Semko/Tom I/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Semko‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Semko
Podtytuł (Czasy bezkrólewia po Ludwiku).
(Jagiełło i Jadwiga)
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



II.

Chociaż książe i goście jego już byli zjedli i obrusy ze stołów zdejmować miano, gdy przybył Bartosz z Odolanowa — kazano dla niego nowe misy przynosić, i wina, które aż z Torunia tu przywożono, więc też je Toruńskiem zwano. — U krzyżaków bowiem, choć wojną żyli, teraz kupczenie wszystkiem coraz górę brało. Nie handlowali oni sami, ale pod ich bokiem i zasłoną niemieckie przybłędy. Po miastach ich kupi wszelakiej było podostatkiem, u nich we wszystko zamorskie najłatwiej się było zaopatrzeć, tak co do stroju, uzbrojenia, jak i co do gęby należało. Owe drogie naówczas pieprze indyjskie, imbiery, muskaty, ziarna rajskie, przyprawy wszelkie, w których się lubowano — niemieccy kupcy i dla panów swych i dla tych co dobrze płacili — okrętami sprowadzali.
W Toruniu składy wina wielkie były i przednie, bo krzyżaka lada czem poić nie było można, i goście co do nich przybywali z za świata, także do dobrego byli przywykli.
Stół na nowo zastawiony czekał na Bartosza, choć część szlachty ręce pomywszy rozchodzić się zaczęła po zamku.
Bartosz zbroję złożywszy, miecz odpasawszy, w kaftanie jednym, z małym tulichem tylko u pasa, wszedł napowrót, pokłon czyniąc księciu.
Oprócz kilku mazurów w końcu stoła, pozostali przy księciu kanclerz i stary Wojewoda, Abram Socha.
Ten w wojskowych sprawach jak za starego Ziemowita, tak i teraz był prawą ręką, bo rozum i doświadczenie miał, a wierność dla swych panów wypróbowaną; Semkowi zaś lat jeszcze dwudziestu niemającemu na tem zbywało właśnie, co hetman przynosił.
Choć szyszaka i zbroi pozbywszy każdy człowiek maleje, Bartosz w kaftanie jednym nie wydawał się ani szczuplejszym, ni mniej barczystym jak był w pancerzu. Twarz, której teraz żelazo do koła nie bramowało, odkryta cała, jeszcze była piękniejszą i dzielnego rycerza godną. Męstwo na niej wypisane stało, niechlubiące się z sobą — wprost z krwi, rodu, obyczaju pochodzące, a tak jej przyrodzone, że nic piętna tego zetrzeć nie mogło, chyba niszcząc to piękne oblicze.
Książe Semko poufale okazał Bartoszowi miejsce nieopodal od siebie, i sam mu nalał powitalny kubek.
— Prze zdrowie!
Nie dał się gość prosić, wypił duszkiem i wnet noża dobył, aby sobie chleba ukroić, bo głodnym był.
— Zkąd jedziecie? zapytał Semko.
— Z domu i nie z domu — wahając się nieco i oglądając rzekł Bartosz, jakby chciał wiedzieć, kto go słucha. Z dobrą albo złą myślą, z pokusą tu przybywam, usta mi ona piecze.
Widać było z powolnej mowy, że rycerz ten, któremu z żelazem łatwo się było obchodzić, słowem nie tak władał zręcznie i sam się go obawiał. Po rycersku chciał może nagą i szczerą myśl rzucić od razu, a coś go wstrzymywało... Lękał się, aby tak zprosta objawiona, celu nie chybiła.
— Miłościwy panie — ciągnął dalej — to, co mnie tu przygnało i dla was nieobojętne. Mazowsze sobie samo zawsze Mazowszem, daj wam Boże nad niem panować szczęśliwie, ale Mazurów z nami Polakami wiąże węzeł stary i mocny. My też do was, a wy do nas należycie.
Piastów krew płynie w waszych żyłach.
Spojrzał, westchnął, i znowu począł... Szlachta, gdzie jaka była po kątach, zbliżyła się, przysłuchiwać ciekawie.
— Królowi Loisowi, świeć panie nad grzeszną jego duszą, zmarło się w Tyrnawie na Węgrzech!!
Spodziewał się Bartosz, iż nowina ta wrażenie na wszystkich uczynić musi i powinna, ale nie przewidział pewnie, iż Semka nią poruszy tak gwałtownie. Książe porwał się z krzesła zrazu, o stół oparł, i krzyknął.
— Lois zmarł!!
Po izbie wszyscy powtarzali z trwogą jakąś.
— Król umarł!!
Semko jednak po krótkim namyśle, usiadł zadumany. — Piękna twarz jego cała się nasrożyła, zmarszczyła i pofałdowała.
— Lois zmarł — szepnął raz jeszcze.
Kanclerz głowę spuścił, jak gdyby za nieboszczyka się modlił, Socha patrzał jak w tęczę na mówiącego, oczekując coś więcej.
— Wiecie o tem na pewno? — zapytał kanclerz głowę podnosząc.
— Przybyli gońce do Zygmunta, nikomu już to nie tajno. Została nam królowa tylko z dwiema córeczkami.
