Sekret pana Czuryły/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Sekret pana Czuryły
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1877
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Stosunki pomiędzy Kurzeliszkami a rezydencyą książęcą następnie ostygły nieco, bo Podkomorzy na swój rachunek u Kołłupajły brać pieniędzy sobie nie życzył. Ta włoszka popsuła interes, strawić jej nie mógł Podkomorzy, powtarzając że półtora roku od niego starszy, rozum-by przecie mieć powinien.
Kołłupajło był bardzo zamożny szlachcic, ale prostak i starego kroju. Chociaż go już nie zaczepiano więcej, trzeciego czy czwartego dnia siadł na kałamażkę jednokonną, którą się sam powoził i przybył do Kurzeliszek, do Podkomorzego.
Cybuli się w drodze objadł i gdy wszedł do pokoju p. Kazimierza, niewiedzieć co było poczynać, chyba okna otwierać, bo cybula sobie, a buty dziegciem smarowane, także woń silną wydzielały. Poufały był ze wszystkiemi, więc siadł przy Podkomorzym, i nie łacno się go pozbyć było.
Chcesz hroszy, mówił trochę z ruska i zprosta, ja tobi dam, mój Podkomorzy, ile dusza zapragnie a mojej kabzy stanie, ale kniaziowi nic. To, wielcy panowie. Jak będzie brał, to mnie do stołu zaprosi i posadzi przy sobie, a jak przyjdzie oddawać, u rządzcy w przedpokoju będę stał i prosił się posłuchania. Ja już to widywał. Machał ręką strasznie Kołłupajło, pluł do koła, gadał dużo — i ledwie go wyciągnięto ztąd na obiad, poczem odjechał. A, choć się zaklinał, że księciu pieniędzy nie da, zwabiono go do rezydencyi: zastawę wziął i dukaty swoje wysypał.
Jeszcze potem raz książe, z pożegnaniem do Kurzeliszek przyjechał, ale wcześnie o tem wiedziano i gotowi byli na przyjęcie. Nie bawił długo, bo Podkomorzy nie mógł się zwyciężyć i przyjął go bardzo zimno, choć z wielkiemi honorami. Po schwyceniu pieniędzy od Kołłupajły, pilno było dygnitarzowi za granicę. Humor był już jak najlepszy, dowcip powrócił, swoboda i wielomówność. Pani Szczepanowa była nim zachwyconą, stary już w tem nie smakował. Rozstali się z wielkiemi protestacyami afektów, w których jednak więcej było formy niż treści.
Gdy drugiego dnia potem Podkomorzy się obudził, a Jarmużka przyszedł okiennice otwierać, nie pytany już nawet, pośpieszył oznajmić, że Czuryło powrócił.
Stary aż się podniósł na łokciu; oczy mu zabłyszczały.
— Idź-że mi do niego w skok, i powiedz niech mi tu zaraz przychodzi, a jeśli śniadania nie jadł, to mu tu niech podadzą. Ja tymczasem koronkę odmówię.
Kończył ją właśnie stary, gdy się Czuryło w progu ukazał, śpiesząc rękę Podkomorzego ucałować, który go mocno za głowę ścisnął.
— Człowiecze niewdzięczny jakiś — zawołał — tyś się włóczył, a my tu za tobą tęsknili. Musiałeś chyba czkawkę mieć, takeśmy cię często wspominali, bodajże ciebie — bodaj. A no, mów, gadaj gdzieś bywał, coś porabiał?
W tem spojrzawszy nań — przypomniał sobie coś stary i ręką machnął.
— A no — prawda, ciebie o to nie pytać, to darmo, to twój sekret, a jakże się masz?
— Dziękuję, nie gorzej mi — tylkom się ja też za Kurzeliszkami zatęsknił.
— Ale, ale! niedowierzająco przerwał Podkomorzy. — Gadaj zdrów. A my tu gości mieliśmy, niech ci Szczepan opowie. Celsissimus trzy razy nas odwiedzał.
Tu się stary skrzywił i cicho dodał, co mu na sercu leżało.
— Proszę ciebie, mój drogi, półtora roku starszy odemnie — słowo ci daję, a gadają że jakieś licho z sobą wozi. Czy to słychana rzecz!
Strukczaszyc nic nie mówił, posępny stał, nie mając ochoty się odzywać.
— Lepiej o tem nie mówić — Szczepan nawet nie wie — mnie ks. Woroszyło o tem szepnął. Wystawże sobie — ciągnął dalej Podkomorzy — ale w tem, spostrzegł że Strukczaszyc stoi i wskazał mu na sepet.
— A siadaj-że na swojem miejscu — dodał. — Com chciał mówić! Ale — wystaw sobie, niema karesu bez interesu, wszak że to jaśnie oświecony u mnie chudopachołka chciał się pożywić. Parę tysięcy dukatów potrzebował. Co powiesz? rozmyśliłem się, nie dałem. Utracyusz! Szczepan mu nastręczył Kołłupajłę, — tego co go cybulą i dziegciem tak czuć. Szlachcic mu dał, ale na zastaw. Historye, powiadam ci. Będziemy mieli gadać o czem. A jak mi tu waszeci brakło! no! bo narazie mnóstwo rzeczy przychodziło na myśl, które teraz ze starej głowy wywietrzały! Chodź, robaku — niech cię jeszcze raz uściskam.
Jakoż uścisnęli się raz wtóry — Czuryło rozczulony był, ale milczący. Jarmużka przyniósł gramatkę dla jegomości, a kawę dla Strukczaszyca, wedle dyspozycyi. Stary się z pomocą chłopca i przyjaciela podniósł z łóżka, wdział chałat ranny, zawiązał serwetę pod brodą i począł śniadać. Czuryło też kawę pił. Rozmowa jakoś nie szła, dopiero po śniadaniu, niedając odejść Strukczaszycowi, znowu opowiadać począł o księciu Podkomorzy. Czuryło jednak ani dopytywał, ani się zdawał ciekaw i uparcie milczał. Niemal słowo w słowo rozmowę swą z ciotecznym powtórzył p. Podkomorzy, tak że i tego nawet nie pominął, co o losie swej córki jedynaczki rozpowiadał dygnitarz, iż trzeciego miała męża, a i z tym była nieszczęśliwą. Zdaje się, że musiały historye te już znudzić Czuryłę, bo słysząc jak Podkomorzy się nad trzecim mężem rozszerzał — zżymnął się, wstał Strukczaszyc — i zabrał do wyjścia.
Znowu jednak słowa nie rzekł. Spojrzał nań stary i uderzyło go to, że Czuryło czerwony był i jakby gniewny a wzruszony.
— Ty, kochanku — rzekł — chybaś się tą drogą zmęczył, coś bo mi jesteś nie swój. A! no — to może idź spocząć — bo ja cię nudzę tym księciem.
