olimpia siedziała nieruchoma już i milcząca. Klara za nią egzaminowała otaczających, usiłując odkryć, czy się czego domyślali, czy co postrzegli... Zdawało się, iż porwanie się i krzyk Olimpii utonęły w entuzyazmie i oklaskach publiczności... Szło Klarze o to, czy ich oko Zygmunta nie wyśledziło i nie obudziło podejrzeń...
Musiała za towarzyszkę myśleć i troszczyć się, bo Olimpia siedziała w jakiemś zachwyceniu i niepokoju razem, wzruszona, nieprzytomna, nie widząc tłumu, co ją otaczał, ani się troszcząc o ludzi.
— Proszę cię Olimpio, miéj baczność na siebie... Zygmunt niepowinien nic wiedzieć, niczego się domyślać... Tu idzie o twoje szczęście, o jego życie, powiedz to sobie...
Dla hrabiny Klary być wplątaną w tak zajmującą a osobliwszą intrygę było prawdziwém błogosławieństwem losu. Nudziła się tak okrutnie, a tu nagle spadały na nią obowiązki, zajęcia, nad które milszych wyobrazić sobie nie umiała. Nie wiem czyby własny romans tak jéj był miły, tyle ich już przeżyła i ze wstrętem zerwała!
Wirtuoz właśnie ochłonąwszy rozpoczynał grę, gdy Klara nie słuchając go wcale, zatopiła się w obmyślaniu środków posiłkowania przyjaciołce...
— Ja ztąd nie wyjdę, szepnęła Olimpia, dopóki się nie upewnię, iż widzieć go będę. Znam go, będzie się sądził natrętnym, niebezpiecznym dla mnie i mojego spokoju, gotów ujść, trzeba temu zapobiedz... Ja się ztąd nie ruszę...
— Na Boga! miéj rozum i spuść się na mnie Olimpio, żywo poczęła mruczeć jéj do ucha, podnosząc się Klara. Zygmunt patrzy... Ty... ty nie doczekawszy końca koncertu odjedziesz do domu, ja zostanę... Powierz mi swoją sprawę. Jeśli chcesz mi ją ułatwić, zabierz Zygmunta, poszléj gdzie, zrób z nim co chcesz, aby mi tu nie przeszkadzał i wszystkiego nie popsuł. Jeśli odjedziesz, on się do mnie uczepi i wszystko sparaliżuje... Ty, jedź... pozwól mu, każ nawet jechać, choć na koźle...
— Nie mogę się poniżyć kłamstwem, stłumionym głosem odpowiedziała Olimpia.
— Zgubisz się tą przesadzoną szlachetnością. Kobieto! na miłość Boga i... tego twego muzyka, zaklinam cię, rób co każę... rób co ja powiem, inaczéj krwawo się to może skończyć...
Olimpia zamilkła; znać było, że się woli wyrzekła choć ze wstrętem... Trio rozpoczęte słabo, w miarę jak artysta się niém rozgorączkowywał, z coraz większą szło brawurą... Dźwięki téj znanéj Olimpii muzyki działały na nią jak upajający napój... Złamana podnosiła się, rumieniec twarz oblewał, oczy iskrzyły się, łono podnosiło niespokojne... zupełne przeistoczenie téj wpółmartwéj postaci dokonało się w niewielu chwilach... Wracała młodość, życie i biło serce... Niedostrzeżone łzy odwilżyły spalone powieki... Olimpia powstała z martwych niemal, taką, jaką była przed dziesięciu laty, gdy chciała umrzeć z nim razem.
— Nadto na tobie widoczne wrażenie... poczęła przestraszona hrabina. Zygmunt może się czegoś domyślić. Miarkuj się, zwycięż... a po sztuce jedź natychmiast do domu... Będzie to dla Zygmunta wytłómaczone. Ja powiem, żem cię namówiła przedtém, że muzyka wszakże widocznie ci szkodzi...
