Semko/Tom II/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Semko‎ | Tom II
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Semko
Podtytuł (Czasy bezkrólewia po Ludwiku).
(Jagiełło i Jadwiga)
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



III.

W oktawę Trzech Króli, w obozie Wicka z Kępy i Bartosza z Odolanowa, dowodzących wielkopolskiej szlachcie, ruszano się żywo i zamaszyście, przygotowywano do zdobywania miasta i zamku Pyzdr, pod któremi szeroko rozłożone obozem stały pozbierane zewsząd oddziały Nałęczów.
Warta i Prośna, któreby w innej porze broniły nieco przystępu do stojącego na wzgórzu grodu, murem opasanego, ścięte mrozami, nie przeszkadzały wojewodzie do osaczenia dokoła. Ale zamek, który król Kazimierz niedawno był wzniósł na nowo i silnie obwarował, i miasto, opasane ścianami grubemi, z basztami potężnemi, bronić się chciały i ani słuchały wezwania, aby się poddały.
Wiedziano tu, że Kalisz oparł się napaści Bartosza z Odolanowa, załoga i mieszczanie mieli nadzieję, że i oni potrafią go odeprzeć.
Oba wojska oblegające, choć liczne i czynne, a śmiałe, niepodobne były wcale do tych zastępów w żelazo okutych, strasznemi kopijami uzbrojonych, których się najwięcej obawiano.
Była to zbierana drużyna, różnobarwna, opatrzona w oręż najrozmaitszy, nie zbyt sforna, nie zastraszająca groźną postawą.
Około wojewody tylko i Bartosza, kopijników parę secin lepiej wyposażonych i karniejszych się znajdowało. Resztę tłumu stanowiła szlachta, ubodzy panosze, rycerstwo kożuchowe, które nad obuch i ladajaki kord, często nie miało nic więcej. Niektórzy blachą piersi jako tako przykrywali, rzadko się który całą zbroją mógł pochwalić. Ale szło to wszystko hałaśliwie, mężnie, z gorącością wielką.
Wszyscy rozumieli to, iż walczyli, aby się Niemców pozbyć i ich druhów, a wobec Krakowian okazać z taką siłą, ażeby Wielkopolskę i wolę jej poszanować musieli.
Domarat z Grzymałami znaczył tyle, co poddanie się nienawistnemu Luksemburczykowi i przewództwu panów krakowskich.
Wojewoda Poznański Wicek z Kępy, Bartosz z Odolanowa, Sędziwój Świdwa z Piotrkowic, prowadzili te zastępy, które własnego pana, {pp|swo|ich}} swoich praw i starego obyczaju polskiego się domagały.
O Semku chodziły tylko wieści głuche. Był wszędzie, a wistocie nigdzie go widać nie było. Czasem ukazywano sobie z przyłbicą zapuszczonego rycerza, zapewniając, że to był własny książe Mazowiecki, a nazajutrz słyszano o nim o mil dziesięć ztamtąd. Tam i tu z największą pewnością mieć go chciano, lecz w oczy nikt go jeszcze nie spotkał.
Mazurowie tu i owdzie spotykali się kupkami, lecz chorągiew ich nie powiewała nigdzie.
Pomimo to o Semku i Piaście była mowa ciągle i wszędzie. W synu surowego Ziemowita, chciano mieć pana, któryby nic obcego nie cierpiał na tej ziemi, a wszystko stare, wpływem cudzoziemskim zepsute, do dawnego przywrócił stanu.
Spodziewano się, że nowe niemieckie swobody, nadane miastom, osadom i osadnikom miały precz pójść, a drobna szlachta odzyskać siłę i moc dawną, rządzenia sobą, wybierania pana i gospodarzenia w domu.
Z Domaratem szli mieszczanie po większej części i co trzymało z Niemcami, z nowym światem i prawem nowem. Tu też zaciągano cudzoziemców, powoływano w pomoc Brandeburgów, Sasów, Czechów, odzywano się do Węgrów, bodaj nawet do Krzyżaków, byle na swojem postawić, gdy w obozie wojewody Poznańskiego nie było nikogo, oprócz wielkopolskiej szlachty i Mazurów.
Mężny to był lud, ale do karności wojskowej nie wdrożony i w garść go ujść nawet wojewodzie i Bartoszowi bardzo było trudno.
Każdy tu rozkazywać był rad, a słuchać mało kto. Mówiono dużo, krzyczano głośno, ale się wszystko rozprzęgało łacno. Prawda, że gdy się to wojsko raz bić zaczęło, walczyło zapamiętale, wściekle, choć bez porządku, a głos wodza nie wiele tu ważył.
Obóz pod Pyzdrami, spojrzawszy nań, opowiadał o tem, z czego się składał. Począwszy od szkarłatem bramowanego namiotu wojewody, do szatry i szałasu z gałęzi, do budki płóciennej na kołach, do podartej szmaty szarej, na dwu kijach rozwieszonej, wszystko tam widzieć było można, nawet najmniej spodziewane w obozie. Pułków i oddziałów rozeznać było trudno, a choć gdzieniegdzie stały małe chorągiewki dowódzców, niewiele się przyczyniały do porządnego rozkładu obozowiska.
Było to pierwszego zaraz dnia po przyciągnięciu i rozłożeniu się pod Pyzdrami, które wrota zamknąwszy, zapowiadały upartą obronę. Wszyscy mieli najlepszego ducha i szli z tą nadzieją, że się raz tylko rzucą gwałtownie ku murom, a mieszczuchy o łaskę prosić będą musiały. Na zamku zaś wiedziano, że ludu zbrojnego nie dużo było.
Jądrem a sercem obozu był namiot wojewody, obok którego skromniejszy Bartosza się znajdował. Tu się skupiali dowódzcy, ztąd rozkazy wychodzić miały.