— Pan Podkomorzy nigdy w świecie nudzić mnie nie może — odezwał się nareszcie Czuryło — ale — co mnie tam ten książe ma obchodzić! Wyszedł tedy rezydent, lecz ledwie się tu zbył opowiadania o księciu, schwyciła go po swojemu, toż samo mu opisując pani Szczepanowa; przyłączył się z relacyą pan Szczepan, a nawet panna Izabella. Strukczaszyca w końcu tak to zmęczyło, że się do oficyny wyniósł prędko i niemal cały dzień z niej nie wychodził.
Po południu tego dnia przyjechał jeden z najmilszych Podkomorzemu sąsiadów, człek bardzo światły i światowy, poseł na kilku sejmach, człowiek wpływowy, słynący z potężnej głowy i znakomitej elokwencyi, niejaki pan Ruszko.
Rozrywano go sobie w sąsiedztwie, gdy na wieś do swoich Bałanciszek przybywał — bo wiedział co się na całym świecie działo; humor miał przedni i serce złote. Podkomorzy kochał go jak syna, bo Ruszko był w wieku p. Szczepana, lub mało co od niego starszy. Prawdziwy to festyn był dla Podkomorzego, ugadać się z deputatem, który głęboko był w interessa Europy wtajemniczony, i wszystkie kombinacye polityczne znał, jak nie można lepiej. Przytem sejmowe plotki, przejścia, anegdoty sypał jak z rękawa. Każdy przyjazd pana deputata obfity na długo materyał zostawiał do gawędy.
Gdy Ruszko nadjechał i zasiadł u Podkomorzego, posłano po Strukczaszyca też dla kompanii, bo stary węgrzyn występował, którego dużo nie mógł pić Podkomorzy, Szczepan też; a kogoś trzeba było coby mu placu dotrzymał.
Wzięła się tedy rozmowa wesoła, śmiechy, żarty, dykteryjki przedziwne — aż pan Kazimierz w tym ogniu odmłodniał. Czuryło jednak, tyle tylko że dolewał, pił i do picia nękał, a sam dziwnie był milczący. Wśród tej gawędy o różnych rzeczach, zgadało się i o księciu. Ruszko i jego i rodzinę znał doskonale.
Pod wpływem małego kieliszeczka starego węgrzyna, Podkomorzy się i z Włoszką wygadał, i z historyą córki księcia — która była za trzecim mężem.
— Toć ja to — tę historyę księżniczki, a dzisiejszej Wojewodzinej, doskonale znam — przerwał Ruszko — ba — i niewiem, ktoby lepiej mógł ją wiedzieć — na wiele rzeczy patrzałem. Ho! ho! byłoby o czem gadać.
— A, zmiłuj-że się! praw! ja jestem jak w rogu — toć przecie kolligacya, aż mi wstyd.
— Ba! podchwycił Ruszko — nie żałowałbym gęby, gdyby co dobrego było do mówienia.
— Mów co jest! myż tu między sobą — zawołał Podkomorzy, Czuryło przyjaciel i extra dyskretny — a ja, toć się ci nie wypaplę.
Ruszko lubił opowiadać — więc przysunąwszy się, a lampkę ze sobą też ciągnąc — począł:
— To pewnie panu Podkomorzemu wiadomo, że książe, który podróżował wiele, zamłodu bardzo za granicą się z jakąś też księżniczką niemiecką, wysokiego bardzo rodu, ożenił.
— A no — tak — ale zabij mnie — nie powiem jak była z domu — rozśmiał się Podkomorzy — nigdym jej nazwiska szwabskiego nie mógł porządnie wymówić, bo mnie dławiło. Pamiętam tylko, że na końcu było hauzen i ingen.
— Coś takiego, śmiejąc się też, ciągnął dalej Ruszko. Z tego tedy małżeństwa na świat przyszła księżniczka Izydora i dwóch synów, którzy małoletnimi pomarli. Cudo piękności była panna, i już sześć czy siedm latek mając, menueta tańcowała tak, że się zbiegano patrzeć jak na dziwo. Dwie Francuzki ją wychowywały, ale i cztery by jej utrzymać nie potrafiły. Matka, owa księżniczka Huzeningen, jak Podkomorzy mówisz, po wydaniu na świat drugiego syna, umarła. Francuzice więc jedynaczkę pod swą opiekę dostały. Jeszcze dzieckiem trzpiot była i szalone dziewczę, a śmiałe, na nic niezważające.
Często bywało tak, że się swym guwernantkom wykradała, niewiedzieć dokąd. Szukano jej jak szpilki w sianie, a dziewczę albo w stajni z masztalerzami, albo gdzieś w jakimś kącie na zabawie z chłopcami się znalazło. Nie sposób jej było utrzymać. Ojciec był słaby dla niej, Francuzki nie śmiały hamować, słudzy psuli — robiła co chciała. Może to tam i bajki — ale słyszałem, że nie więcej mając jak lat piętnaście, głowę zawróciła jednemu z dworzan ojcowskich, chłopakowi młodemu, do tego stopnia, że, no — dosyć powiedzieć, iż ich rozdzielić nie było podobna. Albo mu kazała u siebie siedzieć, lub z nim bodaj po lasach sam na sam latała! Gdy już się to bardzo głośnem stało, doszło do ojca, chciał reflektować — gdzietam, o mało do awantury nie przyszło: do oczów mu skakała. Już jak się to skończyło, niewiem, a to pewna, że dworzanin za nią odpokutował, i ojciec, książe słyszę w pokoju córki znalazłszy go, dał mu w twarz — a ten potem do niego strzelił.
W tem miejscu opowiadania, zaszła przerwa. Czuryło, który słuchał z głową spuszczoną, wiercąc się niespokojnie na sepecie, nagle lampką od wina wyciął w stół, porwał się i krzyknął na głos:
— Nieprawda! nie tak było!
Jakby piorun uderzył. — Wszyscy na niego oczy zwrócili. Podkomorzy słuchał, Ruszko usta i oczy otworzył szeroko. Strukczaszyc stał cały drżący, jakby w pasyą wpadł, lecz postrzegłszy jakie mowa jego uczyniła wrażenie, począł się mitygować, zsunął bezwładny niemal na sepet, ręką potarł po czole i wpadł jakby w osłupienie.
— Co takiego? — zawołał Podkomorzy — Czuryło? co tobie? a ty to zkąd możesz wiedzieć?
Ruszko nie mógł przyjść do słowa, że mu tak gwałtownie zaprzeczono.
— Czuryło? czyś się upił? — powtórzył Podkomorzy.
Nierychło Strukczaszyc głowę podniósłszy, osowiałemi oczyma powlókł do koła; wargi mu się trzęsły.
— Hm — rzekł cicho — przepraszam, sam nie wiem, hę, to, wyrwało się — licho wie co?
