Safo (Daudet)/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Alphonse Daudet
Tytuł Safo
Podtytuł Powieść z obyczajów paryzkich
Data wydania 1893
Wydawnictwo Wydawnictwo Dzieł Tanich A. Wiślickiego
Drukarz Drukarnia Przeglądu Tygodniowego,
Czysta № 4.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Sapho
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
X.

Więc takie zerwanie powoduje niekiedy śmierć! Teraz, gdy przyszło pomiędzy nimi do sprzeczki, Jan nie śmiał już wspominać o wyjeździe; nie wołał już, rozjątrzony: „Na szczęście, skończy się to“. Gotowaby odpowiedzieć: „Dobrze, jedź... a ja się zabiję, tak zrobię, jak tamta...“ Groźba ta, którą upatrywał w smętku jej spojrzeń i aryj świewanych, w milczącej zadumie, przerażała go.
Jednakże zdał już egzamin klasyfikacyjny, po którym attachés przy konsulatach, wpisywani zostają na listę; ponieważ się odznaczył, otrzyma pierwszą wolną posadę, jestto więc już rzeczą tygodni, dni!... A dokoła nich, na tym schyłku jesieni, słońce coraz krócej świeci i wszystko dąży ku zmianom zimowym. Pewnego ranka, Fanny, otworzywszy okno, zawołała, na widok pierwszej mgły:
— Ależ to i jaskółki już odleciały!
Jedna po drugiej, rodziny mieszczańskie z okolicy, spuszczały żaluzye w swych domach; na drodze z Wersalu do Paryża, ciągnęły szeregiem wozy, pełne sprzętów i duże wiejskie omnibusy obładowane, z pękami zieleni na płaskim dachu. Liście wzlatywały dokoła, wirując, i snuły się, jak niknące chmury, pod niskiemi obłoki a na opustoszałych polach, wysokie stogi sterczały. Poza sadem, nagim i zmalałym przez brak zieloności, smutny przedstawiał się krajobraz: szalety zamknięte i suszarnie pralń o dachach czerwonych a z drugiej znów strony domu, czarna smuga przemykająca się chyżo, wzdłuż lasów szarych, po odsłoniętym torze drogi żelaznej.
Jakież to okrucieństwo zostawić ją tam, samą jedną, otoczoną tym ponurym widokiem? Z góry czuł, że mu na to serca nie starczy, że się nigdy nie zdobędzie na pożegnanie. Na to właśnie rachowała Fanny, czekając tej ostatniej chwili. Do owego czasu zachowywała się spokojnie, nienapomykając o niczem; wierna swej obietnicy, że nie będzie stawiać przeszkód temu wyjazdowi, o którym zresztą od początku wiedziała, na który się zgodziła. Pewnego dnia powrócił Jan z wiadomością:
— Zostałem zamianowany...
— Tak?... i gdzież? — zapytała obojętnym tonem, ale tak jej zbladły usta i oczy, taki kurcz przeszedł po całej twarzy, iż nie dręcząc jej dłużej, powiedział: „Nie, nie... jeszcze nie ustąpiłem swej kolei Hédouinowi... mamy więc przed sobą, przynajmniej, sześć miesięcy“.
Tu nastąpił wylew łez, śmiechu, całusów szalonych, pośród szeptów: „Dziękuję... dziękuję... Jakże ja ci teraz umilać będę życie!... Widzisz, to myśl o wyjeździe czyniła mię tak złą... Przygotuję się lepiej... zwolna, poddam się konieczności... Zresztą, za sześć miesięcy, nie będzie tu jesień, odbijająca jak echo, te wypadki śmierci...“
Dotrzymała słowa: ustały nerwy i kłótnie a nawet, by uniknąć niesnasek o małego Józia, zdobyła się na oddanie go na pensyę w Wersalu. Wychodził on tylko w niedzielę i chociaż ten nowy tryb życia nie zmienił jego natury nieswornej i dzikiej, nauczył go obłudy. Dni upływały zatem spokojnie, obiady wspólne z państwem Hettéma odbywały się bez burzy i fortepian brzmiał znowu ulubionemi partycyami.  Ale Jan, w głębi duszy, bardziej był zaniepokojony, strwożony, niż kiedykolwiek. Zapytywał siebie, dokąd go zaprowadzi słabość własna; zamyślał nawet, niekiedy, zrzec się konsulatu i objąć służbę biurową. Pozostałby w ten sposób w Paryżu i nie potrzebowałby naznaczać terminu swemu stosunkowi, ale z drugiej strony, zniweczyłby marzenie swych młodocianych lat, rodzinę pogrążyłby w rozpaczy i niechybnie poróżniłby się z ojcem, któryby mu nigdy nie wybaczył tego sprzeniewierzenia się, zwłaszcza dowiedziawszy się o przyczynach.
