Samotność (Maupassant, 1927)
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Samotność |
| Pochodzenie | Ojcobójca |
| Wydawca | Wydawnictwo "Taniej Książki" |
| Data wyd. | 1927 |
| Druk | Warszawa : I. Haendler |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Solitude |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Było to po bardzo wesołym, męskim obiedzie. Jeden z pośród zebranych towarzyszy, mój dawny przyjaciel, rzekł do mnie:
— Czy chcesz się przejść ku Polom Elizejskim?
I poszliśmy, idąc zwolna popod drzewami, zaledwie okrytemi liściem. Oprócz przytłumionych a nieustannych odgłosów, dochodzących z wielkiego miasta, panowała cisza zupełna. Chłodny powiew wiatru muskał nas po twarzy, a miljony rozsianych gwiazd migotały na ciemnem sklepieniu niebios.
— Nie wiem dlaczego — ozwał się mój towarzysz — tutaj w nocy oddycham nierównie lżej, niż gdzie indziej. Zdaje mi się, że moja myśl rozszerza się i nabiera polotu. Chwilami jakaś błyskawiczna jasność przenika mój umysł i przez jedno mgnienie oka wydaje mi się, iż mógłbym odkryć cudowną tajemnicę porządku rzeczy. Po chwili okienko się zamyka i na tem koniec.
Tak rozmawiając, widzieliśmy od czasu do czasu przesuwające się wzdłuż alei dwa cienie, a mijając jedną ławkę, dostrzegliśmy dwoje ludzi, siedzących tak blisko siebie, że ich postacie połączone, tworzyły jakby jedną wielką czarną plamę.
Mój towarzysz, patrząc na nich, rzekł:
— Biedni ludzie! Budzą we mnie nie niesmak, ale bezmierną litość. Z pomiędzy wszystkich tajemnic życia ludzkiego, jedną zdołałem przeniknąć: największe udręczenia nasze pochodzą stąd, że jesteśmy wszyscy sami, i wszystkie nasze usiłowania, wszystkie nasze czyny zmierzają jedynie ku temu, ażeby uniknąć owej samotności. Tamci naprzykład, zakochani, siedząc na ławce, na świeżem powietrzu, usiłują, jak my, jak wszyscy na świecie, wyrwać się choćby przez chwilę osamotnieniu; niemniej wszakże, podobnie jak my, są i pozostaną sami. Cała różnica polega na tem, że jedni odczuwają to mniej, a drudzy więcej.
Od pewnego czasu, to jest od chwili, kiedy zrozumiałem i odkryłem straszną samotność, na jaką jestem skazany, znoszę męki piekielne, bo wiem, że jej niczem, ale to niczem, czy słyszysz, niczem usunąć nie można! Cokolwiekbyśmy przedsięwzięli, cokolwiekbyśmy czynili, jakiekolwiek byłyby porywy naszych serc, upojenia płomiennych pocałunków naszych ust, uściski naszych objęć, jesteśmy i pozostaniemy zawsze samotni!
Wyciągnąłem cię dziś wieczorem na ten spacer, ażebym nie wracał sam, bo strasznie mi teraz cięży samotność mego mieszkania. I nacóż się to przydało? Mówię do ciebie, ty mnie słuchasz, jesteśmy tuż przy sobie, a jednak każdy z nas jest sam. Czy mnie rozumiesz?
Szczęśliwi ubodzy duchem, powiada Pismo. Mają przynajmniej złudzenie szczęścia. Oni jedni nie czują naszej opłakanej samotności, nie błądzą tak, jak ja, poprzez życie, bez innego zetknięcia z drugimi, prócz starcia się łokci, bez jakiejkolwiek innej radości, prócz smutnego zadowolenia, że rozumiem, widzę, odgaduję i nieskończenie cierpię przez świadomość wiecznej naszej samotności.
Wydaję ci się cokolwiek szalonym, nieprawdaż?
