Semko/Tom II/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Semko‎ | Tom II
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Semko
Podtytuł (Czasy bezkrólewia po Ludwiku).
(Jagiełło i Jadwiga)
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



V.

W sam dzień Wielkiejnocy, rano, starosta Hawnul na klęczkach słuchał mszy świętej w małym kościółku Franciszkanów na Piaskach.
Widok tego nabożeństwa w drewnianem ubogiem domostwie skrytego, obawiającego się zdradzić najmniejszą głośniejszą oznaką, przypominał pierwsze chrześciaństwa wieki.
Franciszkanie modlący się w chórze po cichu, byli to następcy, bracia tych trzech męczenników, których na górze nad Wilnem ukrzyżowano. Czas, który upłynął od tego wzburzenia pogańskiego ludu, nienawiści jego i wstrętu do chrześcian nie uśmierzył i nie zagłuszył.
Stara wiara litewska, jeden z ostatnich w Europie szczątków odwiecznej religii przyniesionej ze Wschodu, a na nowym gruncie, pod różnemi wpływami dziko rozrosłej; czuła się coraz bardziej zagrożoną przez opasujące ją zewsząd chrześciaństwo i do rozpaczliwej gotowała obrony.
Wprawdzie część społeczności, stojąca u góry, jak wszędzie i zawsze, pierwsza straciła cechę narodową i przywiązanie do wiary, zobojętniała pod wpływem obcym, ale lud trzymał się starych ołtarzów, z dzikiem roznamiętnieniem gotów na ich obronę.
Musiano się więc wystrzegać, aby niczem w tłumach nie wywołać rozdrażnienia. Ani pop Nestor na zamku, ani Franciszkanie Hawnula na przedmieściu nie ważyli się jawniej występować z obrzędami swojemi.
I w dzień tej wielkiej uroczystości Zmartwychwstania Pańskiego, tryumfu Zbawiciela nad śmiercią, mała wiernych gromadka cicho się modliła. Chór zajmowali nieliczni zakonnicy i braciszkowie; w kościółku oprócz Hawnula było zaledwie kilku chrześcian nawróconych potajemnie i Polaków, którzy się jako jeńcy wojenni na Litwę dostali.
Purpurowa chorągiew Pana, zwycięzcy, powiewała przy ołtarzu, przy niej paliła się wielka świeca paschalna, a ojciec Paweł z rozrzewnieniem radosnem powtarzał:
— Alleluja!
Po długim i surowym poście czekała na zakonników, staraniem Hawnula, przysposobiona biesiada w refektarzu. Tu wszystko było równie ciasne, szczupłe, ubogie jak kościółek, ale twarze zakonników, stojących na bojowych kresach, promieniały radością.
Dwa razy do roku szczególniej radość ta, uczuciem religijnem wywołana, objawiała się dobitniej: u żłobku nocą Bożego Narodzenia, i u grobu Pańskiego, gdy anioł zwiastował Maryom, że Chrystus zmartwychwstał.
Dnia tego cieszyli się mocniej jeszcze niż zwykle zakonnicy, bo właśnie w pomoc im przybył z klasztoru w Pyzdrach ojciec Anioł, którego przyjmowali jak wysłańca z lepszego świata.
Ojciec Anioł, niegdyś rycerz i szlachcic, zawołania Sulimy, który był wdział habit wskutek ślubu uczynionego na polu bitwy, niemłodym już był, ale wielkiej energii i poświęcenia człowiekiem, jakby stworzonym na apostoła.
Z pod zakonnej pokory dobywały się resztki rycerskiego ducha. Umysł miał otwarty i nieobcy był sprawom kraju, który kochał tak, jak gdy walczył w jego obronie z kordem w dłoni.
Drugi dopiero dzień cieszyli się ojcowie przybyciem ojca Anioła, a nie mieli jeszcze czasu dosyć się z nim nagadać o wszystkiem, o czem się od niego dowiedzieć spodziewali.
Nabożeństwo wielkotygodniowe, prawie bez wytchnienia ich, dzień i noc w kościele trzymało.
Starosta Hawnul już o przybyciu nowego zakonnika był zawiadomiony i tak ciekawy, jak ojcowie, tego, co on im przynosił z sobą.
Przy stole więc, do którego Hawnul zasiadł z niemi, zaczęła się bardzo żywa rozmowa o stanie korony polskiej. Sprawa jej obchodziła gorąco znaczniejszą część braci, pochodzenia polskiego. Hawnul dopytywał troskliwie o starania Semka, o losy Luksemburczyka, praktyki krzyżackie, działania Władysława Opolskiego itp.
Ojciec Anioł, sam Wielkopolanin, Nałęczom powinowaty, umiał z tego wszystkiego dobrą zdać sprawę. Widział on jednak z okna klasztornego sprawy kraju inaczej może niż inni jego współbracia.
— Czy książe mazowiecki królem zostanie? nie wiem. Wyroki opatrzności są nieprzeniknione — mówił — ale to dla mnie jawne, że Małopolanie, panowie krakowscy, lękają się Semka, aby przy nim znowu Wielkopolska góry nad niemi nie wzięła, a z czasem i stolicy po staremu do Poznania nie przeniosła. Mamy już u siebie arcybiskupią... naówczas Małopolska istotnieby maleńką się stała.
Nasz pasterz Bodzanta trzyma z Mazurem, ale jeśli Małopolanie mu do korony przeszkodzą i on się łacno na innego zgodzi.
Na dzień zesłania Ducha św. przybywa królewna dla nas wyznaczona, wtenczas się dopiero rzeczy wyjaśnią. Wielkopolanie chcą jej dać Semka za męża.
— Lecz — przerwał Hawnul, z wielkiem zajęciem chwytający każde słowo mnicha — słyszałem, że królewna ma już oddawna zaręczonego z sobą, przyszłego męża Wilhelma austryackiego?
