Safo (Daudet)/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Alphonse Daudet
Tytuł Safo
Podtytuł Powieść z obyczajów paryzkich
Data wydania 1893
Wydawnictwo Wydawnictwo Dzieł Tanich A. Wiślickiego
Drukarz Drukarnia Przeglądu Tygodniowego,
Czysta № 4.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Sapho
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IX.

Zazwyczaj niesnaski ich nie trwały długo: rozpraszało je trochę muzyki i pieszczotliwe przymilanie się Fanny: ale tym razem, Jan na seryo miał do niej urazę i przez kilka dni zachowywał tę samą zmarszczkę na czole, to samo milczenie gniewne; po każdym obiedzie siadał zaraz do rysunku i nie chciał z nią wcale wychodzić.
Był to jakby wstyd nagły, że w takiem spodleniu żyje, obawa spotkania raz jeszcze wózka, jadącego w górę alei, oraz ujrzenia tego jasnego uśmiechu młodości, o którym ciągle myślał. Z czasem, jak zagmatwany przed ocknięciem się sen, jak dekoracya widowiska czarodziejskiego, którą łamią, by ją w mgnieniu oka inną zastąpić, tak zjawisko to zatarło się, znikło w głębi lasu i Jan nie ujrzał go już więcej. Została mu tylko skłonność do smutku; Fanny ją zrozumiała i postanowiła odemścić.
— Skończona rzecz rzekła kiedyś, rozradowana — widziałam się z Dechólettem... oddałam mu pieniądze, on, tak samo jak ty, uważa, że tak jest właściwiej. Ciekawam bardzo, dla czego... Ale stało się... Później, gdy zostanę sama, będzie pamiętał o małym... Czyś zadowolony?... Masz jeszcze żal do mnie?
Opisała mu potem bytność swoją przy ulicy de Ronie i zadziwienie, gdy zamiast karawanseraju pełnego zgiełku i wrzawy, do którego wpadają czeredy szaleńców, zastała dom mieszczański, cichy, z utrudnionym przystępem. Nie ma tam już zabaw, maskarad a zamianę tę wyjaśnił jakiś zawiedziony i rozgniewany pasorzyt, napisawszy kredą na bocznych drzwiach pracowni: „Fermé pour cause de collage“. „Zamknięta z powodu sklejania“.
— I to jest prawdą, mój drogi... Dechélette, przybywszy tu, rozkochał się w dziewczynie ze skatingu, Alicyi Doré. Przed miesiącem wziął ją do siebie i żyją jak para małżonków, zupełnie jak para małżonków. Milutka to kobiecinka, łagodna... ładny baranek... Mało robią hałasu we dwoje... Obiecałam, że ich odwiedzimy; będzie to niejaki odpoczynek po trąbie i barkarolach... Bądź co bądź, przyznaj, że jak na filozofa z jego teoryami... bez jutra, bez sklejania... O, to też nakpiłam się z niego!...
Jan dał się zaprowadzić do Decbólette’a, którego nie widział wcale od owego, spotkania na placu Magdaleny. Byłby wówczas bardzo zadziwiony, gdyby mu kto powiedział, że kiedyś, bez niesmaku odwiedzać będzie tego cynicznego i wzgardliwego kochanka swej metresy, że nawet prawie się z nim zaprzyjaźni. Przy pierwszych zaraz odwiedzinach przy ulicy de Rome, sam był zadziwiony, że tak mu tam miło, że go tak czaruje słodycz tego człowieka z niewinnym dziecięcym śmiechem pod wąsem kozaka i pogodą umysłu, niezamąconą nawet strasznemi napadami choroby wątrobianej, która nadawała mu ołowianą cerę i podsiniałe oczy.
A jak zrozumiałe było tkliwe dlań uczucie tej Alicyi Doré, z długiemi rączkami, miękiemi i białemi, z mdłą pięknością płowych włosów, które jeszcze jaśniejsze się zdawały przy blasku ciała flamandki, tak złotawego jak jej nazwisko. Miała ona złoto we włosach, w źrenicach, w brzegach rzęs... skóra była niem nawet pokropkowana, aż pod paznokciami.