Posłuchaj mię. Od chwili, kiedy uświadomiłem sobie osamotnienie całej mojej istoty, zdaje mi się, że zapadam w jakieś ciemne podziemie, którego nie widzę brzegów, nie znam końca, a które może, może nie ma kresu! Zanurzam się w nie, nie mając nikogo z sobą, nikogo wokoło siebie, nikogo z żywych istot, idących tą samą ponurą drogą. Owo podziemie — to życie. Czasami słyszę hałas, głosy, krzyki... zbliżam się ku nim poomacku. Ale nie wiem nigdy naprawdę, skąd one pochodzą; nie spotykam nigdy nikogo, nigdy drugiej ręki, wśród otaczających mię ciemności, Czy mię rozumiesz?
Niektórzy ludzie odgadywali czasem to straszne cierpienie.
Musset wołał:
„Nikit!“ — zegar się odzywa.
Ale u niego było to tylko chwilowem zwiątpieniem, a nie taką jak u mnie zabójczą pewnością. Był poetą; wypełniał życie wizjami, marzeniami, nie był więc nigdy zupełnie sam. Ja jestem sam!
Gustaw Flaubert, jeden z najnieszczęśliwszych tego świata, bo jeden z najjaśniejszych umysłów, czyż nie napisał do swej przyjaciółki rozpaczliwych słów: „Wszyscy żyjemy, jak na pustyni. Nikt nie rozumie drugiego“.
Nie, nikt nie rozumie drugiego, cokolwiekby się o tem myślało, mówiło, robiło. Czy ziemia wie, co się dzieje wśród tych gwiazd, jak ziarnka ognisk, rzuconych w przestrzeń tak daleko, że dostrzegamy zaledwie blask niektórych, gdy niezliczone szeregi innych giną w nieskończoności, będąc może tak blisko siebie, że tworzą całość, jak atomy, co łącząc się, tworzą ciało?
Otóż tak samo człowiek, nie wie, co się dzieje w innym człowieku. My jesteśmy bardziej oddaleni od siebie, niż te gwiazdy, a przedewszystkiem bardziej odosobnieni, bo myśl jest niezgłębiona.
Czy znasz coś straszniejszego nad to ciągłe obcowanie z istotami, których nie możesz przeniknąć! Kochamy się wzajem, jakbyśmy byli przykuci tuż przy sobie, z wyciągniętemi ramionami, a nie mogli się zbliżyć. Pragnienie połączenia się dręczy nas, lecz wszystkie nasze usiłowania są bezowocne, nasze uczucia bezużyteczne, nasze zwierzania bezskuteczne, nasze uściski bezsilne, nasze pieszczoty płonne. Pragnąc się zlać w jedność, zaledwie się wzajem potrącamy.
Nigdy nie czuję tak bardzo swej samotnosci, jak w chwili, gdy otwieram serce przyjacielowi, bo wtedy najlepiej rozumiem nieprzebytą zaporę, jaka nas rozdziela. Ten człowiek stoi przede mną, ale co się dzieje poza temi oczami, w jego duszy, tego ja me wiem. Słucha mię, ale co myśli? Tak, co myśli. Czy ty rozumiesz to udręczenie? Może mnie nienawidzi? Może mną gardzi, lub może drwi ze mnie? Analizuje to, co mówię, sądzi mię, wyśmiewa, potępia, uważa za miernotę lub głupca. Jakżeż mogę wiedzieć, co myśli? Jak wiedzieć, czy mnie kocha, tak jak ja jego? Jak wiedzieć, co się tam, dzieje w tej małej okrągłej głowie? Jakąż, tajemnicą jest myśl w żywej istocie, myśl ukryta i wolna, której nie możemy ani zbadać, ani nią kierować, ani ujarzmić, ani zwyciężyć!
Tak samo ja, chociażbym me wiem jaki, chciał się zwierzyć w zupełności, odsłonić wszystkie kryjówki swego ducha, nigdy tego nie zdołam uczynić. Zachowuję w głębi, w najgłębszej głębi tajemniczy kącik swego ja, którego nikt odkryć, ani się doń dostać nie może, bo nikt nie jest do mnie podobny, bo nikt nie rozumie nikogo.
Czy przynajmniej ty w tej chwili mnie rozumiesz? Nie, uważasz mnie za szaleńca, badasz, nawet się cokolwiek lękasz. Pytasz: siebie: „co mu się dziś stało?“ Jeśli wszakże kiedykolwiek zdołasz pochwycić i odgadnąć to subtelne, a tak dotkliwe cierpienie, jakie znoszę, przyjdź i powiedz mi tylko: Zrozumiałem cię! a może choć na sekundę uczynisz mnie szczęśliwym.
