Salamandra (Grabiński, 1924)/Epilog

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Grabiński
Tytuł Salamandra
Podtytuł Powieść fantastyczna
Data wydania 1924
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Drukarz Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Poznań – Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Epilog.

Po długiej, nieskończenie długiej nocy ujrzałem nad sobą czyjąś twarz. Była znajoma mi i życzliwa. Podniosłem się i wyciągnąłem rękę. Ujęła ją dłoń ciepła i przyjacielska.
— Nie wolno się ruszać! — mówił ktoś pochylony nade mną
— To pan, panie doktorze? — zagadnąłem, przemagając ogromne znużenie, które przyciskało mi powieki żelaznemi palcami.
— Nie wolno mówić — brzmiał ten sam głos z wielkiej oddali.
Wbrew zakazowi usiadłem na łóżku. Poznałem dr. Biegańskiego.
— Gdzie jestem? Czy Wierusz wrócił?
— U siebie w domu. Pana Wierusza nie znam.
— Kto mnie tutaj przyniósł? Czy oddawna tu leżę?
— Powoli, powoli. Proszę leżeć cicho i nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Przebył pan szczęśliwie nader poważną chorobę; wszelkie wzruszenia mogłyby panu zaszkodzić.
— Którego mamy dzisiaj? — rzuciłem okrążające pytanie.
— 26. lipca.
Policzyłem dni i zrobiło mi się nieswojo.
— Więc aż cały miesiąc leżałem w malignie?
— Mniejsza o to, od kiedy i jak długo; dzięki Bogu niebezpieczeństwo minęło.
— Co to było? Chyba zapalenie mózgu? Co?!
— Panie Jerzy — odpowiedział wymijająco lekarz — co zależy na rodzaju choroby? Nomenklatura obojętna. Przeszło, minęło — myślmy o chwili obecnej. Jak się pan czuje?
— Jestem straszliwie wyczerpany.
— Naturalnie. Przez parę tygodni żywiłeś się pan niemal wyłącznie kwaśnem mlekiem w dawkach minimalnych.
— Czy był tu Wierusz?
— Nie było nikogo. Przyszły tylko pocztą z początkiem lipca dwa listy; leżą tam na biurku nierozpieczętowane.
— Dziękuję panu, doktorze! Ocaliłeś mi życie.
Uścisnąłem mu rękę.
— Głupstwo. Teraz muszę odejść na parę godzin. Wieczorem zajrzę tutaj znowu. Pozwalam panu zjeść dobry rosół i kawałek białego mięsa; najlepiej coś z drobiu. Dowidzenia!
Ledwo wyszedł, wyskoczyłem z łóżka.
— Listy, listy!
Drżącą ręką rozłamałem pieczęci. Pierwszy był od pani Stanisławy Grodzieńskiej z datą 28. czerwca.
— Łaskawy Panie Jerzy! — pisała matka Halszki. — Od czterech dni nastąpiło w chorobie Halszki szczęśliwe przesilenie; bóle ustały nagle 24. b. m. w godzinach popołudniowych. Dr. Biegański stwierdził, że znikła bez śladu zagadkowa przemiana krwi. Bogu Najwyższemu dzięki!... To cudowne, prawdziwie opatrznościowe ocalenie naszej dzieweczki musiało wywrzeć na niej silne i głębokie wrażenie. Zdaje się pod jego wpływem dojrzało w niej niezłomne postanowienie, by odtąd poświęcić życie wyłącznie Bogu i Jego chwale. Trzeba przyjąć to spokojnie, Panie Jerzy, i uznać jej wolę, tak jak myśmy oboje z Henrykiem ją uznali. Widocznie to jej było losem przeznaczone...
Jutro wieczorem wyjeżdżamy do północnej Francji, do Trouville nad morzem. Tam Halszka rozpocznie swój nowicjat w klasztorze Panien Klarysek....
Żegnam Pana, Panie Jerzy, żegnam jak syna. Bóg mi świadkiem, pragnęłam widzieć Was Oboje połączonych węzłem małżeńskim, pragnęłam z duszy całej pobłogosławić Wasze drogie głowy. Lecz znać sądzonem było inaczej. Przyjm z pokorą wolę Nieba i pomyśl, że może od Twego wyrzeczenia się zawisło jej życie...

Szczerze życzliwa
Stanisława Grodzieńska.

