Safo (Daudet)/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Alphonse Daudet
Tytuł Safo
Podtytuł Powieść z obyczajów paryzkich
Data wydania 1893
Wydawnictwo Wydawnictwo Dzieł Tanich A. Wiślickiego
Drukarz Drukarnia Przeglądu Tygodniowego,
Czysta № 4.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Sapho
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
V.

Obok pięknego portretu Fanny, pędzla James Tissota, pozostałości ze świetnych czasów kokotki, wisiał w ich pokoju krajobraz południowy, czarno biały, licha robota wiejskiego fotografa.
Było to strome wybrzeże z winnicami piętrzącemi się na stokach, podparte murem kamiennym; na samym zaś szczycie, poza szeregami cyprysów, dla zabezpieczenia od wiatru półnoonego i nieopodal od lasku z sosen i jasno-zielonych mirtów, stał biały duży dom, na pół ferma na pół zamek, z szerokim krużgankiem, z włoskim dachem i herbem na drzwiach. Obok, ciągnęły się rude mury prowensalskiego podgórza folwarcznego, gdzie były grzędy dla powoi, żłób dla trzody, szopy otwarte, w których błyszczały pługi i brony. Ponad tem wszystkiem zaś, górowały szczątki dawnych wałów, wieża ogromna, rysująca się na bezchmurnem niebie, dachy kilku domostw i romańska wieża Châtteau-neuf-des-Papes, rezydencyi, po wszystkie czasy przez rodzinę Gaussin d’Armandy zamieszkiwanej.
Castelet — tak pola, jak całe dominium, obfitujące w niemniej sławne winnice, jak Nerte i l’Ermitage, przechodziło z ojca na syna; niedzielono pomiędzy wszystkie dzieci, zawsze dostawał się najmłodszemu, z powodu tradycyjnego zwyczaju wysyłania najstarszego syna do konsulatów. Na nieszczęście, natura często krzyżowała te zamysły i nikt w świecie nie był tak niezdolny do zarządzania dobrami lub czemkolwiek bądź, jak Cezary Gaussin, na którego w 24 roku życia, spadła ciężka ta odpowiedzialność. Rozpustnik, włóczący się po wiejskich szynkowniach, Cezary a raczej próżniak, ladaco, hultaj, jak go nazywano zamłodu, przedstawiał ten typ niejako reakcyjny, który od czasu do czasu pojawia się w rodzinach najsurowszych obyczajów, stanowiąc dla nich jakby ujście naturalne.
W przeciągu kilku lat szalonych wybryków, marnotrawstwa bezmyślnego i rujnującej szulerki w domach gry w Avignonie i Orange, grunta obciążył on długami, piwnice zapasowe wypróżnił, zbiory winnic przed czasem sprzedał i, nareszcie, pewnego dnia, w wilię ostatecznego zajęcia, sfałszował podpis brata i wystawił trzy weksle, płatne w Szangai, w przekonaniu, że dostanie pieniędzy przed terminem, aby je wycofać. Doszły jednak w oznaczonym czasie rąk starszego brata, wraz z listem rozpaczliwym, w którym się przyznał do ruiny i do fałszerstwa. Konsul podążył niezwłocznie do Château-neuf, zapobiegł złemu, przy pomocy własnych oszczędności i posagu żony; poczem, widząc nieudolność próżniaka, wyrzekł się „karyery“, jakkolwiek świetnie mu się zapowiadała — i wziął się do uprawiania winnic.
Był to prawdziwy Gaussin, przestrzegający tradycyi aż do manii, gwałtowny i spokojny zarazem, jak wulkan wygasły a grożący jednak wybuchem; przytem pracowity i bardzo dobry rolnik. Dzięki jego staraniom, Castelet było w kwitnącym stanie, zagarnęło w swe granice wszystkie grunta po Rodan i ponieważ szczęście ludzkie zawsze chodzi w parze, mały Janek ujrzał pod cieniem mirtów światło dzienne. Przez ten czas, „próżniak“ włóczył się po domu, przygnieciony ciężarem swej winy, nieśmiejąc prawie spojrzeć na brata, dręczony wzgardliwem jego milczeniem. Oddychał wolniej tylko w polu, na polowaniu, przy łowieniu ryb. Ażeby zagłuszyć strapienie, uciekał się do różnych nie użytecznych zajęć. Zbierał ślimaki, wyrabiał pyszne laski z mirtu lub trzciny, sam przysposabiał sobie śniadanie pod gołem niebem z drobnego ptactwa, które piekł przy ogniu z gałęzi oliwnych, wśród pola. Wieczorem zasiadał do obiadu przy stole brata, ale nie mówił ani słowa, pomimo pobłażliwego uśmiechu jego żony, która przez litość zaopatrywała go w pieniądze kieszonkowe, ukradkiem przed mężem; on bowiem trzymał go w surowych karbach, nietyle chcąc go ukarać za popełnione już szaleństwo, jak zabezpieczyć od nowych. I rzeczywiście, gdy już owa wielka wina została zgładzoną, na nową próbę wystawił dumę starszego brata.
