Safo (Daudet)/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Alphonse Daudet
Tytuł Safo
Podtytuł Powieść z obyczajów paryzkich
Data wydania 1893
Wydawnictwo Wydawnictwo Dzieł Tanich A. Wiślickiego
Drukarz Drukarnia Przeglądu Tygodniowego,
Czysta № 4.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Sapho
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
VI.

„Moje drogie dziecko, drżąca jeszcze piszę do ciebie po ciężkiem zmartwieniu, jakeśmy przeszli, nasze bliźniaczki znikły, nie było ich w Castelet cały dzień, jedną noc i ranek dnia następnego!...“
„W niedzielę, w zwykłej porze śniadanie, spostrzegliśmy ich nieobecność. Wystroiłam je była na mszę, o ósmej godzinie, na którą miał je zaprowadzić konsul; potem jużem się za niemi nie oglądała, gdyż musiałam być przy twej matce, która, jakby z przeczucia, że nieszczęście nad nami wisi, była bardziej zdenerwowaną, niż zwykle. Jak wiesz, odkąd jest chora, przewiduje wszystko, co ma nastąpić i im mniej może się poruszać, tem więcej pracuje głową“.
„Matka twoja, na szczęście była w swoim pokoju a nas wyobraź sobie wszystkich w sali, oczekujących nadejścia dziewczątek, wołano je w ogrodzie, pastuch dął w dużą muszlę, którą zwołuje swą trzodę; prócz tego, Cezary w jedną stronę, ja w drugą, Rousseline, Tardive, wszyscy rozbiegliśmy się po Castelet, za każdem spotkaniem, pytając jedno drugie: „A co?“ Dotąd nic. Później zabrakło nam już odwagi na to pytanie. Z bijącem sercem szliśmy to do studni, to pod wysokie okna poddasza... Co za dzień... ja jednak musiałam co chwilę chodzić na górę do twej matki, uśmiechać się spokojnie, tłomaczyć nieobecność małych tem, że je posłałam przy niedzieli, do ich ciotki, de Villamuris. Zdawało się, że wierzy temu, ale późnym wieczorem, gdym przy niej czuwała, śledząc przez okno światła na równinie i na Rodanie ludzi, którzy szukali biednych dzieci, usłyszałam, że płacze po cichu w łóżku a zapytana o powód: „płaczę o to, z czem się tają przedemną a co jednak odgadłam...“ odrzekła mi tym dziecięcym głosikiem, jaki odzyskała, odkąd tak cierpi. Nie mówiąc już z sobą o tem, niepokoiłyśmy się, każda zosobna“...
„Niecbcąc bez końca ciągnąć tej przykrej opowieści, powiem ci, dziecko drogie, że w poniedziałek rano, bliźniaczki nasze zostały odprowadzone przez ludzi, pracujących u twego stryja, na kępie. Znaleźli je na stosie wici, blade z zimna i z głodu, po tej nocy spędzonej pod gołem niebem, na środku Rodanu. Oto co nam opowiedziały w prostocie ducha swego: oddawna prześladowała je myśl, by jak patronki ich, Marta i Marya, których historyę czytały, puścić się czółnem bez żagli, bez wioseł i bez żadnych zapasów i głosić ewangelię na pierwszem wybrzeżu, gdzie je wiatr, to tchnienie boże, poniesie. W niedzielę zatem, po mszy, odwiązawszy czółno w miejscu, gdzie się odbywa połów ryb, uklękły w niem, jak owe święte niewiasty i uniesione pędem wody, zwolna płynąc, dostały się pomiędzy trzciny w Piboulette, mimo wysokiego stanu wody w tej porze i silnych wichrów, tak zwanych u nas „révouluns...“ Tak... Bóg czuwał nad niemi i On je nam oddał, takie ładne... pogniotły sobie tylko fartuszki niedzielne i zniszczyły złocenie u książeczek do nabożeństwa. Zamiast je zgromić, na co nikt się nie zdobył, ściskaliśmy je i całowali; z przestrachu wszyscy jesteśmy chorzy.
„Najgorsze skutki wywarło to na twojej matce, która zanim jej opowiedzieliśmy, co się stało, czuła, jak powiada, że śmierć przeszła przez Castelet i ona, tak spokojna i tak wesoła zazwyczaj, wpadła w nieuleczalny smutek, chociał ojciec, ja, wszyscy otaczamy ją tkliwą opieką... Czy wiesz, mój Janie, żeś to ty głównym powodem jej tęsknoty i niepokoju. Nie śmie tego wyznać przed ojcem, który nie pozwala oderwać cię od pracy, aleś nie przyjechał po egzaminie, mimo obietnicy! Zrób nam tę niespodziankę na święta Bożego Narodzenia, przywróć błogi uśmiech naszej chorej. Gdybyś wiedział, jak się żałuje po utracie rodziców, że się im nie poświęcało więcej czasu...“
Stojąc przy oknie, gdzie przedzierało się blade zimowe światło, Jan czytał ten list, napawając się dziką wonią jego i drogich sercu wspomnień — pieszczot tkliwych i słońca.