Ojciec Anioł poruszył ramionami.
— Wszyscy u nas na to jedno się zgadzają, ażeby za króla nie przyjmować tylko takiego, któryby u nas mieszkać mógł i królować. Rakuszanin zaś siedzieć tu nie może.
— Więc Semko? — przerwał Hawnul.
— Nie wiem — odparł skromnie mnich — lecz boję się, aby go panowie małopolscy nie usunęli. Boją się go, a siłę mają i przebiegli są. Zda mi się, że sprawę przeciągną i kogoś ze swojego ramienia na tron poprowadzą...
— Ale kogoż? — pytał starosta.
— Bóg jeden wie. Wybór będzie od nich zależeć. Warunkiem pierwszym jest, ażeby w Krakowie siedział, sam rządził i nikomu wielkorządów nie powierzał. Obrzydły wszystkim one.
Kilka pytań jeszcze zadał ciekawy Hawnul ojcu Aniołowi i widać było, że umysł miał czemś mocno zaprzątnięty. Zamyślał się, wzdychał, oczy w ziemię wlepiał, poruszonym był więcej niż zwykle. Zakonnicy wnosili z tego, że jakaś sprawa ważna na ramionach jego ciążyła.
Wistocie Hawnul chodził myślą obarczony dziwną, która mu, czasu nabożeństwa, właśnie gdy ojciec Paweł wesołe wyśpiewywał Alleluja, jak promień z nieba padła na duszę.
Jakiś głos tajemny usłyszał w sobie, który mówić się zdawał: wstań a idź, prowadź do chrztu Jagiełłę i na tron polski, połączonej z Litwą.
Wydawało mu się to zuchwałem, nierozumnem, dziecinnem prawie i niemożliwem, lecz teraz słuchając powieści ojca Anioła, zaczynał przewidywać, że marzenie to ziścićby się mogło, że to był może jedyny sposób zmuszenia Jagiełły, którego kochał, do przyjęcia chrześciańskiej wiary. A w duszy brzmiało mu ciągle, z wielkanocnem Alleluja: Wstań a idź, wstań a prowadź pana twojego do chrztu i na tron!
Słowa te oblegały go, dźwięczały w jego uszach, nie dawały mu o niczem innem myśleć, nic zrozumieć.
— Wstań i idź — mówił głos wewnętrzny. — Z pokorą pobożnego człowieka, Hawnul opierał się tej pokusie, nie czując się do tak wielkiego dzieła godnym powołania.
Tajemnem pragnieniem całego jego życia było ochrzcić Jagiełłę, uczynić go równym innym monarchom chrześciańskim. Teraz do tego otwierało się pole. Dwie połączone razem korony przeciwko zakonowi!! z nich dwu rosła niezwyciężona potęga.
Upojony tą myślą, Hawnul wyjechał żegnając mnichów, wprost dążąc na zamek, do dworca swojego. Tu zamknął się z myślami niedającemi mu spokoju.
— Wstań i idź! — powtarzało się w jego duszy. Był to, jak rozkaz z góry, jak głos Boży, miał siłę, której oprzeć się Hawnul nie umiał.
Jagiełły, który, jeśli nie był na wojnie, zawsze prawie na łowach w lasach siedział, i teraz nie było w Wilnie.
Z braci, dwu gdzieś na Rusi siedziało, inni byli po zamkach rozpierzchli. Stara tylko królowa z córkami modliła się i wzdychała do monasteru w teremach swoich.
Nad wieczór Hawnul nie mogąc już wytrzymać, przeżegnał się, westchnął i szedł do wielkiej księżnej.
Właśnie, gdy przechodził podwórce, około św. ołtarza Litwy, jakiś uroczysty obchód wiosenny się odbywał. Dym ogromnym słupem wzbijał się w powietrze, brzmiały pieśni, a ludzie w wieńcach zielonych, przemykali się około murów.
Hawnul spojrzał w tą stronę, na żywe jeszcze bałwochwalstwo, mające tu swych kapłanów, wieszczów i pobożnych wyznawców; zadumany nad tem, jakiej siły było potrzeba, ażeby obalić gmach ten prastary, mający korzenie głęboko w ziemi utkwione.
U drzwi wielkiej księżnej, lękając się, aby jakiego nabożeństwa jej nie przerwał, stanął, oznajmując się przez sługę.
Właśnie się modlitwy skończyły. Stara Julianna, która chodziła mało, bo jej sił brakło, siedziała już w krześle z paciorkami w ręku. Lubiła ona dosyć starostę, chociaż gorliwa rusinka miała za złe, że jeden obrzęd z Krzyżakami wyznawał.
Hawnul począł od pytań o zdrowie, zmuszony zwykłych starym skarg wysłuchać, potem nowin z Tweru, od Połocka i z Rusi.
— Ja też od Lachów miałem wiadomości — rzekł starosta, zbliżając się do staruszki i spozierając, czy sług w blizkości nie ma.
Gdybyś mnie wasza miłość wysłuchać raczyła, dużobym miał do powiedzienia. Zdawna dręczy mnie myśl, z którejbym się rad zwierzyć, tak mnie ona opanowała.
Julianna słuchała sparta na ręku.
— Polacy króla nie mają — odezwał się żywo Hawnul — mieć tylko będą młodą królowę, dziewczę zaledwie dorastające. Muszą dla niej szukać męża, a dla siebie króla.
I uniósł się nagle starosta.
— A! a! miłościwa pani! na tym tronie panaby naszego posadzić, a połączyć dwa państwa i całą tą potęgą na Krzyżaków uderzyć!
Julianna poruszyła się nieco, głową potrząsnęła, zadumała, uśmiech niedowierzania przesunął się po jej ustach.