Wzięta przez Dechélette’a z asfaltu skatingu, z pośród grubiaństw i brutalstw przy handlu kobietami, z pośród kłębów dymu, wypuszczanego z ust, przez mężczyznę, wraz z cyfrą, gdy targuje dziewczynę, grzeczność jego rozczuliła ją i zadziwiła. Nanowo stała się kobietą, przestając być biednem bydlęciem, przeznaczonem tylko dla cudzej przyjemności. Gdy ją chciał odprawić z rana, odpowiednio do swych zasad, po dobrem śniadaniu i z kilku ludwikami, miała tak wezbrane serce, prosiła go tak słodko, z takiem upragnieniem: „zostaw mię jeszcze“, iż nie miał odwagi jej odmówić. Od tej chwili, po części przez wzgląd na ludzi, po części też wskutek znużenia, zamknął się, by spędzić ten przypadkowy miesiąc miodowy w cieniu i ciszy tak dogodnie urządzonego pałacu letniego. Oboje znaleźli szczęście; ona w tkliwych względach, przedtem nigdy niedoznawanych, on zaś w szczęściu tej biednej istoty i naiwnej jej wdzięczności a zarazem i w tem, z czego sobie nie zdawał sprawy, że poraz pierwszy uległ porywającemu urokowi zażyłości z kobietą, tajemniczemu powabowi życia we dwoje, przy obustronnej dobroci i słodyczy.
Odwiedzanie Dechelette’a odrywało Gaussina od nizkiego, ordynarnego otoczenia, w jakiem wlókł egzystencyę małego urzędniczka, żyjące go z metresą. Lubił on rozmowę tego uczonego ze smakiem artystycznym; tego filozofa w perskim szlafroku, lekkim i luźnym, jak jego doktryny: opisy podróży, w jaknajkrótszych słowach szkicowane i tak odpowiednie do tych obić wschodnich, do złoconych posążków Buddy, potworów z bronzu i egzotycznego przepychu olbrzymiego przedsionka, gdzie światło, padając z góry, przypominało głąb parku. W świetle tem chwiały się delikatne liście bambusowe palmy wycinane jak paproć drzewna i ogromne liście strillicyi, pomieszane z rododendronami, co giętkie jak rośliny wodne, chłodu i wilgoci szukają.
W niedzielę zwłaszcza, z tem dużem oknem wychodzącem na ulicę pustą latem, drganie liści, zapach świeżej ziemi u stóp roślin, była to wieś pod lasem, prawie jak w Chaville, bez sąsiedztwa i trąby Hettémów. Goście tam nigdy nie bywali; raz jednakie, Gaussin i kochanka jego, przybywszy na obiad, usłyszeli przy wejściu kilka głosów ożywionych.
Dzień miał się ku schyłkowi, pito „raki“ w oranżeryi i rozprawy zdawały się ożywione.
— A ja znajduję, że pięć lat w Mazas, imię stracone i życie zmarnowane, to dostateczna po kota za poryw namiętności i szału. Podpiszę twoje podanie, Déchelette.
— To Caoudal!... — rzekła Fanny, po cichu, drżąc cała.
Ktoś się odezwał z suchą i stanowczą od mową:
— Ja nic nie podpiszę, nie przyjmując żadnej solidarności z tym hultajem...
— La Gournerie... — Tuląc się do kochanka, szepnęła Fanny. — Idźmy ztąd, jeśli ci przykro zobaczyć się z nimi.
— A to dla czego? Wcale nie... — Rzeczywiście, sam nie wiedział, jakiego wrażenia dozna wobec tych ludzi, ale nie chciał się cofnąć przed próbą; pragnął też może przekonać się o teraźniejszym stopniu tej zazdrości, która nieszczęsną miłość jego zrodziła.
— Wejdźmy! — rzekł i ukazali się w różowem świetle zachodzącego słońca, które rzucało blask na łyse czaszki i siwiejące zarosty przyjaciół Déchelette’a, rozłożonych na nizkich sofach, dokoła wschodniego stołu, w kształcie prostego stołka, na którym w pięciu czy sześciu kieliszkach, trząsł się mleczny likier anyżowy, właśnie przez Alicyę nalewany. Kobiety uściskały się. „Znasz tych panów, Gaussin?“ zapytał Déchelette, kołysając się w fotelu na biegunach.