Trzy razy na tydzień przychodziła szyć do Castelet, ładna dziewczyna rybaczka, Diwonna Abrieu, urodzona w łozinie nad Rodanem, prawdziwa roślina rzeczna, z łodygą giętką i długą. W „katalance“ na głowie, u której odrzucone w tył wstążki odsłaniały szyję aż do popiersia cokolwiek smagłą jak i twarz, przypominała bohaterki dawnych sądów miłosnych, niegdyś ustawionych dokoła Château-neuf, w Courbezon, w Vacqueras, w tych starych wieżycach, których szczątki rozpadają się w głębi dolin.
To wspomnienie historyczne nie odgrywało żadnej roli w miłości Cezarego, duszy prostej, niemającej ideałów ani oczytania; ale sam małego będąc wzrostu, lubił kobiety wysokie i dlatego zakochał się zaraz pierwszego dnia. Obeznany on był z tego rodzaju przygodami wiejskiemi, wiedział, że kontredans w niedzielnej zabawie; obdarzenie zwierzyną, potem zaś przy pierwszem spotkaniu wśród pola, śmiała napaść z obaleniem, na lawendzie lub trawie, doprowadzą go do celu... Okazało się, że Diwonna nie tańczy, zwierzynę odniosła do kuchni, i że silna, jedna z tych topoli nadbrzeżnych, białych i gibkich, tak odepchnęła uwodziciela, że się potoczył o dziesięć kroków od niej. Odtąd trzymała go zdala ostrzem nożyczek, wiszących jej u pasa na kółku stalowem i rozbudziła w nim miłość, że zaczął napomykać o ożenku i zwierzył się z tem przed bratową. Ta, znając Diwonnę od dzieciństwa, wiedząc, że ma poważne usposobienie i delikatne uczucie, w głębi serca była przekonaną, że ten mezalians zbawi Cezarego; ale duma konsula oburzyła się na myśl, żeby jeden z Gaussin d’Armandych ożenił sie z chłopką; „jeżeli Cezary dopuści się tego — mówił — już ja go więcej nie zobaczę...“ I dotrzymał słowa.
Ożeniwszy się, Cezary opuścił Castelet i przeniósł się nad brzeg Rodanu, do krewnych żony i żył tam z małej sumki, wyznaczonej przez brata, którą mu zanosiła co miesiąc pobłażliwa bratowa. Mały Janek towarzyszył matce w tych odwiedzinach do stryja; zachwycała go chatka rodziny Abrieu, w kształcie rotondy zakopconej, wstrząsana wiatrem północnym lub północno-zachodnim; podparta jedyną belką prostopadłą, jak maszt. Przez drzwi otwarte, jakby w ramie, widać było kamienną tamę, gdzie się suszyły sieci, błyszczące łuskami srebrzystoperłowemi. Na dole, dwa czy trzy duże czółna kołysały się, trzeszczały na linach i płynęła wielka rzeka wesoła, szeroka, jasna, gnana wiatrem ku blado zielonym kępom drzew. Janek, maleńkim będąc, nabierał tam już chęci do dalekich podróży i do morza, którego jeszcze nie widział.
To wygnanie stryja Cezarego trwało dwa czy trzy lata i możeby nigdy nie miało końca, gdyby nie pewne zdarzenie w rodzinie, mianowicie przyjście na świat bliźniątek: Marty i Maryi. Ponieważ matka wpadła w chorobę po tym podwójnym połogu, Cezary i żona jego otrzymali pozwolenie odwiedzenia jej. Nastąpiło wtedy pojednanie dwóch braci, niewyrozumowane, instynktowne, parte siłą jednej krwi. Para ta zamieszkała w Castelet i gdy wkrótce do nieuleczalnej anemii przyłączyła się podagra reumatyczna, przykuwając biedną matkę do łóżka, na Diwonnę spadł obowiązek zarządzania domem, pamiętania o karmieniu bliźniąt, czuwania nad liczną służbą, odwiedzania Janka dwa razy na tydzień w Avignonie, gdzie był w liceum i starań koło chorej, która ich bezustanku potrzebowała.