Popatrzał na Semka, który oczy trzymał spuszczone.
— Miłościwy panie — ciągnął powoli — Wielkopolska nasza Luksemburgskiego młodzieniaszka sobie nie życzy; ani babskich rządów z faworytami i wielkorządzcami. Mamy swoją krew, dawnych panów naszych. Szeroko ja mówić o tem, ani słów w jedwabie owijać nie umiem, — z prosta więc rzekę, na was patrzą wszyscy, na was! Po należną wam spuściznę tylko rękę wyciągnąć, sama się wam Polska prosi!
Milczeli wszyscy jak przybici tą wielką otwartością Bartoszową, ale z oczów Sochy wojewody widać było i przestrach a niepokój jakiś. Marszczył się dziwnie, kanclerz też usta zacisnął, głową potrząsał. Szlachta za Bartoszem stojąca, gorąco mu potakiwała.
Co się z Semkiem działo, zgadnąć było trudno. Siedział ze wzrokiem w stół wlepionym, namarszczony srodze, to blednąc, to czerwieniejąc, oczów podnieść nie śmiejąc, jakby się obawiał, że zdradzić go mogą.
Upłynęła tak chwila w milczeniu. Bartosz do tego, co tak otwarcie powiedział, nic dodawać nie śmiał, czekał jak ten łowiec, co strzałę puściwszy, patrzy, ażali zwierza ubił, czy skaleczył tylko.
Po bardzo długim namyśle, Semko począł głosem jakimś niepewnym. —
— Loisa nie stało, ale Zygmunta już macie. Przecież go tam już, słyszę, i w Poznaniu i w Gnieźnie, wszędzie jako prawowitego króla a pana przyjmowali, boście wprzód Maryę, jego przyszłą żonę, za panią sobie obrali, i na to przysięgali.
— Jako żywo!! — wybuchnął Bartosz. Nasza Wielkopolska nigdy nie chciała kobiecych rządów znać, a co na niektórych siłą wymożono, zamknąwszy i głodem zmusiwszy, nas to przecie nie wiąże.
My teraz, więcej niż kiedykolwiek, Zygmunta zobaczywszy na oczy, znać nie chcemy. Strojny i dumny niemczaszek deptać nas myśli!
Ani my jego ani on nas rozumie, my jemu obcy, on nam. Niechaj wraca zkąd przybył.
Bartosz mówiąc rozognił się bardzo, i o jadle zapomniawszy, które przed nim na misie stygło, mówił dalej coraz głos podnosząc.
— Królewna Marya.. obiecana mu, ale niepoślubiona. Dziećmi były, gdy ją, tak samo jak drugą, Jadwigę, z Rakuzkim Wilhelmem poswatano. Ale żadne to śluby nie były, tylko pańskie uroczyste zrękowiny i kontrakty. Duchowni mówią, że takich ślubów dziecinnych kościół nie zna.
Obejrzał się ku kanclerzowi, który po małym namyśle rzekł.
— Dekretalja ślubów między małoletniemi nie znają. Gdyby do prawego małżeństwa przychodzić miało, ślubby powtórzyć pewnie potrzeba. Nie żaden to ślub, gdy w pieluchach dzieci dla ziemskich widoków, bodaj do jednej kładną kolebki.
Gdy kanclerz to mówił, Semko oczy pilno w niego wlepiał, słuchając z uwagą wielką.
— Na tem niekoniec — odezwał się Bartosz. Luksemburczyk obszedł się z nami, jakbyśmy tu nie ojczycami, nie rycerstwem byli, ale kumańskiemi jego niewolnikami. Wiecie że tu, żywa dusza cierpieć nie może Domarata z Pierzchna, którego wielkorządzcą zrobili, i jego prawej ręki, tego djabła krwawego, jak go zowią, Jana Płomieńczyka z Wieńca sędziego poznańskiego. Okrutnicy są oba, zboje, na życie i mienie nasze czyhający. Nie rządzą nami po bożemu, ale krew z nas piją.
Prosili więc Luksemburczyka nasi raz. Weź nam z karku Domarata i Domaratowych. Odrzekł dumnie: Ten jest nad wami postawiony i słuchać go musicie: Nie wezmę go ztąd, a nieposłusznych, ukarzę!!
Mało tego, — biegła za nim szlachta nasza drugi raz, błagając i prosząc jeszcze: Domarata weź, bo my pod nim i z nim żyć nie możemy... Gołowąs się ofuknął na proszących i rzekł im przez swe sługi, że bunty podnoszą, że do ciemnicy każe hersztów na chleb i wodę sądzić. — Bodaj nawet gardłem pogroził!
Tego nam już nadto było. Jako jeden człowiek, Wielkopolanie, okrom zauszników Domaratowych, krzyczą na głos: Luksemburczyka nie chcemy! Precz z nim — na Węgry!
Czuje on to już sam, że mu się tu ziemia z pod stóp usuwa.
Nie mamy pana, a kogoż weźmiemy? kogo?
Semko siedział zadumany ponuro.