Czy ich zna! Dwaj przynajmniej nie są mu obcy, godzinami bowiem wpatrywał się w ich portrety, wystawiane w sklepach, między znakomitościami. Ile oni zadali mu cierpień! Jaką czuł dla nich nienawiść, sukcesora... Ogarniała go szalona chęć rzucić się na nich, pożreć im twarz, spotkawszy na ulicy! Ale Fanny słusznie utrzymywała, że to przejdzie, teraz są to dlań twarze znajomych, prawie krewnych, dalekich wujaszków, których odnalazł.
— Ten mały zawsze ładny! — rzekł Caoudal; rozciągnąwszy się całą swą olbrzymią postacią, zasłaniał oczy ekranikiem od blasku okien. — A Fanny... pokażże się!... — Wsparty na łokciu, przymróżył oczy, z miną znawcy i powiedział — twarz ujdzie jeszcze, ale co do figury... dobrze robisz, że ją ściskasz... pociesz się jednak, moje dziecko, La Gournerie jeszcze grubszy od ciebie...
Poeta wzgardliwie zacisnął wązkie usta, siedząc po turecku, gdyż od czasu podróży do Algeryi utrzymywał, że nie znosi innej postawy, ogromny, rozlany, niemający już nic inteligentnego w twarzy, tylko czoło piękne, pod białym lasem i spojrzenie twarde, jakby handlującego niewolnikami, sadził się on na uniżoność salonową i przesadną grzeczność względem Fanny, jakby dla dania nauczki Caoudalowi.
Dwóch pejzażystów, o twarzach opalonych i wieśniaczych, dopełniało towarzystwa. Oni także znali metresę Jana i młodszy rzekł, ścigajając ją za rękę:
— Déchelette opowiadał nam historyę o tem dziecku; bardzo ładnie postąpiłaś, moja droga.
— Tak — odezwał się Caoudal do Gaussina — to adoptowanie jest bardzo „chic...“ Wcale nie trąci prowincyą.
Zdawało się, że ją te pochwały bardzo zmieszały... ale w tej chwili, ktoś, potknąwszy się o jakiś sprzęt w ciemnej pracowni, zapytał: „Niema nikogo?“
Déchelette rzekł:
— Otóż i Ezano.
Tego Jan nigdy nie widział; ale wiadomo mu było, jakie miejsce zajmował w życiu Fanny Legrand, ten hulaka, fantastyk, dziś stateczny, ożeniony, naczelnik oddziału w Beaux-Arts i nie zapomniał owej paczki listów namiętnych i czarujących.
Sztywnym krokiem zbliżył się człowieczek mały, zawiędły, suchy i podał wszystkim rękę zdaleks, trzymając ludzi na pewnym dystansie, przez nałóg pozowania, wystąpień w roli urzędowej. Zdawał się bardzo zadziwiony, że widzi Fanny a jeszcze więcej tem, że po tylu latach, piękną mu się wydaje.
— Aaa!... Safo... — przelotny rumieniec okrasił mu lica.
To imię Safony, które cofało ją w przeszłość, kojarząc z tymi podstarzałymi już ludźmi, wprawiło całe grono w niejaki kłopot.
— A to, pan d’Armandy, który ją nam przy prowadził... — żywo odezwał się Dóchelette, chcąc uprzedzić nowo przybyłego. Ezano ukłonił się i zaczęto rozmawiać. Fanny, uspokojona, że kochanek w ten sposób przyjmuje stas rzeczy, dumna z jego urody i młodości, wobec tych artystów i znawców, była bardzo ożywiona, bardzo wesoła. Cała przejęta teraźniejszą swą namiętnością, zapomniawszy prawie o stosunkach z tymi ludźmi, pomimo lat całych, mieszkania i życia wspólnego, które jednak pozostawia ślady zwyczajów i manij, przejętych w obcowania i trwających dłużej niż ono, z którego i ona przechowała nawet sposób zwijania papieroców Ezana i upodobanie do Joba i marylandu.
Jan, bez najmniejszego wzburzenia, zauważył ten drobny szczegół, któryby go dawniej był rozjątrzył i czując się tak spokojnym, doznawał radości więźnia, który przepiłował swój łańcuch i wie, że jeszcze jeden mały wysiłek a wydobędzie się na wolność.
