Semko/Tom III/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Semko‎ | Tom III
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Semko
Podtytuł (Czasy bezkrólewia po Ludwiku).
(Jagiełło i Jadwiga)
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom III jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom III jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



X.

Na zamku w Płocku znowu było cicho i pusto, lecz zdawał się on na nowe oczekiwać życie. Znać było wszędzie staranie, aby ślady zaniedbania i czasu, nieopatrzności ludzkiej i wojennych dni zatrzeć. Mury były poobielane, ponaprawiane dachy, piaskiem powysypywane podwórza, sieni wysłane liśćmi zielonemi!...
Krzątali się jeszcze gdzieniegdzie z miotłami ludzie, a nie liczny dwór pozostały okazywał się kiedy niekiedy na przedsieniach w odzieży nowej...
Zmieniła się bardzo postać zamczyska od tych chwil, gdy tu częstym gościem bywał Bartosz z Odolanowa, szlachta wielkopolska i rycerstwo, zbierane zewsząd dla obrony i na wojnę...
Nie widać już było wojennych przyrządów, ani tej czujności około bram miasta i grodu jak dawniej. Miasto miało to oblicze czasów spokoju, podobne wiosce, jakie wszystkie polskie miasta rolnicze przybierały, gdy od groźby najazdu były wolne. Pługi i radła wlokły się ulicami, wozy z sianem i zbożem zalegały rynek... W miejskich wrotach prędzej róg pastuszy i kołatki krów usłyszeć było można, niż trąbę straży. Stały też one niestrzeżone, otworem, a zajrzawszy do baszt, prędzej w nich kozę było można znaleźć niż człowieka.
Jedne tylko wrota dworu kotlarza Pelcza były dzień i noc zamknięte i strzeżone od czasu, gdy książę Henryk pozwolił tu sobie wtargnąć, i pochwycił piękną Anchen córkę Niemca, którą mu wprędce odebrano. Duchowieństwo, którego suknię nosił, nie dopuściło jawnego zgorszenia i młode książątko, od brata Janusza surowo zostało zagrożone, jeśliby się dopuściło nowego jakiego wybryku.
Krótko to skutkowało, bo najmłodszy z mazowieckich książąt, coraz głośniej zapowiadał, że ciążącą mu sutannę zrzuci i żony sobie szukać będzie. Tymczasem po całych dniach na probostwie go i na zamku nie było, a szukać musiano po lasach, po chatach i oddalonych osadach.
I tego dnia też nie znajdował się książe Henryk w domu, chociaż wiedział, że Semko, po weselu w Wilnie z Olgą Aleksandrą, siostrą Jagiełły, wyposażony bogato, miał właśnie młodą żonę przywieść do Płocka.
Oczekiwało tu na wiadomość o zbliżaniu się księcia, mające przyjmować duchowieństwo, urzędnicy i dwór, który na miejscu pozostał.
Czekała na to dziecię swe stara Błachowa, ale nie z taką w sercu radością i pociechą, jaką by mieć mogła, gdyby drugie jej dziecię, ukochana Ulinka, jak niegdyś, śpiewając wesoło, z nią razem wyglądała umiłowanego brata.
Ulinka, piękna niegdyś Ulinka, wychudła i blada, leżała w łóżku od kilku miesięcy, a żadne leki, zamawiania, okadzania, żadne nabożeństwa i modlitwy pomódz jej nie mogły. Choroba była osobliwa, której nikt nie znał, nie rozumiał i poradzić nie umiał na nią.
Schła tak powoli, w oczach marniała, życie z niej wychodziło i ochota do niego... Jadła jak ptaszę, nie sypiała po całych nocach, a gdy zasnęła znużona, przez sen mówiła coś niezrozumiałego, albo nawet spiewała piosenki tak smutne, że się matce serce krajało...
Ona wiedziała i powiadała, że żyć nie będzie, a nie narzekała na to... Patrząc na jedyne dziecię, które tak schło i ginęło, Błachowa też umierała powoli... Siadała przy niej z kądzielą, ale wrzeciono z rąk jej wypadało, oczy nici nie widziały; pochylała się, aby zimne jak lód, lub gorące jak żar całować czoło, a łzy na nie padały...