— Córceście Loisowej przez swoich posłów przysięgali — rzekł cicho — podpisaliście to, pieczęcie wasze przywiesili. Wiarołomcami być nie możecie.
— Czyje tam pieczęcie wiszą u tej skóry — odezwał się Bartosz — ten niech sobie Maryę ma za swą królowę, a my jej nie chcemy.
Gdyby nawet w ostatku krew Loisową po kądzieli przyszło poszanować, toć obie dziewki bezślubne są, choć je matka zaręczyła... Możemy swojego pana z jedną z nich żenić!
Kanclerz spojrzał bystro, lecz wnet się postrzegłszy, oczy spuścił. Socha milczał nie dając znaku przyzwolenia. Szlachta tylko Bartoszowi wtórowała gorąco.
Semko milczał. W twarz jego patrząc myśleć było można, że go na męki brano, tak się ona marszczyła, zdradzając w duszy bój straszny. Porwał milcząc tak kubek ze stoła i jednym łykiem go wychylił; chwycił potem mieczyk od pasa i obracać nim począł, kręcić, aż z pochew dobył i stół bez myśli rzezał, jakby mu to ulgę czyniło, że drzewo psował i ręce męczył.
Nikt odzywać się nie śmiał.
Bartosz chodził po nim oczyma, a choć opór znajdował, nie zrozpaczył snadź, bo twarz zachował wielce spokojną.
Po długim przestanku, Semko, jakby sam do siebie, mruczeć począł niewyraźnie.
— Ojcowskiej nauki, ja i brat Janusz jesteśmy pamiętni. Mądry pan był, który się w cudze sprawy nigdy nie mięszał. Jemuśmy winni, że dotąd spokojni na Mazurach naszych siedziemy. Ciągnęli go niejeden raz, po śmierci Kaźmierzowej i za żywota. Kusili Krzyżacy, nagabali inni, Szlązacy nasi powinowaci nieraz się wplątać w swoje sprawy starali. Nieboszczyk mawiał, że palca we drzwi kłaść nie chce, aby mu go nie przyskrzypnięto. Bez wojny odzyskał Płock, złożył hołd, gdy było potrzeba; myśmy u siebie panami zostali i jesteśmy...
Ja też na mojem chcę poprzestać — dokończył Semko.
Luksemburczyk będzie miał przeciwko sobie garść szlachty wielkopolskiej — i — tyle tego. Za nim i z nim Krakowianie i Sandomierzanie i wszyscy tamci, w dodatku i krzyżacy. Niemcy z niemcem łatwo się zwąchają.
Przeciwko tym wszystkim Semko jeden nie dokaże nic. Janusza brata i żelaznym drągiem nie podważyć. Siedzi on w swych lesiech, dobrze mu w nich, nie ruszy się.
Zechce się polskiej korony — można dla niej stracić mazowieckie księstwo.
Mówił, a choć to z młodych ust płynęło, kanclerz, wojewoda, nawet sam Bartosz, czuli, że rozumu tej mowie nie brakło.
Wprawdzie Socha stary, który nieraz toż samo słyszał z ust Ziemowita, ojca — wiedział, że rozum ten niecały jego był, że powtarzał, co się od nieboszczyka nauczył, co on mu za żywota nieustannie w głowę kładł, ale prawda prawdą była. Ciężko przychodziło zaprzeczyć temu, co się w oczy rzucało.
Odezwał się też kanclerz zaraz.
— Święte słowa, nie pożądaj cudzego, abyś swojego nie utracił.
A Socha dodał.
— Nie wabcie nas, nie kuście, miły starosto. Łacna to rzecz zażądać wielkości, ale zdobyć ją trudno, gdy nieprzyjaciół tylu, i w razie złym nawet na druhów rachować nie można. Siła złego tylu na jednego. Ani skarb, ani ludzie nie starczą na to...
Bartosz się zasępił i zniecierpliwił razem.
— Mówcie zdrowi! — rzekł... Kto sokoła na czaplę nie puszcza z obawy, aby mu go dzióbem nie przebiła, ten czaplej kity u kołpaka nosić nie będzie. Dla tej Bolesławowskiej korony, a z niebios przyniesionego szczerbca, warto przecie coś stawić, bo i cesarska niemiecka korona jaśniej od tej nie świeci.
— Ha! ha! — rozśmiał się gorzko Semko — korony tej już nam nie uwidzieć, gdyśmy ją raz z Gniezna wydali. Lois nieboszczyk uwiózł ją z sobą i zamknął w Budzie!
— E! poszlibyśmy po nią, rozochociwszy się, i do onej Budy — odparł żywo Bartosz — gdyby tylko było z kim i dla kogo.
Serca brak; z nimby i korony nie zabrakło!
Na to żartkie słowo, Semko zadrgał cały. Płomienie mu twarz oblały.
Spojrzał na Bartosza i wzrokiem go przeszył jak sztyletem. Brwi czarne zbiegły mu się na czole w jeden pas, i usta się trząść poczęły. Nożyk, który w ręku trzymał głęboko wrył się w drzewo i ogromną drzazgę odłupał.
— Sercaby nie brak! — zawołał głosem wielkim — ale rozum też trzeba mieć!