— Cóż, moja biedna Fanny — powiedział żartobliwie Caoudal, wskazując na tamtych. — Co za upadek... jacy oni starzy, jakie z nich ruiny!... tylko my dwoje trzymamy się jeszcze.
Fanny zaczęła się śmiać: „Ah, przepraszam, pułkowniku — czasami nazywano go tak z powodu jego wąsów — jest między nami pewna różnica; nie zaczęliśmy jednocześnie karyery...
— Caoudal zawsze zapomina, że z niego dziad — rzekł La Gournerie i gdy rzeźbiarz, którego umiał zranić do żywego, zrobił poruszenie, zawołał swym donośnym głosem — zaszczycony medalem w r. 1840, to stara data, mój kochany!...
Pomiędzy tymi starymi przyjaciółmi pozostał ton zaczepny i antypatya tajona, która wprawdzie nie spowodowała zerwania stosunku, ale znać ją było w spojrzeniu, w każdem słowie i to od lat dwudziestu; od dnia, kiedy poeta porwał rzeźbiarzowi kochankę. Fanny nie istniała już dla nich, obaj gonili potem za innemi uciechami, zaznawali innych goryczy, ale uraza trwała, w miarę upływających lat, głębiej zapuszczając korzenie.
— Przyrzyjcież się nam obu i powiedzcie szczerze, czym to ja dziad!... — Obciśnięty w tużurku, uwydatniającym muskuły, Caoudal wyprostował się, pierś wygiął i wstrząsnął płomienistą grzywą, w której nie przebijał ani jeden włos biały.
— Zaszczycony medalem w r. 1840... lat piędziesiąt ośm za trzy miesiące... i czegóż to dowodzi?... Tylko w Comédie-Française i w Konserwatoryum sześdziesięcioletnim ludziom głowa się trzęsie i drepcą zgarbieni, na chwiejnych nogach, jak zgrzybiali starcy. W sześdziesiątym roku życia, sacrebleu! chodzi się prościej, niż w trzydziestym, bo się czuwa nad sobą i kobieta poluje na nas jeszcze, byleby serce młode rozgrzewało i podtrzymywało całą osobę.
— Tak myślisz? — przemówił La Gournerie, spoglądając z szyderczym śmiechem na Fanny, a Déchelette, uśmiechając się poczciwie, jak zwykle, dorzucił:
— Zawsześ utrzymywał, że niema, jak młodość a dziś bredzisz jakoś...
— Ta mała Cousinard zmieniła mój sposób myślenia... Causinard, moja nowa modelka... Lat ośmnaście, dołki, dołeczki wszędzie, istny Klodion. A takie przytem dobre dziecko, taki typ ludowy z halli, gdzie matka jej drób sprzedaje... Czasem się odezwie tak głupio, ale to tak głupio, że ją aż uściskać trzeba... Parę dni temu, zobaczyła w pracowni romans Dejoie: patrzy na tytuł: „Thérèse“, więc rzuca książkę, ślicznie się krzywiąc, i mówi: „gdyby to się nazywało: Biedna Teresa („pouv Thérèse), czytałabym całą noc!...“ Szaleję za nią, powiadam wam...
— Wpadłeś znowu w pułapkę? — rzekł Déchelette — a za sześć miesięcy czeka cię zerwanie, łzy jak groch, zniechęcenie do pracy i porywy tak wścieklej złości, żeś gotów wszystkich zabijać. — Caoudal zasępił czoło.
— Prawda, że wszystko nietrwałe... Pobierają się ladzie, porzucają...
— A więc pocóż się pobierać?
— A ty? Czy myślisz, że całe życie przebędziesz ze swoją flamandką?
— O! my, nie jesteśmy z sobą związani... nieprawda, Alicyo?
— Tak — odrzekła młoda kobieta, głosem słodkim i roztargnionym, z krzesła, na którem stojąc rwała glicynię i zieleń do bukietu na stół. Déchelette mówił dalej:
— Pomiędzy nami nie będzie zerwania, poprostu, rozejdziemy się tylko... Zrobiliśmy ugodę na dwumiesięczne wspólne pożycie; ostatniego dnia rozłączymy się, bez rozpaczy i zdziwienia. Ja powrócę do Ispahanu, zamówiłem już właśnie kajutę. Alicya zaś do swego mieszkania przy ulicy Labruyère, które cały ten czas trzymała.