— Człowiecze! — rzekła. — Co się to tobie śni? Alboż to może być? Oni jego za króla nie zechcą. Długie wieki z niemi wrogamiśmy byli. Ruś im także niechętna... To świat inny, a to inny... Modlim się inaczej.
Dla Jagiełły żony na Rusi szukać potrzeba i panowania na Rusi. Tam się nam chrzcić, zdobywać i granice posuwać.
Hawnul spokojnie dał jej mówić.
— Miłościwa pani — począł gdy zamilkła. — Na Rusi kniaziów wszystkich pokonać i znieść, aby sobie państwo zdobyć szerokie, trudniej będzie niż się z Polską pod krzyżem Chrystusowym pojednać. Tu dla Jagiełły bez wojny, bez trudu, bez nieprzyjaciela tron gotowy, żona młoda, państwo mocne i wojsko dzielne do pokonania zakonu.
Wielka księżna nie odpowiadając długo w myślach się pogrążyła. Potrzebowała się oswoić z tą rzeczą tak nową, której nigdy dotąd nikt przypuszczać nie śmiał.
— Ale oni tam Semka prowadzą! — rzekła.
— Niewszyscy — żywo odparł Hawnul. — Właśnie ci, co najwięcej mocy mają i rozumu, obawiają się go i nie życzą. Dla nich Litwa tak potrzebna, jak nam Polska. A! gdyby pan nasz dał tylko znak, rzekł słowo...
— Czyście z nim już o tem mówili? — spytała księżna.
— Nie! — zawołał Hawnul — dotąd nic. Dziś dopiero pan Bóg mnie tą myślą natchnął, a od niej jakbym wina się napił, głowa mi się zawróciła... Pokoju mi nie daje!...
W. księżna ciekawie wpatrywała się w stojącego przed nią starostę, który postawę miał natchnioną i przejętą.
— Wyście dobrym i wiernym sługą naszym — odezwała się z dobrocią — wiem, że kochasz syna mojego, dlatego nawet niemożliwe rzeczy byś rad spełnić. Polska i my, ogień i woda! jakże to połączyć w jedno?
— Miłościwa pani, przecież Litwinki były tam już na tronie? były Rusinki, czemużby pan nasz nie mógł być?
— A wiesz jak się im tam działo? — odparła Julianna.
— Inny jest los niewiasty a mężczyzny — rzekł Hawnul. — One tam szły słuchać, nasz pan pójdzie rozkazywać.
W tem księżna, jakby naumyślnie, coś zupełnie obcego wrzuciła w rozmowę, mówiła o Tatarach i wojnie z niemi. Hawnul zamilkł.
Pierwszą myślą jego było przez matkę trafić z tem do Jagiełły, znajdował tu opór, ale nim się nie zrażał.
Ufał w to że Julianna, choć w pierwszej chwili odtrąciła to co jej przynosił, musiała po namyśle uledz wielkiej pokusie, przyszłość świetną i piękną otwierającej dla jej syna.
Chciał już pożegnać księżnę, zostawując jej myśl rzuconą, aby czas miała się z nią oswoić, gdy go staruszka wstrzymała.
— Tak! tak! — wyjąknęła zadumana — toby była potęga wielka bardzo! Samym postrachem, nie dobywając oręża, zgniótłby tych nienawistnych mnichów... Ale jemu królować w tej Polsce zaburzonej, niespokojnej, gdzie bojarowie i panowie nieustannie przeciw swym królom głowy podnoszą!!
— Przeciwko buntującym się mieć będzie Litwę — odezwał się Hawnul.
— Obcy ludzie, wiara, obyczaj, wszystko zachodnie, nie nasze — mówiła księżna — onby tam był nie swój, a nie swojego pana poddani nie kochają.
— Naszego pana musieliby umiłować, bo dobrym jest — mówił Hawnul. — Przecie między Rusią a Polską tyle jest podobieństwa, co różnicy, mowa prawie jedna, tłumacza nie potrzeba. Rusi już zawojowali dosyć i trzymać będą.
To mówiąc Hawnul zamilkł nagle, zdawało mu się bowiem, że za pierwszym zamachem, zbyt nalegać był nie powinien. Pokłonił się i pożegnał księżnę.
Jagiełło dnia następnego nie powrócił, a starosta nie poszedł do księżnej matki. Z południa dworzanin przyszedł go do niej wezwać. Szedł Hawnul natychmiast, a że od granicy dostał języka, od tego począł.
Stara księżna mówić mu długo nie dała o tem. W twarzy jej malowało się jakieś rozmarzenie, oczy jaśniej świeciły...
— Snu mnie pozbawiłeś — odezwała się. — Niedorzeczną baśń splotłeś, a ta mi pokoju nie dała.
Spoglądała nań wyzywająco.
— Miłościwa pani — rzekł Hawnul. — Gdybym ja to za baśń miał, nie ośmieliłbym się mówić miłości waszej o lada śnie moim. Ja wierzę w to mocno, że byle pan nasz chciał, baśń i marzenie mogą się sprawdzić na jawie.
Staruszka głową potrząsała.
— Swatowiby się za te dziewosłęby piękny ręcznik złotem szyty należał — dodała.
— Swatby ręczników się wyrzekł i samby ostatnią koszulę oddał, byle wesela doczekał — odezwał się wesoło starosta.
Księżna poczęła poważnie.
— Wielkie to dzieło! Straszno do niego rękę przyłożyć nie wiedząc jak się skończy. Nam dla godności naszej nie można próbować, czegośmy niepewni czy dokonamy.
Z takiej wysokości spaść!!
Spojrzała na Hawnula.
— Jabym też nie prowadził pana mojego, sam wprzód nie rozpatrzywszy drogi — rzekł starosta.