Kanclerz i wojewoda księciu potakiwali, pochwalając; szlachta milczała ponuro.
Bartosz wziął się milcząc do chleba i zastygłej misy. Nikt się odzywać nie śmiał, bo widzieli już Semka zagniewanym, a choć młodym był, gdy krew w nim zagrała owa ojcowska, wiedzieli, że był gotów nożem, który drżał w rękach jego, w człowieka cisnąć.
Wszelako uspokoił się zaraz, ochłódł, napił się z próżnego już kubka, i zadumał.
— Domarata nie Domarata — rzekł powoli — przyjmiecie w końcu, kogo wam naznaczą. Wojna w domu a niepokoje uprzykrzą się... Pojednacie się z Zygmuntem i Maryą.
Gość głową tylko potrząsnął — nie zmieniła mu się twarz wcale, — czuć było, że tego książęcego wyrzeczenia nie uważał za ostatnie słowo.
— Ani ja, ani ci, co ze mną trzymają, rzekł zwolna — przejednać się nie możemy. Dosyć już nam Krakowianie przewodzili. Sami przez się chcą czynić wszystko, a co im z nosa spadnie narzucają nam, jak tego Domarata. Srom dla nas Polan, z których ta korona wyszła i wielkość jej się narodziła. Nie, nie damy się w niewolę krakowskim pankom, babom i gołowąsom. Chcą wojny, to ją będą mieli.
Uderzył silną pięścią o stół i jeść poprzestał.
— Nie ja jeden to mówię, miłościwy panie — dodał — bo ja tam, choć też w sobie trochę siły czuję, nie rwałbym się z motyką na słońce... Stoją drudzy po za mną, a jest nas lik niemały. Wicek z Kępy, wojewoda poznański, toż myśli, Sędziwój Świdwa, ba i wszyscy Nałęcze ile ich jest, i przyjaciele i powinowaci. Nałęcze tu starsi są od Grzymały, której przodkowie niedawno z Niemiec swoją bramę miejską przynieśli. Nasza chusta krwawa tak tu stara jak chrześciańska wiara; my tu ojczyce.
Zawołał to z wielką dumą Bartosz, i oczy mu posępnie błysnęły.
Semko zadumany nic nie odpowiadał. Ponieważ gość usta już otarł i od stołu się odsunął, bo mu się jeść odechciało, przysunął się chłopak z misą, nalewką i ręcznikiem do umycia rąk.
Kanclerz poruszył się z za stoła, a Socha poszedł za jego przykładem; co widząc szlachta, niosła się po cichu ku drzwiom. Smutne milczenie panowało w izbie, Semko roztargniony stół dalej nożem ciosał, co mogło znakiem być, że się nie uspokoił jeszcze.
Bartosz czas jakiś siedział poglądając po izbie i na księcia, aż znowu mówić począł.
— Miłościwy książe, jechałem tu z nadzieją dobrą, powrócę bardzo markotny. Rychło mi trzeba nazad, gdy tu nie skóram nic. Grzymałowie nie spią, a na moje gródki i wioski zęby wyszczerzają.
Usłyszawszy to książe, ruszył się z krzesła swego, nożyk do pochwy wkładając, i teraz dopiero zdziwiony postrzegł, jaką nim szkodę wyrządził bezmyślnie.
— Słuchaj, starosto — odezwał się głosem stłumionym, krok postępując ku niemu. — Dla miłości mej spocznijcie tu trochę; dzień mi ten dajcie... Chcę z wami rozmówić się, a i z sobą samym naradzić.
Spojrzał na stojącego starostę, który nic nie rzekłszy, skłonił się. Właśnie Socha miał odchodzić już i stał we drzwiach, do niego i kanclerza przyłączył się Bartosz, czując, że młody książę choć samowolny, im się niekiedy powodować dawał. Chciał ich sobie pozyskać. Semko pozostał sam.
W podwórcu stanąwszy na krótką rozmowę, razem potem szli do dworca wojewodzińskiego, bo, choć Socha pospolicie na wsi mieszkał z rodziną, nieustannie w Płocku bywać zmuszony, miał tu swój dwór przy zamku, służbę i ludzi.
Kanclerz, zupełnie dla pilniejszej sprawy zapomniawszy o Bobrku, któremu na siebie czekać kazał, razem z niemi szedł na dworzec wojewodziński.
Po drodze mało co mówili, bo się ludzi do koła dosyć kręciło, a i tak przybycie Bartosza do różnych domysłów pobudką być mogło.
Jeżeli się nic czynić nie miało, nie wypadało okazywać ani nawet zamiaru, a gdyby się ważyło przedsiębrać sprawę taką, do czasu też milczenie zachować należało.
Socha szedł tak zadumany w sobie i pogrążony, jak kanclerz, z którego twarzy również ranny spokój i pogoda zniknęły. Bartosz zasępiony był trochę, ale mu to dzielności nie odjęło. Znać było po nim, że on od swojego zamiaru nie odstąpi, a co raz zamyślił, dokona.