— Przecie nie bez przyczyny, p. Strukczaszycu, począł deputat — gruboś mi zaprzeczył!
— Bóg widzi — przepraszam — zawołał Czuryło. Pan deputat sam powiedziałeś, że dobrze nie wiesz.
— A pan zkąd masz lepiej wiedzieć? — zaczął Ruszko.
Czuryło potrzebował się namyśleć. Zpokorniał, zbledniał nagle, zdawał się srodze żałować tego słówka, które mu się wyrwało ptaszkiem, a którego wołem napowrót wciągnąć nie było podobna.
— Słyszałem — inaczej — rzekł jakby z największą trudnością wymawiając wyraz każdy, który mu w gardle zastrzęgał. Słyszałem od ludzi swojego czasu inaczej.
— No — może i znałem, tak — może i znałem tego dworzanina. Szlachcic był — a gdyby w ucho dostał, nie żyłby pewnie, książe.
Milczeli słuchający, Podkomorzy nie był kontent z Czuryły, a Ruszko pił, ale mu się czoło marszczyło.
— No — to kiedy inaczej wiesz — do kroćset indyków — rzekł Podkomorzy — mów, jak to tam miało być.
Czuryle znowu z ciężkością przyszło zebrać się na słowo. Ze zwieszoną siedział głową, ustami wydętemi cedził zwolna:
— Słyszałem — rzekł — że książe kazał na kobiercu dworzaninowi dać plagi. To — cale co innego. To nie hańbiło. Przecież nazajutrz, dworzanin — co prawda, strzelił do niego.
— No — odparł Ruszko — widzisz mój Strukczaszycu, że znowu nie było czego w taki wpadać ferwor i mnie zaprzeczać, historya mało co różna.
— A — przepraszam — odezwał się Czuryło — gdyby policzek dostał dworzanin — musiałby go był zabić. — Musiałby zabić! — powtórzył — i gwałtownie lampką o stół uderzył, ale wnet miarkując się i jakby onieśmielony i zawstydzony, zniżywszy głos, dodał kłaniając się Ruszce:
— Przepraszani pana deputata — ale, ale to był może znajomy mój — przyjaciel, niech się pan nie gniewa.
— Ja się wcale nie myślę gniewać! — zawołał Ruszko swobodnie — tylko mnie to zdziwiło, że się asindziej tak porwał, bo nie było czego.
— Nie było czego! — potwierdził Podkomorzy.
Ciągle głowę trzymając spuszczoną, Czuryło dźwignął się z sepeta, potarł czoło, skłonił się pokornie Podkomorzemu i deputatowi, i chwiejącym jakimś krokiem, wśród milczenia, wyszedł za drzwi. Trwało to milczenie jeszcze kilka minut. Podkomorzy do siebie nie mógł przyjść z podziwienia nad osobliwszym, niezwyczajnym postępkiem pana Czuryły.
— Chyba mu — rzekł wzdychając — ta para kieliszków głowę oszołomiła. — Uważałem to od roku już, że tak jak dawniej wina nie znosi. To człowiek zazwyczaj extra-spokojny — i decens. Lat wiele jest u mnie, nigdy mu się jeszcze nic podobnego nie wyrwało. Biedaczysko — żal mi go, bo się będzie gryźć, a no, może jak się wyszumi lub prześpi — to ta aprehensya mu przejdzie. Mów-że mój dobrodzieju dalej — bo to extra-ciekawa historya heroiny, jakich nam nie daj Boże!
— Słowem — ciągnął dalej Ruszko — słowem, że po tej owej głośnej awanturze z dworzaninem, i po owym strzale — bo i Czuryło słyszał, że był strzał pannę porwawszy ojciec — znać było — periculum in mora, do Warszawy ją zawiózł i niewiem jak zmusił wyjść za.... książecia też, który już poprzednio dwie żony miał, lat przeszło czterdzieści i niegodziwą reputacyę. A no — szło o to, aby pannę oczepić, a w intercyzie zawczasu stypulowano co na przypadek rozwodu otrzymać miała. W pół roku już się rozchodzili — patrzeć na siebie nie mogąc. Książe sam o młodziuchnej żonie opowiadał monstrualne historye.
Tandem takie było małżeństwo pierwsze. Na wielkim świecie stołecznym, księżna wszystkim głowy swoją śmiałością, pięknością i dowcipem ostrym pozawracała. Kilka miesięcy szalał król.... z kolei kochał się kto żył. Piękna pani się śmiała, jeździła konno, powoziła się sama karyklem szalonemi końmi, dawała wieczory lukullusowskie. Zakochał się naostatku drugi książe młody, charakteru zupełnie podobnego do niej i, zdaje się że ona też musiała go sobie podobać. Matka młodzieniaszka za nic w świecie nie chciała na to małżeństwo pozwolić — zaklęła się, że od ołtarza syna odprowadzi, że zrobi awanturę.
Zdaje się, że pięknej pani Izydorze, właśnie może ta niechęć matki podbiła bębenka: wykradła męża, zamówiła sobie ślub i razem z nowym małżonkiem wyruszyła za granicę.
Jak w wodę wpadli, ani słychać o nich nie było. Wzięli z sobą od Teppera i Bianka wekslów na różne miasta, na piętnaście tysięcy czerwonych złotych.
Wojewodzina matka w rozpaczy, poleciała z generałem K., którego nazywano jej adjutantem, gonić syna za granicę, i nie było jej rok. Mówiono że sekretny ślub sama wzięła z towarzyszem podróży, a o synu wieści ni słychu — nie znalazła.
— Historye! jak mi Bóg miły! — wykrzyknął Podkomorzy. No, cóż dalej!
— W pół roku po powrocie księżnej matki, zjawiło się młode małżeństwo — ale — nie razem.
Naprzód przybył małżonek, bez grosza przy duszy, o pożyczonych w Wiedniu u księcia Czartoryskiego pieniądzach, i przypadłszy do matki, oświadczył jej, że żony znać nie chce, a rozwieźdź się z nią jest jego najwyższem pragnieniem. Co się stało między niemi, nie mówił.
Sama pani wróciła dopiero w kilka miesięcy później, w towarzystwie markiza jakiegoś, który grał rolę marszałka dworu. Jakby nigdy nic, otworzyła dom, i poczęła przyjmować i bawić się — o mężu nie wspominając. Szli tedy do rozwodu, ale rozwód się ciągnął długo bardzo, intercyzy nie było, sama jejmość twarde stawiała warunki. Koniec końcem, z pomocą ks. Młodziejowskiego, jedynego w podobnych sprawach, stanął rozwód, i oboje zostali wolnymi.
Ojcu ex-księżnej Izydory szło snadź o to wielce, aby po tych wszystkich przejściach, wydać za mąż córkę tak, aby raz spokojnie siedzieć mogła i w małżeństwie wytrwać. Pracował, słyszę, nad tem mocno: najprzód, aby zbadać, czegoby sobie życzyła, potem by znaleźć odpowiedniego kandydata!