Wicek z Kępy, wojewoda poznański, różnił się wielce od dziarskiego, a niespokojnego ducha, Bartosza z Odolanowa. Rycerski mąż, jak on, wodzem się czuł więcej niż żołnierzem, gdy Bartosz wolał się bić sam niż drugich prowadzić.
Miał też Wicek z Kępy postawę jakby stworzoną, aby tłumowi wrażać poszanowanie, umiejętność rozkazywania i energią do niej potrzebną. Zdala mógł się lada warchoł oprzeć jego woli, zajrzawszy w oczy, nikt odezwać się nie śmiał.
Objąwszy dowództwo nad zbiegającą się zewsząd szlachtą, już samem imieniem swem i powagą urzędu wojewodzińskiego, na stronę Semka i panoszów dobrze szalę przechylił. Wszystko co lekko trzymało się Domarata, odpadło od niego.
Nie wiedziano, że ci co mu się oprą, ciężko odpokutować będą musieli.
Średnich lat, posiwiały, skromnej powierzchowności, nie błyszczał niczem wojewoda, lecz gdy w kogo oczy wlepił, a na niedorzeczne pytanie długiem odpowiadał milczeniem; każdy i najmężniejszy zastygał od tego wzroku.
Takiego właśnie dowódzcy potrzeba było temu zbiorowisku i bystry Bartosz z Odolanowa wiedział dlaczego uprosił go, zmusił niemal do przyjęcia naczelnego dowództwa, z urzędu mu należnego.
Wicek z Kępy długo do wojny domowej mięszać się nie chciał, a krwi braterskiej przelewać. Potrzeba było usilnych a przekonywających nalegań Bartosza, aby się dał skłonić do wystąpienia.
Raz dowództwo objąwszy, nie cierpiał warcholstwa i trzymał je w żelaznej dłoni.
A miał do czynienia z najniesforniejszym w świecie żywiołem, z drobną szlachtą wielkiej dumy pełną, czującą się tu panią, stanowiącą siłę i nierozumiejącą posłuszeństwa.
Obok niego stał Sędziwój Świdwa, mąż odwagi wielkiej i rozumu niepośledniego; ale duchem i rączością do Bartosza więcej niż do wojewody zbliżony. Młodszy od wojewody, jak on nieprzyjaciel Domarata, Niemców i panowania obcego, Świdwa, był umysłu przedsiębiorczego, ochoczego, a wojnę lubił dla wojny.
Tu zaś ona mu się wydawała sprawiedliwą, bo oburzało to, że Domarat obcych przeciw swoim zwoływał.
— Wszystko temu łotrowi z Pierzchna przebaczyć można; rabunki, rzeź i pożogi, lecz żeby on, nasz, bratem się wczoraj zowiący, na nas, na braci, na krew własną Niemców, Czechów, Brandeburgów, Sasów i wszelakich żołdaków ściągał, za to przebaczenia nie ma. Na pierwszej gałęzi bym go, bez sądu, razem z krwawym djabłem powiesił.
Świdwa, wojewoda, Bartosz we trzech jedno myśleli, wszyscy sprzyjali Semkowi, a stanowili siłę wielką.
Książe Mazowiecki bez nich ani się mógł pokusić o koronę, z niemi przewidywano, że Wielkopolskę opanuje.
U szlachty wysoko noszone imię Semka, w zniemczałych miastach i u tych co trzymali z niemcami, wrażało nieopisaną trwogę. Cień ojca Ziemowita, słynącego z surowości, przywiązanie książąt do starego obyczaju, unosiły się nad niem.
Lękano się go, jak piorunu! — mówi kronikarz współczesny — lecz znaczniejsza część kraju wzywała go jak zesłańca Bożego, pogromcę tego żywiołu, który groził zalewem i wynaturzeniem całej Polsce.
Spotkać ją mógł ten los, jakiego już doznał Szlązk oderwany, zniemczały, na którym rzadko ocalała, niewytrzebiona szlachta drobna, języka już swojego i rodu zapominała.
Panosze gotowi byli zbytku, rzemiosł i handlu, i co życie osładzało a lżejszem je czyniło, wyrzec się, byle skóry swej na niemiecką niezmieniać, a prawu teutońskiemu, które ich z lada przybłędami równało, nie ulegać.
Co żyło więc ruszało się, kupy i gromady ciągnęły do obozu pod Pyzdry, pod chorągwie wojewody, Świdwy i Bartosza.
Odolanowski pan, który może jeden z pierwszych ruch ten rozpoczął i dał mu mazowieckie hasło, a był w początku jego duszą; który rad był, że niesprawiedliwość jakiej się na nim dopuszczono pomści, kraj uratuje i do rycerskich popisów plac znajdzie szeroki; teraz spoglądając na obóz i żołnierza co go składał, milczał trochę rozczarowany.
Bartosz, choć narodowej służył sprawie, był wychowańcem zachodniej rycerskiej szkoły, niepospolitym zapaśnikiem w turniejach, znawcą obyczajów nowych z Francyi i Niemiec przynoszonych. Był to mąż na swój wiek wykształcony, który między panami i książęty najświetniejszych dworów mógł wystąpić i iść z niemi o lepszą.
Towarzystwo, jakie go tu otaczało, bardzo mu do smaku przypadać nie mogło.
Łatwiej je było znosić nawykłemu do niego wojewodzie i Sędziwojowi Świdwie.
Wicek z Kępy zaledwie namiot jego rozbito i chorągiew Nałęczów wywieszono, nim się miał czas w położeniu rozpatrzeć, nim obmyślił co pocznie około miasta oblężonego, już sam został oblężonym przez szlachtę, tłumnie nabiegającą z radami i żądaniami.
Nie było sposobu zamknąć się przed nią, mimo straży u opłotków, ani uprosić o cierpliwość. Wszystkim Nałęczom i ich sprzymierzeńcom pilno było okazać gorliwość swą, męztwo i przebiegłość.