— Co to?... pokaż...
Uchylona firanka wpuściła do pokoju żółta światło, które rozbudziło Fauny: obrzmiała od snu, machinalnie wyciągnęła ona rękę po list. Jan zawahał się, wiedząc, jaką zazdrość w niej budzi samo imię Diwonny, ale jakże miał ukryć, kiedy go poznała z formatu.
Ładnie jej było, gdy wzruszona wyprawą dziewczątek, z szyją i rękoma obnażonemi, ginąc na poduszce w falach czarnych włosów, czytała skręcając papier; ale koniec listu przywiódł ją do wściekłości, zgniótłszy go, rzuciła na podłogę. „Dam ja ci, święte niewiasty. Wszystko to kłamstwa, żeby cię tam zwabić... Tęskni do pięknego siostrzeńca ta...
Chciał ją powstrzymać, niedopuścić, żeby wymówiła plugawe słowo, które wyrzuciła jednak z siebie i wiele innych jeszcze. Pierwszy to raz uniosła się w tak gniewny sposób wobec niego; nigdy przedtem nie wybuchła gniewem tak brudnym, że przypominał rynsztok, wydzielający męty i woń. Od słownika, jaki jej pozostał z przeszłości jako kokotki i aresztantki, wydęła jej się szyja i obwisła warga.
— Niewielka sztuka odgadnąć, o co im chodzi... Cezary się wygadał, więc ułożyli sobie zerwać nasz stosunek i przynęcić cię do domu pięknie zbudowaną Diwonną.
— Najpierw, trzeba ci wiedzieć, że jeśli pojedziesz, to napiszę do twego rogacza... uprzedzam cię... — Mówiąc to, podnosiła się na łóżka z wyrazem nienawiści na bladej i zapadniętej, o zgrubiałych rysach twarzy jak rozwścieczone zwierzę, gotowa porwać się na człowieka.
Gaussin przypominał sobie, że ją widział w takim stanie na ulicy de l’Arcade; ale tym razem przeciw niemu zwracała się ta rycząca nienawiść, która zradzała w nim pokusę rzucić się na kochankę i bić ją; w tych bowiem miłościach zmysłowych, gdzie niema czci i szacunku dla istoty ukochanej, zwierzęcość zawsze bierze górę, tak w gniewie, jak i w pieszczotach. Przeląkłszy się samego siebie, uciekł do bióra i całą drogę obarzał się na to życie jakie sobie stworzył. Nauczy go to oddawać się takiej kobiecie!... Co bezeceństw, co szkaradzieństw!... Siostrom, matce, nikomu nie darowała... jakto! nie miałby nawet prawa pojechać do swoich. W jakiemże się zamknął więzieniu? Uprzytomniła mu się cała historya ich stosunków, widział piękne, obnażone ramiona egipcyanki, oplecione wkoło jego szyi owego wieczoru, po balu, co go trzymały despotycznie i silnie, odrywając od przyjaciół i rodziny — uczynił nieodwołalne postanowienie: tegoż wieczoru bądź co bądź, pojedzie do Castelet.
Po załatwienia niektórych interesów i uzyskaniu urlopu w ministeryum, wcześnie wrócił do domu, przewidując okropną scenę, przygotowany na wszystko, nawet na zerwanie. Ale Fanny przywitała go tak słodko, z tak zapuchniętemi oczyma i twarzą, jakby od łez zmiękłą, że trudno mu było zdobyć się na akt woli.
— Jadę dziś wieczór — rzekł przezwyciężając się.
— Dobrze robisz, mój miły... Pojedź zobaczyć matkę a przedewszystkiem... — dodała, zbliżając się z pieszczotliwą miną — zapomnij, żem była tak zła, ja cię zanadto kocham, dla tego dopuszczam się szaleństwa.
Do końca dnia, pakując jego rzeczy, z zalotną troskliwością, słodka jak w pierwszych czasach, okazywała skruchę, może w nadziei, że go przytrzyma. Jednakże ani razu nie powiedziała: „zostań...“ i gdy w ostatniej chwili, straciwszy już nadzieję, wobec ostatecznych przygotowań, tuliła się i przyciskała do kochanka, chcąc, żeby nawskróś przesiąkł nią na cały czas podróży i nieobecności, żegnając go pocałunkiem, szepnęła tylko: „powiedz, Janie, nie masz do mnie żalu?...“
Z jakiemżu upojeniem obudził się rano w swoim pokoiku z dziecięcych lat, z sercem rozgrzanem jeszcze uściskami rodziny i błogiem uniesieniem powitania. Jakże mu było przyjemnie zastać na tem samem miejscu, pod pawilonem wązkiego łóżeczka, drąg świecący, którego szukał dawniej, budząc się ze snu, słyszeć krzyki pawi na grzędach, skrzypienie bloku od studni, dreptanie trzody i — gdy otworzył okienice, trzasnąwszy niemi o ścianę, ujrzał to piękne, ciepłe światło, co wpadało jak kaskada, ten cudny krajobraz, piętrzące się winnice, cyprysy, oliwki i lasy sosnowe, pnące się aż nad Rodanem, pod niebem glębokiem, wolnem od mgły, pomimo wczesnego ranka, pod niebem zielonem, po którem wiatr północno-zachodni miotał się noc całą, zapełniając jeszcze teraz ogromną dolinę tchnieniem orzeźwiającem i silnem.