I dla kogo? Dla istoty podstarzałej, zwiędłej, której już nie kocha, o czem przekonał się wobec jej kochanków... Jakież czary przykuwają go zatem do tego życia we dwoje?
Gdy wsiadał do wagonu pewnego ranka, w ostatnich dniach października, oko młodej panienki wzniesione ku niemu, przypominało mu naraz, spotkanie w lesie, tę promienną postać kobiety-dziecka, której obraz ścigał go przez miesięcy kilka. Była w tejże samej sukni jasnej, którą słońce tak ładnie kropkowało pod gałęziami; ale teraz przykrywał ją płaszcz duży, podróżny; w wagonie zaś książki, niewielki woreczek, bukiet z trzcin i kwiatów ostatnich, wskazywały powrót do Paryża i koniec wilegiatury. Ona go także poznała, zdradzając to półuśmiechem drgającym w oczach, przejrzystych jak woda źródlana — i przez sekundę dwie te istoty zjednoczone były jedną myślą, nie wyrażoną słowami.
— Jak się ma pańska matka, panie d’Armandy? — zapytał niespodzianie stary Bouchereau, którego olśniony Jan nie dostrzegł w kącie, gdzie czytał zagłębiony, pochyliwszy twarz bladą.
Jan odpowiedział mu, bardzo ujęty dowodem pamięci o rodzinie jego i o nim; ale większego jeszcze doznał wzruszenia, gdy się panienka zapytała o bliźniaczki, które napisały do jej stryja miluchny liścik, dziękując za starania około ich matki. Ona je zna... napełniło go to radością — i ponieważ musiał być szczególnie wrażliwym tego ranka, zaraz potem zasmucił się, że powracali oni już do Paryża, gdyż Bouchereau rozpocząć miał swój półroczny kurs w Szkole medycznej. Nie będzie już miał sposobności ją widywać... Pola przemykające się koło okienek, przed chwilą tak uśmiechnięte, wydały się posępne, jak w czasie zaćmienia słońca.
Pociąg gwizdnął przeciągle... dojeżdżano. Ukłonił się i stracił ich z oczu; ale wychodząc z dworca, znowu się spotkali i Bouchereau, wśród tłoczącej się ciżby, zawiadomił go, że począwszy od następnego czwartku, będzie przyjmował gości w swem mieszkaniu na placu Vendôme, więc może przyjdzie kiedy na filiżankę herbaty... Panienka szła pod rękę ze stryjem i zdawało się Janowi, że to ona go zaprasza, nic nie mówiąc.
Po kilkakrotnej decyzyi, że pójdzie do Bouchereau, potem znów, że nie pójdzie — bo na co sobie ma stwarzać niepotrzebne żale? — uprzedził kochankę, iż wkrótce nastąpi wielki wieczór w ministeryum, na którym wypadnie mu się znajdować. Fanny obejrzała frak, kazała odprasować krawaty białe, tymczasem w wieczór czwartkowy nie miał najmniejszej ochoty wydalić się z domu. Ale ona przekonywała go, że musi koniecznie spełnić tę pańszczyznę, wyrzucając sobie, że go zanadto pochłania, że samolubnie zachowuje go dla siebie tylko i namawiała go, wykończała strój z czułemi figielkami; poprawiała węzeł u krawata, gładziła włosy, śmiała się, że palce czuć mu papierosem, który co chwila odbierając, kładła na kominku, żeby się tancerki nań nie krzywiły. Widząc ją bardzo wesołą i bardzo dobrą, czynił sobie wymówki, że ją okłamuje, i chętnieby zasiadł obok niej przy kominku, gdyby nie nalegała nań a nawet wypchnęła go tkliwie na drogę, pogrążoną w ciemnościach, mówiąc: „ja tak chcę... powinieneś tam być“.
Późno było, gdy powrócił; Fanny spała i lampa oświetlająca sen tej zwiędłej kobiety, przypomniała mu podobny powrót, przed trzema już laty przeszło, gdy się dowiedział o tych ohydnych rzeczach. Jakże on się tchórzliwie znalazł wtedy! Przez jakiż obłęd, właśnie to, co powinno było zerwać jego łańcuch, wzmocniło jeszcze ogniwa? Uczuł mdłości z niesmaku. Pokój, łóżko, kobieta — jednaki wstręt w nim wzbudziły. Wziąwszy światło, po cichu, Wyniósł je do przyległego pokoju. Tak pragnął być samotnym, żeby dumać o tem, co mu się przytrafiło... O! nic, prawie nic...
Kochał.