Czasem, zjawiał się Semko, na krótko, Ulinka się zrywała z łóżka, chwiejąc osłabła, ubierała się do niego w dawne suknie, które matka ściągać musiała, tak teraz na wychudłej leżały niezgrabnie. Wychodziła do jego komnaty na rozmowę, ale musiała stać oparta o ścianę, bo się jej w głowie zawracało i mąciło... Semko bolał i użalał się nad nią, gniewał na tych, co ją tak nieskutecznie leczyli, obiecywał zdrowie, potem, wnet zapominając się, prawił jej o sobie, pięknej jak anioł królowej, o obiecanej mu siostrze Jagiełły, hożej także i ślicznej i śmiał się. A tak był nawykły wszystko co myślał powiadać przed nią, że nie taił nic, nie dostrzegając, jak blada bledła mocniej jeszcze i oczy jej zwiększone zachodziły to płomieniem, to łzami.
Potem, żegnając, gdy przyszedł pogłaskać ją po czole, dziewczę chwytało jego rękę, cisnąc ją do ust i zduszone łkaniem uciekało.
Teraz oddawna już Ulina nie wstawała, ale mówiła o tem, że chce koniecznie, choćby raz wstać jeszcze, aby przybywającego powitać i zobaczyć kraśną żonę jego — a potem — mówiła — położyć się i — zasnąć...
Oczekiwany książe nie przybywał, choć wszystko było w pogotowiu. Po kilkakroć pieczono kołacze białe, które zczerstwiały...
Wieczór, jak burza wpadł na zamek Henryk, trąbiąc, aby ludzi postraszył i ściągnął zwodniczo naprzeciw siebie do bramy. Śmiał się widząc nadbiegających tych, co ani obowiązku ani wielkiej ochoty witać go nie mieli.
Zeskoczył z konia w podwórcu; psy, które go otoczyły, biczem rozpędzając... Kanclerz wyglądał oknem — obrócił się ku niemu.
— Kiedyż się Semka doczekacie? — zawołał do niego.
Ksiądz poruszeniem mu odpowiedział tylko iż niewiedzą; a Henryk miał z jakimś żartem niezdarnym wystąpić, gdy we wrotach ukazał się zwolna nadciągający Janusz.
Jechał powoli na koniu ciężkim, sam podstarzały i otylszy niż był, z twarzą zadumaną. Zobaczywszy go, Henryka wesołość odstąpiła, cofnął się z pośrodka dziedzińca. Starszy książe wjeżdżał rozglądając się dokoła i konia do samych przedsieni poprowadził, gdzie, na widok jego, co było dworzan się zbiegło.
Nie mówił słowa, witał starszyznę głowy skinięciem, Henryk zbliżył się z boku podchodząc z ukłonem, w którym czuć było upokorzenie jakieś. Z Januszem się obejść tak nie śmiał jak z innemi. Książe spojrzał nań bacznie, na strój jego myśliwski, i ramionami poruszył.
Marszałek stary, posiwiały w usługach ojca, o kiju, wprowadzał Janusza do dworca. Ten szedł zwolna, jakby chciał się rozpatrzeć, czy wszystko było w porządku należytym. Dwór wyglądał odświętnie, czysto i świeżo... woń kosacców rozsypanych po podłogach czuć w nim było, i zapach jałowcu, którym kadzono, ze smółką.
Do wielkiej komnaty bocznemi drzwiami naprzeciw Janusza, wyszła z oczyma czerwonemi, pokłonić się stara Błachowa. Schyliła mu się do kolan. Uderzył ją zlekka po ramionach.
— Semka tylko co nie widać! — rzekł — przybyłem i ja, aby było komu przyjąć go u progu błogosławieństwem...
Popatrzał na podnoszącą się staruchę.
— A córka? — zapytał.
Błachowa się rozpłakała i fartuchem zakryła oczy. Janusz nie badał już więcej.
Wieczór nadchodził, i jakby na ten dzień zmówili się goście, usłyszano konie w podwórcu, a po krótkiej chwili wszedł Bartosz z Odolanowa.
Lata przebyte w boju i tę męzką a rycerską postać uczyniły pokorniejszą, mniej butną, a zdawały się okrywać żałobą. Nie szedł już tak śmiało jak dawniej, z głośnem słowem i kipiącym do walki męztwem.
Znać było zwyciężonego, choć i teraz czoło niósł górą pomarszczone i oczu się nie wstydził pokazać. Walczył aż do ostatka, aż mu towarzyszów do boju i przeciwników nie stało...