Jeden przychodził z doniesiem, że Pyzdry znał jak własną wieś, że furtę wiedział w murze i miejsce kędy ściany były pogruchotane i słabe.
Inny ofiarował się wkraść potajemnie, dostać do OO. Franciszkanów, a przez nich mieszczan skłonić do poddania bez krwi rozlewu.
— Miłościwi panowie a bracia, — odpowiadał wojewoda — na rany pańskie, zostawcie wodzom dowództwo, a gdy przyjdzie do szturmu rąk nie żałujcie. Bez gąb się obejdziemy.
Z drugiej strony kupy wołały i domagały się, aby im wojewoda dozwolił się tylko rzucić na miasto, a w oka mgnieniu je zdobędą i gród poddać się będzie musiał.
Zadanie to, gdy śmiejąc się mówili o niem, zdawało się łatwem jak orzech zgryźć.
Tymczasem zebrani na naradę w namiocie wojewody, on, Świdwa i Bartosz, który już był miasto ze wszech stron objechał, wcale go za tak łatwą zdobycz nie uważali.
Mury były grube i mocne, mieszczanie widocznie przygotowani do odpierania oblegających, chociaż ich siła przemagała. Sama obawa rabunku i zniszczenia, dodawała im rozpaczliwego męztwa. Machin do burzenia murów nie miano, sporządzenie ich długiego potrzebowało czasu, szturm mógł wiele ludzi kosztować.
Wojewoda gotów był, ścisnąwszy Pyzdry do koła, dobywać je głodem i pragnieniem. Bartosz był za szturmem i ufał, że jeśli nie pierwszy, to drugi lub trzeci bramy otworzy.
Świdwie pilno było tu skończyć, bo o Poznań chciał się upewnić, i Kalisza też wyrzec się nie myślał...
Dnia tego niepodobna było przypuszczać szturmu do miasta. Szlachta potrzebowała wypoczynku i po pochodzie była jeszcze nadto rozproszona.
Wiadomości od Domarata i Grzymałów nie pozwalały wątpić, iż przewagą Nałęczów ustraszyć się nie da, i do ostatka walczyć będzie nie poddając.
Wojna ta braterska, oprócz innych trudności i tem zastraszała, że na polu bitwy nieprzyjaciela od swoich niepodobna było odróżnić. Nałęcze zawiązywali sobie na znak białe chusty, lecz to nie starczyło.
Hasło bojowe było jedno. Z obu stron wołano Marya!! Tylko Domaratowi chcieli Maryi z Luksemburczykiem, a wojewodzińscy Maryi z Piastem, Semkiem...
Noc zapadła, gdy jeszcze mury, wrota i wały a baszty opatrywano. Na wezwanie pierwsze wojewody do poddania się, nic nie odpowiedziano. Posłowie oczekiwani, nie przybyli.
Nazajutrz jak dzień obóz się poruszał jak mrówisko, szlachty utrzymać nie było podobna.
Bez rozkazów, niektórzy na własną rękę drabiny przystawiali, probując się drapać na mury, ale opór silny znajdowali wszędzie. Rzucano kamienie, spuszczano kłody.
Jakby na żart za odgróżki wzięcia głodem, w jednem miejscu wrzącem podpiwkiem oblano spinających się na mury.
Wojewoda widząc, że dłużej stracie ludzi daremnej zapobieżeć nie potrafi, wyruszył sam dając trąbami znak do szturmu.
Pierwsza ta chwila gdy co żyło runęło z ogromnym okrzykiem na ściany, zdawała się od razu rozstrzygać o losie miasta, z takiem męztwem rzucili się wszyscy, rąbiąc bramy, prąc się na mury, strzelając do ukazujących się na nich mieszczan.
Dziki wrzask ani rozkazów, ani odgłosu trąb, ani nawoływania wodzów nie dawał słyszeć. Szalonym tym wybuchem męztwa pokierować nie było można. Każdy na przedzie chciał być, tłoczono się niepotrzebnie, obalano i duszono.
Korzystając z tego mieszczanie, przypuścili oblegających niemal do blanków, a dopiero wówczas nagotowane kłody, koła zębate, kamienie, smołę i ukrop rzucać i lać zaczęli.
Pierwszy zastęp napastników zgnieciono łatwo. Z jękiem walili się ludzie na kupy pod murami, inni odskoczyli.
Odparty szturm na krótko tylko popłoch sprawił, wściekły szał i pragnienie zemsty ogarnęło szlachtę. Ci co pozostali, drugim nawrotem rzucili się po trupach i rannych na mury...
Mieszczanie skryci bezpiecznie za niemi, nie podniósłszy strat prawie żadnych, oprócz kilku lekko postrzelonych, stali w miejscu. Zapasów do odpierania szturmu nie brakło.
Ruszyły więc znowu głazy, gruz, drzewo, i strzały gęste z kusz, które wielu raniły.
Przy wrotach bój był najzaciętszy, lano ukrop i smołę na rąbiących i dobijających się do nich; tak że utrzymać się nie mogli, mimo tarczy, któremi się osłaniali.
Druga napaść została odpartą jak pierwsza. Chociaż wrzawa, krzykami z obu stron podsycana nie ustawała, wojewoda na gwałt kazał trąbić do odwrotu. Ludzi mu było szkoda.
Należało obmyśleć środki, aby ich nie tracić darmo.
Znużeni kilkogodzinną walką, cofnęli się powoli, ale rozwściekleni niepowodzeniem, wołając do Pyzdrzan ukazujących się na murach, że kamień na kamieniu nie pozostawią mszcząc krew swoją.
Obrona murów daleko była łatwiejszą od szturmowania do nich. Tam się lada kto mógł przydać, bab nie wyjmując, które ukrop gotowały i lały; przyznać jednak musiano, że się mieszczaństwo dzielnie odcinało, do czego mu z gródka wysłani żołnierze załogi, dopomagali.