W wojewodzińskim dworcu, choć u możnego pana, jak na całych Mazurach, zbytku znaleźć nie było można. Tu dłużej się zachowywał wszelki obyczaj stary, sprzęt pierwotny i ta kożuchowa prostota, co na glinie pospolitej, drewnianą łyżką jeść się nie wstydziła, choć ją na srebrną stać było.
W wielkiej izbie, do której weszli, tylko ławy grube a stół duży w ziemię wbity, i na ścianach kołki, na których broń różna wisiała, nic więcej nie było. W kącie jednym pozwijanych proporców różnych większych i mniejszych stała kupka, przy ognisku na policy kubki niewykwintne, parę srebrnych, więcej glinianych i z drzewa nawet.
Wojewoda nie dbał o zbytek żaden. Chłopak odziany po wiejsku przyniósł dzbanek miodu, nalano kubki, usiedli dokoła ognia.
— Darmom ja tu widzę jechał — odezwał się Bartosz popijając — chciałem jedynemu u nas Piastowi co jeszcze nie zniemczał, koronę Łokietkową przynieść...
Z innemi Piastowiczami niema co i mówić. Szlązcy już niemieckie pieśni miłosne wyśpiewują, zjadła ich niemiecka rdza, polskiego w nich niema nic.
Utrzyma się u nas Luksemburczyk, Boże uchowaj, za pół wieku zaleją nas Niemcy, zduszą i wytłuką jak pszczoły. Jeżeli teraz się polskim panem nie uratujemy, to nigdy.
Milczał Socha ustami tylko i wąsami poruszając.
— Ani słowa — rzekł — nikomuby sprawiedliwiej ta korona nie należała, jak mazowieckim. Z prawa się im ona należy, ale jak jej dostać?
— Tylko chcieć!! — odparł Bartosz — tylko umieć! Zapomnieliście chyba o Łokciu naszym, z czem on do korony szedł i jak ją dostał. Nie miał on większych jeszcze nieprzyjaciół przeciwko sobie? a gdy powrócił do domu z wygnania, kto z nim był? garstka chłopów... mieszek pusty i głowa siwizną przypruszona...
— Ale to on był! — przerwał kanclerz. — Tacy ludzie jak ten pan nie rodzą się co dnia. Opatrzność ich daje w czarnej godzinie, i cuda dla nich a z niemi czyni.
— Wy swojego Semka lekko sobie ważycie — przerwał Bartosz żywo. — Młody jest, mężny, tylko go zagrzać. Ludzi i oręża dostanie ile zechce. Jeżeli on Piastom korony nie zachowa, skończone ich panowanie, sponiewiera się krew.
— Nie ważę ja go lekko — począł kanclerz — bo znam od dziecka, ale wiele to znaczy jak go ojciec chował, co mu wpajał. Ze krwią przeszła w niego myśl ta ojcowska, że się im nie rwać nad siły, aby nie stracić tego, co pozostało. Umierając im to Ziemowit powtarzał. Ambitny nie jest, w polu bić się będzie mężnie, lecz, choćby korona mu się zaśmiała na chwilę, dla niej on życia nie poświęci. Rycerstwa w nim dosyć, a bohatera nie zrobicie z niego. Obyczaj prosty, zbytku i miękkości nieżądny. Tułać się jak Łokietek o głodzie i chłodzie dla wielkości, nie potrafi. Zatęskni do domu.
Socha potwierdził milcząco, co kanclerz mówił.
— Święta prawda — odezwał się. — Semka-by ożenić jak Janusza, i niech na Mazowszu dobrze jak ojciec gospodarzy, będzie z niego dosyć.
Bartosz się porwał z ławy.
— Strach słuchać co mówicie! — krzyczał. — Nie jużby się w nim nie odezwało coś dziadowskiego! Teraz albo z niego męża uczynić, albo niezdarę... Dajcie mi go w pole, ja zań ręczę!
Oba słuchacze zamilkli.
— Na rany pańskie — rzekł w końcu Socha — z czem się nam porywać? Gdzie sprzymierzeńcy, zkąd pomoc? Z biedy może, Konrad Oleśnicki dałby paręset włóczni, ale co to znaczy, gdzie ich tysiące trzeba, a na nie tysięcy grzywien. U nas w skarbcu pusto...
— A Litwybyście to chcąc nie mogli sobie pozyskać? — przerwał Bartosz. — Powinowaci wam są.
— Z Jagiełłą wojna! o tem niema co mówić — zawołał Socha. — Gdyby nawet przyszło do zgody, a chcieli pomagać, oni też sił nie mają. Tam wre jak w garnku, ledwie się Krzyżakom mogą opędzić. Witold z Jagiełłą wojują.
Litwę sprowadzić, to znaczy zniszczenie do domu, zjedzą wszystko i wypalą nim co zrobią. Dziśbyśmy z niemi przymierze zawarli, jutrobyśmy na karku mieli Krzyżaków. Uchowaj nas Boże.
Bartosz zamilkł.
— A! a! Gdybyście jeno chcieli, i bez Litwy i bez wszystkichby się obeszło...