Logiczna i zastanawiająca się, zastępowała ona brak nauki inteligencyą, rozumem chłopskim, urywkami wiadomości, pozostałych w mózgu „próżniaka“, którego poskromiła i ujęła w karby. Konsul zupełnie się spuszczał na nią pod względem utrzymania domu a była to rzecz nie łatwa, podatki bowiem powiększyły się a dowody malały rok rocznie, z powodu filoksery, wyniszczającej winnice. Cała równina była nią dotknięta z wyjątkiem ogrodu; konsul zwrócił więc wszystkie usiłowania ku temu, aby go zabezpieczyć przy pomocy badań i doświadczeń.
Ta Diwonna Abrieu, która nie przestała nosić niesmacznych czepców i nożyczek na kółko u pasa; ona, która postawiła się na skromnem stanowisko intendentki i towarzyszki, ochroniła dom od niedostatku, w te lata kryzysowe, chorą otaczała zawsze równie troskliwemi staraniami, dziewczątkom dawała edukacyę pod okiem matki, opłacała regularnie pensyonat za Janka, najpierw w Avignonie, potem w Aix, gdzie się uczył prawa, nakoniec w Paryżu, dokąd się udał, aby skończyć studya.
Jakich cudów ładu i czujności musiała dokazywać, żeby podołać temu, nikt nie wiedział równie jak i ona sama. Ale ile razy Jan myślał o Castelet i spojrzał na wyblakłą, niewyraźną fotografię, pierwsza postać co mu stawała na oczach, pierwsze imię co wymawiał, było zawsze Diwonny, tej chłopki z wielkiem sercem, którą czuł ukrytą poza żoną szlachcica i podtrzymującą dom ich wysiłkiem woli. Jednakże od kilku dni, odkąd wiedział kim jest jego kochanka, strzegł się wymawiać przy niej to imię czczone, tak samo jak matki i kogobądź ze swoich. Nawet fotografię tę było mu przykro widzieć na tak niewłaściwem miejscu, zabłąkaną na tej ścianie, nad łóżkiem Safony.
Pewnego dnia, powróciwszy na obiad, z zadziwieniem spostrzegł trzy nakrycia, zamiast dwóch, a z większem jeszcze — Fanny, grającą w karty z maleńkim człowieczkiem, którego nie poznał zrazu, ale który, obróciwszy się, ukazał mu jasne oczy swawolnej kozy, duży, zdobywczy nos na opalonej i pucołowatej twarzy, czaszkę łysą i brodę spiskowca, jego stryja, Cezarego! Na okrzyk synowca, odpowiedział on, nie wypuszczając kart z ręki: „Jak widzisz, nie nudzę się, gram w bezika z moją synowicą“!
Synowica jego!
A Jan tak pilnie ukrywał stosunek swój przed wszystkimi! Ta poufałość nie podobała mu się, zarówno jak i rzeczy, które Cezary prawił mu po cichu, gdy Fanny poszła zająć się obiadem... „Winszuję ci, mój malcze... oczy... ramiona... kąsek królewski“. Gorzej jeszcze było, skoro przy stole, zaczął „próżniak“ opowiadać, bez żadnych obsłonek, co się dzieje w Castelet i w jakim celu przybył do Paryża.
Powodem tej podróży były pieniądze do odebrania, ośm tysięcy fr., pożyczonych niegdyś przyjacielowi, Courbebaisse, których się nie spodziewał już nigdy ujrzeć, kiedy notaryusz doniósł mu, że tenże przyjaciel umarł i że można podnieść natychmiast owe ośm tysięcy. „Prawdziwym jednak powodem (pieniądze bowiem mógł przesłać) jest zdrowie twojej matki, mój biedaku... Od niejakiego czasu traci bardzo siły i niekiedy w głowie jej się mąci, zapomina wszystkiego, nawet imion dziewczątek. Któregoś wieczoru, gdy ojciec twój wychodził z pokoju, zapytała się Diwonny, kto jest ten dobry pan, który ją tak często odwiedza. Nikt jeszcze nie zmiarkował tego, prócz ciotki i mnie nawet powiedziała jedynie w tym celu, żebym zasięgnął rady d-ra Bouchereau, co do stanu tej niebogi, którą niegdyś leczył“.