Dnia tego już o ponowieniu napadu myśleć nie było można. Potłuczonych i ranionych znajdowało się wielu, a i na trupach nie zbywało.
Musiano wywlekać z pod murów, jednych dla pogrzebu, drugich dla opatrywania.
Około wojewody, Świdwy i Bartosza, który sam przy szturmie był i zawdzięczał twardej zbroi, że rany nie miał, zbiegł się znowu tłum z radami, żalami, narzekaniem. Winę jedni na drugich zwalali.
Bujak Nałęcz, który wyszedł cało, dowodził głośno i zapamiętale, że gdyby tak wczoraj znienacka zaraz na mury się byli rzucili i do bram, mieszczanie nieprzygotowani, przy pierwszym popłochu byliby się poddać musieli. Przez noc mieli czas naściągać kamieni i drzewa, a odparty szturm męztwa dodać musiał.
Wojewoda z zimną krwią słuchał, zalecając karność i posłuszeństwo, dwie cnoty, których potrzeby nikt nie uznawał.
— Jutro my ich nauczemy! — wołano.
Zaczęli jedni kobylice budować, drudzy mocne drabiny wiązać, inni się zmawiali na pewne miejsca, które słabszemi się wydawały.
Przebieglejsi chcieli w nocy ubiedz jaką furtą podkradłszy się, i jak w Kaliszu piły na niej spróbować.
Nie rychło po tej klęsce w obozie się uspokoiło. Nocą próbowali śmiałkowie podpełznąć do wrót, ale czujni mieszczanie spędzili ich raz i drugi.
Nazajutrz około południa, ostrożniej podsunięto kobylice, zaczęto się dobijać znowu, ale Pyzdrzanie też nocą nie spali. Bliższe murów szopy i budowle porozbierali, drzewa stosy powciągali na górę, kamieni nanieśli kupy.
Nie dali się znowu. Ranionych było wielu, zabitych mniej, ale wysiłek ten żadnej nie przyniósł korzyści. Mieszczanie o poddaniu się słuchać nie chcieli.
Nie odjęło to męztwa oblegającym.
Trzeciego dnia niedano też spoczynku Pyzdrzanom, a wszyscy dowódcy zgodni byli, że bądź co bądź, miasto zdobyć potrzeba, bo po próżnem pokuszeniu się o Kalisz, odstąpienie od Pyzdr, sprawę by popsuło i szlachcie odjęło serce.
Czwartego dnia znalazły się już tarany do wywalania wrót i kobylice kryte, a szlachta rozumiała lepiej, że głosu dowódzców słuchać było potrzeba.
Bartosz ze Świdwą poszli sami kierować zdobywaniem głównej bramy. Taran zatoczony przed nią napróżno starano się zgruchotać. Stał on w takiem oddaleniu, że zrzucane belki go nie dosięgały, a ogromny ciężar wahadła lada czem zgruchotać go nie dopuszczał.
Trzask wrót oznajmywał, że wkrótce paść musiały, gdy białą płachtę i gałęź zieloną wywiesili mieszczanie.
Tymczasem zewsząd na mury drapali się oblegający. Zatrąbiono, aby walkę wstrzymać, co z trudnością dokonać się dało. Potrzeba było czasu aby roznamiętniony tłum pohamować. Na wyżkach nad wrotami ukazał się mąż z siwą głową odkrytą. Oczyma szukał dowodzących. Wojewoda podniósł rękę, w której żelazną trzymał rękawicę.
— Poddawajcie się bez zwłoki! — zawołał.
— Poddamy się miłości waszej, — począł wołać wysłany — ale nie mścijcie się na nas, miastu krzywdy nie czyńcie. Niewinni jesteśmy. Otwarlibyśmy byli wrota dnia pierwszego, gdyby nie załoga zamkowa... Zmuszono nas! przysięgamy!
Wojewoda spojrzał na swoich, wszyscy byli znużeni, czasu stracono dużo.
— Otwierać wrota! — powtórzył wojewoda.
— Słowo wasze, że nam krzywdy nie uczynicie!
Ogromna kupa szlachty zbiegła się do koła dowódzców, przysłuchując ciekawie rozmowie. Niektórzy krzyczeli.
— Kamienia na kamieniu nie zostawić! Padło dosyć naszych!
— Myśmy niewinni! — wołał stary wyciągając ręce. — Nie zechcecie nam uczynić miłosierdzia, to, dziej się wola Boża, bronić się będziemy do zdechu. Słowo wasze! panie wojewodo!
Tłum warczał i odgrażał się.
Wicek z Kępy dał znak ręką, aby milczano. Uciszyło się jakoś.
— Załoga zamkowa siedziała nam na karkach! Niewinniśmy! — powtarzano z murów. — Ulitujcie się.
Świdwa pierwszy zawołał do wojewody.
— Miasta szkoda, czasu szkoda, dać im pokój.
Bartoszowi pilno było zamku dobyć. Porozumieli się wszyscy. Wojewoda naprzód odwrócił się do swojej szlachty.
— Miasto oszczędzić trzeba. Damy im spokój...
Chociaż mruczano, wojewoda nie czekał, rękę podniósł.
— Macie słowo! otwierać wrota!
— Przysięgnijcież! — zawołał stary.
— Moje słowo tyle waży co przysięga! — dumnie odparł wojewoda. — Wrota otwierać!
Nastała cisza. Zwołano dowódzców, zalecono porządek. Sworniejszym tylko ludziom, którzy do zdobywania zamku byli potrzebni, dozwolono wnijść do miasta.
Odsunięto tarany i kobylice, otworzyły się wrota na pół już rozbite, starszyzna miejska wyszła z głowami odkrytemi. Nie naciskano się zbytnio do miasta; szlachta musiała szanować słowo pana wojewody.