— Jak? co ty myślisz? — ciekawie pytała księżna.
Hawnul podumał chwilę.
— Pojechałbym sam na zwiady do Krakowa, jako kupiec, jak Niemiec... Znalazłbym ludzi, coby mi pomogli. Musiałbym podróż tak odbyć, aby nikt o niej nie wiedział, ani się dorozumiał po co jadę...
Tu w Wilnie będą sądzili, żem do Rygi do brata się wybrał...
— Jak ty to wszystko jużeś obmyślał! — dziwując się przerwała księżna i urwała prędko.
— A z Jagiełłą wprzód o tem nie mówiłbyś? — zapytała.
— Sam nie wiem. Uczyniłbym jak mi wasza miłość rozkaże — mówił ośmielając się Hawnul.
Nim odpowiedź nastąpiła, dano znać na nabożeństwo wieczorne w kaplicy, wstała księżna, a starosta ją pożegnał.
Nocą Jagiełło powrócił; o brzasku zbudzono Hawnula wołając do pana dla spraw skarbowych.
Jagiełło obdarzający ciągle, szczodry bez miary, jak zwykle żądał od Hawnula dla swych ulubieńców pieniędzy, futer, podarków. Oszczędny Niemiec opierał się jak mógł.
Spór zawsze prawie się tem kończył, iż starosta więcej niż chciał, dać musiał, i Jagiełło śmiał się z niego.
Nie mówili o niczem, bo w. książę unikał poważniejszej rozmowy...
Wiosna i zieleniejące lasy, ocieplone powietrze, śpiewające słowiki, świat do nowego rozbudzony życia, sprawiały zawsze na umyśle wrażliwym Jagiełły to wrażenie, iż się czuł odmłodzonym i szczęśliwszym.
Przerywał nawet zwykłe swe milczenie trwożliwe wesołym żartem, a w poufałem gronie śmiał się swobodnie. Obca dopiero ukazująca się twarz, zamkniętym go w sobie i poważnym czyniła. Hawnul nie wątpił, że stara księżna zwierzy się pewnie z tego, co jej przyniósł, nie mogąc wytrwać w milczeniu.
Stało się jak przewidywał.
Wieczorem przyszedłszy do Jagiełły po służbie, zastał go uśmiechniętym szydersko.
— Cóż to? — począł, przyzwawszy Hawnula bliżej, tak aby dwór słyszeć ich nie mógł — ty, Niemcze paskudny, chcesz mnie zrobić królem polskim??
— Tak jest — rzekł śmiało starosta — ja tego bardzo sobie życzę.
— Garścią łapiesz skowronki! — odparł śmiejąc się Jagiełło. — Powiedzieć to łatwo, a zrobić?
— Zrobić byłoby może trochę trudniej, ale gdybyś wasza miłość chciał tylko.
— Chciał? śmieszny człowiecze — przerwał Jagiełło — a któżby nie chciał potęgi, podwójnej korony, zwycięztwa nad wrogami, i pięknej żonki młodej!!
Podniósł rękę książe i śmiejąc się jeszcze, zlekka odepchnął starostę.
— Nie róbże mi oskomy daremnie!
Hawnul pokłonił się i chciał go w rękę pocałować.
— Puśćcie mnie na zwiady! — zawołał — puśćcie! Proszę! Sprawię się dobrze i przyniosę gościńca — koronę.
Jagiełło nagle spoważniał i posmutniał.
— Dowiedzieliby się ludzie i urągali potem z wielkiego księcia litewskiego. Głową potrząsnął.
Semkowi mazowieckiemu wolno wyciągnąć rękę i nic nie dostać, ale synowi Olgierdowemu nie godzi się!
— Ale żywy duch o tem wiedzieć nie może — gorąco począł Hawnul — ani żem był posłany, ani z czem! kupcem pojadę i powrócę kupcem... To nie waszej miłości sprawa a moja.
Książe wciąż głową potrząsał.
Wtem nadszedł młodszy brat Wigund i rozmowa natychmiast przerwaną została. Jagiełło dał znać Hawnulowi, żeby tajemnicy nie zdradził, nawet przed ulubionym jego bratem. Odchodzić jednak nie dał staroście i gdy jedzenie przyniesiono zatrzymał go przy sobie. Mówiono o łowach... Wigund się przechwalał, Jagiełło trochę z nim drażnił.
Wstał potem prędko, wody się napiwszy i Hawnula do swej sypialni poprowadził.
— Milcz ty mi z tem, o czem mówiłeś matce — rzekł grożąc. — Zakląłem i ją, ażeby nie powtarzała tego nikomu, ale niewieście usta zamknąć trudniej niż mężczyźnie zemsty zabronić. Na prawdę, pojechałbyś ty na zwiady? aż tam? do samego Krakowa?
Wlepił oczy w niego.
Starosta odpowiedział stanowczo.
— Pojadę.
Przeszedł się po izbie Jagiełło.
— Kto tobie to poddał? kto naraił? — odezwał się niespokojnie — to zdrada może?
— Miłościwy panie — począł Hawnul — znacie mnie, że nie kłamię. Jestem chrześcianin, do Boga mego modlę się gorąco, i mogę wam poprzysiądz, że przy modlitwie słyszałem głos...
— Głos! głos słyszałeś! — krzyknął przestraszony w. książe cofając się.
— Nie głos ludzki, ale duszy mojej, mówiący mi wyraźnie. — Idź i czyń to.
Hawnul śmiało w oczy patrząc Jagielle w piersi się uderzył.
Z twarzą zmienioną książe stał przed nim strwożony, oglądając się i szepcząc jakieś zabobonne zaklęcia.
Obawiał się czarów i wszelkich zjawisk nadzwyczajnych, sił niewidomych, w których istnienie wierzył mocno.
