Sen (Sulimierski)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Filip Sulimierski
Tytuł Sen
Pochodzenie Światełko.
Książka dla dzieci
Data wydania 1885
Wydawnictwo Spółka Nakładowa Warszawska
Druk S. Orgelbranda Synowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Sen.
Rule Segment - Wave - 40px.svg
N

Na dworcu kolejowym ruch i gwar. Ludzie roją się, jak pszczoły w ulu, szmer słów coraz bardziej się wzmaga. Dotąd rozmawiano tylko, teraz już jedni drugich żegnają. Słychać głośne nawoływania.

Nic dziwnego — zadzwoniono już drugi raz. Jeszcze tylko odezwie się trzeci dzwonek, — nadkonduktor, który prowadzi pociąg przyłoży do ust świstawkę, da sygnał, maszynista podniesie kurek, lokomotywa zagwiżdże i pociąg ruszy.
Służba kolejowa biega koło powozów, roznosząc za odjeżdżającymi podręczne pakunki, konduktorzy oglądają bilety i przebiegając ode drzwi do drzwi, zamykają je na klamki i klucze, żeby nie było w drodze wypadku; na wielkim zegarze ściennym skazówka minutowa stoi już tuż, tuż koło dwunastej, mniejsza godzinowa pokazuje siódmą. Za parę minut, punkt o siódmej pociąg odchodzi.
— Ojczulku! — woła jakiś mały chłopczyk, blondynek, wychylając się z okna — kiedy do nas przyjedziesz?
— Za tydzień, Jasiu, w sobotę — odpowiedział mu na to stojący obok wagonu ojciec, a spiąwszy się w górę, na stopień, ucałował chłopczyka i odjeżdżającą na wieś żonę.
Wszyscy troje mieli łzy w oczach. Tydzień, jakże to długo! Pociąg ruszył. Jaś długo jeszcze wyglądał, przez okno i razem z matką patrzyli na ojca, który ich żegnał, poruszając chustką, aż wreszcie, gdy oddalali się od siebie coraz bardziej, łzy zachodziły chłopcu na oczy: nie widział już ojca.
Maszyna syczała, koła powozów turkotały, Jaś się obejrzał, dokoła obce twarze, uścisnął matkę, ona pogładziła jego jasną główkę, otarła zapłakane oczy.
Jaś nie pierwszy raz jechał koleją. Na dworze było ciemno i zimno, okna zamknięto; usiadł więc, oparł głowę o ramię matki, przytulił się do niej, popatrzył jakiś czas w marsowatą, ponurą twarz otulonego futrem pana w okularach, który siedział naprzeciwko, aż wreszcie sen mu skleił powieki, zasnął.
Świst lokomotywy zbudził go.
— Mamuniu! — zawołał, otwierając oczęta, w których znać było przerażenie. — Ah! mamuniu! — mówił dalej, tuląc się do matki — jakie to straszne!
— Co takiego, Jasiu!
— Śniło mi się, ah! mamo, ja drżę cały, śniło mi się, że ojciec umarł i poszliśmy wszyscy na cmentarz, tam do tego grobu, gdzie babcia już leży. Mama płakała okropnie, a ojca w trumnie spuszczano...
— Cicho, aniołku — rzekła matka i pocałunkiem zamknęła mu usta. Na sen nikt rozsądny nie zważa. Zabieraj się, tu wysiadamy.
Pociąg stanął. Otworzono drzwiczki, pani Racięcka z synkiem wysiadła. Zaraz też zjawił się służący, który po nich na stacyę przyjechał i zabrawszy pakunki, poprowadził oboje w stronę powozu.
Już wsiedli i woźnica właśnie na kozioł się wspinał, gdy woźny kolejowy w mundurze zbliżył się do matki Jasia i podał jej spiesznie jakiś papier.
— Co to? — zapytała.
— Telegram.
Szybko rozerwała kopertę przerażona, woźnica zdjął u powozu latarnię i poświecił.
„Jutro przyjeżdżam do Was, przyślijcie po mnie konie.“
Telegram był od p. Racięckiego.

Filip Sulimierski.
Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Filip Sulimierski.