— Historye! — znowu zawołał Podkomorzy — ale ją w klasztorze trzeba było zamknąć, na penitencyą.
— Gdzie zaś — najświetniejszy dom prowadziła wówczas; synowiec królewski, książęta de Ligne, co było cudzoziemców dystyngowanych w Warszawie, wszystko się cisnęło do pięknej rozwódki. Prawda, że milszej kobiety wyobrazić sobie trudno. Mogła oczarować kogo chciała, bo ją nie kosztowało wcale taką być jak się jej podobało. Mieniła się rozmaicie, grała jak na teatrum taką rolę, jaka jej przypadała i sama siebie potem wyśmiewała, lub tych, co jej zawierzyli. W końcu ojciec admirując ją, przyklaskiwał z innemi i nie mówił nic. Stateczny wielce człek, lat już średnich, albo i więcej rozumny, statysta, bogacz wielki, zaczął bywać u niej na wieczorach, a właśnie owdowiał od niedawna. Podobał się jej. Zaczęła go tedy kusić, ojciec pomagał. Wzięli tak we dwa ognie pana Wojewodę, że ten, po długiem wahaniu, gdyż synowie dorośli stali na przeszkodzie i oponowali, naostatek się ożenił. Jest to tedy ten trzeci mąż, o którym książe powiada, że z nim jest nieszczęśliwą. W istocie, wziął ją krótko i surowo, a cóż to dopiero takiemu rumakowi wędzidło, co do niego nie był nawykły! Wojna nieustająca. Z jednej strony, z pozwoleniem szalona baba.
— No — i dobrze mówisz! — potwierdził Podkomorzy.
— Z drugiej, człek z takim temperamentem, że się nie gniewa nigdy, nic go do niecierpliwości nie przyprowadzi: chłodny, małomówny, zimny jak kamień i nieugięty jak żelazo.
— To dopiero! to dopiero! — mruczał stary — i żyją z sobą?
— A żyją — Wojewodzina, że się zrujnowała wraz z ojcem, jest niemal na łasce męża, mąż zaś — bo to dodać trzeba, że szalenie w niej zakochany, trzyma krótko i cugli nie popuszcza. Całuje po rączkach, ale swawolić nie daje. — Chce jejmość za granicę — opuszcza on Radę Nieustającą i rusza z nią razem. Powraca ona — on krok w krok. Mówią tedy, że aż z gniewu płacze.
— A już też i zestarzeć musiała, do kaduka i nareszcie się ustatkować — dodał Podkomorzy.
— Wcale nie zestarzała — odparł Ruszko, piękność to taka, że jej czas nie może nadwerężyć. Świeża, rumiana, talia śliczna, oczy jak gwiazdy.
— Widziałeś ją, deputacie? — spytał stary.
— Nie wiem ile razy. Boginią ją w Warszawie nazywają — mówił Ruszko. Nie może się na to skarżyć, żeby jej u męża na czem zbywało, opływa jak pączek w maśle, a no — dozór ścisły, i zakochany mąż jak cień za nią chodzi.
— Przyszła kreska na Matyska — odezwał się stary.
— Jeszcze niewiadomo jak się to skończy — ciągnął deputat. Są ludzie, co się chcą zakładać, że ona staremu pryśnie, ani się opatrzy i proces o rozwód wytoczy.
— Nie suponuję tego — rzekł p. Kazimierz — kiedyś przecie statek musi przyjść, mąż godny człek, a umie sobie postępować, toć się ta kozacza natura zwyciężyć musi.
— Książe mi tylko ogólnemi słowy mówił o niej — piąte przez dziesiąte — dodał Podkomorzy, nie śmiałem go dopytywać, bardzo panu deputatowi wdzięczen historyą, choć jej tu w domu nikomu nie powtórzę, bo kobiety o takich rzeczach nawet słyszeć nie powinny.
Na tem się skończyła rozmowa z deputatem, który, na wieczerzy jeszcze pozostawszy, odjechał potem do domu. Czuryło tego dnia, choć go do stołu proszono, przyjść nie chciał. Nazajutrz rano też o zwykłej godzinie do Podkomorzego się nie zjawił, aż ten po niego Jarmużkę posłał, dowiadując się czy nie chory.
Nadszedł tedy Strukczaszyc, w istocie blady, zmęczony, nie swój, i tłómaczył się a przepraszał, że mu ten wczorajszy węgrzyn mocny ból głowy zrobił, i że się jeszcze po nim nie swój czuje.
— A to już rzeczywiście musiało coś być waszeci, mój Strukczaszycu — odezwał się stary, bom cię jeszcze, jakom żyw takim jak wczoraj nie widział. Chryste Panie! Myślałem, że z deputatem przyjdzie do awantury, a nie było o co, dalipan. Szczęście żeś się asindziej zmitygował w porę.
— Najmocniej przepraszam, kochanego mojego dobrodzieja — począł Czuryło boleśnie.
— Ale — cóż tam? przepraszać niema za co — przy kieliszku — chodzi to po ludziach, tylko mi was było żal, bo impetu po winie zawsze się należy strzedz: jak nic apopleksya utnie.
— W temby znowu nic złego nie było, westchnął Strukczaszyc — skończyłyby się na raz wszystkie mizerye żywota.
— Dajno pokój! asindziej-że wiesz, iż ludziom jesteś miły i potrzebny. — Żyj zdrów.
To mówiąc uściskał go Podkomorzy.
— A wczoraj, gdyś wyszedł — dokończył, nasłuchałem się dopiero z ust wiarogodnych, o tej szalenicy. Istny szatan baba, na skaranie plemienia ludzkiego chyba zesłana na ziemię. Gdym słuchał włosy mi na głowie wstawały. Horrendum et stupendum! Gdybym nie znał deputata jako człowieka statecznego, który nigdy nie kłamie, myślałbym, że lada plotki powtarza i swoje dodaje.
Na to wszystko i dłuższą daleko gawędę Podkomorzego, który potrzebował się wygadać, Czuryło prawie już słowa mu nie odpowiedział — siadł i jak zamurowany, słuchał. Zdawał się wstydzić za swą dawniejszą porywczość. Następnych dni wszystko znowu przyszło do dawnego porządku.
Strukczaszyca postępowanie, obyczaj, życie skromne, po upływie tylu lat mniej już obudzało ciekawości i nastręczało domysłów, nawet tajemnicze wycieczki nie zwracały uwagi.
Nie pytano się go kędy bywał, co robił i po co wyjeżdżał. Przychodził, gdy w domu był, do Podkomorzego, siadał na sepecie, jak zazwyczaj, mówiono o pogodzie, donosił co się w polu działo. Podkomorzy opowiadał po raz setny te same anegdotki stare; Czuryło powtarzał nad niemi uwagi nieraz już uczynione i nagawędziwszy rozstawali się.
