Samotny

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Samotny
Pochodzenie Nieznanym szlakiem
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
SAMOTNY

Kto przeżył ciężkie dni samotności, ten rozumie smutny i mroczny nastrój, panujący w duszy.
W mojem życiu było kilka takich okresów.
Pierwszy — gdy długo podróżowałem po tundrze, drugi — w więzieniu politycznem, trzeci — w kniei syberyjskiej, gdy musiałem ukrywać się przed ścigającymi mnie bolszewikami.
Gdy nadchodzą dni tradycyj narodowych lub religijnych, związanych zwykle z rodziną, gronem najbliższych przyjaciół, społeczeństwem, — samotność staje się tragiczną, nieznośną i niebezpieczną.
Opowiem coś o tem.
W roku 1920-ym przecinałem przed świętami Bożego Narodzenia kraj Sojotów-buddystów.
Przechodziłem kraj niezaludniony. Na śniegu nigdzie nie spostrzegałem śladów ludzi lub koni.
Tu i ówdzie biegły ku lasom ścieżki, wydeptane przez jelenie, kozły skalne i wilki. Nieraz drogę mi przecinała wężowa linja odbić „bosych“ stóp niedźwiedzia...
Człowieka zaś nigdzie! Ani śladu jego konia, ani dźwięku głosu!
Nikt nie nadbiegł do mnie na błyski i miotanie się ogniska, rzucającego na wierzchołki modrzewi i brzóz płochliwe, pląsające płachty szkarłatnych cieni i blasków.
Coś z lekkim szmerem poruszało się w nagich, zwichrzonych krzakach wikliny. Może zając, a może — zwabiony ogniem, głodny wilk...
Tak wlokły się dni za dniami.
Nareszcie pewnego dnia obliczyłem, że zapada wieczór wigiljny.
Wtedy to wypełzła z dymu ogniska, z haszczy, ze śnieżnych zasp rozpacz i tęsknica dręcząca!
Porwała zimnemi szponami samotne serce, zdusiła, zraniła boleśnie, szeptać jęła słowa straszne, a przejmujące:
— Jeden strzał, jedna, tylko jedna kula i — cała męka, gorycz rozpaczy, z trudem zwalczana, beznadziejna prysną nazawsze... Rozumiesz?!
Już ciągnęły mi się ręce do broni, już zęby zacisnęły się ze zgrzytem rozpaczliwego postanowienia, już myśl odbiegła, gdy nagle jakoś dziwnie zaszeleścił, zaskrzypiał śnieg w pobliżu.
Podniosłem głowę, nadsłuchiwałem, a myśl, co już umarła, znowu powróciła, wołając do obrony życia.
Zwierz czy człowiek kroczy po przez puszysty całun śniegu?
Jeżeli człowiek — wróg czy przyjaciel?
Długo nadsłuchiwałem i zaczajony w krzakach oczekiwałem.
Wyłonił się wreszcie z haszczy.
Był to Sojot, biedny Mongoł-pastuch.
Jechał na reniferze, starym, rogatym i czujnym.
Człowiek miał twarz pooraną ospą, wargi i powieki zgryzione przez trąd.
Wytknął głowę straszliwą, baczną, podniósł ją ponad niskie krzaki i długo mi się przyglądał, macał każdą rzecz, leżącą przy ognisku, konia, siodło, karabin, wory z żywnością — puszkę z herbatą i sucharami, warzonemi na tłuszczu baranim.
Nareszcie podjechał, z siodła zszedł i pozdrowił krótkim: „Mendé“!
Usiadł przy ognisku i na kociołek zerknął pożądliwie.
Podałem mu kubek gorącego napoju i garść sucharów.
Jadł i pił łapczywie, w milczeniu.
Potem zmrużył czarne, skośne oczy, żółte zęby wyszczerzył i zaczął mówić. Długo, namiętnie mówił, chociaż wiedział, że nie rozumiem go.
Uczułem nagłą potrzebę opowiedzenia mu wszystkiego, co gnębiło mnie przez długie tygodnie samotnej, niebezpiecznej włóczęgi. Mówiłem też długo, to tęsknym głosem, to szeptem gorącym.
Opowiedziałem, że dziś cała moja rodzina zbierze się przy wieczerzy wigilijnej; powtarzać będzie moje imię i z rozpaczą myśleć o mnie, zaginionym oddawna.
Mongoł dziobatą, trędowatą twarz ku mnie pochylił i słuchał. Nagle poruszył się i wyciągnął z płomieni palącą się gałązkę. Zaczął kreślić nią ogniste kółka w powietrzu, narazie malutkie, chyże, później coraz szersze, niby ze szkarłatnych pereł splecione, a otwierające przed moim wzrokiem jakąś głębię bez kresu...
Ujrzałem znajome miasto, dom rodzinny i drogie oblicza... usłyszałem mowę polską i swoje imię, głośno, często wymawiane...
Wszyscy, których kochałem, o których wspomnienia rzewne nosiłem w sercu i duszy, jak żywi przede mną na jawie...
Trwało to... może noc całą, może zaledwie jedno mgnienie oka. Nie wiem... nie wiem.
Silniejszy podmuch mroźnego wiatru otrzeźwił mnie.
Ujrzałem zmrużone, czarne oczy Mongoła, jego zżartą chorobami twarz i żółte kły.
Śmiał się cicho i czarną dłoń ciągnął ku torbie, patrząc na mnie błagalnie i chytrze zarazem.
Dałem mu nową garść sucharów i nalałem herbaty.
Wypił, zjadł do ostatniej okruszyny, palce oblizał i wstał z cichym jękiem.
— Mendé! — szepnął, wgramolił się z trudem na siodło i, postękując, odjechał.
Weselej zapląsały języki ognia, miotały się na wietrze obłoki dymu smolnego, syczała woda, kipiąca w kociołku, a koń mój nagle zarżał głośno i radośnie.
Widocznie, świt się zbliżał...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.