Jan porównywał to przebudzenie z tamtemi pod niebem tak błotnistem, jak miłość jego i czuł się szczęśliwy i wolny. Zeszedł na dół. Dom oblany słońcem, pogrążony był jeszcze we śnie; wszystkie okiennice były zamknięte, jakby oczy. Rad był z chwili samotności, aby odzywać siły, w tej rekonwalescencyi moralnej, której początek czuł w sobie.
Przebywszy taraz, udał się do parku, tak bowiem nazywano las z sosen i mirtów, gdzieniegdzie rosnących na stromej pochyłości Castelet, który przerzynały nierówne ścieżki ślizkie, od suchych szpilek sosnowych. Pies jego, Miracle, bardzo stary i kulawy, wyszedł z budy i w milczeniu szedł za nim, krok w krok. Tak często dawniej odbywali z sobą tę przechadzkę poranną...
U wejścia do winnic, ogrodzonych dużemi cyprysami, które pochylały śpiczaste wierzchołki, pies zawahał się; wiedział on, że po grubym pokładzie piasku, nowem lekarstwie przeciw filokserze, probowanem przez konsula, byłoby trudno chodzić jego starym nogom, równie jak i po ślizkich stopniach tarasu. Skusiła go wprawdzie chęć towarzyszenia mu, ale za każdą zawadą, wydawał lękliwe krótkie krzyki, zatrzymywał się i pełzał, jakby krab po skale. Jan nie patrzył nań, cały zajęty szczepami wina hiszpańskiego „alicante“, o którem ojciec mówił mu już dużo w wilię dnia tego. Zdawały się pięknie rosnąć na piasku gładkim i błyszczącym; znajdzie więc nakoniec nagrodę za wytrwałe trudy; winnice w Castelet mogą odżyć podczas kiedy w la Nerte, l’Ermitage i inne znaczniejsze nad Rodanem zniszczały!
Naraz, ukazał się przed nim biały czepeczek; była to Diwonna, pierwsza na nogach w całym domu. Miała nożyk ogrodniczy w ręku, oraz inny jakiś przedmiot, który śpiesznie rzuciła i lica jej tak blade zazwyczaj, pokryły się żywym rumieńcem.
— To ty, Janie? Przestraszyłeś mię. Myślałam, że ojciec... — Ochłonąwszy, pocałowała go — Dobrze spałeś?
— Bardzo dobrze, ale dlaczego lękałaś się, żeby ojciec nie nadszedł?
— Dla czego...
Podniosła gałąź, obciętą przed chwilą.
— Konsul pewnie ci powiedział, że tym razem pewien jest powodzenia... Patrzże, oto jest filoksera...
Jan przyglądał się ździebełku mchu żółtego, które przyrosło do pnia; ta niedostrzegalna pleśń, zniweczyła zwolna całe prowincye: w ten poranek wspaniały, wobec tego słońca ożywczego, ta istota maleńka, tępiąca a niedająca się wytępić, wyglądała jak ironia przyrody.
— To początek... Za trzy miesiące cała winnica będzie pożarta a ojciec nanowo sadzić zacznie, bo w tem ambicyę pokłada. Bę dą nowe szczepy i nowe lekarstwa, aż do dnia, kiedy,..
Rozpaczliwym ruchem zakończyła, podkreślając nim swój frazes.
— Doprawdy, czyśmy tak daleko zaszli?
— O, znasz konsula... on nigdy nic nie mówi, daje mi co miesiące pieniądze, jak zwykle; widzę jednak że jest zafrasowany. Jeździ do Avignonu, do Arange... pieniędzy szuka...
A Cezary? jego nawodnianie? — zapytał przerażony młodzieniec.
— Dzięki Bogu, z tej strony wszystko idzie dobrze. Mieliśmy piędziesiąt beczek pośledniejszego wina z ostatniego zbioru a bieżący rok przyniesie drugie tyle. Widząc to powodzenie, konsul ustąpił bratu wszystkich winnic z równiny, które dotąd leżały odłogiem, wyciągnięte pod linią prostą, martwe jakby cmentarz wiejski. Teraz zalane są wodą na trzy miesiące...
I dumna z dzieła swego męża, „próżniaka“, prowensalka pokazywała Janowi ze wzgórza, na jakiem się znajdowali, duże stawy, nazywane tam „clairs“, otaczane nasypami z wapna, jak to bywa w salinach.
— Za dwa lata i te szczepy rodzić będą i w Piboulette i na kępie Lamotte, którą stryj kupił, nie mówiąc o tem nikomu... Wtedy będziemy bogaci... ale trzeba się trzymać do tego czasu; każdy się musi przyłożyć do tego i coś poświęcić.
