Semko/Tom I/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Semko‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Semko
Podtytuł (Czasy bezkrólewia po Ludwiku).
(Jagiełło i Jadwiga)
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



VII.

W radnej izbie, na Malborskim zamku zgromadziła się rada Zakonu.
Wielki mistrz Czolner, marszałek Wallenrod, kilku komturów i wyższych urzędników, powołanych przed chwilą, składali ją.
Ktoby u tych ludzi szukał dawnej reguły surowej, jakiej niegdyś zakon szpitalny podlegał, ledwieby dziś znalazł jej ślady i zatarte formy, mało szanowane dla oka, lekceważone w istocie.
Przestarzała reguła już jakby nie obowiązywała nikogo. Czas, okoliczności, wojny, które więcej rozprzęgały karność niż utrzymywały, nieustanny napływ rycerstwa z zachodniej Europy, zbytkami, dworszczyzną, pieśniami wypieszczonego, chciwego sławy, wrażeń, wygod wymyślnych, panów krzyżackiego zakonu przekształciły na rodzaj potężnego stowarzyszenia, mającego na celu zdobywanie ziemi, zbogacanie się, używanie wspaniałe dostatków.
Interes własny wszystkich współuczestników tego związku, łączył ich jedynie i do czuwania nad dobrem zakonu pobudzał.
Sprawa wiary i krzyża, niegdy zapisana na chorągwi, obowiązki ich szpitalne, jakich dziś ledwie pamięć pozostała, surowe praktyki religijne, znikły zupełnie z oczów nawet najgorliwszym.
Głównem zadaniem było Zakon niemiecki uczynić panem krajów zawojowanych; które oddawały się w opiekę cesarstwu, gdy papieżowi opierać się potrzebowały, a uciekały do Stolicy apostolskiej, gdy cesarz upominał się o prawa swoje.
Ta spółka rabusiów rycerskich rosła słabością sąsiadów, ich rozdwojeniem, a w ostatku więcej potęgą złota niż oręża, w wieku tym, który był tak grosza żądny, a tak go wydobywać nie umiał, chronić, wypożyczać i pomnażać jak zakon rycerski, który był najzręczniejszym z lichwiarzy.
Znać już było wszędzie i na wszystkiem tę finansową potęgę zakonu, tak ogromną i straszną jak niegdyś templaryuszów, i w podobny sposób zebraną. Przepych nie krył się z sobą ani wstydał, życie było najwykwintniejszem i zbytkowniejszem może, niż na wielu monarszych dworach Europy.
Znać było czasu wypraw, na szatach, orężach, koniach, wozach, namiotach, że białopłaszczowi panowie należeli krwią do najarystokratyczniejszych rodzin, do książęcych domów, i że wdziewając te suknie, nie wyrzekali się zbytków i pieszczot, do jakich wprzód byli nawykli.
Rycerstwo wygasało na zachodzie, przeradzało się i niewieściało, tu zlewały się jego szczątki i byt swój przeciągały. Urok miał zakon dla wielu awanturników, jako pogromca niewiernych, ale większy jeszcze, jako stowarzyszenie mężczyzn wyzwolonych z więzów rodziny, z obowiązków dla niej, i żyjących pod wyjątkowem prawem, które zwalniało od moralnych przepisów, pospolitych ludzi wiążących, płacąc tem za ofiarę życia, w boju zagrożonego.
Na wszystkich tych panach, którzy zapełniali izbę radną, wielkiem ogniem olbrzymiego komina ogrzaną i oświeconą, widać było pychę siły, jaką na nich zlewał zakon.
Może najskromniej ze wszystkich stawił się sam mistrz wielki, człowiek twarzy pospolitej może, nieuderzającej na pierwszy rzut oka, ponurej, ale poważnej i myślącej. Rysy jej były grube, niezbyt foremne, szlachetniejszej krwi niezdradzające, chociaż rozum bystry i energia biły z oczów. Nizkie czoło, nawyknienie do myślenia pogarbiło fałdami, które już z niego nie schodziły.
Nie był mistrz ani wymownym, ani w słowa obfitym, ale wiedziano, że niewielu słów jego słuchać należało, bo były treści pełne, a dojrzałe.
Zwykle ponurego usposobienia, mistrz wielki, który się nie ukrywał z tem co czuł, i jak był usposobionym, gardził wszelkiem udawaniem, dnia tego twarz miał pogodniejszą.
Około ust igrał mu jakby cień uśmiechu. Nie śmiał się on nigdy, a ten odblask jakiegoś wesela wewnętrznego, już miał wielkie znaczenie.
Obok niego wyniosła, rycerska, piękna, ale jakiemś zuchwalstwem rozpasanem nacechowana postać marszałka Konrada Wallenroda, obracającego się z wielką swobodą, oczyma biegającego żywo i natrętnie po przytomnych, stanowiła wybitną sprzeczność.
Czolner cały był w sobie, marszałek choć nie mówił, dawał się poznać obejściem swem i ruchami.
Więcej niemal zważano nań i okazywano mu uszanowania niż Czolnerowi, z którym on chciał stać na równi.
Wszyscy inni też dumni i pewni siebie, przy Wallenrodzie nieśmiałemi się prawie wydawali. Ani na wielkiego mistrza, ani na wysokich urzędników nie zwracał on uwagi, zdawał się tu dla siebie być pierwszym i jedynym.