Zapewnienie Hawnula, że czasu modlitwy głos jakiś w sobie słyszał, zmieniło zupełnie usposobienie księcia. Lękał się już przeciwić temu rozkazowi z góry, a nie ufał, czy on pochodził od jakiej siły czystej, czy od wrogiej potęgi...
Hawnul zamilkł, mowy już o tem nie było dnia tego. Na dzień następny łowy były około Trok zapowiedziane, ale wielki książe wysłał brata, a sam pozostał w domu. Zrana kazano przyjść Hawnulowi znowu.
Po krótkim wstępie, Jagiełło kazał sobie powtórzyć wczorajsze opowiadanie i zasępił się znowu. Wahał się jeszcze wysłać ma czy nie Hawnula.
Znalazł nareszcie środek, który mu się wydał najbezpieczniejszym.
— Nie bronię ci jechać — rzekł — ale cię nie posyłam. Jedź gdy chcesz... Ja o tem wiedzieć nie powinienem, o niczem!!
Zaczął zaraz rozpytywać o drogę, sposób dostania się do oddalonego Krakowa, o osoby, do których Hawnul przystęp się mieć spodziewał i dokończył powtórzeniem:
— Jedź, ale nieposłany przezemnie, a wracaj rychło, bo będę sądził, że ci tam głowę z karku zdjęli. U nich wojna, wszyscy tam podejrzani, gościńce na które teraz żaden kupiec się nie waży.
Hawnul miał na wszystko uspokajające odpowiedzi. Stosunki jego handlowe, związki przez Franciszkanów z Polską, zapewniały mu przejazd bezpieczny. Wielki książe już mu się nie sprzeciwiał.
Podróż więc postanowioną została, z tym warunkiem, iż Hawnul opowiadać miał, że się wybierał do Rygi.
Zyskawszy pozwolenie, starosta, w którym raz powzięta myśl gorzała, nie dając mu spoczynku, natychmiast zajął się jej wykonaniem.
Franciszkanie mieli mu w tem być pomocą. Brat Antoniusz musiał się znowu poświęcić i towarzyszyć staroście.
Najlepszy to był przewodnik, gdyż znał wszystkie konwenty swojego zakonu, a drogi pomiędzy niemi, niejeden raz pieszo przebywał. Męztwo też miał tego rodzaju, co nie wyzywa na niebezpieczeństwa, ale je spokojem niewzruszonym rozbraja.
Wybrać się w taką podróż, w tym czasie, bez żadnej siły na obronę od rabusiów i włóczęgów, było niepodobieństwem; a zbyt licznym orszakiem, dającym się bogactwa domyślać, nie godziło się drażnić i kusić łotrzyków. Hawnul więc musiał zebrać sobie towarzystwo, liczbą nieuderzające a mężne, rachując na to, że świadomość gościńców, od złego spotkania uchroni.
Orszak miał się składać przeważnie z Rusinów, wyprobowanej wierności i posłuszeństwa.
Gdy w parę dni potem wszystko było w gotowości, a Hawnul przyszedł pożegnać wielkiego księcia, Jagiełło zaniemiał na chwilę. Żal mu było najwierniejszego ze sług swoich narażać na zgubę, ale starosta nalegał.
Rozstali się oba smutni.
W Wilnie dość długo nie dostrzeżono nawet, że starosta się oddalił. Orszak podróżny zawczasu wyprawiony, czekał na niego i brata Antoniusza w lesie. W dworcu Hawnula na pozór wszystko w dawnym zostało porządku, jak gdyby gospodarza nie brakło.
Przez pierwszych kilka dni unikano tak zręcznie wielkich gościńców, i osad znaczniejszych, popasając i noclegując po lasach, że z ludźmi się prawie nie spotykano. Ku granicom się zbliżając rozsłuchać się było potrzeba i posłać na zwiady, którędy bezpieczniej puścić się mogli.
Pomimo oporu Hawnula, brat Antoniusz oświadczył się z gotowością wyprzedzenia orszaku choćby sam, ale na usilne naleganie przyjął od starosty najsilniejszego z jego ludzi starego Smolenszczanina Petruka.
Tymczasem obozowano w głuchej i zapadłej puszczy, a Hawnul niecierpliwie wyglądał powrotu wysłanego, bo swatanie na tron polski Jagiełły pokoju mu nie dawało.
Pilno mu było z tem uprzedzić innych i pozyskać sobie zwolenników.
Drugiego dnia powrócił brat Antoniusz z Petrukiem, wioząc z sobą jeszcze niepozornego biedniaka klechę, którego niegdyś w drodze spotkał, potem w Płocku — a uważał za stworzenie dobroduszne, którem można się było wygodnie posłużyć.
Sama sukienka duchowna, dla starego zakonnika już go czyniła zaufania godnym. Nie zwierzył mu się jednakże spotkawszy z nim nad granicą, z kim jechał, mówił tylko o kupcu niemieckim.
Bobrek za lichą zapłatę ofiarował się prowadzić go do Krakowa, dokąd sam miał potrzebę.
Ze spotkania tego i pozyskania sobie świadomego kraju klechy, brat Antoniusz i Hawnul, szanujący wszystko co ze stanem duchownym było w styczności, oba się radowali.
Bobrek powiadał, że właśnie w tamte strony musiał jechać, ciesząc się, że mu podróż darmo przyjdzie na cudzym koszcie i coś jeszcze przynieść powinna w dodatku.
Od pierwszego wejrzenia, z węchem sobie właściwym, wietrzył już, że ten mniemany kupiec, przekradający się bez towarów do Krakowa coś innego nie handel mógł mieć na celu.
Przystał więc od razu bardzo do starego braciszka franciszkańskiego zakonu, okazując ubogim prostaczkiem, i brat Antoniusz wziął go chętnie...