Mówiła o poświęceniu, jako kobieta, której ono już nie dziwi, wesoło i z takim zapałem, że Jan, któremu zabłysła nagle pewna myśl w głowie, odpowiedział takimże samym tonem:
— Poświęcimy się, Diwonno...
Tegoż dnia, napisał do Fanny, że rodzice nie mogą mu wypłacać nadal pensyi, musi więc poprzestawać odtąd na dyetach z ministeryum i że w takich warunkach, życie we dwoje stało się niepodobieństwem; że zerwanie to następuje prędzej niż myślał, na trzy lub cztery lata przed przewidywanym wyjazdem, ale rachuje na to, iż kochanka jego uzna ważność tych przyczyn, że się ulituje nad nim i jego strapieniem, że mu pomoże spełnić ten przykry bowiązek.
Byłoż to poświęceniem? Czy przeciwnie, nie doznawał w tem ulgi, że kładzie kres egzystencyi, która mu się zdawała ohydną i niezdrową, zwłaszcza odkąd wrócił do natury, do rodziny, do uczuć prostych i zdrowych?... Napisawszy ten list, bez walki i cierpienia, liczył na to, że za odpowiedź, jak się spodziewał, gniewną, pełną pogróżek i wybuchów, znajdzie otuchę w wiernem i uczciwem uczuciu otaczających go prawych serc, w przykładzie ojca, tak wyjątkowo zacnego i dumnego, w niewinnym uśmiechu małych swych niewiast świętych a także w tych rozległych i spokojnych widnokręgach, w zdrowych tchnieniach gór, w tem niebie na wysokościach, w tej rzece bystrej i szybkiej; rozmyślając bowiem o swej szkaradnej namiętności, zdawało mu się, że przeszedł jedną z tych feber niebezpiecznych, jakich nabawiają wyziewy gruntu bagnistego. Pięć czy sześć dniu płynęło w milczeniu po tym samodzielnym kroku. Rano i wieczór chodził Jan na pocztę i powracał z pustemi rękami, niezmiernie zaniepokojony, co się z nią dzieje, co postanowiła i czemu nie odpowiada? O tem tylko myślał. W nocy, gdy wszyscy spali w Castelet, kołysani szumem wiatru, hulającego po długich korytarzach, rozmawiał o tem z Cezarym, w swoim pokoiku.
— Gotowa przyjechać — mówił stryj, z tem większym niepokojem, że musiał włożyć do koperty owego zrywającego listu, dwa weksle, jeden płatny za sześć miesięcy, drugi za rok, któremi uiszczał się z długu, wraz z procentami. Jakim sposobem zapłaci te weksle. Jak się Wytłumaczy przed Diwonną? Dreszcze go przechodziły na samą myśl i litość budził w synowcu, gdy z nosem na kwintę spuszczonym, otrząsając fajkę po skończonej gawędzie, mówił: „Dobrej nocy... W każdym razie, bardzo dobrze postąpiłeś“.
Nareszcie nadeszła odpowiedź i zaraz przy Pierwszych wyrazach: „Mój najdroższy, nie napisałam do ciebie prędzej, chcąc ci dowieść nie samemi tylko słowy, do jakiego stopnia rozumiem cię i kocham. Jan zatrzymał się, tak zadziwiony, jak człowiek, który słyszy symfonię, zamiast strasznego hasła do wojny; szybko odwrócił ostatnią stronicę, gdzie przeczytał: „pozostać do śmierci twoim psem, który cię kocha, którego możesz bić i który cię namiętnie pieści...“
Chyba nie odebrała jego listu! Ale gdy ze łzami w oczach, okazało się, iż jestto odpowiedź, że Fauny oddawna spodziewała się tej złej wiadomości o ruinie Castelet, która pociągnie za sobą nieuniknione rozłączenie, natychmiast zaczęta szukać zajęcia, żeby mu już nie być ciężarem i otrzymała zarząd nad domem z umeblowanymi pokojami, przy alei Bois de Bonlogne, należącym do bardzo bogatej damy. Otrzyma sto franków miesięcznie, życie, mieszkanie i całą niedzielę do rozporządzenia.