Obrany ze wszystkiego, postradawszy grody, mienie, zapasy, przetrwał wszystko nie skarżąc się, wierny Semkowi, który się w końcu odwrócił od natrętnego wichrzyciela i jemu wszystkie swe przypisywał klęski.
Bartosz przybywał, teraz — szczęścia mu winszować, którego nie miał, do starego gniazda ocalałego, gdy on swoje utracił.
Książe Janusz zmarszczył się ujrzawszy go — pomyślał chwilę i pozdrowił stojącego u drzwi.
— Znowuśmy tu razem — rzekł do niego — ale stanęło na mojem, nie na waszem. Przeciw doli, rozum nic i męztwo nic, co napisano spełnić się musi.
Westchnął stary.
— Tak, Bartoszu — dodał — czasy panowania naszego przeszły, więc nie opierając się woli Bożej, w kąt musimy dogorywać w ciszy. Kto inny nas zastąpi... kto inny...
Bartosz zbliżył się nieco.
— Miłość wasza, nie odbierzesz mi tej czci, żem ja wam krwi i potu nie żałował. Prawda — mówił — ciągnąłem was, woli Bożej nie znając, alem też i sam szedł a walczyłem do zdechu. I straciłem Odolanów i Koźmin i com miał, a nie wypominam wam tego, bom nie dla was, ale dla Piastów i dla Wielkopolski naszej bił się... A no z Piasty i Wielkopolska padła... Poznań królów nie będzie mieć, ani Gniezno korony...
Westchnął.
— Ale przyjdzie czas — dodał proroczo — że jak Kraków wydarł nam berło, tak jemu wydrą panowanie i koronę inni i będzie pustką a trumną tylko...
Z bólem dokończył Bartosz i stanął naprzeciw Janusza, który słuchał go zimno, z tą rezygnacyą dawno już w spuściźnie po ojcu wziętą, która go nigdy nie opuszczała...
Stary książe wysłuchawszy, rzekł jakby chciał myśli jego w inną skierować stronę.
— Semkowi się poszczęściło jeszcze!! Król-brat da mu część Kujaw, może więcej, a co lepiej, dał mu siostrę, którą kocha, za nią wianem dostanie braterską miłość Jagiełły!!
— I dziewka, słyszę piękna — dodał Bartosz...
— Królewna każda piękna — odparł nieco szydersko Janusz...
Nie czekano już dnia tego Semka, i starszy rozporządzając się jak w domu, wieczerzę podawać kazał.
Henryk stał dotąd nadąsany na uboczu. Janusz przystąpił do niego, popatrzył długo.
— Nie spieszy ci się widzę, suknię wziąć — zamruczał.
— Wolałbym żonkę — zuchwale odparł Henryk...
— Nie co wola, ale co mus, człowiek robi — surowo rzekł Janusz. — Książęciu dla żony trzeba działu i ziemi, a tych nie masz.
— Boście wy mi je wzięli — odparł Henryk dumnie.
— Nie myśmy zabrali, ale ojciec ci ich nie dał, a ojcowska wola święta — odezwał się Janusz, i odwrócił się od niego, umyślnie przerywając rozmowę.
Na twarz Henryka wystąpiły płomienie i szepnął półgłosem.
— Wszystkiemu temu nie koniec jeszcze — zobaczymy!
Lecz starszy brat słuchać go już nie chciał...
Podawano wieczerzę i Janusz, nie zapraszając nawet młodszego, zasiadł do niej, swojej starszyźnie wskazawszy miejsce w końcu stoła.
Henryk sam zajął siedzenie przy bracie, rozparł się i z jednej misy z nim czerpać zaczął, nie mówiąc nic.
Z drugiej strony opodal nieco siadł Bartosz z Odolanowa, z braćmi dwoma, których przywiódł z sobą.
Oni teraz los jego dzielili, wygnani z Wielkopolski i skarani razem z Pietraszem z Małochowa na wygnanie i wydziedziczenie. Łacno było zgadnąć, że przychodzili przypomnieć się Semkowi, dla którego wszystko utracili.
Wieczerza przeszła milcząco, i ledwie słowem jakiem przez starszego księcia przerywana.