Szczególniej potrzebnym był ten rezydent Podkomorzemu, dla donoszenia mu o gospodarstwie, bo, choć one szło dobrze, staruszek zawsze miał to podejrzenie, że za jego czasów lepiej było i energiczniej prowadzone. — Czuryło cokolwiek mu powiedział, zawsze wniosek z tego wyciągał, że — oni się opuszczają. Niekiedy z krzesła swojego próbował nawet wysyłać ekonomowi dyspozycye; a gdy się dowiedział, że je wykonano, cieszył się tem i chwalił.
Bywał też Czuryło dogodnym pośrednikiem między dziećmi a ojcem, między starym a synem. W biurku Podkomorzego zawsze było trochę grosza, a w domu na nim czasem chwilowo zbywało. Czuryło się niby przypadkiem o tem dowiedziawszy, nieznacznie przebąknął coś staremu, a tak, zamiast coby go prosić miano, Podkomorzy sam się z pomocą nastręczał.
Ponieważ panna Izabella dorastała już, a matka, wcale niepotrzebnie, troszczyła się o wydanie jej za mąż, w Kurzeliszkach tedy zaczynało się zjawiać gości coraz więcej. W sąsiedztwie mówiono o ślicznej pannie na wydaniu, której kilkakroć sto tysięcy prorokowano. Za owych czasów dwakroć posagu były już znaczną rzeczą. Więc kto przybył w okolicę z młodych ludzi, co to za pannami po świecie jeżdżą, — nastręczano mu pannę Izabellę, i sąsiad zaraz z nim do Podkomorstwa ciągnął.
Pani Szczepanowa, dobra i troskliwa matka, jak z jednej strony pragnęła co najrychlej wydać córkę, tak, gdy się już coś podobnego zawiązywało, niesłychanie się stawała podejrzliwą i trudną. Powstawały w umyśle jej nieskończone wątpliwości, trwogi, posądzania. Wywiadywaniu się o każdego kawalera nie było końca. Zwykle i do inkwizycyi w tym przedmiocie, Czuryło poufnie był używanym, a spełniał polecenia tak bacznie, troskliwie i zręcznie, że mu się Podkomorzyna nie mogła nadziękować.
Jednego razu deputat Ruszko, niespodzianie przybył w towarzystwie młodego jegomości, którego przedstawił jako swojego siostrzeńca z Rusi, był to niejaki pan Piotr Zubko. Spojrzawszy na tego towarzysza, odrazu było można poznać, że nie bez myśli tu przyjechał. Nigdy o nim w okolicy ani słyszano, ani go widziano, mieszkał bowiem kędyś daleko na Wołyniu czy Podolu, był śliczny, i zanadto może tylko na mężczyznę, dbał o tę piękność swoją, lecz, miło nań było popatrzeć. I nie papinkowata to była piękność miękka, biała; ale delikatna, krew z mlekiem, słońcem dobrze opalona, tak że czoło, które osłonięte bywało, samo pierwszą swą białość zachowało — wąsik czarny, oko ciemne, postawa gibka a silna, szykowne ruchy. Przytem ubior też staranny dodawał mu wdzięku. Nie nosił się po cudzoziemsku, a mimo to był elegantem.
Na czole mu starodawna wesoła myśl i pogoda jaśniały, śmiały się usta, umiał się bez zbytniej uniżoności podobać każdemu. Z twarzy zaraz polubiła go pani Szczepanowa i ojciec; panna Izabella nie śmiało nań okiem rzuciwszy, siedziała wylękła i zmięszana.
W chwili gdy deputat wszedł do salonu z siostrzeńcem, siedział właśnie w nim Czuryło z Podkomorzyną. W czasie powitania, rzuciwszy okiem na młodego Zubkę, wymknął się bocznemi drzwiami — i zniknął jak kamfora.
Z początku nie uważano na to, ale że dla zabawy gości, Czuryło bywał potrzebny, posyłano po niego raz i drugi. Podkomorzy chciał go mieć koniecznie. W oficynie nie znaleziono; gdzieś się zapodział.
Mając na pamięci ostatnie zajście z deputatem, Podkomorzy do zniknięcia przypisywał chęci unikania p. Ruszki, i miał to za złe Czuryle. Obaj panowie pod wieczór znajdowali się u Podkomorzego, zabawiając go, a młody Zubko, gadatywus, opowiadał rzeczy zabawne.
Jednym razem deputat się odezwał:
— Cóż to się stało ze Strukczaszycem, że go tu nie widzę?
— Bóg go wie — posyłałem po niego dwa razy, odezwał się Podkomorzy — suponuję, że unika spotkania z deputatem, z powodu, żeście się ostatnią razą popstrykali.
— Ależ to rzecz załatwiona, skończona i zapomniana! — zawołał deputat. Gdyśmy przyjechali był u Podkomorzyny, widziałem go, a potem zniknął.
— Wuj mówi o tym panu, któregośmy przyjechawszy znaleźli w sali? — wtrącił Zubko.
— A tak — obserwowałeś go? — spytał Ruszko.
— Wpadł mi w oko — odezwał się siostrzeniec — bo — słowo daję żem go gdzieś już spotkał i widział, i zdaje mi się, że go znam.
— Ale — gdzie zaś! — przerwał Podkomorzy, asindziej w naszych stronach nie bywałeś, a on tu lat, bodaj już dwadzieścia, mieszka, i nigdzie się tak daleko nie rusza!
— Jednakże, powiadam p. Podkomorzemu — dodał Zubko — pamięć mam doskonałą, mylić się nie mogę, gdzieś go widywałem.
— Może kogoś podobnego! — wtrącił Ruszko.
Siostrzeniec głową pokręcił i zamyślił się mocno.
— Nie mogę sobie narazie nazwiska przypomnieć — rzekł — ale..., Jakże się on nazywa?
— Sebastyan Czuryło — szybko poddał Podkomorzy.
— No, i gdzież ci się zdaje, że go widzieć mogłeś, bo to jednak ciekawa rzecz — pytał Ruszko.
— Gdzie? albo w Kamieńcu Podolskim lub w Żytomierzu, tak mi się zdaje, albo w Łucku na sejmiku, lub....
I począł powtarzać: — Czuryło! Czuryło! — nazwisko mi też nie obce, ale Czuryłowie u nas, jacy są, do rodowego tego starego imienia poprzybierali różne od majętności, i niewidać prawie Czuryłów za... nazwiskami od wsi i miastek, które mieli w posiadaniu.
Wszyscy słuchali z uwagą, a pan Zubko, któremu znać szło o to, aby pamięci dobrej dał dowód, wciąż się w czoło stukał, jakby z niego chciał coś zapomnianego wywołać.