W pewnych wyrazach, których używamy pospolicie, znajduje się sprężyna ukryta, co je nam otwiera nagle, pozwala zbadać aż do dna, Poczem wyraz ten zwija się, przyjmuje znów swą postać banalną i toczy się niewybitny, starty wskutek nałogowego i machinalnego użytku, jaki się z niego robi. Miłość jest jednym z tych wyrazów; ci, którzy go zgłębili, choćby raz jeden, zrozumieją rozkoszne wzburzenie, w jakiem Jan żył od godziny, na razie nie zdając sobie dobrze sprawy z tego, co doznaje.
Tam, na placu Vendôme, w tym kącika salonu, gdzie długo z sobą rozmawiali, czuł tylko, że go ogarnia błogość wieku i słodki czar; dopiero gdy wyszedł ztamtąd i skoro drzwi się za nim zamknęły, opanowała go radość szalona a potem omdlenie takie, jak gdyby mu się wszystkie żyły otwierały? „Co mi jest, Boże mój?... Paryż, przez który przechodził, wracając, wydał mu się całkiem nowy, czarodziejski, powiększony, promieniejący. Tak, o tej godzinie, kiedy zwierzęta nocne, wypuszczone na wolność, krążą — kiedy muł w rynsztokach idzie w górę, rozpościera się i kipi pod gazem żółtym, on — kochanek Safony, lubownik wszelkiej rozpusty, widział ten Paryż, który mógł uderzyć oczy panienki powracającej z balu, z pełną głową walca, który gwiazdom nuci pod białym swym strojem, ten Paryż dziewiczy, skąpany w jasnym blasku księżyca, ojczyzny dusz czystych... I nagle, wchodząc na szerokie wschody dworca, tak blizki już swej nieszczęsnej siedziby, schwycił się na głośnych słowach: „Ależ ja ją kocham... kocham...“ i w taki to sposób dowiedział się...
— Jesteś, Janie? Cóż tam robisz?
Fanny ocknęła się, przestraszona, że go nie czuje przy swym boku. Trzeba pójść ściskać ją, kłamać, opisywać bal w ministeryum, opowiedzieć, czy ładne były panny i z kim tańczył; ale by uniknąć tego badania a szczególniej pieszczoty, których się lękał, przenikniony będąc wspomnieniem tamtej, wymyślił robotę pilną, rysunki Hettémy.
— Już niema ognia; zimno ci będzie.
— Nie, nie...
— Zostaw przynajmniej drzwi otwarte, żebym widziała twoją lampę...
Musi odegrać komedyę do końca, ustawić stół, rozłożyć rysunki; poczem usiadłszy nieruchomo, z oddechem zapartym, duma, odświeża wspomnienia; a chcąc marzenie utrwalić, opisuje Cezaremu w długim liście, podczas gdy wicher nocny wstrząsa gałęzie, trzeszczące bez szelestu liści, pociągi ścigają się, hucząc a La Balue, przebudzona światłem, trzepoce się w ciasnej klatce, skacząc, z niepewnemi krzyki, i jednej grządki na drogą.
Opowiedział ma wszystko: spotkanie w lesie, wagon, szczególne wrażenie, z jakiem wszedł do tych salonów, tak ponurych i tragicznych w ów dzień konsnltacyi, kiedy dawały się słyszeć ukradkowe szepty u drzwi i z krzesła na krzesło zamieniano spojrzenia smutne a które dzisiejszego wieczoru otwierały się, ożywione, gwarne, długim i rzęsiście oświetlonym szeregiem. Nawet Bouchereau, zamiast owej fizyonomii twardej i oka czarnego, co przeszywa i onieśmiela — z pod brwi grubych, jak kłaki, miał twarz spokojną i ojcowską zacnego jegomości, pozwalającego, by się u niego bawiono.
„Wtem... ona zbliżyła się do mnie i jużem nic nie widział... Przyjacielu mój, nazywa się Irena, jest ładna, ma wyraz dobroci na twarzy, włosy ciemno złociste, tak pospolite u angielek, usta dziecięce, zawsze gotowe do śmiechu. O nie, jest to ten śmiech bez wesołości, który niecierpliwi w tylu kobietach, ale prawdziwy wylew młodości i szczęścia... Urodziła się w Londynie; lecz ojciec jej był francuzem i wcale niema akcentu, tylko prześlicznie jakoś wymawia niektóre wyrazy. Stryj wziął ją do siebie, żeby ulżyć bratu, obarczonemu liczną rodziną i żeby zastąpiła swą siostrę, którą wydał przed dwoma laty za naczelnego lekarza w klinice. Ale jej się niezbyt podobają lekarze... Jak mię też ubawiła głupota tego młodego uczonego, który przedewszystkiem wymagał od narzeczonej, formalnego i uroczystego zobowiązania, że przekażą swe ciała Towarzystwu antropologicznemu!... Ona jest ptakiem wędrownym, lubi okręt, morze; widok rozpostartych żagli porywa ją za serce... Mówiła mi to wszystko swobodnie, po koleżeńsku, jako prawdziwa „miss“, pomimo wdzięku paryzkiego; a ja słuchałem, zachwycony jej głosem, śmiechem, wspólnością upodobań naszych, głębokiem przekonaniem, że szczęście życia całego mam pod ręką, że mi tylko należy sięgnąć po nie, porwać ją daleko, bardzo daleko, gdzie mię zagna karyera awanturnicza...“
— Chodźże się położyć, mój miły...