Nie przywiązywał też zapewne do tego zgromadzenia, na które przybyć raczył, wielkiego znaczenia. Okazywał, że stawił się z obowiązku, dosyć lekceważąc sobie radę, że się tem nudził, i że zagadkowo rozjaśnione oblicze mistrza go drażniło.
Oprócz Czolnera, który był miernego wzrostu, reszta zgromadzonych składała się z ludzi dorodnych, stworzonych do tych wielkich i ciężkich zbroi, które nas dziś zdumiewają, a jednak Wallenrod górował nad niemi, i wśród tych twarzy męzkich, pięknych rysów, dumne jego oblicze najpiękniejszem było. Czarne oko miało królewskie wejrzenie, małe usta, widoczne z pod ciemnej brody i wąsów, wyraz, jakby do rozkazywania stworzone były.
Wallenrod nie mówiąc do nikogo, nie pozdrawiając wszedł do radnej izby, zagrzał się u ognia, a potem siadł naprzeciw niego na ławie, długie swe nogi wyciągając bez względu, iż niemi drogę innym zamykał.
Czolner zdawał się czekać na kogoś, który nie przychodził, spojrzał po przytomnych leniwie, zadumał się, nadsłuchiwał, czy kroki jakie nie dojdą go zdala i po chwili zwrócił do suchego, starego podskarbiego zakonu, który stał mrużąc oczyma, bo niedowidział.
— Was mi dziś było najpilniej potrzeba — odezwał się do niego — bo sprawa, którą przełożę, niezawodnie zgodnemi głosami będzie rozwiązaną, idzie o to tylko, abyś ty, bracie, nam jej nie popsuł.
Milczeli wszyscy słuchając.
— Wiecie, co się w Polsce dzieje — mówił dalej Czolner. Zaprawdę, gdybyśmy sami tam się rozporządzali, nie składałoby się lepiej.
Uśmiechnął się pogardliwie.
— Następstwa są nieobrachowane — dodał — ale nieład i bezrząd na długo zapewniony... Za tem idzie bezsilność, czegoż żądać więcej?
— Luksemburczyka ta hałastra słyszę wygnała — przerwał Wallenrod — ale powróci z odwetem.
— Życzymy mu tego — mówił Czolner — bo wolelibyśmy go tam nad innych. Jednak, z królową Elżbietą, panią umysłu niestałego, dziwaczną, za nic ręczyć nie można.
Chodzą różne wieści, wolałaby podobno dla córki francuza lub włocha.
A tymczasem mamy bezkrólewie.
Wielkopolanie zarzynają się i niszczą, naszego sąsiada Semka Mazowieckiego gwałtem na tron ciągną!!
Dwóch czy trzech ze słuchającej starszyzny ruszyło ramionami.
— To jeszcze dzieciak, młokos — rzekł jeden.
— Najłatwiej też go wciągną — odparł Czolner. — Bartosz z Odolanowa, rycerski pan dziewosłębem, ten gdy go wziął w ręce swe, nie popuści.
— Żołnierz dobry, — odezwał się komtur z Balgi — człek nie do pogardzenia.
— Warchoł, zuchwały nad miarę, a krew w nim gra — rzekł Czolner — która człowieka niesie dalej, niż chce. Koniec końcem, księciu Semkowi korony się chce, a pieniędzy niema.
— Tak — wtrącił podskarbi, rękę kładnąc za pas — pewnie po nie do nas przysyła? Szkoda tylko, że myśmy na innych dłużnikach sparzeni i na gołe słowo, a choćby i pięcią pieczęciami opatrzony pargamin, ze dwoma orły i dwoma puhaczami, zakon nie da nic.
Przeciwko temu wyrokowi, zmarszczony pospiesznem jego wyrzeczeniem, zaprotestował wzrokiem Czolner, podskarbi zamilkł, a on mówił dalej.
— W skarbie zbytnich kilka tysięcy grzywien się znajdzie.
Podskarbi potwierdził głową.
— Jestem więc za tem, ażebyśmy je pożyczyli Semkowi, ale pogranicznej ziemi kawał zastawem nam musi dać, i będziemy trzymali ją, aż wykupi.
Nikt się nie myślał sprzeciwiać temu, Wallenrod w ziemię patrzał obojętnie.
— Wybierzcie — rzekł Szpitalnik — co dla nas najdogodniejsze, co najprędzej wrota nam dalsze otworzyć może, bo Mazowsze wielceby się przydało... Ziemia nieżyzna, ale Wisłę w ręku dzierżeć — ważna rzecz.
— Byłem pewny, że się na to zgodzicie ze mną — odparł Czolner wysłuchawszy cierpliwie. O ziemię zastawną z samym Semkiem układać się potrzeba... Na teraz jest tu tylko poseł od niego, którego chcecieli posłuchać — wezwać każę. Jestto pół-brat zakonu i dobry nasz sługa.
To mówiąc, gdy się nikt nie przeciwił, Czolner podszedł do stojących za drzwiami dwóch swoich kompanów, i jednego z nich posłał po Bobrka, który na dole czekał.
Rada tymczasem szydersko o sprawach polskich i o Semku rozprawiała, o rozruchach wielkopolskich, o korzyściach, jakie już z nich Brandeburczycy odniesli, zamki nad granicą opanowawszy. Wiedzieli też o sprzedaży przez Węgrów niepoczciwych, zamków ruskich Litwie — i oburzeni nią byli, nie że dla Polski były stracone, ale że nienawistna im zyskała je Litwa.