Miała się już ku końcowi, a na niebie noc była gwiaździsta i zamek stał oddawna zaparty, z bramą spuszczoną, gdy zdala posłyszano trąbkę, a Henryk i domownicy poznali głos rogu Semka, który się w ten sposób zawsze oznajmywał.
Wszyscy podnieśli głowy zdziwieni, gdyż książe z żoną młodą przybywający, powinien się był zapowiedzieć zawczasu... Henryk i Bartosz zerwali się od stołu, biegnąc ku drzwiom...
W podwórcach też wrotny ludzi powoływał, gdyż bronę podnieść, a most spuścić było potrzeba...
Gdy Bartosz podbiegł ku bramie, ujrzał za nią trzech konnych, na otwarcie oczekujących, a w chwilę potem na zziajanym koniu, głośno wołając na ludzi, wpadł na podwórzec Semko.
Zmęczony był i jakby rozogniony pospieszną podróżą. Skoczył z konia, spojrzawszy na Bartosza.
— Chciałem sam wyprzedzić moją Olgę i jej dwór, aby zobaczyć, czy na zamku wszystko jak należy przygotowano...
Nim Bartosz czas miał mu o bracie oznajmić, Semko już był w izbie wielkiej; spostrzegł Janusza, i radośnie rzucił się go witać.
Przybywał z taką wesołością i ochoczą myślą, iż odmłodniałym się wydawał.
— Widzicie — wołał — żonkęm chciał wyprzedzić, abym ją we wrotach sam z konia zdjął i wprowadził do jej domu. Umyślniem konia i siebie zmógł, by jej tu na niczem nie zbyło, gdy raz pierwszy nogą próg przestąpi.
Janusz patrzał na tę żywość młodzieńczą i głową mu dawał znaki, że dobrze uczynił.
Henryk z wyrazem zazdrości ani go powitawszy, cofnął się i szydersko usta wykrzywiał, stojąc zdala... Tymczasem Semko kołpak rzuciwszy, brata głową pozdrowił, a sam wbiegł do sypialni...
Drogę mu zachodziła też Błachowa biedna, trzymając na rękach na poły omdlałą, z rozpuszczonemi na ramionach włosami, z blademi usty Ulinę. Na widok Semka ta na półumarła podniosła się, dwie ręce wychudłe zarzuciła mu na szyję, zbliżyła usta do jego twarzy, lekki okrzyk się dał słyszeć, i całym ciężarem martwego ciała, spadła na ręce matki...
Zaledwie czas miał podtrzymać już krzepnącą Semko...
Ulinka nie żyła...
Dochowała tylko dech ostatni, aby go w pocałunku umiłowanego oddać brata.
Na chwilę stanął książe zdrętwiały, patrząc na dziewczę i sądząc, że osłabiona omdlała; ale Błachowa czuła macierzyńskiem sercem, że dla biednego jej dziecięcia wszystko było skończone... Ona sama niosła je ostatkiem siły na te łoże, z którego się tylko co porwała na spotkanie Semka...
Książe szedł za nią niemy...
Przybywał z piersią szczęścia pełną, a śmierć spotykała go w progu...
W wielkiej izbie Janusz siedzący za stołem, słyszał pewnie okrzyk, a Henryk uśmiechnął się, gdy go głos ten doszedł, nikt jednak nie ruszył się z ław, i dopiero po chwili wezwany kanclerz wysunął się do księcia...
Oczekiwano przy wieczornym stole na przybyłego gospodarza długo napróżno, a gdy potem wyszedł jakby zmuszony do brata, blady, pomięszany, nieprzytomny i jedzenia tknąć nie chciał, a na pytania odpowiadać nie umiał, o przyczynę zmiany tej, nikt badać go nie śmiał.
Henryk wymknął się z jadalni.
Po jednemu wyśliznęli się goście wszyscy, wyszedł z braćmi Bartosz. Janusz i Semko zostali sami.
Starszy zdawał się zgadywać co się stało, nie pytał; młodszemu brakło odwagi, aby się poskarżył. Milczący, trwali tak u pustego stołu, przy dogorywających kagankach...
Słychać już było kury piejące zdala, gdy Semko rzekł głosem złamanym.
— Idź, spocznij, jam w nieszczęśliwą z mojem szczęściem przybył godzinę. Śmierć mam w domu!