Bobrek doskonale dróg świadomy, ofiarował się z pomocą, za której ręczył skuteczność. Świadomemi jemu drożynami mieli dostać się przez Mazowsze w Sieradzkie, a ztamtąd do Krakowa.
Hawnulowi przedstawiając się z tą samą pokorą, co bratu Antoniuszowi, łatwo go sobie pozyskał. Pomimo, że się starosta za prostego kupca podawał, dość było baczniejszego wejrzenia na niego i podróżne przybory, dostatek, poważną postać, aby utwierdzić w podejrzeniu, że wysłaniec ten był jakąś ważną osobistością, o której bliżej się czegoś dowiedzieć Bobrek spodziewał w podróży.
Hawnul był jednak ostrożnym, i ani nazwiska swego, ani położenia nie zdradził, mianując się kupcem z Rygi.
Natychmiast klecha począł z nim po niemiecku rozmawiać i o zakonie napomykając, zbadać się starał, jak dla niego jest usposobionym... Starosta ani z miłością ani ze wstrętem się nie wydał, co w oczach Bobrka już go podejrzanym czyniło. Obietnicę nagrody za przeprowadzenie potwierdził starosta, upewniając, iż będzie sowita, jeżeli ich bezpiecznie do celu doprowadzi.
Dla Bobrka nie było to trudnem, gdyż niejeden raz przez te puszcze się przedzierał. Przewiódł ich naprzód ostrożnie po nad Wizną, którą właśnie zakon w zastaw zajmował, ciągnąc potem manowcami mimo Brańska i Czerska, tak aby pominąć oba. Stały tu jeszcze bory wszędzie prawie nietknięte, przez które dla świadomych prowadziły drogi mało komu znane, na drzewach znaczone zaciosami różnemi.
Tak szczęśliwie dostali się aż pod Chęciny, zkąd musieli zwrócić pod Wiślicę, a nie śmiejąc nigdzie ani się zatrzymywać ni spoczywać długo, zdążyli nareszcie pod sam już Kraków, do Proszowic.
Tu Hawnul potrzebował wytchnąć nieco, obmyśleć co miał dalej przedsiębrać, a przewodnika już niepotrzebnego rad się był ztąd pozbyć. Ale Bobrka łatwiej było wziąć, niż się z nim rozstać.
W ciągu powolnej podróży poznał on lepiej Hawnula i nic mu z głowy nie mogło wybić, iż mąż to być musiał jakiś wielkiego znaczenia, dostatku, rozumu, który prostym kupcem tylko się dla niepoznaki mianował.
Nie potrafił jednak, z różnych stron ostrożnie i zręcznie zagadując, badając, podchwytując, dojść co go prowadziło do Krakowa i to w towarzystwie starego zakonnika?
Hawnul umyślnie unikał wszelkiej wzmianki o Litwie i o dworze tamtejszym. Milczenie jego, wstrzemięźliwość i oględność, utwierdziły tylko w przekonaniu, że to być musiał tajemny poseł jakiś. Zbijało go z tropu, że Niemcem był.
Gdy starosta, wynagrodziwszy szczodrze klechę w Proszowicach, odprawił go, Bobrek, sądząc że dowodem zaufania wzajemne pozyszcze dla siebie, odezwał się zcicha.
— Wdzięczen jestem miłości waszej, że mi pozwalasz ztąd pospieszyć zaraz do Krakowa, gdyż sprawę mam tam pilną, z którą prawdę rzekłszy, zostałem wysłany.
— Przez kogo! — zapytał z roztargnieniem Hawnul.
Bobrek zbył odpowiedź dwuznacznym ruchem jakimś jak gdyby mu nie wypadało, zdradzać tajemnicy i dodał.
— Posłano mnie ostrzedz Krakowian, aby się na baczności mieli, bo mazowiecki książe Semko ma się podobno kusić o to, aby miasto ubiedz, w stolicy się z wojskiem rozłożyć, i niedopuścić kogo innego do korony.
Hawnula wiadomość ta tak mocno obeszła, iż omal poruszeniem jakie okazał nie zdradził się, zaczynając rozpytywać niecierpliwie.
— Możesz to być?... pewnaż to jest!...
Nie są plotki próżne?
— Najpewniejsza w świecie rzecz, odparł Bobrek. Kilkuset kopijników uzbroili, ściągnąwszy co najlepszych, najmężniejszych, a dowodzi niemi Bartosz z Odolanowa i ks. arcybiskup dopomaga. Nie wiadomo jeszcze, jakim sposobem zamierzają się dostać do miasta, ale gdy raz Kraków opanuje, pewnie go już z rąk nie wypuszczą.
Na twarzy Hawnula mimowolnie odmalował się przestrach wielki.
— Spiesz więc i jedź, aby o tem oznajmić — rzekł do Bobrka, który stał pilno mu się w oczy wpatrując. — Nie sądziłem, byś tak ważną sprawę miał poleconą, bo z nią prędzej trzeba było podążać.
— Nic jeszcze straconego nie ma — przerwał Bobrek — Mazury i Wielkopolanie dopiero przed samemi Zielonemi Świątkami mogą tu przybyć, a w Krakowie dosyć podszepnąć co grozi, aby się wszystko w oka mgnieniu uzbroiło. Semka i panowania Wielkopolan, jak ognia się tu lękają.
I Bobrek się uśmiechał.
Klecha, ponieważ tak dobrze płacącemu panu i w Krakowie był gotów służyć, a szpiegować go razem, dodał na odjezdnem, iż radby wiedział, gdzie go w mieście miał szukać. Baczny Hawnul jednak odpowiedział, że gospody pewnej niema i będzie się o nią musiał starać, a przez brata Antoniusza, który do swej braci się uda, języka o nim dostać będzie można.