Wśród żywych rozpraw o tym przedmiocie, co Polskę teraz czekało, i jak zakon względem niej się miał stawić — wsunął się pokornie kłaniając Bobrek. Wszystkich oczy na niego się zwróciły.
Tu on był znowu innym — śmielszym, nie tak skurczonym, a sama suknia czyniła go do niepoznania różnym od biednego klechy w Płocku... Miał teraz na sobie szarą odzież zakonu z pół-krzyżem, jako braciszek i sługa jego.
Suknia ta dowodziła, że poprzysiągł wierność i należał do tej wielkiej rodziny, której starszyzna tu obradowała.
Nie idąc dalej, stał u progu i czekał, ażby go badać poczęto.
— Kto cię wysłał? — spytał Czolner.
— Ks. Piotrek, kanclerz książęcy — rzekł Bobrek.
— Klecha! — mruknął z pogardą, znany ze swej niechęci ku duchownictwu, marszałek Wallenrod.
— Cóż? potrzeba im pieniędzy na wyprawę do Wielkopolski? — pytał Czolner.
— Tak się domyślać można — odezwał się ośmielając Bobrek. Byłem tam właśnie, gdy książe Janusz Czerski przybył, a ten podobno odradzał mięszanie się do spraw polskich, ale Bartosz z Odolanowa musiał przemódz.
— Janusz — przerwał Szpitalnik pokręcając głową — ten baczny jest i ostrożny, jego nie wciągnie nikt. Spokój mu miły. Siedzi jak lis w jamie.
— I Semka pono nie od razu namówili Wielkopolanie — mówił Bobrek — ale mu na pewno obiecują koronę. Przygotowania się czynią — a no bez grosza nie ma nic.
Niezważając na przytomność Bobrka, Czolner wtrącił żywo.
— Naszym interesem jest, by się tam wichrzyło... niech się biją, to ich osłabia... niech się waśnią, a do nas odwołują o pomoc — tem ci lepiej. Za to panu Bogu dziękować.
— O! w Wielkiej Polsce ogień straszliwy — począł Bobrek. — Widziałem na moje oczy kraj na poły spalony, ludność się po lasach porozbiegała — jedna połowa z drugą w śmiertelnej walce.
Czolner jednem uchem tylko słuchając tej powieści, przerwał żywo.
— Gdyby nawet Wielkopolanie Semka zgodnemi głosy na króla obrali niewiele to waży, bo krakowscy panowie na przekór im innego sobie znajdą i do tronu poprowadzą.
— Jeżeli nie chcieli Luksemburczyka z Maryą — przerwał Szpitalnik — będą musieli wziąć Jadwigę z Rakuzkim Wilhelmem.
— Kto wie! z kim! — bąknął inny — to pewna, że bezkrólewie potrwa, a dla nas to z dobrem jest. Gdyby się nawet Loisowe królestwo na poły rozpadło, Wielkopolska oderwała — dla nas w przyszłości korzyść z tego oczywista.
Uśmiechali się dumnie wszyscy, pewni swego, Czolner dumał...
— Ponieważ ci pilno wracać — odezwał się do Bobrka, stojącego jeszcze w progu — a przybyłeś z poselstwem ustnem, odnieś że im słowną odpowiedź, że zakon dobremu sąsiadowi nie odmawia pożyczki, ale zastawy musi żądać i wziąć je, bo to prawem i regułą jego, od której odstąpić nie może.
Bobrek patrzący bystro w oczy mówiącemu, dał znak, że dobrze go rozumie. Czolner bliżej przystąpił do klechy, poszeptał mu coś cicho, i odprawił, choć ciekawy pół-brat byłby chętnie dłużej wśród towarzystwa dostojników pozostał.
Rada natychmiast, spiesznie się rozchodzić zaczęła.
Bobrek, który konia na zamku miał, niezwlekając siadł nań i ruszył nazad drogą do Torunia. Jechał rad bardzo, bo mu się łatwiej powiodło niż sądził, a nadzieję miał, że się ta podróż dobrze opłaci, a że do Malborga z Płocka jadąc spiesznie, nie miał czasu w Toruniu się zatrzymać i do domu matki zajechać — tym razem zboczyć myślał do niej, nie z miłości, jak się przekonamy, lecz by jej nie dał zapomnieć o sobie.
Matka Bobrka była polką, za młodu nieopatrznie zaślubioną niemcowi, z którym życie stało się dla niej męczarnią. Stary Biber płatnerz, był na usługach zakonu, liczył się do pół-braci, pracował ciągle około zbroi na zamku; — syn więc po nim pozostały gdy podrósł, gwałtem go wzięli zakonnicy na wychowanie, czemu się matka na daremnie opierała. Wiązał ją do Torunia dom i ogrody, które tu miała, bo inaczej byłaby z nim uciekła.
Nieszczęśliwa z mężem Agata, zaślubiwszy go płocho za młodu, znienawidziła jego naprzód, a potem niemców wszystkich i zakon, który z syna jej zrobił potworę, pół klechę, pół świeckiego, sługę wszystkich swych nieprawości. Zawczasu poznali w nim krzyżacy jednego z tych, którego mogli wygodnem uczynić narzędziem; wprawili go do szpiegostwa, donoszenia i zarobkowania zdradą.
Matka nie mogąc im go wydrzeć, bezsilna, patrząc na zgubę dziecka, nienawiść największą powzięła do całego zakonu. Opłakała zatraconego, którego naprawić ani nań już wpłynąć nie umiała.