— Patrz, by o niej żona nie wiedziała — odparł Janusz... Litwinki zabobonne są, a choć trumna źle nie wróży, mówią ludzie, smutek jej zatruje pierwszy dzień... zostanie wspomnieniem na życie...
Janusz wstał i wyszedł...
Zawahawszy się nieco Semko, nazad powrócił do sypialni, drzwi od niej ku izbom Błachowej stały otworem. Cichy śpiew z płaczem, żałobny, pieśń jakąś starą mogilną słychać było w głębi. Nie zatrzymując się szedł książe dalej, aż do izdebki, w której na łóżeczku swem zmarła leżała...
Kilka starych bab, otaczało je, ale Błachowa żadnej z nich dotknąć nie dawała dziecięcia. Sama ona w białe rąbki i najpiękniejsze ustroiła ją odzieże, sama splotła jej dziewiczy wianek mogilny...
Stała teraz przy niej z rękami załamanemi płacząc i podśpiewując nieprzytomna. Baby łzy ocierały... W głowach dwa płonęły kaganki i migocącem światłem rzucały na twarz marmurową, błogim jakimś snem ujętą. Usta jej jeszcze pocałunkiem śmiały się ostatnim...
Gdy Semko wszedł, drugiemi drzwiami ludzie prostą, sosnową, z kilku desek zbitą wnosili „domowinkę“. Za nią szedł w komży i stule ksiądz kanclerz, z krzyżykiem w ręku, i dwu chłopaków ze światłem, którego płomienie wiatr chylił.
Na widok trumny, Błachowa oczy zakryła. Postawiono ją wśród izby, baby wyściełać zaczęły z pospiechem... Gdy przyszło nieść ciało i układać w tem łóżeczku śmierci, Błachowa silną ręką odepchnęła wszystkich, chwyciła ciało córki i główkę przytuliwszy do piersi, powlokła je do trumny...
Złożyła w niej Ulinę, przycisnęła usta do jej twarzy i jęczała. Czekali wszyscy szanując boleść, lecz Błachowa była jakby przykutą do zwłok dziecka. Kanclerz schylił się do jej ucha i zlekka ujął za rękę... Podniosła się posłuszna, lecz ujrzawszy ludzi niosących wieko, które przybijać mieli, rzuciła się znowu do ciała.
Stare towarzyszki jej, resztki wonnego ziela kwiatów sypały na zwłoki... W okienku otwartem brzask pierwszy dnia widać było... Niezakrytą trumienkę musieli wziąć zwolna na barki ludzie i ponieśli. Błachowa szła nie za nią, ale z nią razem, ręką spierając się na krawędzi, jakby się lękała, aby jej zwłok nie odebrano...
W milczeniu orszak żałobny przeciągnął podwórze, minął kościół i wprost na cmentarz posuwał się... wśród ciszy nocnej, którą pierwsze szczebiotanie ptactwa przerywało tylko...
Semko pozostał sam, wśród izby pustej, powiódł po niej wzrokiem... Przewrócona kądziel leżała przy łóżku Ulinki, wrzeciono potoczyło się pod nie... chusteczka biała rzucona na ławę zwieszona była na niej... Na poduszcze głowa zmarłej wycisnęła jakby pieczęć śmierci...
Z zaciętemi usty, powrócił książe do sypialni.
O spoczynku nie miał myśleć czasu... Z dnia pierwszym promykiem, musiał spieszyć naprzeciw żony. Konia dlań siodłano... Czerwieniało na wschodzie, gdy siadł i okiem rzuciwszy po podwórcu, popędził ku bramie. Na drodze do niej leżały kwiaty pogniecione, które z trumny Ulinki wypadły...
Nie było jeszcze południa, słońce letnie żarem paliło, gdy dzwony kościołów odzywać się zaczęły... W ulicach stało pełno ludu, na podwórcu czekało duchowieństwo u drzwi kościelnych, w progu dworu stary Janusz, urzędnicy, czeladzie, dwór, z boku, na złość braciom, książe Henryk we zbroi i przy mieczu, w hełmie na skroni, w boki się trzymając...
Wiedział on dobrze iż przykrości im większej wyrządzić nie potrafi, jak na ten dzień strojąc się rycersko i wypierając sukni duchownej. Śmiał się złośliwie, z ukosa patrząc na Janusza, który widzieć go nie chciał...
