Samobójca (Uniłowski)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Samobójca (Uniłowski)
Pochodzenie Człowiek w oknie
Data wydania 1933
Wydawnictwo „Wydawnictwo Współczesne“
Druk Zakł. Graf. "Drukarnia Bankowa"
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
SAMOBÓJCA.

Wreszcie nadszedł ów dzień, w którym Idzi — jak zapewniał swoich przyjaciół — powinien był strzelić sobie w łeb; — dzień 22 sierpnia. Imieniny najdroższego Idziemu człowieka, Symforjana tego samego, co to wynalazł aparat przeciw skrzypieniu łóżek, — samobójcy zapomocą fraka, wielu tuberoz oraz pewnej subtelnej trucizny. — Rzecz stała się akurat rok temu.
A teraz kolej na Idziego. Chiromantę z praktyką w Indjach.
Ów dzień 22 sierpnia — była to niedziela, — z marszem wojska przy dźwiękach orkiestry miejscowego pułku, z biciem dzwonów i mieszkańcami odświętnie poubieranym i, wracającym i z kościoła, mężczyźni: wysoko zawinięte nogawki spodni, tak ze widać brzeżki cielistych skarpetek, wdzięcznie się odcinających od lśniących lakierków, kobiety: w lewej ręce różne pobożne sprzęty, — prawa podtrzymuje brzeg sukni, ukazując w ten sposób ładne i mniej ładne nogi. Wszystko to, z powodu błota.
Idzi stał pośrodku pokoju w pięknych kalesonach — (białe w różowe paseczki) i patrzał marząco przez okno na psy, zabawiające się we właściwy sobie sposób. Idzi późno dzisiaj wstał, późnem ranem — i przed chwilą dopiero opuścił łóżko — można sprawdzić, jest jeszcze ciepłe. Idzi późno dzisiaj wstał, ponieważ wczoraj długo, do północy, a może i dłużej — spacerował z panną Gizią po alei, tej koło cmentarza, — i mówił o przyszłości, oczywiście o przyszłości ich obojga, a nie jej — panny Gizi. Czy Idzi, dlatego że był chiromantą, miał nawet sobie wróżyć? — Nie, tego się nie przypuszcza. — Idzi marzył i sam przypuszczał co to z tego wyjdzie, gdy się ożeni z panną Gizią — asystentką dentysty z ulicy Przydługiej. Z takich to oto przyczyn Idzi późno wstał i czuł się dobrze, tak, psychicznie czuł się dobrze, — raz, z powodu dżdżystej niedzieli, (bardzo lubił Idzi takie smętne niedziele) dwa, z powodu owej wczorajszej rozmowy. Nie będzie się wnikało w to, co tam mówili, w te szczegóły — fakt, — konsekwencje tej rozmowy widzi się na rozjaśnionej, acz zmęczonej snem twarzy Idziego.
W swoim pokoju Idzi wyglądał jak o coś białego pośrodku czegoś ciemnego. No, bo stał w bieliźnie, a pokój był ciemny. Tajemniczy pokój chiromanty. — Tak się przedstawiał: łóżko zasłonięte kotarą, to jest sypialnia, — a cały salon jest niewielki. Okna tylko teraz są odsłonięte, bo tak, przez cały dzień zasłaniają je czarne, w gwiazdy i księżyc haftowane firanki. Pod ścianą, pomiędzy dwoma oknami, stoi stół nakryty aż do samej ziemi długą, czarną materją, wyszywaną w ręce z rozczapierzonemi palcami, spojrzenia, nietoperze, karty i różne inne tego rodzaju czarodziejskie utensylja. Obok stołu stoją dwa plecione foteliki, pomalowane na czarno. Na ścianie pod sufitem wisi wypchana sowa, a wogóle na ścianach, także na czarno malowanych, wisi wiele niesamowitych obrazków. Cały pokój jest czarny i Idzi, gdy się ubierze, będzie czarny i duszę ma czarną, samobójczą.
A więc Idzi był zadowolony — szczęśliwy prawie: panna Gizia, kobieta zarobkująca, — dżdżysta niedziela, napływ klienteli, większy niż zazwyczaj, naskutek nastrojowej pogody.
Idzi umył pośpiesznie twarz, następnie wymoczył nogi, i poobcinał u tychże paznokcie — zwykł był to czynić raz na tydzień. Po krótkim czasie stał przed zapstrzonem lustrem, w swoim czarnym, ponurym, wiele dającym do myślenia, garniturze — i czesał, obficie różaną pomadą namaszczone, włosy — na przedział. Gwizdał przytem marsza austrjackiego, przytupując sobie nogą.
Po śniadaniu wyjął z szuflady stołu wielki tom encyklopedji, położył go na specjalnej podstawce, usiadł i począł czytać, zapaliwszy uprzednio dwie żółte, w ptaszki pomalowane, gromnice.
W pokoju chiromanty było mroczno jak w kaplicy, i tajemniczo. Z oddali dochodziły uszu czytającego, ckliwe tony „Serenady“ Schuberta granej na okarynie.