— Co mi Zygmunt? On, on mnie nie zobaczy, i pomyśli, że uciekam od niego, że widzieć go nie chcę... Ja odjechać nie mogę...
— Ja biorę na siebie wszystko, ja się do niego dobiję, ja go zabiorę... dodała hrabina natarczywie. Słuchaj mnie, lub za nic nie ręczę.
Wśród tych szeptów, grzmot oklasków oznajmił ukończenie tria. Wirtuoz wstał, szybko się skłonił słuchaczom, ocierając pot z czoła, i prędzéj jeszcze zniknął. Olimpia zdawała się chcieć porwać i biedz za nim, ale hr. Klara nie spuszczała jéj z oka. Nie tracąc jednéj chwili, dała znak stojącemu opodal Zygmuntowi, aby się zbliżył, a widząc, że mu się docisnąć trudno, sama wybiegła przeciwko niemu.
— Panie baronie, zawołała: wyciągnęłam niepotrzebnie Olimpię na koncert, ona nie może znieść muzyki, ja nie chcę stracić reszty... Idź pan przodem (ręki jéj nie podawaj) wyszukaj powóz i odwieź ją do domu. Mais soyez donc raisonnable, nie siadaj do powozu z nią, jest i tak podraźniona, rozumiesz mnie... siadaj na koźle... Pozyskasz ją sobie tém postępowaniem: wierz mi, daję ci dobrą radę...
Zygmunt słuchał i nie decydował się.
— Idź pan przodem! zawołała nakazująco. Olimpio — popchnęła ją — pan Zygmunt ci wyjście ułatwi, jedź do domu.
Olimpia odwróciła się wahając. Klara była w takich razach despotyczna.
— Ale jedźże, proszę cię, jedź!.. ja cię proszę, ja każę... na co się masz męczyć, ja natychmiast przybywam...
Wstała więc Olimpia i skierowała się ku tłumowi, którzy widząc ją idącą i Zygmunta wołającego: Place, pour une dame! rozstąpił się nieco. Oczy wszystkich ją ścigały.
Tak wyszli powoli do przedsienia. Zygmunt roli swéj obronić się nie mógł; pobiegł po powóz z hotelu des Bergues i znalazł go, dopomógł siąść milczącéj Olimpii, a sam po krótkim namyśle skoczył na kozieł obok woźnicy... Przykro mu było spełnić ten rozkaz dziwny... lecz Klara przestrzegła, a on uwierzył, że ta dobrowolna pokora wywrze dobre wrażenie, chociaż Olimpia znalazła to tak naturalném, iż mu za zasługę nawet znalezienia się tego nie policzyła.
Pani Klara nie straciła ani chwili, wiedząc, jaką na siebie wzięła odpowiedzialność; nie wychodziła nigdy z domu bez książeczki i ołówka. Na jednéj z kartek napisała po francuzku:
„Dama znana panu Fratellemu z Drezna, która go poznała mimo zmiany nazwiska, pragnie go widzieć. Ostrożność wymaga pośrednictwa. W pierwszym rzędzie siedzi ktoś ubrany liliowo, z kwiatami lotusu na głowie. P. Fratelli proszony jest, aby z tą panią jak najrychléj się rozmówił. Nic jéj nie krępuje.”
Z tą kartką wydartą z książeczki, od niechcenia się przechadzając, Klara zbliżyła się do orkiestry. Wybór jéj padł na biednego starego, którego funkcyą było bić w bęben, na czém pewnie zarabiał niewiele.
Orkiestra spoczywała. Klara zbliżyła się do starego z luidorem w ręku i karteczką..
— Kochany panie, rzekła mu cicho, pokazując luidora: proszę go przyjąć za oddanie téj kartki panu Fratellemu; natychmiast drugi luidor za odpowiedź.