Orszak państwa młodych otaczający zwolna się posuwał przy odgłosie trąb, piszczałek i dosyć dziko brzmiącej muzyki.
Semko jechał we zbroi i hełmie z piórami, blady i poważny, a obok niego Olga jak łania, dzielnie na koniu siedząca, dumnie w około wodziła wesołemi niebieskimi oczyma. Wszystko się w niej śmiało i radowało, wejrzenie, usta, postać cała, fałdy sukni szkarłatnej ze złotem, i czapka z piórkiem na główce rzucona od niechcenia, z pod której włosy w puklach dobywały się jasne.
Czuła się tu panią i królową, a ile razy wzrok jej padł na młodego męża, otwierały się wargi różowe, i ząbki perłowe bielały... Zdała się mówić. — Raduj się, ciesz się!... wiozę szczęście w mojej dłoni!!
Z taką dziewiczą śmiałością, z butą książęcą, pierwsza wjechała w podwórce... Stanęli u kościoła...
Semko skoczywszy z konia, zsadził ją i podawszy rękę wiódł do błogosławieństwa.
Z chlebem i solą, ruskim obyczajem, stał Janusz w progu... Olga szła ku niemu niestrwożona, śmiejąc się, i gdy się jej pokłonił, rzuciła się staremu na szyję z pocałunkiem serdecznym. Młoda pani przestąpiła próg bez trwogi, a zwróciwszy do męża, objęła go zarumieniona...
Henryk patrzał zdala, ale się nie zbliżył do niej, i ona zdawała się o nim zapominać.
Na młodych państwa zastawione już czekały stoły, a przy nich dwa miejsca osobne na podwyższeniu, i obok dwa dla braci. Kanclerz je modlitwą błogosławił...
Piękna Olga tymczasem rzucała oczyma, przypatrując się miejscu i ludziom, tak śmiało, tak siebie pewna, jakby już panowanie nad dworem i mężem objęła.
Bartoszowi z Odolanowa dość było popatrzeć na nią, aby sobie powiedzieć w duchu, toż co Janusz pomyślał.
— Księciem ona tu będzie, nie księżną...
Zaledwie kapłan dokończył modlitwę, gdy wesoły jej głos zabrzmiał w sali.
— Mnie tu dziś nie gospodarzyć jeszcze — odezwała się — ale jutro!! ja wam stół zastawię i przyjmować będę!
Mówiła z ruska łamiąc się, aby mowę swą do polskiej uczynić podobną i śmiała się sama ze swych omyłek...
Semko wskazał jej w tej chwili przybliżającego się do stołu Henryka... Spojrzała nań zdziwiona.
— Czyż tak u was księża się noszą? — zapytała ciekawa.
— Ja też księdzem być nie chcę, choć mnie do tego zmuszają — rzekł siadając Henryk...
Janusz spojrzał nań ostro, Semko coś szepnął jej na ucho; zaśmiała się i popatrzyła na Henryka.
— Ładne chłopię! — rzekła cicho — szkoda go w księżą odziać sutannę; taki młody...
Henryk śmiałemi oczyma piękną mierzył bratowę.
— Znajdźcie mi taką drugą jak wy — rzekł do niej — a wnet się żenię!
Olga odparła mu skinieniem głowy; obaj bracia groźno i namarszczeni patrzyli. Henryk uradował się, zdawało mu się, że znalazł sprzymierzeńca...
Tymczasem wnoszono misy, a piękna księżna ochoczo się do nich brała, niekiedy tylko wyrażając podziwienie, gdy potrawa dla niej była nową.
Naówczas ostrożnie do ust ją niosła... próbowała patrząc na męża, i złą czy dobra się jej wydała, wybuchała śmiechem dziecinnym...
Cały dwór tę chichotkę pożerał oczyma. Śmiałość jej, obejście się nieco dziecinne a pełne wdzięku, wszystkich za serca chwytały. Czuć mniej było dziecię pieszczone, otwarte, ku życiu wesoło wyciągające ramiona; ale razem i przyszłą panią, która temu co ją spotkać mogło w życiu, śmiało czoło stawić była gotowa. Semko siedział milczący, Janusz słuchał, Olga coraz to wybuchała śmiechem i słowem, a Henryk ośmielony jej wtórował.