W pewnej chwili, w sieni rozległ się tupot nóg, sapanie i zastukano ostro do drzwi pokoju Idziego.

Wsunęło się coś tak małego, że Idzi zastanowił się, skąd ta kupka ciała w szarem paltociku, była w stanie narobić tyle hałasu, tam w sieni. — Był to komiwojażer z podłużną kępką, miedzianego koloru wąsów pod ślicznym i kształtnym noskiem. Zatrzymał się on tutaj w przejeździe na parę dni i zaofiarowywał sklepom, począwszy od mydlarza, a skończywszy na mączarni, doskonale — jakoby — spreparowane, trwałe prezerwatywy o różnych intrygujących nazwach.

Dzisiaj była właśnie niedziela i chciałby się dowiedzieć coś nie coś o sobie — zwrócił się do Idziego, który stał przed nim w pozie demonicznej, acz pełnej godności.

— Polecił mi Pana, — pan pisarz gminny, który wziął ode mnie trochę towaru. — W młodości, we wczesnej młodości, marzyło mi się, że będę człowiekiem na miarę Casanovy — pan czytał, prawda? — Otóż nie jestem jeszcze tak stary i pragnąłbym się dowiedzieć — a nuż, — żeby pan swoją wiedzą. — Nawet zawód sobie wybrałem miłosny — tylko panie! — kochany i drogi panie! — płacę towarem?!