— Czy mieliście już w rodzinie waryatów? — zapytała Fanny z poważną, doktoralną miną à la Gournerie.
— Nigdy — odrzekł stryj i dodał filuternie uśmiechając się od ucha do ucha, że on sam był trochę szalony za młodu — ale mój szał podobał się damom i nie było potrzeby trzymać go w zamknięciu.
Jan przyglądał im się. Zmartwiony smutną wiadomością, doznawał przytem niemiłego wrażenia, że tu kobieta mówi o jego matce i krytycznym stanie jej zdrowia, bez ogródek, z doświadczeniem matrony, opierając się łokciami na obrusie i kręcąc papierosa; tamten zaś gaduła, niedyskretny, zwierza się i wyjawia tajemnice rodzinne.
Winnice... już po winnicach! Niedługo zniszczeje i to, co dotąd dało się uchronić; połowa szczepów już zjedzona a resztę uratowano tylko cudem, każde grono, każde ziarno zosobna, jakby chore dziecko, drogiemi lekarstwy. Co najgorsze, to że konsul uparcie sadzi coraz nowe szczepy, żeby je pleśń zaraz napoczęła, zamiast hodować drzewa oliwne i kaparowe na tym doskonałym gruncie, zajętym teraz pod robaczliwe i spalone wino.
Szczęściem, on, Cezary, ma kilka hektarów nad brzegiem Rodanu, które uprawia metodą nawodniania: wspaniały to pomysł, ale tylko na nizinie da się zastosować. Jeden dobry zbiór zachęcił go do tego winka, niezbyt mocnego wprawdzie. Konsul nazwał je nawet wzgardliwie „winem żabiem“, ale „próżniak“ także jest uparty i kupi sobie Piboulette za pieniądze od Courbebaisse’a.
— Wiesz, mały, pierwsza kępa na Rodanie idąc od Abrieuinów w dół... ale to pozostanie między nami; nie chcę, żeby się kto domyślał, w Castelet aż do dnia...
— Nawet Diwonna, stryju? — napytała Fanny z uśmiechem.
Imię żony wywołało łzy na jego oczach.
— O! Diwonna... bez niej nic nie robię. Zresztą ona ma zaufanie w tym projekcie... i takby szczęśliwą była, żeby biedny jej Cezary odbudował fortunę Castelet, on co ją niegdyś zrujnował!
Jan zadrżał; czyż on myśli spowiadać się i o powiedzieć tą nieszczęsną historyę o swem fałszerstwie? Ale prowensalczyk zajęty swą miłością dla Diwonny, zaczął prawić o niej i o szczęściu, jakiego przy niej używa. „A taka przytem piękna, dodał, tak wspaniale zbudowana. Zobacz, synowico, jako kobieta, musisz się na tem znać“.
Podał jej kartę fotograficzną, którą zawsze nosił w pugilaresie.
Z synowskiego uczucia, z jakiem Jan mówił zwykle o ciotce, z nauk macierzyńskich tej chłopki, pisanych niewprawnym i trochę trzęsącym się charakterem, Fanny wnosiła, że jestto jedna z tych wieśniaczek typowych z nad Seine et Oise; zdumiała więc na widok czystych linij tej ładnej twarzy, jeszcze jaśniejszej przy wązkim czepku białym i tej eleganckiej, gibkiej kibici trzydziestopięcio letniej kobiety.
— Bardzo piękna, rzeczywiście... wycedziła przez zęby, ze szczególnym naciskiem.
— A jak zbudowana! — odezwał się stryj, uporczywie wracając do swego opisu.
Przeszli następnie na balkon. Po upale, od którego cynk werendy był jeszcze gorący, niknąca w dali chmura kropiła drobnym deszczykiem, który orzeźwiał powietrze, wesoło dźwięczał na dachach i obryzgiwał chodniki. Paryż śmiał się pod tą ulewą a zgiełk tłumu, powozów, cały ten hałas wzbijający się w górę, upajał parafianina, kołatał się w jego pustej i ruchliwej głowie, jak dzwon, przypominając młodość i trzymiesięczny pobyt jego przed trzydziestu laty, u przyjaciela de Courbebaisse.