Bobrek zasmakowawszy w życiu, które prowadził na wiecznej włóczędze, do domu matki rzadko ściągnąć się dawał.
Nie chciała mu pomagać matka, głodem go wziąć myśląc, ale Bobrek wolał trochę biedy przecierpieć a zostać swobodnym — zdawało mu się, że się w ten sposób czegoś w zakonie dosłuży, a po matce zawsze weźmie, co po niej pozostanie.
Rzadko teraz nawet zaglądał do niej, bo tu tylko wymówki, łajania i pogróżki cierpieć musiał.
Agata płatnerzowa wdowa, niegdyś urodziwa i słynna z piękności niewiasta, miała we krwi coś polskich kobiet, które z mężami na równi stać były nawykły.
Niemiec za życia napróżno, wszelkiemi sposoby chciał z niej uczynić niewolnicę. Biedna sierota nie dała mu się. Groziła, że dziecię na ręce wziąwszy, jego i dom porzuci.
Płatnerz kochał się w niej i musiał uledz. Po śmierci jego została z synaczkiem sama właścicielką pięknego murowanego domu na podzamczu, kilku ogrodów i pastwisk nad rzeką, i skrzyni, w której o wielu tysiącach grzywien opowiadano. Niebyła starą jeszcze, gdy ją mąż odumarł, piękną i w sile wieku. Pierwszy, co się o nią starał, obyczajem rzemieślniczym, był starszy czeladnik mężowski, płatnerz także, który miejsce nieboszczyka przy warstatach zajął.
Agata o zamążpójściu za drugiego niemca ani słuchać nie chciała. Polak się jej później trafił, ale i temu odmówiła — pozostała więc wdową.
Na większe utrapienie odebrano jej dziecię pod pozorem wychowania, trzymano między zakonnikami, i zawczasu zepsuto. Gdy w pół-brackiej sukience wrócił jej Bobrek, poznać go za własne dziecię nie mogła.
Obcowanie ze starszyzną i służbą zakonną, na wszelką rozpustę wylaną, nietylko go zniszczyło zawcześnie, ale uczyniło wrogiem tego rodu, do którego matka należała. Położenie biednej Agaty było straszliwie bolesne, bo kochała dziecię swe, a ono obrzydliwość w niej wzbudzało, i zmagało się na to, aby się jej przeciwić i jątrzyć. Przyszło w końcu do takich zajść, między nią a synem, że musiała drzwi mu zamknąć — a on do nich nie śmiał i nie chciał już zastukać.
Za pośrednictwem jednak starszyzny zamkowej, ubłagano matkę, że przebaczyła synowi, domu nie wzbraniała mu, ale on sam mieszkać tu nie chciał i puścił się na ten chleb, na jakim go widzieliśmy.
Agata pozostawszy sama jedna, wzięła z miasta polską sierotę, dziewczę, które wychowywała i żyła dalej pracą się zamęczając, aby swych smutków zapomnieć. Znano ją jako jedną z najbogatszych mieszczanek Torunia, ale niemcy wiedzieli, że im nie była życzliwa, i obchodzili dom jej, dając spokój dla pamięci męża, który u nich miał wielkie zasługi.
Jaśko Bobrek (Biber) w Toruniu jeszcze miał na sobie szarą odzież braciszków zakonu, którą tu dopiero na podróż do Płocka miał zmienić. W niej też na dziedziniec domu matki zajechał. Stara Agata wedle swojego zwyczaju, gdy w ogrodzie nic do czynienia nie było, siedziała u kołowrotka w oknie i przędła. Posłyszawszy tentent konia, wyjrzała w dziedziniec i łatwo poznała syna.
Ręce jej opadły, pomarszczona twarz zarumieniła się, drgnęła i zatknąwszy wrzeciono, wstała od przędzenia.
Na ławce u ognia siedziała wychowanica sierotka — blade, mizerne stworzenie z białemi jak len włosami. Izba duża, w której się znajdowały, dowodziła zamożności mieszczańskiej. Na półkach pełno było naczynia różnego, w czystości i porządku utrzymywanego. Para obrazów złocistych świeciła na ścianach. Ławy wszystkie pozaścielane były kobierczykami, a stół zawieszony obrusem.
Okna szklanne, rzecz naówczas zbytkowna i droga, z małemi błonami w ołów oprawnemi, podłoga w części grubem suknem wysłana — nadawały mieszkaniu powierzchowność schludną i miłą. Ogromny komin miał nawet garncarskie, foremne ozdoby z cegły, jakich tu naówczas używano, kamienie zastępując niemi.
Gdy w progu ukazał się blady i pomimo śmiałości swej strwożony Jaśko, matka stała już w pośrodku izby, czekając niespokojnie na przyjście jego. Utkwiła w nim wzrok przenikliwy i widać było, że poruszona, gotową mu była macierzyńskie otworzyć ramiona.
Lecz Bobrek przez fałszywą dumę nie chciał się okazać ani pokornym ani skruszonym — z uśmieszkiem fałszywym i jakby drwiącym przystąpił lekkim pokłonem tylko matkę pozdrawiając. Agacie oczy ogniem błysnęły, ale pozostała chłodną. Niewiasta była silnej budowy, pracą zahartowana, przy której chuderlawy syn wydawał się nędznie i bezsilnie.
— Nie chciałem pominąć Torunia — odezwał się, nie pozdrowiwszy pani matki.