Staruszek, któremu nigdy tak łatwo się nie trafiło zarobić sztuki złota, pochwycił kartkę i znikł drzwiami na prawo. Bardzo niespokojna hr. Klara chodziła daléj wzdłuż i wszerz pod orkiestrą. Szczęściem skończyła się była pierwsza część koncertu, a przed rozpoczęciem drugiéj zostawało dosyć czasu, by staruszek po luidora przygotowanego mógł powrócić. Ale Klara wyglądała go napróżno... Już muzycy zaczynali powracać na swoje miejsca, wszyscy i nikogo oprócz wielkiego bębna nie brakło, gdy i on ukazał się wreszcie ocierając pot z czoła. Klara przysunęła się niecierpliwie, wyciągając rękę z luidorem. Natomiast stary oddał jéj wielkich rozmiarów kartę wizytową, na któréj pod nazwiskiem: Signor Giovanni Fratelli dopisane były po francuzku słowa:
„Czekam na rozkazy u wyjścia z sali od téj chwili.”
Hrabina Klara, chociaż śpiewać miała znowu Patti, posunęła się, chusteczką zasłaniając twarz ku wyjściu... Była sama jedna, ale śmiała jéj postawa i głos wyjednały przejście wolne przez tłumy. Zmiąwszy swą sukienkę, zmęczona znalazła się u wyjścia, oglądając do koła.
Po długich na ramiona spadających białych włosach i smutnym uśmiechu poznała stojącego na uboczu Bratanka. Ubrany był tak jeszcze, jak występował na koncercie... Pochwyciła go żywo za rękę.
— Grasz pan jeszcze w tym koncercie? zapytała.
— Nie, rzekł artysta: entreprener nasz wprawdzie żądał po mnie czegoś, ale mnie jeden z towarzyszów zastąpi, nie mam siły...
Spojrzała na niego Klara bystro:
— Poznałeś pan Olimpię?
Fratelli zarumienił się:
— O! pani, mógłżebym jéj nie poznać?
— Olimpia jest moją przyjaciołką, jest siostrą — ja wiem wszystko... Ona pana kocha... pan się z nią widzieć musisz... los szczęśliwy zbliżył was... Lecz nim pana zawiozę do siebie, musimy pomówić i muszę objaśnić, wytłómaczyć... Siadaj pan ze mną do powozu, i każmy jechać gdzie chce woźnica...
Fratelli się zadumał.
— Nie śmiem pani o tak wielką prosić łaskę, rzekł, ale ja o trzy kroki ztąd mieszkam...
— Zatém idźmy; wszak ja pana nie skompromituję? zapytała śmiejąc się Klara.
Fratelli, a raczéj Bratanek, gdyż tak go odtąd nazywać będziemy, podał jéj rękę. W istocie w pięć minut drogi od koncertowego domu był hotelik, w którym zajmował pokój i salon. W pośrodku niego stał piękny fortepian, leżało mnóztwo rozrzuconych nót i kilka pulpitów, świeżą tu odbyto próbę...
Bratanek podsunął fotel, na który hrabina Klara padła cała wzruszona i przejęta przygodą.
— Pozwól pan, rzekła, ażebym go wzięła na spowiedź... Kochasz ją pan? nie zapomniałeś?
— Po niéj nie kochałem nic, oprócz sztuki; téj drugiéj kochance winienem, że żyję, rzekł spokojnie, ale z głębokiém uczuciem Bratanek. Po katastrofie, od któréj w ciągu jednéj nocy włosy moje posiwiały, chciałem sobie życie odebrać. Sądziłem, żem to winien jéj i sobie. Zamknięto mnie do więzienia. Skarga matki i mściwe jéj starania zagrażały mi, kilkunastu latami carceris duri... Proces prowadzony był staraniem i kosztem obrażonéj matki, wyrok na mnie zdawał się nieuchronny... Ludzie poczciwi ulitowali się nade mną. Przeciągnęła się sprawa z powodu, żeśmy uciekli z Saksonii, a proces sądzony był w Pradze... Tymczasem ułatwiono mi ucieczkę z więzienia, i pod obcém nazwiskiem do Włoch uszedłem... Rodzina biedna, któréj byłem nadzieją i podporą, utrzymała mnie łzami swojemi przy życiu... Kazano mi ciągnąć daléj lata zatrute wspomnieniem błysku szczęścia. Jak żyłem, nie opowiem ci pani. Żyłem nie wiedząc nawet, czy mam płakać po umarłéj, czy boleć nad męczennicą...