Bobrek z Proszowic wóz sobie wieśniaczy nająwszy, pospieszył do Krakowa.
Tem niespodzianem wynurzeniem się na samem odjezdnem, Bobrek trochę nastraszył starostę i dał mu do myślenia, gdy się okazało że ów klecha chudzina biedny, bez chleba i roboty, tajemnym jakimś był posłańcem. Od kogo? nie mógł odgadnąć Hawnul.
Zabiegi więc o koronę były żywe i w pełnym ruchu; jedni ją pochwycić, drudzy niedopuścić do niej starali się; chcąc co zyskać, spieszyć było potrzeba. Hawnul nie taił przed sobą, że zadanie trudnem było.
Wypocząwszy zaledwie w Proszowicach, wdziawszy szaty takie, aby oczu nie zwracały, starosta następnego ranka podążył do Krakowa. Brat Antoniusz bardzo go z sobą do Franciszkanów pod zamek ciągnął, ale Hawnul wolał stanąć u dawniej z nim w stosunkach będących bogatych mieszczan Keczerów, z któremi niegdyś handlował. Zwierzyć się komuś, a najprędzej im musiał, z czem jechał, gdyż inaczej do znaczniejszych panów, stojących tu u steru, Dobiesława z Kurozwęk, Jaśka z Tęczyna i innych, dostaćby się nie mógł, a bez zalecenia im i wiaryby nie pozyskał.
Z małym pocztem swym szczęśliwie przebywszy bramy, w których listy swe kupieckie pod pieczęcią ukazał; jechał starosta wprost na rynek do kamienicy pana Stanisława Keczera. Osobiście go nie znał Hawnul i przed wrotami stanąwszy, a o gospodarza pytając, który na ratuszu był, czekać musiał, aż go ztamtąd sługa przyprowadził.
Wkrótce nadszedł pan Keczer, jak z postawy i stroju wnosić było łatwo, człowiek zamożny i poważny. Starosta wziął go poufnie na stronę.
— Z wielką ufnością przybywam do was, — rzekł — bo nie życzyłbym, aby o mnie wszyscy wiedzieli. Wam więc tylko zwierzam, iż jestem Hawnul, niegdyś Ryżanin, dziś starosta i wójt wileński, na Litwie. Możecie mnie przyjąć gospodą?
Wiedziano tu bardzo dobrze, jakie było znaczenie Hawnula na litewskim dworze; przesadzano może nawet wpływ jego i moc, rozpowiadając, że w Wilnie wszystko się działo przez niego, i że on nie prawą Jagiełły ręką, ale obiema był.
Keczer, słynącego z bogactw i znaczenia człowieka, pochwycił ochotnie bardzo...
— Dom mój na usługi wasze! bądźcie w nim jak u siebie. Pozdrawiam was.
To mówiąc wprowadził go do izby paradnej, usadowił na pierwszem miejscu, wina podać kazał, konie i ludzi zabrać, żonę i córkę mu przywiódł dla powitania, i troskliwie zajął się pomieszczeniem gościa.
Starosta prosił wszystkich usilnie, aby w nim nie widzieli kogo innego tylko kupca, który sukna miał na sprzedaż, imienia jego nie rozgłaszając.
Po śniadaniu, gdy kobiety odeszły, a Antoniusz od progu już do swojego klasztoru, stęskniony pospieszył, siedli na poufną rozmowę. Począł starosta ubolewaniem, iż kraj tak wielki i piękny, spokoju nie miał, a Polska sobie króla dostać nie mogła.
— Tak, — rzekł Keczer — prawdziwie to nieszczęśliwa dola nasza, iż Bóg własnym monarchom nie dał po mieczu potomstwa. Ztąd płynie wszystko. Ze śmiercią Kaźmirza skończyła się dla nas szczęśliwość wszelka. Bóg wie, kiedy spokój odzyskamy, i czy dostaniemy takiego pana jakiegoby nam potrzeba.
— Po drodze wszędzie prawiono mi, — odezwał się Hawnul — że książe mazowiecki Semko, jest tak jak wybranym na króla.
— Temu nie dawajcie wiary — odparł Keczer. — Wiemy dobrze, iż nasi panowie go nie chcą i nie dopuszczą do korony. My też jego i szlachty wielkopolskiej obawiamy się. Z nim by razem Wielkopolanie rozkazywać tu przyszli, miasta straciłyby swobody i popadły w nędzę. Niech Bóg uchowa.
— Więc jeśli nie on, to któż? — zagadnął Hawnul.
— Wielu jest za Wilhelmem Rakuzkim, któremu Jadwiga była przeznaczona. Pan ma być obyczajów bardzo gładkich, serca dobrego, choć miękko wychowany. Przeciwko niemu to jest tylko, że Niemiec krwią i obyczajem, a w Polsce mieszkać i nie zechce i nie może; my zaś króla dla siebie potrzebujemy koniecznie.
Znajdują się i tacy, co możeby chcieli małoletnią królowę trzymać tu niezaślubioną nikomu jak najdłużej, aby sami za nią rządzili. Naostatek i Władysław Opolski jako opiekun i wielkorządzca ma takich co z nim trzymają.
Keczer wstrząsł się cały.
— Bóg jeden nas z tej niepewności wyrwać może...
W tem Hawnul wstał...
— Miły panie — rzekł — dla was nie byłoby na świecie lepszego pana, a dla Polski króla, jak mój pan, litewski książe Jagiełło.
Keczer stanął chwilę niemy, zdziwiony, nie mogąc zebrać myśli.
— Poganin! — zawołał, sądząc że starosta mówił to w żarcie.
— Matka chrześcianka, Rusinka, nigdy się swej wiary nie zaparła — rzekł Hawnul. — On od młodu oswojony z nią, na pół już chrześcianinem jest, a ochrzciłby się ochotnie.