— Bóg zapłać, żeś sobie choć przypomniał że żyję, — odrzekła surowym głosem Agata — a zkądże to i dokąd?
— Jak zawsze, włóczy się człek po świecie — począł Bobrek postępując kilka kroków i z jakąś zazdrością szyderską spoglądając na biedną sierotkę, która na widok jego powstawszy od kądziółki, w kąt się tuliła.
— Cóż cię to tak pędzą?
— Co? panom moim służyć muszę — rzekł Bobrek.
Agata zwolna zawróciła ku swemu kołowrotkowi, którego jednak nie tknęła. Pokazała mu miejsce na ławie. Spojrzała na syna, którego bladość i zmizerowanie ją uderzyły.
— Nie znać na tobie, aby ci się u tych panów dobrze działo — rzekła.
— Nie skarżę się — odparł Bobrek z pewną dumą. — W domu i tak nie byłoby co robić, a pani matka mnie w nim widzieć nie rada.
Agata podniosła rękę do góry.
— Dość!! — rzekła — dość! Po toś to przyjechał, aby się waśnił z rodzoną? To nie było jechać po co.
Jaśko zapatrzył się w ogień.
— Gdybyś chciał żyć po bożemu, takim jakim ja cię widziećbym rada, dom by ci był otwarty — dodała.
— Albo to moja wina — odezwał się Bobrek, — że pani matka niemców nie lubi, ja zaś z ojca niemcem jestem i im służę; polskiego zaś rodu i plemienia nie cierpię.
— Milcz że! wiesz, że to krew moja i ty ją masz w sobie.
Bobrek zadrgał.
— Gdybym wiedział, kędy ona płynie we mnie, wyprułbym żyły i wytoczył ją.
Agata rzuciła się tak gwałtownie z miejsca, iż kołowrotek przechylił się i miał paść, gdy go silną ręką pochwyciła i postawiła na podłodze z taką mocą, iż kawałki drzewa z niego odpadły.
— Z temżeś to przybył! aby mi powiedzieć, że się dzieckiem mojem zwać nie chcesz? — krzyknęła wskazując na drzwi — no, to nie masz tu co popasać długo, jużeś swoje spełnił.
Bobrek zrazu chciał wstać z ławy, ale się wstrzymał, zmusił do ostygnienia, pobladł i począł z obojętnem szyderstwem.
— Albom to ja winien, że synem jestem mojego ojca? W pani matce inna krew mówi, inna we mnie, na to niema rady.
— Tak!! Na grzech w życiu popełniony niema rady, pokutować zań potrzeba — zawołała ze łzami i łkaniem w głosie Agata, ręce załamując — pokarał Bóg, wola Jego.
Zwróciła się, jakby pociechy szukając, ku obrazowi Chrystusa, wiszącemu na ścianie, a widok cierniami ukoronowanego, uspokoił ją nieco. Nie spojrzała już potem na syna i poszła do drugiego okna. Jaśko na ławie siedział zły, oczyma tymczasem przeszywając wystraszoną, w kącie stojącą sierotkę.
Wśród milczenia słychać tylko było ogień trzaskający na kominie. Bobrek naumyślnie stroił twarz w uśmiechy... Po wybuchu tym rozmowa między matką a synem stawała się trudną.
Czas jakiś milczał Bobrek, stara się zwolna uspokajała. Bezmyślnie jakoś skinęła na dziewczę.
Nawet temu niewdzięcznemu i zepsutemu dziecięciu nie godziło się dać odejść z domu bez jakiegoś posiłku... Wyciągnęła rękę z kluczami nakazując wina utoczyć i zagrzać.
Jaśko to zobaczył i zrozumiał. Poszedł z ławy do ognia, aby trochę rozmarznąć. Agata wracała do kołowrotka, usiłując się okazać obojętną, choć grube dwie łzy wśród zmarszczonych jej policzków połyskiwały.
Sierotka, jakby pragnąc panią swą co najrychlej od gościa tego uwolnić zakrzątnęła się żywo z polewką winną, którą przyrządzać, osładzać i korzeniami zaprawiać umiała.
Oczyściła kubek, nalała i przyniosła drżąca Bobrkowi, który naumyślnie, widząc jej obawę, szyderskiem, rozpustnem wejrzeniem jej dokuczał.
Począł pić Jaśko, wziąwszy nareszcie kubek.
— Dobre wino u pani matki — rzekł. — Chwała Bogu na niczem nie zbywa. Człowiek nie zawsze takich delicyj dostaje po drodze. Trafi się cienkusz, podpiwek, a pod czas i kwas tylko. To też wino potem lepiej smakuje.
— Jedziesz dokąd dalej? — zapytała matka zmuszając się do obojętności.
— O! o! i bardzo pilno, bardzo pilno! bom posłany — odparł Bobrek — od samego pana Mistrza! Tylko com z Płocka i znowu napowrót tam. W Polsce się zarzynają aż miło, nasza rzecz im dopomagać do tego.
Uśmiech Bobrka przeszył biedną matkę — drgnęła, ale wstrzymała się od okazania gniewu. Nie odpowiedziała nic, tylko kołowrotek pod nogą jej zawarczał nagle. Jaśko mógł być rad, bo czuł, że dokuczył biednej kobiecie.