— Jakie to były zabawy, jakie hulanki, moje dzieci! Pewnej nocy w półpoście, weszliśmy z Courbebaissem do Prado, poprzebierani, on za Chicarda a kochanka jego — Mornas, za sprzedającą piosenki, strój zaś ten przyniósł jej szczęście, wsławiła się bowiem w café-concert. On sam (stryj) wprowadził panienkę z tejże dzielnicy, zwaną Pellicule. Rozochocony, śmiał się roztwierając szeroko usta, nucił aryjki do tańca i w takt chwytał w pół synowicę. O północy, pożegnawszy ich by się udać do hotelu Cujas, jedynego, jaki znał w Paryżu, śpiewał na całe gardło na wschodach, przesyłał całusy do synowicy, która mu świeciła i zawołał do Jana:
— Strzeż się!...
— Gdy poszedł, Fanny zachmurzona od niejakiej chwili, przeszła do garderoby i przez uchylone drzwi, podczas, gdy się Jan kładł spać, zaczęła rozmowę, prawie obojętnym tonem.
— Twoja ciotka jest bardzo ładna... nie dziwię się teraz, żeś o niej wspominał tak często. Musieliście też przypinać rogi temu biednemu stryjowi!... co prawda, zdaje się stworzonemu na to.
Jan oburzył się... Diwonna! wszak to druga jego matka, która, gdy był maleńkim, miała o nim staranie, ubierała go... Wyratowała go z choroby, uchroniła od śmierci... nie, nigdyby się nie dopuścił takiej nikczemności.
— Daj pokój, daj pokój — mówiła dalej Fanny krzykliwym głosem, trzymając w zębach szpilki podwójne. — Nigdy we mnie nie wmówisz, żeby z takiemi oczami i tak pięknie zbudowana, jak powiada ten głupiec, ta Diwonna jego nie czuła żądzy przy takim ładnym blondynie z panieńską cerą, jakim ty jesteś. Widzisz... czy to nad brzegiem Rodanu, czy gdziekolwiek indziej, my wszędzie jesteśmy te same...
Mówiła to z przekonania, sądząc, że wszystkie kobiety ulegają każdej zachciance i że je żądza odrazu pokonywa. On się bronił, ale był zmieszany; roztrząsał swe wspomnienia, badał siebie, czy dotknięcie najniewinniejszej pieszczoty mogło go ostrzedz o jakiemkolwiek niebezpieczeństwie — i chociaż nic nie znalazł, niewinność przywiązania jego była zamąconą, czysta kamea zadraśnięta paznokciem.
— Patrz!... widzisz!... to czepek z twoich stron.
Na pięknych włosach, splecionych w dwa długie warkocze, upięła białą chusteczkę, dosyć dobrze naśladując katalankę, czepeczek dziewcząt z Châteauneuf i wyprostowana w mlecznych fałdach swych batystów nocnych, z okiem pałającem zapytała:
— Czym ja podobna do Diwonny?
O! nie, wcale; do siebie tylko była podobną w tym czepeczku, przypominającym tamten św. Łazarza, w którym jej miało być tak ładnie, gdy wobec całego sądu przesyłała pożegnalnego całusa swemu fałszerzowi: „Nie smuć się, mój miły; piękne czasy wrócą...“
Wspomnienie to sprawiło mu taką przykrość, że skoro tylko położyła się Fanny, zgasił prędko świecę, żeby jej nie widzieć.
Nazajutrz, z samego rana przyszedł stryj, z miną zawadyacką, z laską w górę podniesioną, wołając: „hola, dzieci!“ tonem lekkim i protekcyjnym, jakim się też odzywał niegdyś Courbebaisse, przychodząc go wyrwać z objęć panny Pellicule. Zdawał się jeszcze bardziej podniecony, niż w wilię i pewnie przyczynił się do tego hotel Cujas a więcej jeszcze owe ośm tysięcy franków, leżących w pugilaresie. Wprawdzie przeznaczył te pieniądze na kupno Piboulette, ale przecież miał prawo odłożyć kilka ludwików i wyprawić za miastem śniadanie swojej synowicy!...
— A Bouchereau? — odezwał się Jan, który nie mógłby się nie stawić dwa dni z rzędu w ministeryum. — Ułożyli się jednak, że zjedzą śniadanie w Champs-Elysées, poczem obaj panowie udadzą się na konsultacyę.
Nie tak się to odbyło, jak marzył Cezary, który chciał przyjechać do Saint Cloud wspaniałą karetą, pełną szampana. Swoją drogą było im bardzo przyjemnie jeść na tarasie restauracyjnym, w cieniu akacyj, poprzez które dochodziły ich dźwięki dziennej próby z sąsiedniego Café-concert. Cezary, bardzo gadatliwy, pełen galanteryi, robił co mógł, żeby olśnić paryżankę. Żartował sobie z garsonów, przywołał kucharza, żeby mu powinszować jakiegoś sosu a Fanny wybuchała głupim, nienaturalnym i banalnym śmiechem, który przypominał gabinery oddzielne i sprawiał Janowi przykrość, niemniej jak spoufalenie się z sobą stryja i synowicy, w jego obecności.