Wojewoda i kanclerz dumali, wzdychali. Uśmiechałoby im się może młodego swego księcia widzieć na tronie, do którego miał prawo, lecz za żywota starego Ziemowita, tak byli nawykli cenić spokój i lękać się wszelkich śmielszych wysiłków, iż za obowiązek mieli, bronić tego co on dzieciom zostawił w spuściźnie. Mazowsza na sztych wystawiać — nie ważyli się.
Bili się oba z myślami, spoglądając ku sobie, ruszając ramiony, nie wiedząc jak się zbyć natrętnego i zuchwałego Bartosza, który nie ustępował.
Siedział on posępny, ale niezłamany, kiedy niekiedy tchnął silniej i coś zamruczał, kubka nachylił, odstawił, dumał. Słychać było tylko pryskanie ognia i krzyki z podwórca dolatujące.
Starosta zagadnął znienacka o starszego brata Janusza Czerskiego, ale wojewoda ręką machnął, uśmiechnął się i dał do zrozumienia, że o tym mowy być nie mogło.
— Żadna go siła z lasów jego nie wyciągnie — przebąknął. — Gdybyście mu koronę na misie przynieśli do domu, wahałby się może z jej przyjęciem.
Kanclerz zwrócił rozmowę dopytując o Luksemburczyka.
— Jam tej łątki nie widział — rzekł Bartosz — powiadali mi o niej ci, co w Poznaniu byli. Dzieciak, gołowąs, ładny panicz, strojny jak dziewczyna od złota i szkarłatów, pachnące paniątko, które na pospolitego człeka ani patrzeć nie chce. Z Niemcami tylko i Czechami swemi obcuje. Do naszych nie gada. Tak jak Loisowi nasze kożuchy mu śmierdzą.
Wjeżdżał do Poznania we zbroi pozłocistej, w szyszaku piórami nastrzępionym, po to, aby szlachcie, co mu się kłaniać przyszła, pięść pokazać i grozić za Domarata...
— Bodzanta arcybiskup także z nim trzyma — wtrącił kanclerz.
— Dopóki siłę ma, arcybiskup mu się kłaniać musi, co ma robić? — rozśmiał się Bartosz. — Domaratowiby mu dobra zajechali. Ale niech poczuje, że Niemiec się nie osiedzi, ukoronuje nam kogo mu damy.
Socha spojrzał z niedowierzaniem.
— Na Luksemburczyka się porwać z lada czem nie można — szepnął kanclerz.
— My też nie lada co jesteśmy — odparł Bartosz butnie. — Wielkopolan jak mrowia jest, a oni nie chcą Niemca! Krakowianie się powinni rozmyśleć także.
Nam króla potrzeba, coby u nas zawsze mieszkał, nasz cały był, a wielkorządzcami nie obsyłał. Niech zresztą królowa Elżbieta jednę z córek nam da, mniejsza o to, znajdziemy dla niej męża, a no, nie Luksemburczyka. Ten niech Węgrom panuje, z Bogiem.
To mówiąc wstał poruszony Bartosz i po izbie przechadzać się począł.
Wisiało dosyć różnej zbroi po ścianach, którą on lubił, jął się więc jej przypatrywać; Sochę rozpytywać o nią, mówić o dawnym i nowym sposobie wojowania, ciężkiem i lekkiem żelezie, koszulach stalowych, hełmach, włóczniach i mieczach. A że stary Socha miał też słabość do pięknego oręża, gdy poczęli ze ścian zdejmować, probować, rozpatrywać, ważyć tarcze i różny rynsztunek, czasu im dużo na tem ubiegło.
Kanclerz wysunął się po cichu.
Chciał i Bartosz choćby wieczora tego jeszcze jechać precz, ale mu Socha przypomniał, że słowo dał, a z Semkiem się widzieć musi. Jakoż pod wieczór pacholę przyszło po Bartosza, a wojewoda rozmyśliwszy się i spytawszy, czy książę o nim wspomniał, i odebrawszy przeczącą odpowiedź, puścił go samego.
Starosta na zamek wszedłszy, księcia w wielkiej izbie, w której rano przyjmował, nie zastał. Semko siedział w komnatce małej, u wieczornego ognia sam jeden.
Była to taż sama, w której ojciec jego niegdyś zwykł był na starość przesiadywać, wiele tu sprzętu pozostało z czasów jego i broń nawet której zażywał.
Nie wstał Semko widząc wchodzącego Bartosza, tylko mu miejsce wskazał na siedzeniu przeciw siebie.
W twarzy księcia widać było poruszenie wielkie i niepokój.
Starosta domyślił się, że choć jego ofiara odrzuconą została, ziarno, które posiał, kiełkowało. Rozumny człek nalegać nie chciał, gotował się tylko odpierać, jeżeliby mu książę zarzucił co przeciw myśli.
Semko nie chcąc okazać niecierpliwości, choć radby był sprawę zagaił, naprzód się odezwał o swych psiech a ogarach.
— Nie przyznaję się do tego nikomu — mówił z uśmiechem — a wam powiem pod tajemnicą, że najlepsze ogary, jakie mam szczeniętami, podarował mi marszałek krzyżacki. I sokoła mam od niego, jakiego u nas nie dostać. Zkąd łaska?