Wstrzymał się chwilę i wyrzekł chmurno:
— Nie potrzebuję abyś mi to pani mówiła, czuję, że Olimpię zmuszono, że poszła za mąż...
— Posłuchaj pan, będę z nim otwartą, odpowiedziała Klara, a słowem uroczystém zaręczam i poprzysięgam, że powiem prawdę... Olimpia kocha pana, a kocha tak, jak gdybyście wczoraj się rozstali przy tych dwóch trumnach. Dziesięć lat opierała się ojcu i matce, nie chcąc iść za mąż, uważając słowo swe dane panu za ślub święty, jego pierścionek za obrączkę ślubną. Zmuszono ją przed kilkunastu dniami.
Bratanek chwycił się za głowę. Klara się rozśmiała.
— Czekaj pan, odezwała się, czekaj, nim będziesz rozpaczał! Tak jest, zmuszono ją przed kilkunastu dniami pójść za mąż, ale wiesz jak? Starał się o nią młody, ubogi, nikczemny człowiek... Przed ślubem Olimpia zawołała go i powiedziała mu wszystko... i zaprzysięgła, że inaczéj za niego nie pójdzie, tylko aby być jego żoną imieniem, a twoją na zawsze... Musiał do ślubu dać jéj twoją obrączkę.... Mąż ten jest jéj obcy... ona nie mówi do niego, pogardza nim. Od ołtarza odszedłszy, nie dała mu się dotknąć ręki swojéj.
Bratanek ukląkł przed Klarą.
— Pani, możeż to być?
— Zapowiedziała mu, ciągnęła daléj hrabina, że gdyby cię gdziekolwiek kiedy spotkała, wróci do ciebie, będzie twoją...
Uniesienie biednego człowieka było tak wielkie, iż chwycił kapelusz i chciał biedz.
— Ale stójże na Boga! nie szaléj, bo popsujesz wszystko! odezwała się hrabina. Nie wiesz jeszcze nic. Możesz się domyślać, że człowiek, co idąc do ślubu przyjął tak upokarzające warunki, na wszystko jest gotów, aby obronić żonę, która dla niego wyobraża majątek i stosunki... Ten mąż, któremu niewolno wejść do jéj salonu, jest tu. Jeśli się domyśli w was pierwszego kochanka, jesteś życia niepewien. Strzela jak Gerard...
Bratanek się uśmiechnął.
— Nie boję się!... zawołał.
— Tak, ale ja lękam się o Olimpię... Trzeba postępować z największą ostrożnością, Olimpia czeka na mnie, abym jéj o was znać dała... ale wprzód nim pojadę, ułóżmy się jak postępować mamy... Uczucie jéj, rozbudzone obrzydzeniem dla męża, jest tak gorące, tak bezwładne, iż gotowa stracić głowę i popsuć wszystko. Niewiele więcéj mogę rachować na pana... Na mnie więc spada ciężar cały...
Wstała hrabina, i gwałtownie załamując dłonie, miotając się, poczęła się przechadzać po salonie. Bratanek stał oniemiały, marząc o swém szczęściu.
— Nie, to sen! mruczał: to sen chyba... Jam ją dawno w sercu pochował... Ona żyje! my jeszcze możemy być szczęśliwi...
— Jeśli oboje mieć będziecie rozum! rzekła hrabina: inaczéj pan Zygmunt zabije — lub nie zaręczam, by nie struł. Olimpia ma wstręt do kłamstwa i komedyi, a tu właśnie grać ją potrzeba... Ja potrafię, ale za was dwoje nie starczę... Co tu począć?..