Wuj się śmiał, a Podkomorzy obserwował ciekawie.
— Gdyby nie to nazwisko — rzekł po chwili wstając nagle z krzesła młody kawaler — to — już wiem! wiem! Przysiągłbym, że to ten sławny Piatnicki, którego mi w Kamieńcu pokazywano, — i historyę opowiadano.
— Ale — gdzież Piatnicki? — przerwał stary Podkomorzy — ja u niego widziałem genealogią Czuryłów, prawy Czuryło.
— No — to się może mylę, mówił Zubko — ale z twarzy jak dwie krople wody.
— A cóż to za historya tego Piatnickiego? czy jak tam on się zowie, począł pytać stary, który był niezmiernie zawsze rad zbogacić obfity swój repertuar szlacheckich dziejów familijnych.
Zubko się trochę zawahał.
— Jakiś to dziwak ma być osobliwszego kroju — począł po namyśle, a i cała rodzina nic lepszego od niego. O ile sobie mogę przypomnieć: ojciec dwóch ich, bo są dwaj bracia — miał być okrutny człek, i, mimo ogromnych posiadłości nad Bohem, chłopcom nic nie dawał, dziko im rosnąć pozwolił, a potem z domu niemal powypędzał, aby po dworach służąc sami się chleba dorabiali. Stary ten Piatnicki, o którym teraz jeszcze opowiadają, choć pan wielkich włości, — mieszkał w kurnej chacie, latem i zimą chodził w kożuchu brudnym, i dziegciem, jak czumacy, zaprawnej koszuli. Żył zapanbrat ze swoją dwornią, a pieniądze zbierał ogromne. Ożenił się był z prostą dziewką, która mu rychło zmarła. Synowie pono, gdyby nie litościwy ksiądz, co ich trochę okrzesał, na dzikichby porośli.
„Jeden z Piatnickich, pono właśnie ten, którego mi pokazywano, a który mi się wydał tak podobnym do Czuryły — uciekł z domu w świat i niewiadomo gdzie się podział. Jedni mówili, że gdzieś zginął, drudzy że na dworze jakiegoś magnata przyjął służbę. Drugi syn wałęsał się po okolicy, przesiadywał u jakichś krewnych ojca i babki swej, i tak się doczekał, że stary, który dużo gorzałki pił, wkońcu od niej pono zgorzał. Zaraz po jego śmierci syn nadbiegł i owe skarby i majątki zagarnął sobie. Ponieważ o starszym bracie słychu nie było, miano go za umarłego, gdy, już w rok po śmierci ojca, czy więcej, nagle się zjawił. Brat, czy że go istotnie nie poznał, czy-że mu się dobrami i pieniędzmi dzielić nie chciało, a był człek dziki jak ojciec i gwałtowny — nie przyznał się do brata, uczynił go samozwańcem i pogroził mu wieżą i kryminałem. Mówią, że tamten nic nie mając po sobie, bo papierów brakło, a ludzie, co mogli świadczyć, powymieraii, musiał uciekać i kryć się, aby głową nie przypłacić. Brat w pieniądze ufając, klął się, że go jako uzurpatora szlacheckiego imienia, prosekwować będzie.
Wszyscy naówczas niezmiernie się zajęli tą sprawą. Piatnickiego nie lubiono, radziby byli bratu temu dopomódz, ale sposobu nie było. Pokazywał się on to tu, to tam, ukradkiem, szukając pomocy i nigdzie jej znaleść nie mogąc.
Młodszy, w pieniądze ufny, dobrał sobie cygańskich świadków, i niewiem jakie dowody, że ów brat, za którego się ten podawał, dawno zmarł gdzieś, włócząc się po świecie. Głośna to była sprawa, choć do sądów nie przyszła. Mówiono, że dwornię swą zuchwałą, pan brat w tropy wyprawił, przykazawszy bodaj ubić samozwańca.
Tamten więc ledwie się gdzie śmiał okazać, — niewiem ile to lat tak trwało, gdy ów już ubezpieczony na całym majątku się rozsiadł i panował, a życie prowadził mało nie takie jak ojciec, albo w stepie z chartami, albo za stołem przy wódce. Zuchwały strasznie, zwłaszcza gdy się napił, raz pono, starego kozaka, co u ojca jeszcze służył, za małe przewinienie straszliwie osiec kazał. Nazajutrz ów skrzywdzony ze dworu znikł, myślano, że się poszedł utopić z rozpaczy i wstydu, i, choć go żałowano, zapomniano o nim prędko.
Stało się jednak co innego; mściwy starzec, poszedł w świat szukać owego starszego brata, którego też, po długich śledzeniach i wędrówkach wyszukał. — Z nim rozmówiwszy się i nabrawszy przekonania, iż prawdziwym Piatnickim był, ofiarował się w sądzie to zeznać pod przysięgą, i innych jeszcze szukać świadków. Żyła zgrzybiała piastunka panicza.
Nim się młodszy brat czas miał obwarować i zapobiedz, w sądzie już leżały wiarogodne zeznania. Jak piorun padły pozwy.... i dowody niezbite, iż przywłaszczycielem nie był ten, którego samozwańcem niesłusznie nazwano. Stanął on przed sądem, wyjaśniły się rzeczy; — skazano na podział majętności i wynagrodzenie za poniesione szkody.
Nie było już środka; musiał upokorzony brat prosić o układy, i zgodzili się, na jakich warunkach — niewiadomo. To pewna, że Piatnicki starszy młodszemu oddawszy zarząd dóbr, rzadko się kiedy pokazuje nawet — i gdzieś podobno w stolicy przebywa. Pomogła, słyszę, nauka młodszemu, który się ożenił, ustatkował, i choć zawsze z chartami jeździ, a od kieliszka nie stroni, przynajmniej do szlachcica się stał podobniejszym.
— Więc widzisz, asindziej — odezwał się Podkomorzy, który z wielką słuchał atencyą opowiadania, że to wcale do Czuryły naszego nie pasuje. Tamten wasz Piatnicki po zgodzie z bratem, przecię od niego coś pobierać musi, bo się w prawach swych ubezpieczył, i na łaskę takiego łotra zdać nie mógł, a nasz, poczciwy Czuryło, goły jest jak święty turecki. Może tam gdzie jaki grosz ma, a no chyba niewielki.
Ale to rodzina jakaś — żal się Boże imienia szlacheckiego — dokończył stary.
— Mój mości dobrodzieju — odezwał się Ruszko — nie jest u nas rzadkością widzieć ludzi których, bujna fantazya, gdy jej na dobre zużytkować nie mogli, poprowadziła w wertepy. Małożeśmy ich to podobnych za naszych czasów mieli? Z rycerskich czasów pozostała owa świerzbiączka do roboty, a gdy wojen, siekaniny i w polu wichrzenia nie stało, wichrzyło się doma, bo to we krwi i naturze siedziało.