— Nie dziw! — począł Bartosz. — Daliby miłości waszej i konia z rzędem, byle do siebie przyciągnąć i pozyskać. Lecz z panami temi ostrożnie potrzeba, bo darmo nie dają nic. Ziemia im wasza pachnie nad granicą.
— Odemnie jej nie dostaną! — odparł Semko, nie przeczuwając, że wprędce kłam sobie zada.
Gdy tak rozmowę poczęli, książę dłużej się nie wstrzymując zapytał Bartosza — zkąd to miał, z czem do niego zrana przybył? Sam on to z siebie brał, czy i drudzy z nim byli?
— Gdybym ja tylko jeden był — szybko odezwał się Bartosz — nie śmiałbym waszej miłości pokoju mącić, i na wojowanie go daremne narażać. Bóg mi świadek. Dziś we Wielkiej Polsce co tylko nie jest Domaratowe, mówi ze mną, że was żąda. Was wołają wszyscy, a jutro i Krakowianie będą z nami.
Piasta chcemy mieć, a do wyboru nie mamy, wy królować nam musicie.
— Jestci starszy odemnie i możniejszy, wuj mój, Władysław Opolczyk — rzekł Semko.
— Choć on wam bliski — odrzekł Bartosz — kłamać przed wami nie będę. Nie lubi on nas, ani my jego. Niemcem woli być, Węgrem, Rusinem niż Polakiem, co nam po nim? Do oręża się nie zdał? Więcej o tem myśli, jakby co u królowej utargował, a nią się zasłonił, niżby co przeciw niej poczynał.
— Na Wielkopolany wasze, siła rachować nie można — wtrącił książę. — Przypomnijcie Białego, przeciwko któremu samiście występowali. Wszakże go Wielkopolska i Kujawiacy z klasztoru wyciągnęli, a sromotnie mu potem paść dali.
— Na rany Boże! — wykrzyknął Bartosz. — A gdzież równać Mazowieckie książę z Gniewkowskiem? Więcej rzekę, gdyby Biały wytrwałość miał, stateczność większą, umysł pewniejszy, kto wie, coby się przygodzić mogło? Z mnicha wywłoki nigdy nic. Dobry wałach do zaprzęgu, ale stada za sobą nie poprowadzi.
Uśmiechnął się Semko.
Wszystko co dotąd zarzucał, udało się odeprzeć Bartoszowi. Książę milczał znowu w ogień wpatrzywszy się, jakby czekał, aby gość znowu nalegać zaczął.
Pomilczawszy chwilę, wziął się starosta do przekonywania, iż nic łatwiejszem nie było, jak teraz Piastowi zdobyć koronę.
Ludzie, powiadał, znużeni byli bezrządem babskim i wielkorządzcami, swojego pana u siebie chcieli mieć. Nietylko Wielkopolanie, ale Krakowian wielu od Luksemburczyka się odstrychało.
Zagrzewał też Bartosz po swojemu, tem, że do dzieł rycerskich pole było szerokie i piękne, tak, że dla samego wojowania warto było o koronę się kusić.
Semko słuchał, lice mu czasem gorzeć zaczynało, to bladło, serce młode biło żywo, ale ojcowskie nauki na pamięć przychodziły. Ledwie mu się wyrwało słowo gorętsze, zaraz je chłodnem zacierał.
Czuł Bartosz, iż chętkę w nim obudził, ale ją hamowała ostrożność i wspomnienie rodzica.
Jął nalegać, Semko się opierał.
— Nie mogę — rzekł w końcu — nie ważę się. Myślałem długo, słowo moje ostatnie... Gotujcie i czyńcie, aby tron wolnym był, zobaczemy. Jeżeli Luksemburczyk pójdzie precz, a zawoła mnie szlachta głosem jednym...?? Nie będę się opierał, ale i dobijać się nie mogę... Dopóki Zygmunt, którego Bodzanta, Domarat i inni jak króla przyjmowali i przyjmują, siedzi tutaj, póki ma swoich, co mu służą, ja kroku nie uczynię. Oczyśćcie plac wprzódy...
Bartosz słuchał z głową spuszczoną.
— Tak mówicie, książę? — odparł — niech będzie wola wasza. Zgoda. Siedźcie spokojnie, my postaramy się pozbyć tej łątki. Przyjdzie zjazd z Krakowianami, będziemy gardłowali o drugą córkę, abyśmy ją sami za mąż wydali...
Semko milczał, lękając się już czy nie powiedział za nadto.
Po chwili gość sam na nowo rozpoczął.
— Z tych, co przy Zygmuncie są, naprzód Bodzantę odciągniemy. Dobra mu zajechawszy, weźmiem go, bo na to jest czuły. Gospodarz z niego dobry, a żołnierz źle gospodaruje. Zaśpiewa on nam inaczej.
— Domarat wściekły jest, temu rady nie dacie — rzekł książę.
— Z nim też, jak z djabłem krwawym, sędzią Janem, zgody być niemoże. Ci muszą precz iść, a co nam krwi wyleli i mienia zniszczyli, skórą zapłacą... Precz z Grzymałami! żadnego nie ścierpiemy nad sobą. Nałęczów więcej niż ich!