„Słyszysz mój dregi, cały dzień w tygodniu, do kochania się... bo ty zechcesz jeszcze, nieprawda? Wynagrodzisz mię za ten wielki i pierwszy wysiłek w mojem życiu, że pracować zacznę, że dniem i nocą będę w niewoli, doznając upokorzeń, o jakich nie możesz mieć pojęcia i które będą bardzo dokuczliwe dla mnie, co tak przepadam za niezależnością. Ale mi to sprawia rozkosz niewypowiedzianą, że przez miłość dla ciebie, cierpieć będę. Tak, wiele ci zawdzięczam, otworzyłeś mi oczy na tyle zacnych i uczciwych rzeczy, o których przedtem nigdy mi nikt nie mówił!... Ach! gdybyśmy się byli wcześniej poznali!... Ale tyś się jeszcze czołgał po ziemi, kiedy ja już z rąk do rąk przechodziłam...“
„Jednak żaden z tych mężczyzn nie może się pochlubić, że zrodził we mnie takie postanowienie, bylebym go jeszcze na czas jakiś zachowała... Możesz teraz wrócić, kiedy zechcesz, mieszkanie jest opróźnione. Pozabierałam wszystkie swoje rzeczy... Najciężej mi było przetrząsać szuflady i wspomnienia! Zastaniesz tylko mój portret... on cię nic kosztować nie będzie, prócz życzliwych spojrzeń, o które żebrzę. Ach, mój miły! mój miły!... Zachowaj mi przynajmniej niedzielę i ten punkcik na szyi, ten mój punkcik, wiesz“. Dalej następowały słówka czułe, pieszczotliwe, przypominające kotkę, co liże swe małe, okrzyki tak namiętne, że kochanek ocierał twarz o ten gładki papier, jak gdyby pieszczota wydzielała się zeń ludzka i ciepła.
— Nie pisze o moich wekslach? — nieśmiało zapytał stryj Cezary.
— Odsyła je... uiścisz się, jak będziesz bogatym.
Stryj odetchnął swobodniej, skronie zmarszczył z radości i sentencyonalnie, z wybitnym swym akcentem południowym, rzekł: „wiesz, co ci powiem... ta kobieta, to święta“.
I przechodząc zaraz do wręcz przeciwnych idei, wskutek ruchliwości, braku logiki i pamięci, które go nieco śmiesznym czyniły, dodał: «A jaka namiętność, mój kochany, jaki ogień! Aż mi w ustach zaschło, zupełnie tak samo, jak kiedy Courbebaisse czytywał mi listy swojej Mornas...“
Uraczył on znown Jana opisem podróży swojej do Paryża, hotelu Cujas i panny Pellicule, ale młodzieniec nic nie słyszał, wpatrzony przez otwarte okno w noc cichą, oblaną blaskiem księżyca, tak jasnego, że koguty, myląc się, witały go, jakby jutrzenkę.
A więc miłość rzeczywiście odradza, jak opiewają poeci. Jan z dumą myślał o tym, że wszyscy ci wielcy, ci sławni, których Fanny przed nim kochała, zamiast ją odrodzić, psuli jeszcze bardziej, podczas kiedy on, jedynie siłą swej uczciwości, nazawsze ją może wyrwie ze szponów występku.
Wdzięczny jej był za obmyślenie tego półśrodka, tego zerwania połowicznego, w którem zdobędzie nowy nałóg do pracy, tak trudny dla jej leniwej natury. Ojcowskim tonem starego jegomości, odpisał jej nazajutrz, zachęcając do wytrwania w zmianie życia, dopytując się troskliwie, jakiego to rodzaju dom, którym zarządzać będzie, jacy ladzie go zamieszkują; lękał się bowiem jej pobłażliwości i godzenia się ze stanem rzeczy; tak łatwo przychodziło jej powiedzieć: „Cóż robić, kiedy inaczej być nie może...“
Potulna jak dziecko, przesłała Fanny w następnym liście, obraz swego hotelu „Maison de familie“, chociaż w nim mieszkają obcy sobie ludzie. „Pierwsze piętro zajmują brazylijczycy, ojciec, matka, dzieci i liczna służba; drugie — rosyanie i bogaty holender, handlujący koralami; trzecie — dwóch (anglicy bardzo porządni ludzie) i wreszcie, bardzo interesujące rodzeństwo: panna Minna Vogel, cytarzystka ze Sztuttgardu, z małym bratem Leonem, biednym suchotnikiem, który zmuszony był przerwać zaczęte w Paryżu studya na klarnecie, przyjechała więc, by go doglądać, mając tylko dochód z kilku koncertów na opłacenie hotelu i na życie.
„Jak widzisz, mój drogi, nie można sobie wyobrazić nic czulszego i szanowniejszego. Ja sama uchodzę tu za wdowę i doznaję wszelkich względów. Nie pozwoliłabym na to, żeby inaczej było; twoja żona musi być szanowaną. Tylko się nie pomyl co do znaczenia słów: „twoja żona“. Wiem, że kiedyś wyjedziesz, że cię utracę, ale potem już nie będę miała innego. Nazawsze pozostanę twoją, zachowując pamięć twych pieszczot i dobre popędy, jakie we mnie rozbudziłeś... To osobliwość, nieprawdaż... Safo cnotliwa!... Tak, cnotliwa, skoro ty się oddalisz, ale dla ciebie zachowuję się taką, jaką mię pokochałeś; rozszalałą, płomienną... uwielbiam się...“
Nagle, ogarnęła Jana wielka tęsknota. Gdy minie radosne wrażenie powitania, ugaszczania i wylewów uczuć, te powroty synów marnotrawnych zawsze bywają zatrute wspomnieniem życia koczowniczego, żalem za żołędziami gorzkiemi i leniwą trzodą do pasania. Ranki prowensalskiej zimy nie miały już dlań zdrowiodajnej rzeźwości; nie wabiło go polowanie na piękne brunatne wydry, wzdłuż nadbrzeży urwistych, ani na dzikie kaczki na „naye-chien“ starego Abrieu. Wiatr zdawał mu się ostry, woda twarda a przechadzki po nawodnionych winnicach, w towarzystwie stryja, wiecznie objaśniającego mu swój system stawideł i rowów do ścieku, bardzo jednostajne.