— I to prawda — rzekł Podkomorzy — spadkiem szły szable, trudno im było dać w pochwach spoczywać. Własneśmy sobie łby niemi kiereszować musieli. Spadkiem ludzie krew biorą i krewkość; nierychło pradziadowski ogień wystyga — a gdy zgaśnie, najczęściej i ród z nim.
Westchnęli wszyscy, p. Zubko inną jakąś historyjkę na poparcie tych twierdzeń przytoczył; nareszcie submitując się, Ruszko siostrzeńca swego łasce i protekcyi państwa Podkomorstwa poleciwszy, odjechał.
Na wieczerzę zostać czy nie mogli czy nie chcieli, bo zwykle pierwsze odwiedziny bywały ceremonialne.
Zaledwie odjechali, przybiegła pani Szczepanowa do starego, przyszedł syn, o niczem nie mówiąc tylko o Zubce. Podobał się wszystkim, ale matka wzdychała — już ją niepokój ogarniał.
— Izabelce się gotów podobać, chłopak ładny, głowa otwarta, do rzeczy, niema co mówić, a no, choć to siostrzan deputata, toż jeszcze na tem nie dość. Ruszko go może swata, aby posag dla niego zyskać, a co tam za familia, czy mają co, może ich dużo, a jaki ojciec, a matka — kto to może wiedzieć, z tak daleka.
— Gdyby to była dobra partya, to czy by się on w blizkości gdzie u siebie tam nie mógł ożenić; a to jedzie aż tu za żoną.
— Jest racya! — rzekł Podkomorzy — jest racya — z tem wszystkiem, zważaj i to asindźka, że on wuja przyjechał poznać; niekoniecznie w widokach matrymonialnych przybył, a Ruszko sam mu chce nastręczyć sposobność dobrego ożenienia. I to być może.
— No — a ja Ruszkę bardzo szacuję, ale — to przebiegła sztuka! — odezwała się uśmiechając p. Szczepanowa. — Ho! ho!
— Tak, ale człek zacny! — dodał stary Podkomorzy. — Przytem, wiadomo to, szydło się w worku nie utai; wydałoby się, gdyby tam co było. W rozmowie zaś wyraźnie słyszałem do tego alluzyę, że ojciec mu wioskę puścił.
Wioska ta zamknęła usta p. Szczepanowej — jednak ostrożną być chciała.
— Jeżeli drugi raz przyjadą — dodał pan Szczepan — zobaczemy. Juści, nimby się starać począł, musi wprzód rodziców o konsens prosić.
— A dziś, bez konsensu, z Izabelki oka nie spuszczał — szepnęła pani Szczepanowa. — Biedne dziecko, nieśmiała oczów swych podnieść i ciągle raki piekła.
— Trudno-bo zabronić na gładkie liczko patrzeć — oczy ciągnie! — rozśmiał się stary.
W tem wszedł, zgarbiony czegoś i jakby skonfundowany Czuryło.
— O! o! a gdzieżeś to asindziej bywał? zahałasował Podkomorzy, szukają, latają, hukają — asindzieja nigdzie nie znaleźć?
Strukczaszyc znać był przygotowany na tłómaczenie.
— Dali mi znać, że się wilk pokazał, około owiec: wziąłem strzelbę i pobiegłem.
— Co? wilk? kiwając głową odparł stary — to coś osobliwego. — Widzieliście go.
— Nie, chodziłem aż w zarośla.
Dziwnie się ten wilk wydał podejrzanym staremu, lecz zmilczał, głową potrząsając.
Pani Szczepanowa wnet przystąpiła doń, mając zaufanie, i poczęła o kawalerze i o córce.
Widać, że to za serce ujęło Czuryłę, bo się jakoś zapomniał, i, z wielkiej usłużności, nieopatrznie, gdy o Zubce mówić poczęła, że radaby o rodzinie i sytuacyi coś wiedzieć — wyrwało mu się:
— Ja tych Zubków wiem!
Spojrzeli nań wszyscy, mocno zdumieni, bo zkądże człek od tylu lat przesiadujący w Kurzeliszkach, mógł znać tych Zubków, gdzieś za krajem świata osiadłych.
— A asindziej ich zkąd znasz? podchwycił stary.
Nastąpiło milczenie, Czuryło się skonfundował, w głowę poskrobał.
— Co ja plotę? — poprawił się — jako żywo, zkądbym ich miał znać? To się rzekło z prędkości; chciałem powiedzieć, że się jużci o nich dopytać czegoś będzie można.
— A to chyba — potwierdził stary, bo gdzie, zkąd, jakby asindziejowi znajomość Ich przyszła?
Pani Szczepanowa, która bliżej stała, i, jako kobieta, bystrzejsze miała i przenikliwsze wejrzenie, dostrzegła takiego coś dziwnego w twarzy Czuryły, — iż się mocno zdumiała. Nienaturalna konfuzya, zacięcie ust, jakby się chciał za język ukąsić, mina którą zrobił mimowolnie, pochwycony za słowo niebacznie wymówione — utwierdziły ją w przekonaniu, że Czuryło coś wiedział o tych Zubkach, tylko się na razie przyznać nie chciał.
To też gdy później z mężem poszli do swojego pokoju, Czuryłę zostawiwszy na sepecie, p. Podkomorzyna zwróciła się do męża i szepnęła mu:
— Wiesz — wiesz, z tym Czuryłą coś się dzieje niezrozumiałego! My go tyle lat widujemy codzień, kochamy go, szanujemy, a doprawdy nie znamy. Ten człowiek ma jakieś sekreta w życiu.
— Proszę cię, uważałeś jak mu się o Zubkach wypsnęło?
— Uważałem — rzekł p. Szczepan, ale to — z prędkości.
— Ba! ba! patrzałam ja mu w oczy — dodała pani Szczepanowa, żebyś wiedział jak się zmięszał.
Pan Szczepan był człowiek prostoduszny w obejściu z ludźmi, nie umiał i nie chciał posądzać nikogo, rozśmiał się, żonę pocałował, i, choć ona ze swego nie ustępowała — do jej postrzeżenia żadnej nie przywiązywał wagi.
W kilka dni Zubko z deputatem przybyli znowu. To już miało swe znaczenie, na którem omylić się nie było podobna. Matce serce uderzyło mocno; i najprzód się pobiegła pomodlić przed obrazkiem, którego opieka dla domu była wypróbowaną i skuteczną, potem poszła do córki, niewiedząc, czy ją wyprowadzić i jak ubrać. Czuryło, gdy goście nadjeżdżali, był na podwórzu, zobaczywszy ich natychmiast dał nurka i zniknął. Znowu tedy Jarmużkę posłano do oficyny — drzwi zamknięte. — Gdzie p. Czuryło? nikt go nie widział.