Możnaby mniemać, że się przyjaźnią od dwudziestu lat. „Próżniak“, który się stał sentymentalnym po winach podanych z wetami, mówił o Castelet, o Diwonnie i o swym Janku także. Rad był, że wie, iż jest w stosunku z nią, kobietą dorzeczną, która mu nie pozwoli dopuszczać się szaleństw. Dawał jej rady tyczące nieco podejrzliwego usposobienia młodzieńca i sposobu ujarzmienia go — jakby młodej mężatce, klepiąc ją po rękach, z okiem przygasłem i wilgotnem.
Przyszedł atoli do siebie u d-ra Bouchereau, gdzie dwie godziny czekali na pierwszem piętrze szpitala na placu Vendôme, w tych wielkich salach, wysokich i zimnych, wśród tłumów milczących i zaniepokojonych a potem przebyli całe piekło boleści, żeby dotrzeć do gabinetu sławnego uczonego, jaki się znajdował po za wszystkiemi salami.

Bouchereau, odbarzony zdumiewającą pamięcią, przypomniał sobie bardzo dobrze panią Gaussin, jeździł bowiem do Castelet na konsylium, przed dziesięciu laty, w samym początku choroby; zażądał, by mu opowiedziano wszystkie fazy, odczytał dawne recepty i zaraz uspokoił co do przypadłości mózgowych, przypisując je użyciu pewnych lekarstw. Podczas kiedy nieruchomy, z gęstą brwią zwisłą nad okiem bystrem i badawczem, pisał długi list do kolegi z Avignonu, stryj i synowiec, tamując oddech, wsłuchiwali się w skrzypienie tego pióra, które dla nich przytłumiało cały zgiełk ożywionego Paryża i w owej chwili zrozumieli potęgę lekarza w czasach nowożytnych, tego ostatniego kapłana, wiarę najwyższą i przesąd niezwyciężony...
Cezary wyszedł ztamtąd poważny i wytrzeźwiony.
— Wracam do hotelu zapakować się; powietrze paryzkie szkodliwe jest dla mnie, widzisz mój mały... Gdybym ta został, gotówbym szaleć. Wyjadę wieczorem o siódmej godzinie. Pożegnaj za mnie moją, synowicę, dobrze?
Przestraszony jego lekkomyślnem i dziecinnem zachowaniem się, Jan nie myślał go zatrzymywać i nazajutrz, obudziwszy się, rad był, że stryj jest już w domu, pod kluczem, przy Diwonnie; tymczasem zjawił się on ze wzburzoną twarzą i w pomiętej bieliznie.
— Boże mój! Co się stryjowi stało?
Zagłębiony w fotelu cichym głosem i bez giestów z początku, lecz ożywiając się w miarę opowiadania, Cezary przyznał się, że spotkał pewną znajomość z czasów Courbebaisse’a, że był na sutym obiedzie i stracił swe ośm tysięcy franków w domu gry... Że mu nie pozostało nic, ani jeden sus!... „Jakże ja tam powrócę, jak opowiem... Diwonnie? A kupno Piboulette“. Naraz, zaczął rozpaczać, zasłonił sobie oczy rękoma, uszy zatkał wielkiemi palcami i wyjąc, szlochając, łkając, prawdziwy ten południowiec, oskarżał się dręczony wyrzutami sumienia, spowiadał się z całego życia. Był on hańbą i nieszczęściem dla swej rodziny; takich ludzi krewni mieliby prawo zabijać, jak wilków. Gdyby nie szlachetność brata, gdzieby się znajdował? — W więzieniu, wraz ze złodziejami i fałszerzami. „Stryju, stryju“! — powtarzał biedny Gaussin, usiłując go powstrzymać.
Ale on, z umysłu ślepy i głuchy rozkoszował się publicznem wyznaniem swej zbrodni i opowiadał ją w najdrobniejszych szczegółach; Fanny zaś przyglądała mu się z litością, ale i z podziwem. Ten przynajmniej namiętny, ognisty taki, jakich ona lubi! Wzruszona aż do głębi serca, dobra ta dziewczyna zastanawiała się, jakby mu dopomódz. Co tu robić? Od roku nie widuje nikogo, Jan nie ma żadnych stosunków... Nagle, przypomniał jej się Déchelette!... Musi być w Paryżu obecnie a taki dobry z niego chłopak!