— Niema się co nad polakami rozczulać, kiedy rozumu nie mają — począł z wyrazem pogardy. — Dla nas z tém lepiej. Luksemburczyka, pana jakich na świecie mało, gładkiego młodzieńca nie chcieli za króla, wolą bezkrólewie. Co komu do smaku. Nasi panowie na tem kawał ziemi zarobią...
Stara ze spuszczoną nad kądzielą głową, nic nie odpowiadała, połykała łzy w milczeniu. Bobrek popijał wino. Wyciągnął próżny kubek ku dziewczęciu, aby mu drugi nalało. Spojrzał na matkę, zamilkł.
Znowu czas jakiś trwało milczenie. Agata oczy miała wlepione w kądziel, ale za łzami nic nie widziała.
Milczenie to starej jakieś wrażenie uczyniło na Bobrku. Sposępniał nieco i wypróżniwszy drugi kubek, postawił go na ławie.
— Czas mi będzie w drogę — odezwał się. — Jam tu do pani matki nie bez interesu przejechał. Ot, gdybym konia mógł porzucić, a było go komu dopilnować, niechby został. Dalej wolę nająć furę, bom się bardzo stłukł na siodle.
Podniosła oczy Agata.
— Oddaj konia parobkowi — rzekła sucho — on ci go dojrzy, niech sobie tu stoi.
I nie mówiła więcej, zaczynając prząść znowu. Bobrek stał przed nią.
— Nie trzeba się na mnie sierdzieć, że to mówię co myślę — rzekł chłodno. — Gdybym kłamał a zalecał się, miałbym na sumieniu.
I dodał śmiejąc się, po niemiecku. — Czyste piwo szynkuję.
Usłyszawszy dźwięk tej mowy w ustach syna, Agata zadrżała.
— Czyń z czem ci lepiej — rzekła — a Bóg między nami sędzią niech będzie. Nie byłeś dla mnie dzieckiem, nie mam też dla ciebie serca matki. Niemców przenosisz nademnie, żyjże sobie z niemi.
— Bom sam nie kto tylko niemiec! — z przyciskiem zawołał Bobrek — a temu ja nie winien, że mnie pan Bóg nim stworzył.
Zatrzymał się nieco, jakby oczekując odpowiedzi i dodał:
— Zatem nie mam już tu co robić, tylko żegnać!
— Z Bogiem! — nie wstając od kołowrotka, odparła stara, nie spojrzawszy na syna — z Bogiem!
Bobrek nie zbliżał się już do niej, skłonił głowę, szyderskim uśmiechem pożegnał dziewczę, wykrzywiwszy się do niej cudacznie, czapkę na uszy wdział i z trzaskiem wyszedł z izby.
Dopiero gdy go nie stało, zerwała się od kołowrotka Agata i z płaczem głośnym pobiegła do komory, a za nią rozpłakane też pobiegło dziewczę.
Bobrek tymczasem gospodarował w macierzyńskim domu. Parobka zawołał, konia mu pilno zalecał pod groźbą, nakazując karmić dobrze a doglądać. Sam potem z miną butną puścił się na miasteczko, gdzie konie już na niego czekały w gospodzie.
W Płocku wyglądano trochę jego powrotu, choć ksiądz kanclerz mizernemu posłowi niewiele ufał, przychodziło mu nawet na myśl, że całkiem może nie powrócić, jeźli mu się nie powiedzie.
Upłynął czas przewidywany na podróż tam i z powrotem, i już o innych środkach dostania pieniędzy radzić zaczęto, gdy rankiem się zjawił Bobrek w swej wyszarzanej kleszej sukience, z pokorą jaką razem z nią przywdziewał.
Bystro spojrzał mu w oczy ks. kanclerz.
— Z czemże powracasz?
— A! nie małom się napocił i nakłopotał — rzekł Bobrek — bo do tych, co u góry stoją i wszystkim rządzą, nie łatwo się docisnąć, przecież z pomocą Bożą, acz z trudem wielkim do uszu wielkiego mistrza doprowadziłem to, że książ by mógł pieniędzy potrzebować, gdyby był pewien, że mu ich nie odmówią. Ale tam też w skarbie pustki, tylko że miasta mają handlowne i ludzi wielu zamożnych, u których łatwo dostać mogą. Kazali mi mówić, że gdyby książe sam do nich przybył w gościnę, mówiliby z nim o tem chętnie, a uczyniliby co można, aby mu wygodzić.
I to też wiem pewnie, z ludzi znacznych, że pieniędzy nie dadzą, chyba w zastaw na ziemię.
Kanclerzowi ta nowina, acz niezupełnie pomyślna, pożądańszą zawsze była od odmowy, jakiej się lękał.
Zostawiwszy więc klechę w swej izbie, sam zaraz pospieszył z tem do księcia.
Długo siedział Bobrek przy wygasającem ognisku, nim się go z powrotem doczekał, mimowoli porównywując ubogie mieszkanie kanclerza z wygodnemi izbami panów krzyżackich i ochędożnym a dostatnim dworem swej matki.
Ale cożby on tam w tem domostwie skazany na siedzenie bezczynne poczynał?
Powrócił gospodarz nieco długą rozmową rozgrzany.
— A cóż? pojedzie książę? — spytał wstając posłaniec.
Kanclerz nad odpowiedzią pomyślał.
— Książe zdawna miał zamiar jako dobry sąsiad, mistrzowi za podarek sokołów i psów podziękować. Jest i innych spraw sąsiedzkich o granice kilka do rozstrząsania. Zatem nie dla pieniędzy koniecznie, lecz dla przyjaźni, książe się do mistrza wybierze.