— Cóż to za towar?
Komiwojażer wspiął się na palcach, do ucha Idziego, i coś tam szeptał, ale ten przy pierwszych słowach począł potrząsać głową.
— Go też pan — panie! — fantazja — nie używam — nie — niee — nieee!!
— Każdy mężczyzna dbający o hig...
— Nie-e! nieee!!
Nagle Idzi poczuł, że mu jest bardzo nudno, pewne niewyraźne przeczucie poczęło go dręczyć, odezwał się do komiwojażera:
— No, dobrze! — przestań pan już tak wiele mówić, — zostaw pan, — daj pan rękę!
Idzi począł bezmyślnie przyglądać się linjom małej, trzęsącej się rączki komiwojażera. Miażdżył go takiemi oto, monotonnie wypowiadanemi słowami:
— Casanova — hmm! — jak to może być taki impotent, jak pan, człowiekiem na miarę Casanovy? — co się panu bzdurzy w tej głowinie? (Idzi dał mu prztyczka w czoło). — Jest pan sobie zwyczajnym małym żydkiem, handlującym morderczymi preparatami, używanemi przez lowelasów w rodzaju pisarza gminnego. — Z tego, co widzę na pańskiej dłoni, życie pana potrwa zaledwie parę tygodni i radzę panu te ostatnie dni poświęcić skrusze, a nie handlowi, temi, naturę obrażającemi świństwami... Życie pośmiertne, też mi u pana, jakieś, nie tego!
Ale w tej chwili komiwojażer wstał z krzesła i wyszedł z płaczem. Idzi machnął za nim ręką.
Na stole pozostało pięć kolorowych etykiet ze znakami zapytania.
Idzi czuł się teraz bardzo źle, — gryzł ziarna słonecznikowe i palcam i lewej ręki bębnił w serce wyszyte na materji nakrywającej stół. Coś mu dolegało, ale nie wiedział co; podświadomie wyczuwał nader żywy niepokój. I w tej właśnie chwili, postanowił pójść do Ejlepela, właściciela paru karuzel i huśtawek, oraz znakomitego gracza w „Neurastenika“. Szybko zawinął nogawki od spodni, aby uchronić je od błota, — do kieszeni kamizelki wsunął jedną torebkę z gumową zawartością (uśmiechnął się przytem perfidnie), zgasił gromnice i wyszedł, nucąc coś niezrozumiałego.
A u Ejlepela towarzystwo było takie: Irmin Kaszel, socjalista, który napisał jedyny raz w życiu artykuł, drukowany w „Zewie Ojczyzny“, człowiek bardzo blady i wiecznie bronzowo się noszący. — Surogat, właściciel składu trumien, pozatem nic ważnego. — Adaś Plus, były masażysta, obecnie zajmujący się hodowlą ogórków, — i, wreszcie Ejlepel, jegomość miły, sprawiający bliźnim wiele przyjemności swemi karuzelami. Piąty wszedł Idzi, i wszyscy odrazu przywitali go spojrzeniami pełnemi zdziwienia, i nawet, zwłaszcza zauważyć to można było w specjalnem skrzywieniu ust Irmina Kaszla, nawet pogardy. Trumniarz, Surogat, zapytał:
— Jakto?! — żyjesz! — Idzi, bój się Pana Jezusa!!
— Ale Idziemu nic już nie trzeba było tłumaczyć, — by gdy tylko wszedł do pokoju, wzrok zaćmiło mu wielkie, czerwone 22 i pod spodem: Symforjana. W głowie nieszczęsnego chiromanty zerwał się taki zamęt, że położył się na dywanie, nie odpowiadając na pytanie Surogata.
— Hmm, — jeszcze ma czas — do dwunastej, powiedział Plus.
— Wypij kieliszek piołunówki i zjedz pół jajeczka z chrzanem, — to ci dobrze zrobi — radził Ejlepel.
— Jak się będziesz strzelał, to tylko w usta — pojmujesz — to pewne — bo skroń i piersi, to blaga, — znamy te rzeczy, — Tylko lufę w usta, to już tam wcelujesz na pewno, i Plus zakręcił pirueta z tartinką w palcach.
Teraz Idzi oprzytomniał już prawie zupełnie i pił piołunówkę za piołunówką. — Przykro było patrzeć na intensywność urzynania się, tego subtelnego chiromanty. Mówił przytem i przerywał sobie tylko połykaniem połówek jaj z chrzanem.
— O, Wisznu! — panie tego z tym Symforjanem! — Pamiętacie rok i dwa dni temu?! — Był to żywiusi, czerwoniuteńki człowiek. U tego samego Ejlepela jedliśmy duszone grzybki — pamiętam jakby to dziś było. Symforjan jadł jak zwykle — wytwornie i, — klnę się na Buddę — ktoby to przypuszczał. — Jadł duszone grzybki, a teraz pewnie gnije tam w ziemi i...
— E, gdzie tam gnije — przerwał Surogat — już dawno zgnił, zostały pewnie kości i resztki fraka, — a ten frak — pamiętacie co to było z tym frakiem? — Ileż to razy Symforjan jeździł do Osmętnicy, do miary, a potem, jak się pierwszy raz pokazał w nim u siostry tego suflera, co to lubił często mawiać swym chrapliwym głosem: br... jak zimno, jeśli by się coś wypiło, to możnaby się rozgrzać, — otóż jak się pokazał nasz Symforjan na przyjęciu, nie pamiętam już na jaką intencję wydanem, u siostry tego suflera, Panie nie niszcz mi wzroku!! — wyglądało to, jak jakieś attaché — baby! — szalały, — ale on, zauważyłem, — niebardzo za kobietami — pamiętam...
— Za subtelny był na to — powiedział Idzi cicho i marząco.
— Tak, tak, — ryknął Plus, pożerając sardynkę — wszyscy będziemy gnili, jak te moje ogórki w zeszłym roku, — a ty, Idzi, jak dobrze pójdzie — rozpoczniesz tę czynność już za trzy, cztery dni — Tak, tak, — chiromancja nie pomoże — trachniesz sobie w gębę aż miło, — połkniesz ołowianą pigułkę.
Wszyscy mieli zadowolone twarze, a Surogat poradził uprzejmie Idziemu:
— Słyszałem, że gdzieś istnieje towarzystwo, mające na celu skupowanie szkieletów u ludzi żywych, aby po śmierci zabrać je sobie na własność. — Podobno dobrze płacą — czyby pan może?
— Nie mam już czasu.
Poczęto pić i żegnać się z przyjacielem; całowano go i pocieszano. — Surogat zaczął mówić o życiu pozagrobowem i dał mu dziesięć procent rabatu na trumnie. Ejlepel z Kaszlem grali w „Oko“, a Plus w dalszym ciągu jadł.
Kiedy Idzi pisał testament, odezwała się żona Ejlepela, która przez cały czas siedziała w kącie pokoju i czytała sprośnego Aretina.
— Czy koniecznie musi się pan zastrzelić? — Nie lepiej to żyć?!
Idzi miał minę bardzo zafrasowaną.
Ejlepelowa podeszła do Idziego i delikatnie usiadła mu na kolanach.
— Właściwie dlaczego ma pan zamiar popełnić samobójstwo?
— Bo ja wiem, moja pani!
A po paru godzinach:
— Wiecie, panowie — rozmyśliłem się, — Symforjan — prawdę mówiąc — nie jest wart krwi mojej i — wiecie — życia mego. Przecież przez niego o mało, o mało nie popełniłem samobójstwa, a tak ożenię się z Gizią. — Tak, ten Symforjan, to drań.