Ci tylko, którym języki świerzbiały, podeszli do wrót ucierać się na słowa z mieszczanami, łając ich i przezywając. Koniec końców czeladź wytoczyła piwa beczek kilka, a przy nich zaczęto skłaniać się ku zgodzie i krotochwilne prawić żarty.
Starszyzna miejska, wójt, ławnicy, zaprzysięgali się, że ani myśleli opierać się wojewodzie, ale Spytek Grad dowodzący na zamku, gwałtem ich do tego zmusił.
— Odpokutuje za to! — odgrażali się odpoczywający.
Gdy się to działo, w gromadce otaczającej wojewodę, stał z przyłbicą spuszczoną mężczyzna, którego widziano czynnym w czasie szturmów, i pokazywano go sobie jako Semka, gdy drudzy, co tu na ostatku przyciągnęli, zaklinali się, że go widzieli z oddziałem w okolicach Kalisza.
Widziano go tak wszędzie.
Ku zamkowi na górze, co najlepszego żołnierza wziąwszy, pojechali natychmiast Bartosz, Świdwa i wojewoda. Znaleziono go zamkniętym, a na murach straże. Obieżono dokoła. Ściany okrutne, grube, wysokie, daleko sposobniejsze były do obrony od miejskich, a ludzi do nich tylu nie potrzebowano.
Bądź co bądź, wziąć było potrzeba.
Szczęściem tu opasać mogli łatwo, tak że głodem oblężonych wziąć się spodziewano, bo starszyzna miejska, pod wielką tajemnicą wygadała się, że zapasu żywności nie było wielkiego i studnia wyschła.
— Natychmiast żołnierza ściągnięto pod mury.
— Kto będzie miał ochotę zabawiać się tu nikomu nie zbronno — rzekł wojewoda — ale wysiłków wielkich czynić niema potrzeby. Poddać się muszą niebawem.
Zatrąbiono do załogi.
Wyszedł człek cały w żelazo zakuty, podniósł przyłbicę nieco i rzekł hardo.
— Nie poddamy się.
Bartoszowi zakipiało w piersi.
— To już sprawa nie z babami, warto popróbować.
Nie czekając tarany i kobylice toczyć kazano na wzgórze pod zamek.
Z murów załoga patrzała na te przygotowania...
Nazajutrz Bartosz swoich ludzi z kuszami postawił przeciw zamku na dachach bliższych domostw, a sam szturmem zarządził. Ludzie ukazujący się na murach dla obrony, od zręcznych łuczników kilka postrzałów dostali. Tymczasem główne wrota wybijano.
Drugiego dnia gdy więcej ludzi pod zamek przybyło, szczupłej załodze jawnie rąk zaczęło braknąć, aby się dokoła opędzać mogła.
Na zagrożone więcej miejsca, zbiegali się ludzie, ale inne stały opuszczone. Bartosz umiał z tego korzystać zręcznie. Zamek był zagrożony. Gdyby nie nadchodząca noc, wrota spodziewano się opanować.
W nocy oblężeni mieli czas je na nowo popodpierać i wzmocnić.
Dnia następnego spodziewano się na pewno zamku dobyć, gdy z nad bramy zatrąbiono i Spytek Grad pokazał się na wyżkach.
Nie przyznał się do tego, że już jeść prawie nie mieli co, a żądał, gdyby zamek oddał, aby mu cało z ludźmi, końmi, orężem i taborem wyjść dozwolono, nie napastując go.
Bartosz, który go znał, napróżno usiłował na stronę swą przeciągnąć, uparty Grzymalczyk, przy swej chorągwi chciał stać wiernie.
Wojewodzie chodziło wiele o zyskanie na czasie, a obsadzenie co najwięcej zamków, on, Bartosz, wszyscy się w końcu zgodzili, aby załogę wypuścić. Szlachcie też zdobycie Pyzdr z zamkiem pochlebiało, a kupkę ludzi tych mało sobie ważyła.
Około południa więc otworzyły się wrota i Spytek Grad na czele swojego oddziału, który i dwóchset ludzi z czeladzią nie liczył, obstawiwszy niemi wozy, na które zabrał co tylko mógł, wyruszył z zamku w porządku, między dwoma szeregami ciekawych, przypatrujących się i zaczepiających słowami. Ale na nie nie odpowiadano, aby od słów do pięści nie przyszło.
Bartosz natychmiast na pusty gród wprowadził załogę nową.
Niejeden to był tryumf dnia tego, bo zaledwie w namiocie wojewody rada się zebrała, dokąd z miasta przyszli z podarkami ławnicy, gdy oznajmiono o nadciągających posłach z Poznania. Do nich przyłączyli się mieszczanie kilku znaczniejszych gródków, spieszący z oznajmieniem wojewodzie, iż się poddają jemu, a Domarata chcą rzucić.
Obawa szturmów i spustoszenia w razie oporu, wieści o znacznych siłach szlachty, gromadzącej się pod chorągwie wojewody, zmuszały miasta do tego kroku.
Choć powszechnie obawiano się Semka i jego sprzymierzeńców, przemagająca siła skłaniała do poddania się.
Starszyzna miejska poznańska i innych osad na niemieckiem prawie, wśród których niemców i pół-niemców było wielu; żądała od wojewody, aby natychmiast zajmował je i od zemsty Grzymałów bronił.
Niespodziane to powodzenie, które więcej powaga urzędu wojewody niż męztwo szlachty wywołało, wbiło ją w dumę i dodało. ducha.
— Trzymać się tylko kupą! — wołano a dobra nasza będzie.
Wzięcie Pyzdr i nadchodzące poselstwa wszystkim serca rozgrzały. Bartosz z oddziałem pobiegł zaraz, jak się zdawało, dać o tem wiedzieć Semkowi... W istocie bowiem w obozie wojewody nie było go, a gdzie się znajdował, zachowywano w tajemnicy.