I pięść wyciągnął starosta, cały z gniewu się rumieniąc, ale wnet postrzegłszy się, hamować zaczął.
— Mamy więc słowo miłości waszej — dodał Bartosz. — Zgotujemy wam wszystko, siedźcie spokojnie. Luksemburczyk u nas miejsca nie zagrzeje.
Semko pobladł, jak gdyby to, co powiedział, chciał cofnąć, lub się zawarować oględniej, ale Odolanowski pan nie dał mu przyjść do słowa, nalegając gwałtownie.
— Jadę natychmiast — wołał — próżnować nie będziemy, oczyścim! oczyścim pole!
Bodzantę już jakbyśmy w ręku mieli. Kraków opanujemy! My tam będziemy stanowili prawa, nie ci pankowie, co nam chcą przewodzić. Cierpieliśmy dosyć!!
Bartosz ożywiał się, rozgrzewał, unosił coraz mocniej, nadziejami sięgał coraz dalej, a i w księcia musiał przelać trochę tego usposobienia, bo Semko wstawszy, nic nie mówiąc, za rękę go pochwycił, i potrząsnął nią mocno. Obawiał się mówić zbytnio i przyrzekać, choć oczy i twarz potakiwała staroście.
Bartosz rozpromieniał cały.
Gdy tak rozprawiali w komnatce, w której siedzieli, drzwi drugie do wnętrza prowadzące, oponą ciężką zawieszone, zadrgały, choć żaden szelest się słyszeć nie dawał. Postrzegł to Bartosz, księciu oczyma na drzwi wskazując, ale Semko obojętnie spojrzawszy w tamtą stronę, uśmiechnął się i dał znak, że obawa była niepotrzebną.
Starosta już pierwsze lody złamawszy, nie zaspokoił się tem, głos nieco zniżył tylko i począł nalegać, aby książę, choć nieczynnym chciał zostać, wszakże siły wojenne, na wszelki przypadek gromadził.
Nastawał na to, aby Socha tymczasem ludzi zbierał i kopijników co najwięcej gotował.
Semko milczał i opierał się.
— Łacno to rzec, a dokonać trudno — odezwał się w końcu przyciśnięty. — Ludzie i konie by się znaleźli może, ale skarbiec pusty.. a kilka tysięcy grzywien na to potrzeba...
— Miłościwy panie — przerwał Bartosz — choćby u wroga pożyczyć przyszło, choćby ziemi kawał zastawić. Wykupiemy ją lub odbijem, dług zapłacim.
— Któż dziś grosz ma? jedni chyba Krzyżacy lub żydzi — rzekł Semko.
— A czemuż u najbliższych, u Krzyżaków nie wziąć? — przerwał Odolanowski. — U nich grzywien jak lodu, a dadzą chętnie.
Ze wstrętem wstrząsnął się, słysząc to Semko.
— Żydów bym wolał! — rzekł.
— Ale ich nie znaleźć u nas, chyba w Krakowie, a tam trafić trudno — mówił Bartosz. — Krzyżacy są pod bokiem, byleście zażądali, dadzą.
— A jeźli się dorozumieją na jaki wypadek mi potrzeba? — rzekł Semko. — Oni Luksemburczykowi sprzyjają, przeciwko niemu nie dostarczą broni.
— Luksemburczyka rychło nie stanie — odparł Bartosz — a oni na ziemię łakomi... Jam też z niemi dla rycerstwa w przyjaźni, ale z wilkiem drużba, zawsze strach, aby nie zjadł.
Rozmowa szła tak dalej, rozrywana... Nic nie postanowiono.
W czasie jej, kilkakroć zadrgała znowu we drzwiach zasłona, ale Bartosz rozgorzawszy już na to nie zważał.
Zawołano na wieczerzę, na którą znowu wtoczyło się trochę szlachty, przybył kanclerz i wojewoda.
Książę wyszedł więcej zasępiony niż zrana, Bartosz za to weselszy. Wojewoda stary poznał zaraz, że gość niedarmo tu siedział tak długo.
W ciągu wieczerzy jednak, Semko unikał rozmowy o tem, co wszystkich najmocniej zajmowało. Szlachta powiastki łowieckie rozpowiadać zaczęła, Bartosz dużo miał też o Domaracie i krwawym djable, o wojnie Nałęczów z Grzymałami do mówienia... Wyklinano i odgrażano się na okrutników.
Przedmiot to był niewyczerpany, bo każdy dzień nowym gwałtem, najazdem i łupieztwem się znaczył. Grzymałowie ze swym Domaratem, wielkorządzcą z ramienia królowej, dotąd górę brali, a uzuchwaleni, stare rozkrwawiali rany i zadawali coraz nowe, grozą chcąc zmusić do posłuszeństwa.
Walka wrzała rozpłomieniona tem, że już Nałęcze dwukrotnie odepchnięci przez Zygmunta Luksemburczyka do ostateczności byli doprowadzeni. Kupy zbrojne zbierały się z obu stron... a o pojednaniu słuchać nikt nie chciał.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.