Wieś, na którą w pierwszych dniach patrzył przez pryzmat chłopięcych lat swoich, chaty stare, niektóre już opustoszałe, wszystko to tchnęło smutkiem, wioski włoskiej. Idąc na pocztę, nie mógł uniknąć nudnej gadaniny starców, siedzących na chwiejnym kamieniu a każdych drzwi, wykoszlawionych, jak drzewo na chylu, przez reumatyzm, z rękami obwiniętemi kawałkiem pończochy i kobiecin z bukszpanowowo-żółtym podbródkiem, w gładkim czepku i z błyszczącemi, latającemi oczkami, jak u jaszczurek, co się pojawiają w szczelinach starych murów.
Prześladowały go ciągle te same ubolewania, że winnice poschły, marzanna więdnie a morwy chorują; że nastały czasy siedmiu plag egipskich, co piękną Prowancyę niweczą. Niekiedy, by się zabezpieczyć od natrętów, wracał stromemi ścieżkami wzdłuż murów, opasających Château des Papes. Puste, zarosłe prawie krzakami i bujnem zielem św. Rocha, leczącem od liszajów, były one bardzo właściwe w tym średniowiecznym zakątku, w cieniu tych olbrzymich zwalisk, co zębate, sterczały wysoko, ponad drogą.
Wtenczas spotykał proboszcza Mallassague, który odprawiwszy mszę świętą, żwawym krokiem schodził na dół, w rabacie na bakier, podginając obiema rękami sutannę, z powodu cierni i ostów. Ksiądz zatrzymywał się, piorunował przeciw bezbożności chłopów i niecnym postępkom rady miejskiej, rzucał klątwy na pola, zwierzęta i ludzi, tak zepsutych do szpiku kości, że nie przychodzą już na nabożeństwo, umierają nieopatrzeni Świętemi Sakramentami, leczą się magnetyzmem i spirytyzmem, aby nie przyzwać księdza i lekarza! „Tak, mój panie, spirytyzmem 1... oto, do czego dochodzą chłopi z naszego okręgu... i pan chcesz, żeby winnice nie chorowały!...“
Jan, mając w kieszeni otwarty już, płomienny list Fanny, słuchał z roztargnionem okiem i o ile mógł najprędzej umykał od tej komedyi księdza, żeby wrócić do Castelet i schronić się we wnętrzu skały, zwanem przez prowensalczyków „cagnard“, do którego nie przedzierał się wiatr szumiący do koła i gdzie słońce odbijało się od kamienia.
W takiem to najdzikszem ustroniu, pełnym cierni i ostów, czytał on list, którego delikatna woń, słodkie słówka i nasuwane obrazy, zwolna upajały go rozkoszą, puls uderzał mu coraz prędzej i przytomność go opuszczała, tak dalece, że jakby zbyteczne dekoracye, wszystko nikło do koła: rzeka, kępy drzew, rozsiane pomiędzy Alpillami, cały krąg rozległej doliny, w której kłęby pyłu słonecznego, wichrem gnane, wirowały. On był tam, w swoim i jej pokoju, naprzeciw dworca o dachach szarych, oddany szałowi pieszczot i tym gwałtownym żądzom, co łącząc ich z sobą, przyprawiały o takie kurcze, jak kiedy się tonie. Nagle, słychać na ścieżce kroki, śmiech wesoły i okrzyk: „on jest tutaj!“ Siostrzyczki jego zjawiają się z obnażonemi łóżkami, brodząc pośród lawendy, pod wodzą starego psa, który, dumny z tego, że znalazł Pana, zwycięzko kręci ogonem. Ale Jan odpycha go nogą i odrzuca nieśmiało prośby bliźniaczek, by grał z niemi w ciuciubabkę, albo się gonił. Jednakże kochał te dziewczątka, które przepadały za swym dorosłym bratem, co zawsze jest tak daleko! Od chwili przyjazdu, zdziecinniał dla nich i bawił go kontrast w tych ładnych istotkach, urodzonych jednocześnie a tak niepodobnych do siebie. Jedna z nich była wysmukła, brunetka, z kędzierzawą główką, mistyczka, z zaciętą przytem wolą. Jej to był pomysł, popłynąć czółnem. Rozegzaltowana naukami proboszcza Mallassagne, ta mała Marya egipcyanka, pociągnęła z sobą jasnowłosą Martę, mięką nieco, łagodną, przypominającą matkę i brata.
Ale w chwili, gdy sobie uprzytomniał obrazy z przeszłości, jakże go drażniło to niewinne przymilanie się i tulenie dzieci do niego, co wydziela z siebie woń listu od kochanki: „Nie, dajcie mi pokój... mam zajęcie...“ mówił, wracając ku domowi, żeby się zamknąć w swoim pokoju, kiedy głos ojca zatrzymał go w drodze.