Sam wojewoda spodziewał się teraz, iż rychło zupełne zwycięztwo nad Domaratem i Grzymałami odniosą.
Nie zwlekając, porywczy Świdwa z silnym oddziałem ruszył razem z posłami poznańskiemi, zająć miasto opuszczone przez Domarata.
Zamek trzymał jeszcze wielkorządzca, ale drewniany dwór na górze, po nad nim, miasto oddawało wojewodzie.
Zbyt wszakże łatwem wyobrażano sobie złamanie Grzymałów, którzy wcale o poddaniu się nie myśleli. Domarat poprzysiągł do ostatniej krwi kropli się bronić. Miał jeszcze w rękach obronne gródki Wieleń, Międzychód, Międzyrzecz, Zbąszyń, Kieplowo; a przy nim stali pokrewni Grzymała z Oleśnicy, Jędrzej ze Swerzadowa, Wierzbięta ze Smogulca, Cedro z Morgonina, ludzie tak zapamiętali jak on. Ci także klęli się, że gotowi w popiół obrócić wszystko, a broni nie złożą.
Dla strwożenia Nałęczów, gdziekolwiek spotykali osady ich, dwory, żony, dzieci, grabili, odzierali, zabijali.
Wojna wrzała zajadlejsza niż kiedy była, okrutna, zbójecka, nielitościwa, wzmagająca się z obu stron zemstą za każdą łupież, mord i napaść.
Gdy Świdwa dwór wielki górny nad zamkiem i miasto zajmował, zamku samego nie mogąc tak otoczyć, aby przystępu do niego nie dopuścić, — Domarat wyruszył z Poznania zbierać ludzi, robić zaciągi, aby przedłużyć wojnę.
Spodziewał się utrzymawszy czas jakiś pomocy z Węgier od Luksemburczyka. Siły jego tymczasem, jak niegdyś Białego księcia, zwiększały się temi wszystkiemi, co samopas rozbójstwem się parali, a teraz na zawołanie do bezpieczniejszych szli rozbojów. Oprócz tego od Sasów i Brandeburczykow ludzi trochę mu przybyło, a z Grzymałów co żyło szło, bo w domu wysiedzieć nie mogło...
Z Pomorza, z Kaszub, ludu też swawolnego zgromadził Domarat siła.
Zaledwie Świdwa zaciągnął na górny dworzec w Poznaniu, i miał się czas cośkolwiek rozpatrzeć, gdy mu oznajmiono, że w Piotrkowicach jego, około Szamotuł, Domarat zasiadłszy w domostwie pańskiem, dokoła włości pustoszy.
Świdwa porywczy z natury, walkę i rycerskie sprawy lubił dla nich samych.
Byłby się bez innych pobudek, tak jak Bartosz rzucił w ten wir, torując drogę Piastowi, królowi z ich ramienia, przy którym i oni się królować spodziewali, a teraz, teraz osobista zemsta dodawała bodźca nowego.
Domarata i jego żołdaków trzeba było znieść koniecznie; osaczyć go znaczną siłą i jednym pokonać zamachem. Świdwa Domaratowej zbieraniny, złożonej z obcych, za tak bardzo groźną nie liczył. Łatwo jest zebrać takie wojsko, ale się ono łatwiej jeszcze rozbiega...
Gdzie był Semko?? pod Kaliszem, w okolicy Pyzdr, u siebie w domu? nie wiedział nikt. Nie pokazywał się jeszcze, nie chciał z tem wydawać, że był czynnym. Kopijnicy jego, Socha, Chorąży pokazywali się posiłkując wojewodę i Bartosza, on trzymał się w ukryciu. Kalisz nie poddał się był jeszcze, mówiono, że czekał w blizkości, aby go zająć, gdy się podda.
Wojewoda i starosta czuwali nad swym Piastem, zakrywając go, aby na wypadek klęski, nie odjęła mu ona uroku.
Skazany na bezczynność prawie, Semko się zżymał i niecierpliwił, chciał mieć udział w walkach, odkładano z dnia na dzień.
Bartosz w końcu godził się na to, ażeby książe szedł przeciwko Niemcom, gdyby oni wtargnęli, ale nie przeciwko tym, którym miał kiedyś panować.
— Krwi poddanych swych nie powinieneś książe przelewać — mówił wojewoda hamując — oczyścimy pole, warchołów rozpędzim, przyjdzie pora, wystąpicie.
Sprawa nie szła tak gładko, jak się zrazu spodziewano. Kalisz, o który szło wielce, nie poddawał się.
Książe skazany na bezczynność, odbierał codzień sprzeczne wieści tak, że jednego dnia i niepomiernie się cieszyć i smucić musiał, gdyż mu i zwycięstwa i klęski zwiastowano.
Przybiegali ludzie z rozproszonych przez Grzymałów oddziałów, to posłańcy od Bartosza, od wojewody. Jednego dnia wyprawiony z pola bitwy od Szamotuł goniec, zwiastował zwycięstwo odniesione nad Domaratem, którego Świdwa znienacka naszedł z wojewodą i Bartoszem, nim ludzie jego rano mieli się czas uzbroić, których rozproszono i rozbito.
Domarat więcej rozpaczliwego męztwa niż oględności okazawszy, wystąpił z na pół ledwie uzbrojonemi, rozespanemi ludźmi, i straszną poniósł klęskę.
Książe się uradował niezmiernie, zwiastowało to koniec walce, gdy w kilka godzin ledwie drugi goniec przybiegł, zwiastując zwrot wcale niespodziewany. Po pierwszej utarczce, dla Domarata nieszczęśliwej, nadciągnął Wierzbięta ze Smogulca, Grzymała, stojący niedaleko ztamtąd obozem, ze stu kopijnikami i kilkuset piechoty; wpadł na rozbiegające się wojsko Świdwy, które goniło rozproszonych, i pobił nawzajem. Zwycięstwo było zupełne. Sam mężny Świdwa, przed tą siłą świeżą i przemagającą musiał się schronić do Ostroroga, zameczku Grocholi.