— Pani! zawołał chwytając ją za rękę i całując artysta: będę jéj posłuszny, zrobię co każesz, ale teraz, zaklinam panią... pozwól mi widzieć ją tylko... zobaczyć na chwilę...
Klara namyślała się.
— A! no! daj mi pan rękę, narzuć co na ramiona, ażeby twe białe włosy niezbyt były widoczne.... chodź ze mną, do mnie... zobaczymy...
Niecierpliwy Czech, nim dokończyła mówić, podał jéj rękę, chwycił kapelusz... obwinął się chustką czarną... W ulicach było już ciemno... gdy wyszli, latarnie tylko światłemi pasami rozjaśniały gdzieniegdzie chodniki. Instynktowo wybrała Klara drogę, którą idąc jak najtrudniéj poznani być mogli. Na wybrzeżu nadrodańskiém przechodziło wiele osób, bo wieczór był bardzo piękny. Spodziewali się więc prześliznąć niespostrzeżeni do hotelu, gdy na paręset kroków przed sobą, Klara nagle spostrzegła wprost ku nim idącego z cygarem w ustach barona Zygmunta.
Chciała się rzucić w bok, ażeby go uniknąć i przycisnęła mimowoli rękę Bratanka, oznajmując mu, by się miał na ostrożności, ale już było za późno. Zygmunt spostrzegł ją i poznał, a zobaczywszy, że idzie z mężczyzną, przez samą złostkę pośpieszył ją przywitać. Widział na twarzy Klary pomieszanie i gniew, to go bawiło właśnie. Klary jednak na długo zbić z tropu i pozbawić przytomności było trudno... Straciła odwagę tylko na przelotną chwilę. Gdy Zygmunt podniósł kapelusz, ażeby ją powitać szydersko, śmiała się już z wybornie odegraną obojętnością.
— Prezentuję panu baronowi, rzekła śpiesznie, mojego dobrego przyjaciela, z którym w Medyolanie poznałam się w roku przeszłym: il signor professore Fratelli... talent hors ligne, znakomitość europejska.
— A! a! zawołał kłaniając się szydersko i mierząc go oczyma Zygmunt: a! charmé! I dokądże państwo idą?
— Na przechadzkę... mamy z sobą tyle do mówienia o wspólnych znajomych... i o wspólnie nam ukochanéj muzyce, bo ja teraz szaleję za muzyką.
— Nie wiedziałem, odezwał się Zygmunt trochę ironicznie.
C’est comme ça! dopowiedziała Klara... A pan — dokąd?
— Ja, szepnął Zygmunt, szukam jakiéjś dawnéj znajomości, czegoś, w czémbym mógł się tak zakochać jak pani w muzyce... Idę bez celu...
— Pan wiesz, że podróże bez celu są rzeczą w świecie najrozkoszniejszą... ç’est l’inconnu. Nie chcemy panu przerywać téj podróży odkryć...
To mówiąc, Klara lekko mu się skłoniła. Bratanek, który stał jak na mękach, domyślając się w tym wstrętliwym jegomości męża Olimpii, odetchnął, gdy nareszcie rozeszli się.
— To on! szepnęła mu po cichu Klara.
— Przeczułem to... niezrozumiale wyjąknął Bratanek.
— Znając człowieka, kończyła hrabina, jestem przekonana, że szpiegować nas będzie, nie żeby się czegokolwiek domyślał, lecz aby mieć przyjemność prześladowania mnie potém. Musimy być ostrożni...
Obejrzała się... Zygmunt szedł w kierunku przeciwnym, zdając się na nich nie zwracać uwagi.
— Ale ja panią skompromituję! zawołał Bratanek.
Klara się rozśmiała.