— To ty, Janie, posłuchaj-no...
Godzina pocztowa dostarczała nowych powodów do złego humoru temu człowiekowi, który ponurym będąc z natury, przywiózł jeszcze ze Wschodu nałóg uroczystego milczenia. Od czasu do czasu, odzywał się tylko; „kiedy byłem konsulem w Hong-Kong“ a słowa te wydawały niespodzianie taki huk, jak suche drzazgi na wielkim ogniu. Podczas kiedy ojciec głośno czytał i rozważał dzienniki poranne, Jan przyglądał się Safonie Caoudala, stojącej na kominku, z rękami splecionemi na kolanach, z lirą leżącą obok, z „całą lirą“. Bronz ten został kupiony przed dwudziestu laty, kiedy przyozdabiano Castelet. Ta statua, którą się wszędzie napotyka, która go niecierpliwiła w wystawach sklepów paryzkich, tu, w tem osamotnieniu, zradzała w nim miłosne wzruszenie; brała chęć pocałować te ramiona, rozpleść te r?ce zimne i gładkie, usłyszeć: „Safo dla ciebie, tylko dla ciebie!“ Koszący ten obraz ruszał się z miejsca, gdy odchodził, szedł z nim, towarzyszył mn na Wspaniałych wschodach. Imię Safony wyglądało dlań rytmiczne poruszające się wahadło w staroświeckim zegarze; wiatr szeptał je w długich korytarzach, z kamienną zimną posadzką letnich apartamentów; imię to napotykał w tej bibliotece wiejskiej, w starych książkach z czerwonemi brzegami stronic, pośród których znajdowały się jeszcze okruszyny podwieczorków z jego lat dziecięcych. To uporczywe wspomnienie kochanki ścigało go aż do pokoju matki, gdzie Diwonna czesała jej piękne, białe włosy, odbijające od twarzy spokojnej i różowej, pomimo rozlicznych i nieustannych cierpień.
Aa, oto nasz Jan... — mówiła matka, ale Diwonna z tą szyją obnażoną, w czepeczku i z podwiniętemi rękawami do zajęcia, które było jej wyłącznym przywilejem, przypominała mu inne przebudzenia, uprzytomniała kochankę, wyskakującą z łóżka, we mgle pierwszego papierosa. Gniewały go podobne myśli, zwłaszcza w tym pokoju! Ale cóż miał robić, żeby ich uniknąć?
„Nasz chłopiec się zmienił — mówiła smutno pani Gaussin — Co jemu jest?“ — Obie zagłębiały się w myślach; Diwonna wysilała swój zdrowy rozsądek, pragnęła wybadać Jana, ale widocznie uciekał od niej teraz, niechcąc pozostać sam na sam.
Pewnego razu, wyśledziwszy wchodzącego do wnętrza skały, weszła tam, właśnie, kiedy opanowany był gorączką listów i widziadeł drażniących. Już się miał podnieść, z pochmurnem okiem, ale powstrzymawszy go, usiadła na gorącym kamieniu. „Czy mię już nie kochasz?... czy przestałam być tą Diwonną, przed którą dawniej zwierzałeś się ze wszystkich strapień?...
— Ale owszem, owszem... — bełkotał zmieszany jej słodkiem obejściem i odwracając oczy, aby w nich nie odnalazła tego, co wyczytał w liście: przywoływań miłosnych, rozpaczliwych okrzyków, namiętnej pieszczoty. „Co ci jest? czegoś smutny?“ szeptała Diwonna, pieszcząc go głosem i ręką, jakby dziecko. Potrosze widziała w nim nawet jeszcze owego chłopaczka, którego w dziesiątym roku życia, wypuszczała z pod opieki.
Rozogniony czytaniem listu, zapalał się on jeszcze bardziej wzburzającym urokiem tego pięknego ciała, co tak blizko niego było, tych ust świeżych, z krwią ożywioną wietrzykiem, który delikatnie rozwiał jej włosy nad czołem, podług mody paryzkiej. Pod wpływem tych nauk Safony, że „wszystkie kobiety są jednakie i wobec mężczyzny mają tylko jedną myśl w głowie...“ upatrywał zalotność w błogim uśmiechu tej chłopki i w ruchu ręki, jakim go przytrzymywała, chcąc czule wybadać.
Naraz, opanowała go grzeszna pokusa i wskutek wysiłku, żeby się jej oprzeć, wstrząsnął się konwulsyjnie. Przestraszona jego bladością i szczękaniem zębów, Diwonna zawołała: „Biedaczek, on ma febrę!“ i zaraz, idąc za popędem serdecznej troskliwości, zaczęła zdejmować z siebie chusteczkę, aby mu ją włożyć na szyję; lecz nagle, uczuła żar pocałunków na karku, na ramionach, na całem połyskującem ciele, co się z pod osłony ukazało w promieniach słonecznych.