Zmienił się więc pierwszy tryumf w nową niepewność, wszystko zostało zachwiane.
Zbieg z pola bitwy, który był jej świadkiem, opowiadał ze zgrozą, jak wśród wielkiego zamieszania czasu walki, swoi swoich, niepoznając, mordowali, a jedni i drudzy krzyczeli:
— Za Maryą!!
Domarat chcąc się pomścić na Świdwie, obiegł zameczek w Ostrorogu z całą swą siłą, lecz drugiego dnia już, uląkłszy się odsieczy, która z Poznania nadciągać miała, odstąpił od niego.
Uzuchwaliło Domarata zwycięztwo, i zaciągi jego, a Grzymałowie rozpostarli się około Poznania, Buku, Wronek po Wartę, niszcząc włości i mszcząc się na Nałęczach.
Wojnie tej końca już widać nie było, bo szlachta znękana, o Domaracie i o Luksemburczyku ani słyszeć nie chciała.
Spustoszenia szły na rachunek Niemca i jego stronników, Semko widział i czuł, że mimo klęsk stronnictwo jego rosło i zwiększało się. Głośno wykrzykiwano, że na tron prowadzić go będą.
Burza ta, która srożyła się nad nieszczęśliwą Wielkopolską i Krakowianom groziła, bo pókiby ona nie ustała, na przyszłość nic nie można było trwałego uradzić i postanowić.
Semko strzeżony pilno, naprzemiany karmiony nadziejami, zrażany niepowodzeniem, znękany i znużony, domagał się, by być czynnym i czekać musiał ciągle.
Po wieściach o bitwie u Szamotuł, przyszła wiadomość o zjeździe w Sieradziu Wielkopolan i Krakowian, z którego wyprawiono do królowej posłów, naglących, aby jedną z córek dała Polakom, dla którejby oni męża, a króla wybrali sobie.
Z odpowiedzią wyprawieni Węgrowie, oznajmili, iż w miejscu Maryi i Luksemburczyka, naznaczyła Elżbieta dla Polaków drugą córkę Jadwigę, przyrzeczoną Wilhelmowi austryackiemu.
Zjazdom tym w Sieradziu, naradom, poselstwom, końca nie było. Zgadzali się już wszyscy na przyjęcie Jadwigi, aby raz koniec położyć niepewności i rozerwaniu.
Wielkopolanie niezważając na to, że Wilhelmowi była przyrzeczoną, mężem jej chcieli mieć Piasta, to jest Semka.
Doszło i to uszu jego. W ciągłej trzymany obawie zmian i przewrotów, Semko zaczynał wątpić o swej przyszłości, nie dawał tego znać po sobie, chcąc wytrwać do końca, lecz w duszy słuszność przyznawał Januszowi. Cofnąć się teraz nie było można.
Semko jeszcze błądził ze swym oddziałem, uwodzony nadziejami coraz nowemi, gdy mu przyniesiono oznajmienie, że królowa dla uspokojenia kraju i położenia końca wojnie braterskiej, wyprawiła pośredników do Poznania i Kalisza, wojewodę krakowskiego i kaliskiego z Mikołajem Bogoryą i innemi.
Było to dla niego znakiem, iż nie mógł się już spodziewać czynnie wystąpić, i że miecza z pochew nie dobywszy, musiał powrócić do Płocka.
Milczący, zamknięty w sobie, nakazał odwrót, ale z goryczą w sercu i żalem przeciwko tym, którzy go w pole wywiedli.
Słyszał wprawdzie dokoła siebie, że teraz dopiero droga do tronu otwartą jest i nikogo innego na nim mieć nie chcą, prócz Piasta, prócz niego, ale od Krakowa milczano.
Pierwsza wyprawa młodzieńcza, na którą szedł pełen zapału, zawiodła go boleśnie. Nie był zwyciężonym, lecz został bezczynnym, co stanowiło także klęskę.
Z brwiami namarszczonemi, co według Sochy bardzo go do ojca czyniło podobnym, Semko jechał tak upokorzony, iż po dniu nie chciał przybywać do swojej stolicy. Zdawało mu się, że każde wejrzenie, które spotka, urągać mu się będzie. Sama niepewność jutra stawała się brzemieniem okrutnem.
Późną nocą zatętniało na zwodzonym moście, w podworcu ukazały się pochodnie, otwierano wrota wewnętrzne, podnoszono brony. Semko wjechał z przyłbicą spuszczoną.
U drzwi z konia zeskoczył, nie spojrzawszy na nikogo ze swojego dworu, i wprost wpadł do sypialni.
Jeszcze do drzwi jej nie doszedł, gdy Henryk, który na przybycie jego czatował, ze śmiechem szyderskim pospieszył go powitać.
Semko zmierzył go takim wzrokiem strasznym, iż chłopię nie śmiało przystąpić do niego.
W sypialni czekała już Błachowa, z za drzwi wyglądała Ulina; obu im dał znak ręką, że chciał sam pozostać. Żarł się swem upokorzeniem i wstydem, pałał niemal zemstą ku tym, co go wyciągnęli na plac boju, chociaż sam on właściwie, wyrwał się przedwcześnie.
Widzieć się z nikim, mówić nie chciał; jeden tylko kanclerz, który przyszedł go pozdrowić, został wpuszczony.
Przed nim, jak przed ojcem swym duchownym, Semko wylał się z całym żalem i boleścią.
— Na pośmiewisko mnie wydali ludzie niesworni — zawołał. — Musiałem bezczynny patrzeć, jak się zarzynali i pastwili nawzajem na sobie, obiecując codzień zwycięstwo i koniec walce, a nazajutrz rozpoczynały się na nowo morderstwa i spustoszenia.