Drgnął, położył pióro i instynktownie schował list pisany. „Zaraz... śpij, śpij...“
Przemówił do niej gniewnie, poczem z natężeniem wsłuchiwał się w jej oddech, miarkując, że znowa usypia, gdyż bardzo blizko byli siebie, chociaż tak daleko! „...Cokolwiekbądź nastąpi, zawsze mię wyzwoli to spotkanie i ta miłość. Znasz moje życie; zrozumiałeś, chociaż nie wspominaliśmy o tem nigdy, że jest takie jak dawniej; żem się nie mógł oswobodzić. Ale czego nie wiesz, to, że gotów byłem poświęcić fortunę, przyszłość, wszystko, temu nieszczęsnemu nałogowi, w którym zagłębiałem się z każdym dniem bardziej. Teraz znalazłem moc, punkt oparcia, jakiego mi brakowało i żeby położyć koniec swej słabości, przysięgałem sobie nie pójść tam inaczej, jak wolnym i rozłączonym... Jutro nastąpi ucieczka...“.
Nie nastąpiła jednak ani jutro, ani następnego dnia. Trzeba było użyć jakiegoś sposobu, aby umknąć; potrzebował pretekstu, kłótni, wskutek której nie wraca się więcej, krzyknąwszy: „żegnam!“ Tymczasem Fanny była tak łagodna i wesoła, jak w pierwszych ułudnych czasach wspólnego pożycia.
Napisać: „Wszystko skończone pomiędzy nami...“ bez żadnych objaśnień? Ależ to gwałtowna kobieta, nie zrezygnuje tak łatwo, odnajdzie go, zawzięcie wyczekiwać będzie pod drzwiami: w hotelu i w biurze. Nie, lepiej przypuścić szturm z podniesioną przyłbicą, przekonać ją, że to zerwanie jest nieodwołalne, stanowcze i bez gniewu, lecz i bez litości, przedłożyć jej przyczyny.
Ale wraz z temi myślami, wróciła trwoga, wywołana samobójstwem Alicyi Doré. Naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, była spadzista przecznica, wiodąca do kolei żelaznej i zamknięta zaporą. W razie wielkiego natłoku, sąsiedzi szli tamtędy, wzdłuż toru, do dworca; otóż wyobraźnia ukazywała temu południowcowi, jak po scenie zerwania, Fanny wybiegnie na drogę, puści się tą przecznicę i padnie pod koła pociągu, którym on odjeżdżać będzie. Obawa ta prześladowała go tak dalece, że na samą myśl o zaporze stojącej między dwoma marami, które bluszcz pokrywał, odkładał tę stanowczą rozmowę.
Gdyby tam choć miał przyjaciela, kogoś, coby ją strzegł, coby jej był pomocnym w pierwszem uniesieniu, ale zakopani w domu, jak świszczę, nie znali nikogo. Od Hettémów, tych potwornych samolubów, błyszczących tłuszczem i tonących w nim, bardziej jeszcze zbydlęconych zbliżaniem się zimy, którą spędzali, jak eskimosy, ta niebogata z pewnością nie mogła się spodziewać ratunku w swej rozpaczy i opuszczenia.
Jednakże trzeba było zerwać — i to prędko. Wbrew postanowieniu, Jan był dwa czy trzy razy na placu Vendôme, coraz bardziej rozkochany: nic jeszcze tam nie powiedział, ale serdeczne przyjęcie starego Bouchereau i — pomimo taktu Ireny, jakaś tkliwość z jej strony, pobłażliwość, jakby tęskne wyczekiwanie oświadczyn, ostrzegały go, żeby nie odwlekał ich dłużej. Prócz tego, katuszą dlań było kłamać przed Fanny, silić się na proteksty i poświęceniem — wprost z pocałunków Safony, chodzić tam, w te konkury nieśmiałe, lękliwe...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Alphonse Daudet.