— Ja jestem wdową, wolną i nie lękam się żadnéj w świecie kompromitacyi, bo o nią nie dbam wcale... Siadajmy do powozu, choć jesteśmy o kilka kroków od hotelu... to zbije z tropu.
Stało się jak Klara rozporządziła. Zygmunt, który w istocie po niejakim czasie zawrócił się, aby śledzić przyjaciołkę żony, zobaczył tylko oddalający się powóz... i nie chciał sobie zadawać pracy ścigania go. Uśmiechnął się, pogardliwie ruszając ramionami. Szedł daléj podśpiewując i ziewając na przemiany, a rozmyślając nad wpływem, jaki jego znalezienie się wywrze na uczucie Olimpii, gdy naprzeciw ukazał się pan major Redke...
— Jak to! pan nie na koncercie? odezwał się z bezwstydem prawdziwie godnym podziwu.
— Bilety, któreś mi pan dał, były fałszywe! rzekł Zygmunt.
— A! a! a! fałszywe! bilety były fałszywe! niegodziwcy! Ale ja znam tych, co mi je sprzedali... pozwę... to sprawa kryminalna. Masz pan te bilety?
Zygmunt machnął ręką pogardliwie i chciał go pożegnać, lecz majora zbyć się niełatwo było.
— Za pozwoleniem! zawołał wstrzymując go: tak się rozstać nie możemy. Dzięki Bogu... noszę imię nieposzlakowane i chcę je czystém utrzymać! Samo posądzenie, cień, pozór już mi jest nieznośnym. Pan mi musisz pomódz do zdemaskowania oszustów.
— Sprawa tego niewarta...
— Dla pana, ale dla mnie gardłowa! gardłowa! powtórzył major. Nie rozumiem, nie chcę tego rozumieć inaczéj.
— Dajmy temu pokój, rzekł Zygmunt obojętnie.
— I nie słyszałeś pan Fratellego, tego artysty, który wyżéj pójdzie od Liszt’a?...
— Owszem, słyszałem go, alem wyszedł z koncertu dla zbytniego gorąca... a Fratellego spotkałem przed chwilą.
— Gdzie?
— Tu... właśnie... z pewną damą...
— Szczęśliwy do dam pomimo swych siwych włosów! lgną do niego, mówił major, usiłując widocznie przedłużyć rozmowę. Pan słyszałeś jego historyę?
— Nie, rzekł obojętnie Zygmunt.
— Tych siwych włosów dostał on nagle, jednéj nocy... różnie o tém rozpowiadają... że się kochał w bardzo dystyngowanéj panience, którą uwiódł, a gdy mu ją rodzice odebrali, z rozpaczy w kilka godzin osiwiał, jak go pan widzisz. Drudzy utrzymują, że kogoś zabił i zgryzota w więzieniu go ubieliła.... Jabym jednak przysiągł, iż pierwsza historya musi być prawdziwą....
Na pozór obojętnie, Zygmunt, który jakoś drgnął słuchając, zapytał:
— Gdzież się to stać miało?
— Nie wiem; powiadają, że gdzieś w Niemczech, bo Fratelli tam podobno się kształcił na muzyka....
Zamilkł Zygmunt, lecz tych kilka słów, połączonych z dziwném przed chwilą spotkaniem, z pomieszaniem Olimpii, zrodziło w nim podejrzenie. Miałżeby los tak się nań spiknąć, ażeby mu rzucił w drogę właśnie tego jednego człowieka, który groził obaleniem całego gmachu tak mozolnie zbudowanego? lub była li w tém zmowa i porozumienie?
Krew biła mu do głowy... niepokój go ogarnął. Major, który szedł przy nim, usiłując go jeszcze wyzyskać, dopatrzywszy się téj zmiany fizyognomii, nie wiedział już co myśleć.
— Nie wiesz pan czego więcéj o tym Fratellim? spytał Zygmunt: to jakaś ciekawa i zagadkowa figura....