— Ależ ja go prawie nie znam — rzekł Jan.
— Ja pójdę.
— Jakto! chcesz pójść?...
— Dlaczegóżby nie?
Spojrzenia ich skrzyżowały się i zrozumiały nawzajem, Déchelette był także jej kochankiem, kochankiem przez jedną noc, którego zaledwie sobie przypominała. Ale Jan nie zapomniał ani jednego. Wszyscy uszeregowani byli w jego głowie, jak święci w kalendarzu.
— Jeśli cię to drażni... — odezwała się z pewnem zakłopotaniem. Gdy Cezary, który przez czas tej krótkiej narady, przestał krzyczeć i okropnie zaniepokojony, zwrócił ku nim tak błagalny i rozpaczliwy wzrok, Jan zrezygnował się i przecedził przez zęby zezwolenie...
Jakże długą wydawała im się ta godzina, gdy szarpani myślami, których przed sobą nie wyznawali, oparci o balkon, oczekiwali na tę kobietę.
— Musi być bardzo daleko do tego Décbelette’a...
— Ależ nie, ulica de Rome... o dwa kroki — odpowiadał Jan, wściekając się, gdyż i jemu także się zdawało, że Fanny bardzo długo nie wraca. Próbował się uspokoić inżyniera miłosną dewizą „bez jutra“ i wzgardliwem jego powiedzeniem o Safonie, że to kokotka starej daty. Ale dama kochanka cierpiała na tem, wolałby Prawie, żeby Fanny wydała się Décheletteowi piękną jeszcze i powabną. Ach, ten stary waryat, Cezary, potrzebnie też odnowił wszystkie jego rany!
Nakoniec ujrzeli płaszczyk Fanny, skręcającej z po za rogu na ulicę. Powracała promieniejąca: „Skończona rzecz... mara pieniądze“.
Gdy rozłożyła ośm tysięcy franków na stole, stryj płakał z radości; cheiał zaraz napisać kwit Déchelette’owi, oznaczyć procenty i czas wypłaty.
— To niepotrzebne, stryju... Nie wymówiłam twego nazwiska... Mnie pożyczono te pieniądze i mnie będziesz je dłużny, tak długo, jak ci się spodoba.
— Takie przysługi, moje dziecko, odpłacają się przyjaźnią trwającą do grobu... — odrzekł Cezary, przejęty wdzięcznością. Na dworcu, gdzie Gaussin odprowadził go, żeby mieć pewność, że odjedzie tym razem, powtarzał ze łzami: — Co za kobieta, co za skarb... warta, żebyś ją uszczęśliwił!...
Jan bardzo był nierad z tej przygody i czuł, że łańcuch i tak już ciężki, nituje się coraz bardziej i łączy z sobą dwie rzeczy, które przez wrodzoną delikatność zawsze rozdzielał i odróżniał — rodzinę i swój stosunek. Teraz Cezary zawiadamiał jego kochankę o zajęciach, o plantacyach, o wszystkiem, co się dzieje w Castelet; a Fanny krytykowała upór konsula co do winnic, wdawała się w rozprawy o zdrowiu matki, drażniła Jana niewłaściwą troskliwością lub zbyteczną radą; tylko nigdy nie czyniła wzmianki o oddanej przysłudze, ani o dawnej przygodzie „próżniaka“, tej skazie na rodzie Armandych, którą stryj w jej obecności wyjawił. Raz jeden uciekła się do tego, jako do broni odpornej a to w następujących okolicznościach:
Powracając z teatru, podczas deszczu, wsiadali do powozu na pewnej stacyi bulwarowej. Była to jedna z tych dorożek, co tylko po północy jeżdżą; nie ruszała ona z miejsca odrazu, gdyż woźnica był rozespany a koń wstrząsał uździenicą. Podczas kiedy czekali w zamkniętym fiakrze, stary woźnica, zajęty poprawianiem sobie trzaskawki u bicza, zbliżył się spokojnie do drzwiczek, z postronkiem w zębach i rzekł do Fanny głosem ochrypłym i ziejącym winem:
— Dobry wieczór... Jakże się masz?
— Ach, to ty!
Przeszedł ją lekki dreszcz, który prędko przezwyciężywszy, po cicha powiedziała do kochanka: „mój ojciec“...