Nie w smak to było pewno bratu, o czem nie mogła wiedzieć żona, a Henryk właśnie, iż o tem był przekonany, wyciągał ją na słowa i drażnił zapytaniami.
Ona też o wiele rzeczy i obyczajów zapytywała odważnie, mówiąc jak to inaczej było na Litwie...
A wspominając Litwę swą wzdychała. Tam, jużby się biesiada taka bez pieśni nie obeszła, bo pieśnią zaczynało i kończyło się wszystko... Tu jeden lutnista nie osobliwy, podstarzały, miał zawodzić, a i temu coraz głośniejsze rozmowy i okrzyki dać się słyszeć nie dozwalały. W miarę jak kubki spełniano, zapał dla młodej księżny rósł coraz... Semko też pił, aby gorycz z serca i czarne przepędzić myśli, ale napój gniew tylko jakiś w nim obudzał.
Przeciągnęło się biesiadowanie długo... i dopiero gdy wieczór zapadał, Semko się z żoną wysunął od stołu, dając znak biesiadnikom, aby pozostali w miejscu.
Księżnie młodej pilno było dworce swoje opatrzeć, poznać to państwo, nad którem królować miała i objąć nad nim rządy.
Chciała wszędzie być, oglądać wszystko aż do stajen i psiarni.
Nad mężem już w podróży zapanowała wszechwładnie, a kierowała nim jak chciała, raźno mu było jej słuchać, wiódł ją więc posłuszny teraz po zamku, komnatach, podwórcach i wałach, myśląc tylko jak widoku tej izdebki jej oszczędzić, w której stara Błachowa płakała.
Gdy w mrokach zapadającego wieczora, piękny widok z murów odsłonił się na lśniącą srebrem Wisłę, klasnęła w ręce uradowana, wołając
— Wilija!
I Semkowi ręce zarzuciła na szyję, pierwszy raz posmutniawszy nagle. Rzeka jej domową przypominała, i prześpiewane u boku matki lata...
Lecz wnet łzy otarła i nucić coś zaczęła.
Mąż ciągle szedł przy niej smutny, on inne widmo widział snujące się po wałach...
Zbliżali się ku zamkowi, gdy jak ocucona poczęła szczebiotać.
— Nie sęp już czoła! Widzisz i ja po moich nie płaczę, bo tu teraz wszystko moje. Mnie wróżka dawno wróżyła złote gniazdko wesołe i ciepłe, gdym ciebie, pana mego pierwszy raz przez okno zobaczyła, wiedziałam, żeśmy sobie przeznaczeni...
Ty tu przebyłeś może wiele, ale teraz wszystko skończone, Jagiełło nas osłoni od burzy, a ja smutek zażegnam!!
Z temi słowami nie on ją, ale ona jego wprowadziła nazad do komnat, które sobie pokazać kazała, gdzie na nią jej litewskie dziewczęta czekały.
Przemówiła do nich wesoło, i odpowiedziały jej radosnemi głosami; dała znak, zaśpiewały pieśń rzewną, niezrozumiałą, dziwną, której Olga z rozkoszą słuchała zwolna rozpuszczając złote włosy i odpinając sprzążki, które książęce jej stroje trzymały.
Nazajutrz Semko spał jeszcze, gdy Olga biegała już po zamku, ze wszystkiemi robiąc znajomości, psy za sobą prowadząc do komnat, rozkazując, śmiejąc się, trzpiotając jak dziecko...
Stoły były przy niej nakryte, gdy Semkowi znać dano.
Żonę znalazł na rozmowie poważnej z Bartoszem z Odolanowa. Zwróciła się ku wchodzącemu z twarzą pogodną.
— Słuchaj — rzekła wskazując na Bartosza i braci — oni ci wiernie służyli rycersko, a są wygnańcy. W Mazowszu nie braknie ziemi, niech ja pocznę od tego, bym dla nich uprosiła nadanie, aby o straconem zapomnieli. Niech koło nas będzie wesoło? Semko skinął z przyzwoleniem na to, czego sam pragnął. Jemu i księżnie kłaniali się wszyscy.
— A teraz niech ksiądz misy pobłogosławi — ze szczęścia głodna jestem! I śmiejąc się rzuciła na siedzenie.
Janusz stał na uboczu i myślał.
— Sam pan Bóg mu ją chyba wybierał, takiej właśnie potrzeba było!

Drezno, 1881.
KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.