— Gdyby można wiedzieć kiedy? — przerwał klecha żywo. — Polecono mi, abym, jeśli można, o dniu uprzedził. Wielki mistrz chce godnie księcia ugościć, a niezawsze go zastać w Malborgu. Alboby może księciu do Torunia dogodniejby było! ale tu... więcej oczów patrzy... i... przerwał sobie. — Ślijcież mnie, proszę, a sprawię wedle rozkazania.
Kanclerz zdziwiony słuchał, niepozorną tę istotę widząc zmieniającą się dziwnie w ważnego posła i pożądanego pośrednika.
Wrócił raz jeszcze do księcia i znowu Bobrek długo na powrót jego oczekiwać musiał.
Wszystko wreście postanowionem zostało. Semko trzeciego dnia miał bez dworu, z maleńkim pocztem, jako człek nieznany spotkać się z mistrzem. Kanclerz miał mu towarzyszyć, gdyż przy naradach mógł być potrzebnym.
Bobrek otrzymał obietnicę pięknego podarku, bo taki był obyczaj wieku, iż go dać musiano za każdą posługę. Nikt darmo nic nie robił. Obdarzano świadków i pisarzy, tych co pieczęcie przykładali, i tych co do zawarcia umów byli pomocą.
Odpowiedź zaledwie otrzymawszy, Bobrek chwili nie zmarnował. Potrzebował wypoczynku, ale wygodniejszy znaleść się spodziewał u Pelcza, a może piękną Anchen, starannie przed nim ukrywaną, zobaczyć.
Częste te przesuwania się Bobrka, starego kotlarza niemało zaciekawiały, lecz Bobrek milczeć w potrzebie umiał, i gdy do umów a układów przychodzić miało, o których zawczasu głosić niebezpiecznem było, nie myślał się spowiadać otyłemu przyjacielowi z czem tu przejeżdżał.
Udał więc daleko mocniej znużonego niż był w istocie, kazał sobie zaraz słać, zjadł, napił się i nie mając nadziei, aby mu się Anchen ukazała, bo ojciec mówił, że była niebardzo zdrową, położył się zaraz, rozkazując obudzić nadedniem i konie gotować...
Panowie Teutońskiego zakonu mieli tu wszędzie swe sługi potajemne, swych ludzi. W każdej mieścinie bliżej granic, przekupionych i gotowych na rozkazy. Nie miał więc trudności Bobrek w znalezieniu człowieka, któryby go szybko dostawił do Torunia. Tu, nie wstępując już do matki, przesiadł się tylko na świeże do Malborga konie, wdziawszy swój płaszcz szary z pół-krzyżem.
Prędzej niż się go spodziewano, stawił się u drzwi mistrza.
Lecz okazało się, że na niedogodną jakąś trafił godzinę.
W podwórzach stały oddziały zbrojne, jakby litewskie, i dwór jakiś obcy, liczny, książęcy, którego przyjęciem tak wszyscy zajęci byli, że na przybyłego braciszka nikt ani spojrzeć nie chciał.
Na zamku krzyżackim, a jeszcze na malborskim, który był jakby stolicą, orszak ten wrogo wyglądający, ludzie ci w wysokich kołpakach z uszami długo na ramiona spadającemi, z pałkami za pasem obok mieczów, z tarczami dziwnych kształtów na pół europejskiemi, w pół litewskiemi, z końmi małemi i zwinnemi, z oszczepami jakich już na zachodzie oddawna używać zaprzestano; w pośród nich starszyzna brodata w szkarłatnych szubach, w pasach sadzonych, w hełmach kształtów niezwyczajnych a przestarzałych, wszystko to wydawało się jakby najazdem nieprzyjacielskim.
Przecież przyjmowano ich tu gościnnie, pojono i karmiono, a oswojony z zamkowemi obyczajami Bobrek dostrzegł, że dla tego pana, który przybywał z orszakiem litwinów czy żmudzi, ucztę wyprawiano wspaniałą.
Kręciła się około kuchen służba, wynosząc z nich pozłacane misy, srebrne dzbany i wszystek sprzęt bogaty, który tylko dla najdostojniejszych gości dobywać ze skarbców było we zwyczaju.
Nalegającemu na to, ażeby o nim wielkiemu mistrzowi znać dano, odparł jeden z jego kompanów niecierpliwie, iż Czolner wielkiego księcia litewskiego Witolda przyjmował.
Witold był naówczas zarazem gościem, niewolnikiem i sprzymierzeńcem zakonu. Po śmierci ojca Kiejstuta schronił się był do Krzyżaków i przybywał właśnie naradzać się o nowy najazd na Jagiełłową Litwę.
Szło o to wielce Krzyżakom, aby książęcia sobie zupełnie zjednali. W rękach ich był on najdzielniejszem narzędziem do zagrożenia, a może do zdobycia Litwy.
Wysadzano się więc na uczczenie go, na zjednanie, związanie ścisłym węzłem mężnego i energicznego syna Kiejstutowego, przeciw Jagielle miotającego pioruny, bo mu przypisywał śmierć ojcowską.
Ogień tej zemsty radzi podsycali Krzyżacy, a choć pozornie pośredniczyli w staraniach o odzyskanie dla Witolda ojcowskiej dzielnicy, niebardzo sobie życzyli pojednać stryjecznych braci. Od dwóch już dni Witold gościł na zamku malborskim, a z każdym dniem wspanialej go Czolner przyjmował.