— Znam go doskonale, wybuchnął Redke: bo ja, przyznam się panu, passyę mam do artystów... szukam ich znajomości. Widzę, nie pochlebiając, że pan jesteś znakomitym fizyognomistą. Rzeczywiście zagadkowa figura... Włoch... nazwisko włoskie... a po niemiecku mówi lepiéj niż po włosku... umie po rossyjsku, po polsku, po czesku...
— Tak? zapytał żywo Zygmunt: czy pewno?
— Niezawodnie... Zna niemal całą Europę.
— I Saksonię....
— Często bardzo rozpowiada o Dreźnie.
— A! wybuchnął baron, któremu twarz oblały płomienie: i to pewno?
— Słowo honoru! nie pozwoliłem sobie nic dodać... Kobiety dla niego szaleją, jak to już panu mówiłem, kończył Redke, — a on najmniejszéj na nie uwagi nie zwraca. Żadna z nich nie czyni na nim wrażenia. Mówią, że tragicznéj swéj pierwszéj miłości pozostał wierny...
Chwilę milczeli. Zygmunt szedł zamyślony ponuro. Wątpliwość, jaka się w nim obudziła, rosła; przeczucie jakieś wskazywało mu nieprzyjaciela. Nie mógł się pozbyć téj myśli, że Fratelli jest pierwszym Olimpii kochankiem.
— Panie baronie, odezwał się po namyśle: lubię bardzo ekscentrycznych ludzi... przytém, przyznam się panu, obserwuję charaktery i w podróżach szukam celu... nie mam co robić. Panbyś mnie bardzo zobowiązał, ułatwiając bliższe zapoznanie się z Fratellim... Wiesz pan co? rzekł po namyśle: a gdyby tak jego i jeszcze ze dwóch artystów zaprosić na śniadańko?.. Rozumie się, że poniósłbym koszta chętnie.
— Śniadańko?? — twarz Redkego rozjaśniła się — tylko nie u tego truciciela, u którego pan jadłeś obiad dzisiaj.... Ja wyszukam lokal, gdzie jedzenie jest książęce, a wina zdrowe i czyste. Artystów ze dwóch, i to pierwszéj wody, obowiązuję się dostawić.... Fratellego zaproszę... Jednak co do niego, uprzedzić muszę... rzecz niełatwa — unika zgromadzeń... nie lubi towarzystwa. Lecz od czegoż zręczność? Pan mieszka?.. dodał Redke.
— Ja mieszkam z chorą żoną, pośpieszył Zygmunt odrzec ostrożnie: u siebie nie przyjmuję, lecz moglibyśmy się zejść...
— Ano! w salonie, czytelni, hotelu....
— Des Bergues....
— Porządni ludzie gdzieindziéj nie stoją.
— Chodzi mi głównie o Fratellego... lecz pan major zaprosisz go naturalnie w swojém imieniu — ja płacę.
— Jesteśmy w porządku! zatarł ręce major uszczęśliwiony.
Rozstali się grzecznie. Jeszcze też od lat kilku nigdy mu się dobroduszniéj, łatwiéj nie dał nikt złapać nad Zygmunta. Wprawiło go to w bardzo dobry humor. Rzemiosło jego zaczynało od niejakiego czasu być bardzo trudném... ogarniało go zwątpienie i smutne myśli o przyszłości zepsutego świata, gdy oto znalazł się tak zacny egzemplarz naiwnego wędrowca, który sam nadstawił ręce... do pęt.
— Nie mam czasu do stracenia! powiedział sobie major. Muszę się najprzód potargować z restauratorem... a byłbym osłem, gdybym na śniadaniu półtorasta franków nie miał zarobku!.. Zdaje się, że i doktorowa go ściągnie jeszcze swą słodziuchną minką... z tego też kapnie dywidendka...
Zatarł ręce...
— Za bilety się nie gniewa, bom się umiał dobrze znaleźć...
To mówiąc, ruszył najprzód napić się absyntu, a potém za interesami.

∗             ∗


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.