— Trzecie piętro nad antresolą: nic wygodniejszego do wyskoczenia oknem!
Mówiąc to uśmiechała się, ruda i olśniewająco biała wśród zmierzchu, z ciężkiem gronem płowych kwiatów w ręku; ale brzmienie tych słów było tak głębokie, tak poważne, że nikt nie odpowiedział. Wiatr dął coraz zimniejszy domy z przeciwka zdawały się wyższe.
— Zasiądźmy do stołu — zawołał pułkownik — i mówmy o rzeczach wesołych.
— Tak, masz słuszność, „gaudeamus igitur“... bawmy się, pókiśmy młodzi; nieprawda Caoudal? — rzekł La Gournerie z nienaturalnym śmiechem.
W kilka dni potem, Jan udał się znowu na ulicę de Rome; pracownia była zamknięta, okno zasłonięte ową dużą płócienną roletą, martwa cisza panowała od piwnic aż do dachu tarasowego. Déchelette wyjechał o godzinie oznaczonej, gdy minął czas umową zawarowany. On zaś myślał: „Pięknie jest robić to, co się chce, w życiu — panować nad rozumem swoim i nad sercem... Czy ja się kiedy zdobędę na tę odwagę?...“
Czyjaś ręka dotknęła jego ramienia.
— Dzień dobry, Gaussin!
Déchelette, mizerny, bardziej pożółkły i zmarszczony niż zwykle, objaśnił go, że jeszcze nie wyjeżdża, bo interesa zatrzymują go w Paryżu i że mieszka w Grand-Hótel, mając wstręt do pracowni, od czasu tej strasznej historyi.
— Cóż to takiego?
— Prawda, nie wiesz... Alicya umarła... Zabiła się... Zaczekaj tu na mnie, zobaczę tylko, czy nie nadeszły jakie listy.
Powrócił prawie natychmiast i rozrywając nerwowym palcem opaski dzienników, mówił głucho, jak lunatyk, nie patrząc na Gaussina, który szedł obok niego:
— Tak, zabiła się, wyskoczyła oknem, jak to zapowiadała owego wieczora, kiedyś był u mnie. Cóż chcesz?... ja nie wiedziałem, nie mogłem się domyśleć... W dniu, kiedy miałem wyjechać, powiedziała mi spokojnym tonem: „Weź mię z sobą, Déchelette... nie zostawiaj mnie samą...“ Ja nie śmiałem. Czy wyobrażasz mię sobie z kobietą, tam u tych kurdów... Pustynia, gorączki, nocy pod gołem niebem... Przy obiedzie, powtarzała znowu: „Nie będę ci na przeszkodzie, zobaczysz, jak będę potulna“. Widząc, że mi tem przykrość sprawia, przestała nalegać... Poszliśmy później do Varietés, gdzie wziąłem lożę... wszystko to było z góry umówione... Zdawała się zadowolniona, cały czas trzymając mię za rękę, szeptała: „Dobrze mi...“ Mając wyjechać w nocy, odwiozłem ją do domu, ale smutni oboje, milczeliśmy. Nie podziękowała mi nawet za paczkę, którą jej wsunąłem do kieszeni, żeby miała z czego żyć spokojnie rok lub dwa. Gdyśmy przybyli na ulicę Labruyére, zażądała, bym poszedł na górę... Nie chciałem. „Proszę cię... tylko do drzwi“. Alem zaciął i nie poszedłem. Miejsce już miałem zamówione, rzeczy upakowane, wreszcie, za dużo razy powiedziałem, że wyjadę... Schodząc, z wezbranem nieco sercem, słyszałem, że coś Wołała: „prędzej niż ty...“ alem nie zrozumiał, aż na ulicy... ach!...
Z okiem utkwionem w ziemię, zatrzymał się, przed strasznem widmem, jakie mu chodnik przedstawiał teraz na każdym kroku, przed masą bezwładną, czarną, rzęrzącą...