Na to przyjęcie właśnie trafił powracający Bobrek, i nierychło się doczekał widzenia z Czolnerem. Wyszedł on nareście do niego.
Bobrek w kilku słowach poselstwo swe sprawił.
Na twarzy mistrza odmalowało się żywe podrażnienie. Widać było, że wiadomość przychodziła nie w porę. Nie mógł on Witolda tu porzucić, ani się go pozbywać tak spiesznie. Litewski książe oczekiwał na wiadomości ze Żmudzi.
Czolner go opuścić nie chciał, ani zdawać na nikogo.
W czasie zaś pobytu Witolda, razem z nim Semka przyjmować było dlań również niedogodnem.
Zjazd w Toruniu stał się niemożliwym, niemogąc inaczej potrzeba było Semka do Malborga prosić, bo stracić łatwego nabytku kawałka ziemi Czolner nie chciał, ani sprawy tej odkładać.
Bobrek zapewniał, iż Semkowi pilną była pożyczka, pilne w tej właśnie chwili pieniądze, więc korzystać należało z tego, że ich potrzebowano.
Radzili długo na uboczu wielki mistrz z marszałkiem. Nie zdawało się niebezpiecznem spotkanie się tu dwu książąt, połączonych z sobą, bo Janusz mazowiecki miał za żonę siostrę Witoldową, a Witold wszakże był już, jak sądzili, całkiem zakonowi oddanym.
Mogło to być dla Semka nie zbyt przyjemnem, ale umowa z mistrzem, za którą szło oddanie w zastaw kawałka ziemi Wizkiej, na który już Krzyżacy oczy zwrócili, w tajemnicy się utrzymać nie mogła.
Dla czegoż Witold nie miałby być jej świadkiem? Zbliżenie się ich do siebie zakonowi w przyszłości mogło więcej obiecywać korzyści, niż czemkolwiek zagrażać.
Mistrz nie mogąc jechać do Torunia, dwóch braci, z poważniejszych wybrawszy, natychmiast wysłał z pocztem knechtów pięknym na gościa spotkanie.
Z należną czcią i zwykłą gościnnością krzyżacką, mieli go oni zabrać w Toruniu i ułatwić podróż do Malborga.
Gościnność, o której wspomnieliśmy, pańska, rozrzutna, wspaniała, nie płynęła z serca wcale, była po prostu rachubą, okazem bogactw i możności zakonu, jego potęgi. Sadzono się na nią równie względem gości z zachodu, jak dla innych dostojnych panów, będących z Krzyżakami w stosunkach. Olśniewali nią, upokarzali, dowodzili skarbów niewyczerpanych, rozumiejąc dobrze, jaką siłę daje bogactwo.
Z taką wystawnością przyjmowano tu Witolda, tak dawniej ugaszczano Kaźmirza polskiego i wielu innych. Wydatki były ogromne, lecz opłacały się sławą i rozgłosem, jakie zakon zdobywał. Tak możnemu stowarzyszeniu rycerskiemu lada lichej ofiary też uczynić nie było można; gdy się chciano wywdzięczyć, musiano sypać złotem i szafować ziemią.
Uczty częstokroć przez długi przeciąg czasu przed wyprawami, w ciągu ich, po szczęśliwym powrocie przedłużały się, przenosząc z obozami, z jednego miejsca na drugie.
Bobrek pozostał w Malborgu, oczekując tu na Semka przybycie. Posłannictwo jego było skończone; o danem mu przez Domarata wcale nie myślał. Napomknął on o niem panom swoim, ale ci wprost mięszać się do spraw wielkopolskich nie chcieli, obiecując tylko, iż Brandeburczykom i Sasom oznajmią, ażeby z okoliczności pomyślnych korzystali.
Czuł się więc jakby od zobowiązania względem Domarata wolnym.
W czasie pobytu Semka i kanclerza nie chciał się pokazywać klecha, ażeby nie obudzić jakich podejrzeń i nie zamknąć sobie w przyszłości drogi na Mazowsze.
Jako braciszek przybrany zakonu jawnie występować nie chciał, a jako biedny klecha nie śmiał się pokazać, aby go to na śmiech gawiedzi nie naraziło.
Wszelkie duchowieństwo tak świeckie jak zakonne, i wszystko co doń należało, nie miało łaski u rycerzy miecza.
Z klechami obchodzono się z pogardą, lekceważeniem, dumą ich upokarzającą. Nigdzie kapłani ostrzejszego i bezmyślniejszego nie doznawali w obejściu się ucisku jak pod panowaniem zakonu... Ówczesny marszałek Konrad Wallenrod słynął z tej nienawiści dla duchowieństwa, które srodze prześladował.
Łatwo to wytłumaczyć, zważywszy, że stan duchowny był potęgą, która na ziemi do Krzyżaków należącej, mogła ich znaczenie osłabić, a w przyszłości stać się dla zakonu niebezpieczną, czyniąc od niego niezależną.
Pilnowano też, ażeby proboszczowie przy kościołach, kapelani przy wojsku, klasztory po miastach w srogiej karności i podległości trzymane były.
Takiego klechy jakim w Płocku Bobrek bywał, w Malborguby nie ścierpiano na zamku bezkarnie. Musiał więc klecha na czas pobytu Semka zniknąć, skryć się, odkładając upomnienie się o nagrodę wysłużoną do innego miejsca i czasu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.