Jak piorunem rażony siedziałem długo, wpatrując się bezmyślnie w pismo. W głowie huczało mi nieznośnie, gardło ściskały niewidzialne kleszcze. Machinalnie opuściwszy wzrok na adres listu drugiego, poznałem jej rękę. Błysk nieuzasadnionej nadziei rozdarł mrok rozpaczy. Otworzyłem kopertę. Z wnętrza wypadły dwa arkusiki papieru: jeden pisany ręką Halszki zawierał tylko te trzy słowa:
— Przebaczam Panu. — Helena; — drugim był jeden z listów pisanych przeze mnie do Kamy: namiętny, pełen uwielbienia i szału.
Wzdrygnąłem się jak pod ukąszeniem węża. Straszliwa zemsta kochanki dosięgła mię w samo serce... Ból ostry przeszył mię nawskroś i pogrążył w odrętwienie. Głucha rozpacz zaległa martwotę domu i tłukła się bezsilna po ścianach. Jakiś biedny, słaby człowiek tarzał się w podrzutach katuszy i gryzł palce w nieludzkiem cierpieniu. Biedny marny człowiek...
Jęk mię obudził żałosny, przeciągły jak wycie wichury. Tępym, automatycznym krokiem wywlokłem się z mieszkania...
Po drodze mijałem jakieś domy, ulice, spotykałem jakichś ludzi, odpowiadałem na czyjś ukłon. Ktoś mię raz zaczepił i mówił coś do mnie żywo i wśród gestów, nie pamiętam co. Na rogu którejś z przecznic ktoś inny potrącił mię w pędzie, omal nie obalił na bruk. Nie wziąłem mu tego za złe. Zatoczyłem się tylko jak pijany i poszedłem dalej...
Gdzieś już pod zachód zadzwoniłem do bramy znanego mi domu. Wyszedł sługa stary, w ciemno wiśniowej liberji.
— Państwo w domu? — rzucam śmieszne pytanie.
— Wyjechali zagranicę.
— Na długo?
— Nie wiem, proszę pana...
Brama zamknęła się z powrotem. Kalwarja włóczęgi bez celu rozpoczęła się od nowa. Znalazłem się wreszcie na Parkowej.
— Numer 6! — powtarza mi wciąż głos czyjś uparty — Numer 6!
— Jest, jest! Widnieje zdaleka biała tabliczka z czarną szóstką na czole furtki. Bo tylko furtka została — żelazna furtka i siatka z zielonego drutu. Che, che, che! Siatka otaczająca starannie, z pedanterją godną lepszej sprawy czworobok z rumowia! Co?!... Jest i taster od dzwonka?... Czemużby nie? Ocalał guzik i część drutu rozpiętego na parkanie.
Podnoszę palec i naciskam kontakt.
— Halo! Andrzeju jesteś w domu?...
O ironjo! O mocy przyzwyczajenia?
Wchodzę w obręb siatki, przemierzam jak lunatyk mały wirydarz, zasypany W części odmiotami gruzu, i staję w samem sercu ruiny. Jest zachód i czerwony uśmiech słońca krwawi się na strzyży z wapna, tynku i cegieł. Ani śladu choćby jednej ściany, choćby ułamka muru, choćby wspomnienia zrębu. Wszystko na proch starte, na biały, sypki, chrzęszczący pod stopą miał... Co za pustka!...
Słyszę głos swój chrapliwy, zmieniony, obcy:
— Andrzeju! Andrzeju!
Z sąsiedniej willi wychyla się z okna nad granicznym parkanem głowa jakiejś kobiety.
— Kogo pan szuka?
— Czy pan Andrzej Wierusz wyjechał?
— Nie znam tego pana.
— Jakto? Sąsiad pani najbliższy, były właściciel tego domu.
I ruchem ręki wskazuję ruiny.
— Nazwisko mi zupełnie nieznane. Właścicielem był inżynier Rudzki, który zginął pogrzebany pod gruzami tej willi jeszcze przed 10 laty.
— A potem? Kto odbudował dom ten potem?
— Nikt. Od 10 lat miejsce leży odłogiem.
— To szaleństwo! Tutaj jeszcze przed miesiącem stał dom! Katastrofa nastąpiła 24. czerwca!
Kobieta uśmiecha się i patrzy na mnie w szczególny sposób.
— Pan uległ zapewne pomyłce. Może to przy innej ulicy. Te ruiny istnieją tu od 10 lat... — Uśmiecha się raz jeszcze i znika w głębi mieszkania. W głowie odczuwam nagły ból, na oczy kładzie mi się czarny, nieprzenikniony całun...
— Więc czem byłem ja od roku? Kim był Wierusz? Kim Kama?...
A może to wszystko jest snem tylko, złym, trującym czadem swych wyziewów snem?...
Nie! Nie!... Tu, na piersiach mam jej list, jej pożegnalny list, streszczający się w trzech okrutnych słowach! To rzeczywistość, to straszliwa w swej prostocie rzeczywistość!...
Z królestwa zmory, z mrocznych snu krużganków wyniosłem na światło dnia tę jedną, tę jedyną pamiątkę...

KONIEC.
Jesienią i zimą r. 1922.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Grabiński.