Jarmużka, który rad był przy zdarzonej okoliczności, parę ogórków ukraść, popędził niby go szukając — do ogrodu. Tu — nigdzie niewidziano Strukczaszyca. Pobiegł do stajni — niema, do psiarni — ani słychu. Wszyscy mówili, że tylkoco gdzieś był — a no — przepadł jak w wodę.
Podkomorzy, któremu zdyszany chłopak przyszedł o tem oznajmić, wpadł nań, z wielkim hałasem, nazwał go — osłem — i zarzucił mu że szukać nie umiał. Co już było robić? Jarmużka w przedpokoju siadł z rezygnacyą i z ogórkami, i pocieszał się czystem sumieniem.
A Czuryły jak nie było tak nie było. Deputat zostawiwszy młodzieńca z paniami i gospodarzem, sam poszedł do starego, delikatnie go chcąc wyrozumieć, czyby konkury siostrzeńca dobrze były przyjęte.
Człek był nadto wytrawny, aby prosto z mostu rzecz powiedział; zajeżdżał zdaleka, kołował, zawsze rozrachowując się tak, ażeby w przypadku czego złego, nawrócić było można.
Podkomorzy też w takich razach, miał takt wielki, gdy trzeba było czego się nie domyślać, — mógł dwa dni wodzić najwprawniejszego nawet jurystę, i drogę mu na przekór zagradzać. Dobrą godzinę chodzili tak jak zając z chartami, gdy i kot szczwany i sobaki nie w pierwszem polu. Co zajedzie deputat z której strony, to mu się Podkomorzy jakąś dziurą wyśliźnie. Próbuje z drugiej, niemożna. Obu pot kroplisty wystąpił na czoło, aż zmęczony deputat odezwał się:
— Panie Podkomorzy dobrodzieju.... ja w łaski pańskie dla mnie i rodziny mej zaufany, z prośbeczką do niego. Pan masz wnuczkę jak różyczkę, ja mam chłopca jak dąbczak urodliwego — hę? a nie popróbowaliśmy czy się to nie da poswatać....
Dopieroż ex abrupto schwycony stary, gdy się z pierwszych obrotów tak rychłego wystrzału nie spodziewał, na chwilę oniemiał. Nie było sposobu tylko neutralną rolę grając — praeter propter w żart to obrócić.
— Otoś strzelił kulą w płot, mój kochany deputacie — począł niby się śmiejąc, albo to do mnie należy? Jest ojciec i matka. Ja stary, niedołęga, tylko, gdy trzeba będzie błogosławić — pobenedykuję, a dawno tu już nie mam głosu. Po chwilce zaś dodał poufnie:
— Z jejmością mówcie. Jabym rad. Czemu nie? Chłopiec śliczny i rezolutny.
Chcąc się wywdzięczyć i deputatowi za takie przyparcie do ściany, już miał nawzajem pytanie na ustach Podkomorzy o rodzeństwo, sytuacyę i ową wieś puszczoną — gdy wszedł — wilk o którym była mowa, i rewanż staremu odjął. Zamilkli tedy.
W ciągu całej tej bytności, Czuryły nikt nie widział. Podkomorzy był na niego zły, boć przytomnością swą byłby go nieraz salwował.
Deputat, zręczny człek, dotarł do matki i pozwolenie bywania otrzymał. Wieczorem odjechali sąsiedzi, a staruszek niemogąc wytrzymać już z niecierpliwości, kazał kredensowemu chłopcu strząść cały dwór, a znaleźć Czuryłę.
Późno już bardzo, ujrzano Strukczaszyca, idącego wolnym krokiem z plebanii. Nie dano mu tchnąć, aby zaraz do Podkomorzego śpieszył; pognawszy go po chodzie, pan Kazimierz, nim się zjawił w progu, już począł:
— Ale to, jak mi Bóg miły — niesłychana rzecz! Co się z asindziejem dzieje! Zawsze gdy goście, gdy mi możesz być najpotrzebniejszym, giniesz. Cóż to było? — mów.
— A no — nic, p. Podkomorzy, poszedłem na plebanię, bo miałem interes do ks. Woroszyły, i zagadaliśmy się.
— Do tej pory! — zawołał stary.
Strukczaszyc przyszedł go w ramię pocałować.
— Panie Podkomorzy dobrodzieju — rzekł — niech mnie pan posłucha — a nie obraża się.
Stary oczy podniósł zdziwiony.
— Służę państwu, jak mogę, z duszy serca — ciągnął dalej Czuryło — Bóg widzi zdrowia i siłbym nie poskąpił — ale są kazusy — że mnie proszę uwolnić. — Ja nowych ludzi syt jestem. Powiem szczerze, uciekam od nich. — Ja — do gości — służyć nie mogę.
Było coś tak nadzwyczajnego w tem oświadczeniu Czuryły, wypowiedzianem niemal błagającym głosem, iż Podkomorzy zmięszał się nagle.
— A któż cię zmusza! — rzekł żywo — zlituj się. Tak się mówi! a no, przecie niewolnikiem nie jesteś, ani ja pretensyj nie roszczę żadnych. Tak się mówiło. Nie bierz mi za złe.
— Panie Podkomorzy! — zawołał gorąco Strukczaszyc. I nie gniewaj się, i serca nie trać do mnie. Nikt państwa tak jak ja nie kocha. Śmiało to powiedzieć mogę — nikt! A nom ja stary dziwak. Sami wiecie, chandry napadają czasem. Bierzcie mnie takim, jakim Bóg stworzył, a życie dorobiło.
Łzy miał na oczach mówiąc, popłakali się obaj zaczęli się ściskać, Podkomorzy przeprosił — i Czuryło usiadł na sepecie.
Musiał mu stary natychmiast opowiedzieć wszystko, jak, co, mówili i na czem się skończyło. Wśród rozmowy tej wspomniał i o Piatnickich. Imie to posłyszawszy Czuryło, z sepeta się zerwał jakby go sprężyna ruszyła, ale siadł natychmiast i słuchał spokojnie. Twarzy jego nie widział Podkomorzy. Zapewne skutkiem poprzedzającej rozmowy smutna ona była i zmieniona. Niewiele się nawet odzywał, co dało staremu sposobność obszernego wyłuszczenia wszystkich konsyderacyj, tyczących się Ruszków, Zubków, kolligacyi, sytuacyi i t. p.
Dopiero podana wieczerza i dymiące zrazy, na które zaproszono go, wyrwały Czuryłę z pokoju jegomości. W jadalni wzięła go na stronę p. Szczepanowa i odkryła mu, z przerażeniem i trwogą, że Zubce bywać dozwolono.
— Co to będzie! co to będzie! szeptała.
Nazajutrz rano Czuryło się na parę dni znowu wyprosił, za interesami.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.