I długo jeszcze Idzi opowiadał przyjaciołom o perfidnych sztuczkach Symforjana.
Pointe‘a
HAPPY END.

Na drugi dzień, w słoneczne popołudnie, Idzi, wychodząc ze sklepu, gdzie kupował szelki, zobaczył po przeciwległej stronie ulicy pannę Gizię z wiszącym u jej lewego ramienia komiwojażerem. — Dognał ich z błędnym spojrzeniem i popatrzył w jasne, przeczyste źrenice Gizi — wyrażały nieubłaganą prawdę.
— No cóż?! — podoba mi się ten mały. Gizia ogarnęła czułym wzrokiem komiwojażera.
— To tak?!?!?!!
Komiwojażer chciał uciekać, lecz przytrzymało go energiczne ramię panny Gizi. Zdjęła mu kapelusz i poczęła głaskać po główce.
— Niech mi go pan nie straszy temi wściekłemi oczyma — on taki mały i wygląda teraz jak zraniony jelonek. Pan jest dla mnie za bardzo konspiracyjny, panie Idzi. — Nie podobają mi się te pańskie wieczorne rozmowy na migi z gwiazdami. Mam wrażenie, że będę szczęśliwa z Mondelkiem. Życzę panu wiele szczęścia — mimo, że mi pan wróżył wyjście zamąż, za referenta Papiera, pamięta pan? — Jeszcze w pierwszych dniach naszej znajomości, zanim mi się sam pan nie oświadczył — cały czas myślałam o Papierze, ale teraz wychodzę za Mondelka. — Mondelek, chodź! — i Gizia zniknęła za zakrętem ulicy, ciągnąc za rękę wystraszonego komiwojażera.
Wieczorem po alei cmentarnej przesuwały się cicho, — słodko szepczące pary i pachniały pieczarki. Na murawie leżało ciało Gizi, po którem sycząc z rozkoszy, łaził komiwojażer. A tam, u siebie, w pokoju — bujały się zwłoki Idziego, zawieszone za szyję, u sznura przymocowanego do haka w suficie. Zwłoki były w kalesonach, a kalesony były białe w różowe paseczki, te same, co w dniu imienin Symforjana.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.