Kanclerz przerwał:
— Miłościwy książe, o ile ja wiem, nic stanowczego nie zaszło, nic jeszcze nie jest straconem. Wszyscy zgodnie na tron chcą was powołać.
W końcu Marca nowy zjazd do Sieradzia zwołany.
Semko gorzko się rozśmiał.
— Ile już zjazdów było w Sieradziu? — zapytał. — Co na nich postanowiono?
Zjeżdżają się tam, aby nowy zjazd zwołać.
— Na ostatnim królowa Elżbieta przyrzekła przysłać Jadwigę — przerwał kanclerz. — Będą dla niej wybierać męża i chcą was nim mieć.
— Jadwiga od dziecka jest zaślubioną Wilhelmowi austryackiemu — zawołał Semko. — Jakże może być, aby jej innego męża dawano?
— Nie zaślubioną była, ale przyrzeczoną — odezwał się kanclerz — zaślubin dzieci kościół nie zna. Prawo świeckie może takie umowy przyjmować za dobre, ale kościelne za ważne ich nie ma...
Książe zamilkł nieco uspokojony.
— Korona nie przychodzi łatwo — dodał kanclerz — zdobywać ją potrzeba, czekać na nią, i wytrwać. Głos powszechny jest za wami.
Dnia tego i następnych kilka, Semko się nie pokazywał i nikogo nie dopuszczał do siebie. Siedział jeszcze zbolały, sam ze swym gniewem i żalem.
Takim go zastał przybywający Bartosz z Odolanowa. Odprawić go, nie widząc się z nim, książe nie mógł, znał przywiązanie i ofiary, jakie poniósł dla jego sprawy.
Bartosz przybywał niemal wesół, najlepsze wioząc wiadomości.
W Wielkiejpolsce stanął rozejm pomiędzy wojującemi, Domarat musiał nań przystać. Przeznaczenie Jadwigi dla Polski łamało wszystkie jego plany. Szło mu już nie o Luksemburczyka, ale o bezkarne wydobycie się z zawichrzenia którego upór jego stał się przyczyną.
— Nigdy sprawa miłości waszej nie stała lepiej — wołał Bartosz — wszyscy jesteśmy z wami, wszyscy za wami. W Sieradziu musicie być, mamy nadzieję, że was tam królem obwołamy!
Bodzanta arcybiskup dał się nawrócić, jesteśmy go pewni! Pójdzie i on z nami!
— Bodzanta? — przerwał Semko — nie zwodzicie mnie?
— Mamy arcybiskupa w ręku — rzekł Bartosz — nie oprze się głosowi powszechnemu.
— A Małopolanie? a Kraków?
— O ileśmy ich wyrozumieć mogli, nie będą przeciwni. Gdy raz arcybiskup, arcykapłan powagą swą na tron was powoła, muszą przyjąć króla, lub państwo się rozłamie na dwoje. My nie ustąpimy.
Książe milcząc podał mu rękę, wstępowała nadzieja do serca.
— Bartoszu — odezwał się powolnie. — Proszę was, bądźcie baczni, nie łudźcie mnie i samych siebie. Winni będziecie całego mojego żywota zatraceniu i sponiewieraniu. Po takiej klęsce w młodości, człowiekowi ledwie ochota do życia zostać może.
Bartosz pewien siebie, głośno zakrzyknął:
— Miłościwy panie! Wszystko zależy od was samych! Arcybiskup i my obwołamy was, to nie ulega wątpliwości, lecz stać powinniście przy tej koronie i z nami wspólnie jej bronić.
— Życie dam chętnie — rzekł Semko krótko i stanowczo.
— Kraj znużony, bezkrólewie trwało zbyt długo, zniszczenie i zubożenie jest straszne, ku wam oczy wszystkich są skierowane, jak ku zbawcy! Obcy panujący dość się nam dali we znaki, zakosztowaliśmy owoców bezpańskiego życia, gdzie każdy warchoł chciał być panem, a w miejscu jednego monarchy mieliśmy stu łupieżców.
Zamyślony książe rzucił jeszcze pytanie o Bodzantę.
— Arcybiskupa pewni być możecie — począł Bartosz. — Mamy go i strzedz będziemy, nadto dobrze czuje przy kim jest przewaga i siła, ażeby się zwrócił gdzieindziej.
Musicie jechać do Sieradzia... Wydane rozkazy, Wielkopolanie ściągną się gromadnie. Jeśliby jaki głos odezwał się przekorny, zagłuszym go. Przeciwko Jadwidze nie mamy nic, przyjmujemy ją dla was. Młodą jest, cudnej piękności i przynosi wam nowe prawo do tronu.
Semko żadnego znaku przyzwolenia ani wstrętu nie dawał. Słuchał pilno.
Kilkanaście dni dzieliło jeszcze od naznaczonego na zjazd dwudziestego ósmego Marca.
Bartosz oznajmiwszy księciu, iż stawić się był powinien, nazajutrz biegł do Wielkiejpolski powoływać, naglić, wypędzać do Sieradzia i umawiać się w jaki sposób Semka okrzyknąć miano królem, aby Bodzanta zmuszony głosem powszechnym, powagą swą potwierdził wybór i ogłosił Semka.
Słuchając rozognionego i przejętego tem Bartosza, książe zdawał się być dobrej nadziei i myśli, ale po odjeździe jego, zostawszy sam, znowu wpadł w zwątpienie.
Jątrzył go nielitościwy Henryk, który inaczej nazywać brata nie chciał, jak jego królewską miłością.
Kłaniał mu się do stóp, okazywał poszanowanie przesadzone, a im groźniejszy wzrok spotykał, im czuł, że go drażni więcej, tem z większą się nad nim pastwił rozkoszą.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.