— Umarła we dwie godziny potem, nie powiedziawszy jednego słowa, nie wydawszy jednego jęku, wpatrując się we mnie swą złotą źrenicą. Czy cierpiała? Czy mnie poznawała? Położyliśmy ją na łóżku, ubraną, w dużej mantyli koronkowej, co zasłoniała jedną stronę głowy, żeby ukryć ranę w czaszce. Bardzo blada, z odrobiną krwi na skroni, była jeszcze ładna i taka słodka. Ale gdym się pochylił, żeby zetrzeć tę kroplę krwi, co ustawicznie wytryskiwała, zdawało mi się, że jej oko wyraża oburzenie i grozę... Była to niema klątwa, rzucona mi przez biedną dziewczynę... Ale bo też, co mi szkodziło zostać jeszcze czas jakiś, albo zabrać z sobą, ją, tak zgodną i cichą?... Nie, pycha wzięła górę, uporczywe trzymanie się wyrzeczonego słowa... Nie ustąpiłem i umarła, umarła przezemnie, który ją kochałem przecież...
Zapalał się, mówił głośno, zwracając uwagę ludzi, których potrącał łokciami, idąc w dół ulicy d’Amsterdam a Gaussin, ujrzawszy dawne swe mieszkanie, balkon, werendę, zrobił zwrot do Fanny, do wspólnych z nią dziejów i dreszcze go przechodziły, podczas kiedy Déchelette mówił dalej:
— Zawiozłem ją na Montparnasse, bez przyjaciół, bez rodziny... Chciałem sam jeden oddać jej tę przysługę... I odtąd, pozostaję tutaj, ciągle z tą samą myślą, nie mogąc się zdobyć na wyjazd z tą ideą, co mię opanowała, uciekając od domu, w którym upłynęły mi dwa tak szczęśliwe miesiące przy jej boku... Żyję na ulicy, biegam, staram się rozerwać, umknąć od tego oka nieboszczki, która mię oskarża z pod strugi krwi.
Umilkł na chwilę, zgnębiony wyrzutem sumienia; dwie duże łzy spłynęły mu na ten jego płaski, poczciwy i tak zamiłowany w życiu nosek i rzekł:
— Powiedz mi, przyjacielu; ja przecież nie jestem zły: To jednak dziwne, żem tak postąpił...
Jan starał się go pocieszyć, składając wszystko na traf, na nieprzyjazne losy, ale Déchelette potrząsając głową, powtarzał, przez zaciśnięte zęby:
— Nie, nie... Nigdy sobie nie wybaczę. Chciałbym się ukarać.
Ta chęć odpokutowania ustawicznie go prześladowała: mówił o niej wszystkim przyjaciołom i Gaussinowi po którego przychodził, w chwili jego wyjścia z biura.
— Wyjedź że, Déchblette... Podróżuj, pracuj, rozerwie cię to — mówili Caoudal i inni, trochę zaniepokojeni tą jego manią, tem uporczywem powtarzaniem, że nie jest zły. Nareszcie, pewnego wieczoru, bądź że pragnął zobaczyć pracownię przed wyjazdem, bądź że postanowił tam położyć koniec swej męce, powrócił do swego mieszkania, przy ulicy de Rome — i rano, robotnicy, dążący z przedmieść, na zarobek, podnieśli go z roztrzaskaną czaszką z chodnika, przed jego bramą. Umarł wskutek takiegoż samobójstwa, jak ta kobieta, z takiemże samem konaniem, tak samo zgruchotany, z rozpaczy wyskoczywszy na ulicę.
W półcieniu pracowni cisnął się tłum artystów, modelek, aktorek, wszystkich co tańczyli, wszystkich co wieczerzali na jego ostatnich zabawach. Był to szmer, szeptanie, szepty, szum przytłumiony, jak zwykle w kaplicy, przy krótkich płomieniach świec woskowych. Przyglądano się, poprzez pnącze i liście, zwłokom w jedwabnej materyi w kwiaty złote i w turbanie na głowie, dla przysłonięcia ohydnej rany. Wyciągnięty w całej swej długości, z białemi rękami, co bezwładnie spadając, cechowały sen śmierci, leżał Déchelette na nizkiej sofie, w cieniu glicynii, gdzie Gaussin i kochanka jego zapoznali się, w ową noc balową.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Alphonse Daudet.