Ojciec jej, ten maruder w długim surducie niegdyś liberyi, obryzganym błotem, z naderwanemi guzikami z metalu; ten człowiek, który oblany światłem gazu, ukazywał twarz obrzękłą, siną od alkoholu, przypominającą Gaussinowi w zgrubiały sposób, regularny i zmysłowy profil Fanny, jej duże oko rozkosznisi. Nie zwracając uwagi na mężczyznę towarzyszącego córce, jak gdyby go nie widział wcale, ojciec Legrand opowiadał co słychać w domu: „Stara jest w Necker od dwóch tygodni, źle z nią... Idźże ją odwiedzić którego czwartku, pokrzepi ją to... Co do mnie, tęgo się trzymam na szczęście; dobry bicz, dobra trzaskawka... tylko interesa idą nieszczególnie. Gdybyś potrzebowała miesięcznie woźnicy, byłoby mi to na rękę... Nie? — Szkoda... Do widzenia...“
Uścisnęli sobie obojętnie ręce, flark puścił się w drogę.
— A co, czy spodziewałbyś się tego? — szepnęła Fanny i przystąpiła do długiego opowiadania o swej rodzinie, co dotąd nie bywało — takie to brzydkie... taką tchnie nędzą!... ale teraz znamy się lepiej, nie mamy powoda taić nic przed sobą. Urodziłam się w Moulin-aux-Anglais, w okolicy Paryża, z tego oto ojca, dawnego dragona, który z obowiązku swego odbywał ciągle drogę z Paryża do Châtillon i ze służącej z oberży, pomiędzy jednem pojawieniem się jego a drugiem. Matki nie znałam, bo umarła przy połogu, ale gospodarze stacyi, poczciwi ludzie, zmusili ojca, żeby przyznał córkę i mamkę opłacał miesięcznie.
Nie śmiał odmówić, gdyż był tam dużo dłużny i gdy Fanny miała lat cztery, zaczął ją wozić jak pieska, sadowiąc u góry, pod płócienną budą. Bawiło ją to przemykanie się po drogach, światło latarń biegnących z obu stron wozu, parające i dyszące grzbiety u koni, sypianie w ciemnościach, na wietrze, przy odgłosie dzwonków.
Ale ojcu Legrand w prędce się sprzykrzyło to pozowanie na ojcowstwo. Niewiele to wprawdzie kosztowało, jednakże musiał żywić i ubierać tę smarkatę. Przytem stała mu na zawadzie do ożenienia się z pewną wdową po ogrodniku, mającą banie szklane do melonów i kwatery kapusty. Wzięła go chrapka. Fanny czuła wtedy bardzo wyraźnie, że ją ojciec chce zgubić; istotnie pijak ten pragnął jej się pozbyć bądź co bądź i gdyby sama wdowa, poczciwa matka Machaume, nie była wzięła dziewczynki pod opiekę...
— Ach prawda... tyś znał Machaume! — rzekła Fanny.
— Jakto! ta służąca, którą widziałem u ciebie?...
— Była to moja macocha... Taka była dobra dla mnie, jak byłam maleńką, że wzięłam ją do siebie, żeby wyrwać niegodziwemu mężowi, który straciwszy całe jej mienie, bił ją i zmuszał do służenia jakiejś flądrze, z którą żył... Ach! biedna Machaume, wie ona, co to jest wyjść za pięknego mężczyznę... Odszedłszy odemnie, czemprędzej doń wróciła, a teraz jest oto w domu przytułku. Jakże się on opuścił bez niej, ten stary łotr! Jaki brudny! Prawdziwy furman! O nic nie dba, tylko o bicz... uważałaś, jak go prosto trzyma? Nawet kiedy jest tak pijany, że się chwieje na nogach, trzyma go przed sobą, jak gromnicę zapaloną i chowa w pokoju. To jedno miał zawsze w porządku... dobry bicz, dobra trzaskawka... to jego przysłowie.
Mówiła o nim bez skrupułów, jakby o obcym, bez niesmaku i wstydu a Jan słuchał jej z przestrachem. Ten ojciec!... ta matka!... wobec surowego oblicza konsula i anielskiej twarzy pani Gaussin!... Zrozumiawszy nagle powód milczenia kochanka, odrazę jego do tych mętów społecznych, jakiemi się obryzgiwał przy niej, rzekła Fanny tonem filozoficznym: „We wszystkich rodzinach, jest mniej więcej to samo; nie odpowiadamy za to.. ja mam mego ojca Legrand; ty, stryja Cezarego“.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Alphonse Daudet.