Nie miała czasu krzyknąć, bronić się; może nawet nie zdała sobie dokładnej sprawy, z tego co się stało, kiedy Jan, wołając: „szaleniec ze mnie... szaleniec...“ uciekał już w pole a kamienie z ponurym łoskotem staczały mu się pod nogi.
Przy śniadaniu, oznajmił on, że odjedzie tegoż wieczoru, wezwany przez ministra. „Jakto, odjeżdżasz już?...“ „Mówiłeś, że...“ „Dopiero coś przyjechał!...“ Niebyło końca okrzykom i błagalnym proźbom. Ale niemógłby dłużej pozostać wśród swoich, bo objawy przywiązania ich zatrute były wzburzającym, jadowitym wpływem Safony. Zresztą, alboż nie poświęcił się dla aich, wyrzekając się wspólnego z nią mieszkania? Nieco później nastąpi zupełne zerwanie a wtedy wróci on kochać i ściskać tych zacnych ludzi, bez wstytu i z zupełną swobodą.
Noc już zapadła, dom cały we śnie się pogrążył, światła były pogaszone, gdy powrócił Cezary, który odwoził synowca, na pociąg awinioński. Skoro dał koniowi owsa i zbadał niebo, zwyczajem ludzi, co z ziemi żyjąc, ciągną wróżby o pogodzie, miał już wejść pod dach, kiedy ukazała mu się biała postać na ławce tarasowej.
— Czy to ty, Diwonno?
— Tak, czekałam na ciebie...
Ponieważ, z powodu zajęć rozlicznych, mało się widywała w ciągu dnia z mężem uwielbianym, wieczorem spotykali się tam zwykle, żeby się przejść i pogawędzić ze sobą. Bądź-to z powodu krótkiej sceny między nią a Janem, którą, po chwili rozmysłu, aż nadto dobrze zrozumiała, bądź, że ją wzruszyły cołodzienne ciche łzy biednej matki, głos Diwonny drżał nieco i okazywał niepokój, osobliwy, ze względu na jej równe usposobienie i całkowite oddanie się obowiązkom. „Czy ty co wiesz? Dla czego on tak prędko odjechał?...“ Nie wierzyła w tę historyę o ministerynm, podejrzewając raczej jakąś nieszczęsną skłonność, odrywającą chłopca od rodziny, „w tym ohydnym Paryżu grozi tyle niebezpieczeństw, tyle zgubnych znajomości!“
Cezary, nie umiejący nic ukrywać przed nią, przyznał, iż rzeczywiście, wplątała się kobieta w życie Jana... „ale dobra istota, niezdolna odstręczać go od domu“. Opisywał jej poświęcenie, listy czułe a nadewszystko chwalił dzielne postanowienie wzięcia się do pracy: co się jednak tej chłopce wydawało rzerzą zupełnie naturalną.
— Każdy musi pracować, żeby żyć — rzekła.
— Nie tego rodzaju kobiety — odparł Cezary.
— Więc to jakieś ladaco, z którem Jan żył... a tyś tam bywał.
— Przysięgam ci, Diwonno, że odkąd go zna, niema skromniejszej i uczciwszej kobiety... Miłość ją zrehabilitowała.
Zadużo było tych słów; Diwonna nic nie rozumiała. Dla niej, ta dama należała do klasy wyrzutków społeczeństwa, do „złych kobiet“, według jej nazwy. Oburzała ją myśl, że Jan padł ofiarą podobnej istoty. „Gdyby się konsul domyślił“...
Cezary starał się ją uspokoić, wszystkiemi zmarszczkami swej poczciwej, trochę komicznej twarzy. Upewniał, że chłopiec, w tym wieku, nie może się obejść bez kobiety. „Niechże się ożeni...“ odrzekła, z czarującą wiarą w skuteczność tego środka.
— Nie będą już z sobą mieszkać, zawsze to wygrana...
— Słuchaj, Cezary — przemówiła Diwonna z powagą — Znasz tutejsze przysłowie: „Nieszczęście trwa dłużej, aniżeli ten, co je sprowadził...“ Jeśli tak jest, jak powiadasz... jeśli Jan wydobył tę kobietę z błota, to się mógł bardzo skalać przy tem smutnem zatrudnieniu. Może ją uczynił lepszą i uczciwszą, ale kto wie, czy zło, co w niej tkwiło, nie zepsuło naszego dziecka do głębi serca.
Wracali ku tarasowi. Noc była spokojna i jasna, nad tą doliną pogrążoną w ciszy, nic tam nie żyło, prócz rozlanego blasku księżyca, prócz rzeki, co się kołysała i połyskujących srebrem stawów. Oddychało się spokojem, oderwaniem od wszystkiego, wielkim wypoczynkie snu bez widziadeł.
Nagle, pociąg w pełnym biegu wydał, nad Rodanem, głuchy świst pary.
— Ach, ten Paryż — odezwała się Diwonna, grożąc pięścią wrogowi, którego przeklina prowincya. — Ten Paryż!... co my mu dajemy a co on nam zwraca!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Alphonse Daudet.