Mało na tem, ale z nim cały kraj wielki nawróciłby się, wybyście mieli zasługę żeście mu chrzest przynieśli, a wam Litwa połączona dałaby potęgę wielką.
Wasza królewna stałaby się pogan apostołem!
Keczer słuchał coraz bardziej przejęty myślą tą, dla niego nową, mówić nie mógł... potrzebował długiej rozwagi nim wyjąknął bojaźliwie.
— Nie nasza to sprawa o tem sądzić i stanowić, lecz gdyby to mogło się stać... Zaprawdę wielkieby to było dzieło. Cud!
W ręce uderzył. — Jakaby to potęga urosła!!
— Tak, potęga wielka, którąby niepoczciwych Krzyżaków trzymać można na wodzy i Ruś a sąsiednie kraje podbijać!
Długo w milczeniu patrzyli na siebie. Keczer coraz mocniej przejmował się tem i poruszał.
— Na żywego Boga — rzekł — gdyby się to ziścić mogło, co za dobrodziejstwo dla Polski.
Hawnul począł zwolna.
— Jagiełłę, jak wiecie, znam od lat wielu, przy jego boku stoję nieodstępnie, patrzę na czynności. Dla panów waszych, dla was niema drugiego króla, któryby nad niego był lepszym.
Szczodry jest aż do zbytku, łaskawy, dobry, dla swoich powolny; pobożnym będzie, bo dziś już Boga prawdziwego ledwie przeczuwając, boi się go i czci...
— Poganin! — zamruczał z boleścią Keczer.
— Tylko z imienia — dodał starosta — i to właśnie dla waszej sławy dobre. Krzyżacy go chcą ochrzcić. Nie wielkąż to będzie zasługą, gdy wasza Polska, ogromny ten kraj, dotąd trwający w bałwochwalstwie, prawdziwemu Bogu odda!!
Milczeli chwilę.
— Piękneby to było, gdyby nasi panowie tę myśl wielką i szczęśliwą chcieli wziąć do serca — rzekł Keczer.
— Nikogo nie mają przecież, jeżeli Mazura nie chcą, a Wilhelm mieszkać tu nie może — odezwał się Hawnul. — Powinni Jagiełłę wziąć, mieć będą swojego, własnego. Jeżeli Małopolska da mu koronę, będzie z nim panowała...
Nierychło postrzegł się Hawnul, że jak na pierwsze wystąpienie, może za gorąco się wziął do sprawy... Obawiał się ją pospiechem popsuć.
Zwrócił więc zręcznie tok jej i rozpytywać zaczął o osoby w Krakowie i tej części Polski największe mające znaczenie.
Keczer, doskonale znający stosunki, wyliczał mu panów najmożniejszych, i takich co za sobą prowadzili największe zastępy rycerstwa. Starosta słuchał. Nie wznawiał już myśli swej, ani się z nią nabijał, aby od razu nie zdradzić, że ona była celem jego podróży. Keczer i tak już mógł się tego domyślać.
Nie nacierali na siebie wzajemnie pozostając tak do wieczora na rozhoworze na pozór obojętnym, a w istocie obu ich nauczającym. Keczer mało znał Litwę, Hawnul Polskę ze słuchów oddalonych tylko.
Nieznacznie Krakowianin przejął się myślą starosty, i nabrał przekonania, że należało choć spróbować się z niej zwierzyć któremu z panów: Dobiesławowi z Kurozwęk, lub Jaśkowi z Tęczyna. Pierwszy siłę miał po sobie, rozum drugi.
Nim Hawnul się odkrył z tem, iż życzyłby sobie myśli się zwierzyć któremu ze starszyzny, sam Keczer wniósł, iż mu się to zdało dobrem.
Starosta nie napraszał się.
— Możecie to uczynić od siebie — rzekł — ale wcale nie odemnie. To com mówił jest prostym wymysłem mojej głupiej głowy. Po drodze człowiek, nic do czynienia nie mając, marzył i plótł sobie... Niech Bóg uchowa, aby posądzić mnie miano, iż mi kto polecił... albo z tem słał!... Głowąbym to mógł nałożyć.
Pomimo tych zapewnień, Keczer się uśmiechnął chytrze. Znajdował Hawnula prostodusznym i niedosyć przebiegłym. Miał słuszność. Pomimo najlepszych chęci, starosta na każdym zdradzał się kroku.
Kupiec patrzał mu w oczy.
— Ktoby tam miał was posądzać — odparł — lecz gdyby z panów który wziął sprawą do serca, i chciał was wezwać na rozmowę? Czyżbyście nie chcieli o tem pomówić i nauczyć co czynić?
Hawnul się zmieszał, czuł się pochwyconym, ręce rozpostarł, ramionami wstrząsnął, milczał.
— Cóż? — odezwał się namyśliwszy — ja im to samo tylko co wam powiedzieć mogę. Bardzobym nie rad, aby się to z ust do ust rozniosło, żem ja się nie do swej rzeczy wmieszał. Mniejsza, gdyby mnie posądzano, ale pana!!
Keczer go pochwycił za rękę.
— Nie obawiajcie się — rzekł żywo. — Ja od siebie tylko i z siebie mówić o tem będę, wy możecie dostarczyć informacyi. Zostańcie w cieniu i na boku.
Milczeniem przyjął Hawnul to zapewnienie.
Oba wśród gorącej rozprawy, zapomnieli o jednem, to że z panów których potrzebowali, żaden pod ten czas nie znajdował się w Krakowie; wszyscy znaczniejsi z pocztami świetnemi wybrali się byli do Nowego Sącza, na obiecaną im oczekiwać królewnę.
Hawnul więc musiał pobyt swój w Krakowie przedłużyć.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.