Najdotkliwiej jednak dają mi uczuć samotność kobiety. Niestety! jakże bardzo przez nie cierpiałem; one bowiem, częściej niż mężczyźni, dawały mi złudzenie, że nie jestem sam!
Kiedy miłość zaczyna się budzić w sercu, zdaje nam się, że świat cały do nas należy! A czy wiesz, dlaczego? Czy wiesz, skąd pochodzi to uczucie bezgranicznego szczęścia? Jedynie stąd, że nam się wydaje, iż nie jesteśmy sami, że nasze osamotnienie, odosobnienie znikło. Co za pomyłka!
Silniej jeszcze dręczona tą wieczną potrzebą miłości, szarpiącej nasze samotne serce, kobieta jest wielkiem kłamstwem ułudy.
Znasz te rozkoszne godziny, spędzane z istotą o długich włosach, o powabnych rysach, o spojrzeniu, doprowadzającem nas do obłędu? Co za upojenie ogarnia nasz umysł! Jakiemuż ulegamy złudzeniu!
Ona i ja, za chwilę będziemy stanowić jedność. Lecz ta chwila nigdy nie nadchodzi i po całych tygodniach oczekiwania, nadziei i zwodnej radości, nagle pewnego dnia uczuwasz się bardziej niż dotąd — samotnym!
Po każdym pocałunku, po każdym uścisku, osamotnienie się zwiększa, A jakie okropne! Czyż jeden z poetów, M, Sully Prudhomme, nie napisał:
To miłości biednej bezowocnej próby,
A później kończy się wszystko, zaledwie możemy rozpoznać kobietę, która przez chwilę była wszystkiem w naszem życiu, lecz której myśli, banalnych prawdopodobnie, nie znaliśmy nigdy!
Nawet w chwilach, kiedy się zdawało, że w tajemniczym akordzie dwóch istot, w najzupełniejszem zjednoczeniu pragnień i porywów, wniknęliśmy w głębię jej duszy, jeden często wyraz, jeden, jedyny wyraz wykazał nam naszą pomyłkę i jako błyskawica wśród nocy oświetlił dzielącą nas czarną przepaść.
A przecież najlepszym jeszcze w życiu jest wieczór, spędzony u boku ukochanej kobiety, w milczeniu; w błogiem tylko upojeniu samą jej obecnością. Więcej nie żądajmy, gdyż nigdy dwie istoty nie mogą się zjednoczyć w zupełności.
Co do mnie, zamknąłem już swą duszę. Nikomu teraz nie mówię, w co wierzę, co myślę, co kocham. Wiedząc, że jestem skazany na straszną samotność, patrzę na rzeczy, nie wyjawiając swego zdania. Cóż mnie mogą obchodzić różnorodne sądy, spory, przyjemności, przekonania! Nie mogąc się z nikim podzielić, zobojętniałem dla wszystkiego. Myśl moją pozostawiam w ukryciu, a na pytania, jakiemi mię codzień obrzucają, mam pewną ilość odpowiedzi zdawkowych i uśmiech znaczący: „tak“, gdy mi się i mówić nie chce.
Czy mnie rozumiesz?
Przebyliśmy całą długość alei, aż do Łuku Triumfalnego, następnie doszliśmy do Placu Zgody, gdyż mówił to wszystko zwolna, dodając jeszcze wiele rzeczy, których nie pamiętam.
Nagle stanął i wyciągnął rękę ku stojącemu na bruku paryskim wysokiemu obeliskowi z granitu, którego kształty egipskie zacierały się w mrokach nocy, a na powierzchni widniała nieczytelnemi znakami historja jego kraju, zawołał:
— Patrz, wszyscy podobni jesteśmy do tego kamienia.
I odszedł, nie rzekłszy więcej słowa.
Czy był pijany? Czy mówił jak mędrzec, czy też jak; szaleniec?
Nie wiem dotąd. Czasem mi się wydaje, że miał słuszność, a czasem, że zwarjował.