Safo (Daudet)/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Alphonse Daudet
Tytuł Safo
Podtytuł Powieść z obyczajów paryzkich
Data wydania 1893
Wydawnictwo Wydawnictwo Dzieł Tanich A. Wiślickiego
Drukarz Drukarnia Przeglądu Tygodniowego,
Czysta № 4.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Sapho
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
III.

— Zdaje mi się, że tym razem znalazłam... ulica d’Amsterdam, naprzeciw dworca... trzy sztuki i duży balkon... Jeśli chcesz, to pójdziemy zobaczyć, jak wrócisz z ministeryum... Wysoko... piąte piętro... ale będziesz mię nosił. Tak było przyjemnie... Pamiętasz?... — Rozweselona tem wspomnieniem, tuliła się do jego szyi, muskała ją, szukając dawnego miejsca, swego miejsca.
To mieszkanie w hotelu, we dwoje, wśród zwyczajów tamtejszych, gdzie dziewczęta w siatce na głowie i w pantoflach włóczą się po wschodach, gdzie poza ścianą cienką jak papier, słychać krzątanie się innej pary, gdzie klucz, lichwę, obówie, mieszają się z cudzemi, życie dawało się nieznośnem. Nie dla niej z pewnością; byle z Janem, wszędzie byłoby jej dobrze: na poddaszu, w piwnicy, choćby i w rynsztoku. On za to, odkąd miał przy sobie kochankę, stał się drażliwym na okoliczności, które za kawalerskiego życia były mu prawie obojętne. Te stosunki jednonocne korciły go, i wywoływały niesmak, jak klatka w ogrodzie botanicznym, w której małpy naśladują wszystkie poruszenia i objawy miłości ludzkiej. Niecierpliwiło go i to, że dwa razy dziennie musieli się pokazywać w restauracyi, na bulwarze Ś-go Michała, w ogromnej sali, pełnej studentów, uczniów Szkoły sztuk pięknych, malarzy, architektów, którzy nie znając go osobiście oswoili się jednak z jego twarzą, już bowiem od roku tam jadał.
Rumienił się, otwierając drzwi, bo wszystkie te oczy zwracały się ku Fanny. Wchodził z wyzywającą a nieśmiałą miną, jak to jest zwyczajem bardzo młodych chłopców, gdy towarzyszą kobiecie. Lękał się też spotkać którego naczelnika z ministeryum, albo kogoś ze swoich stron. Zresztą i względy ekonomiczne grały niemałą rolę.
— Jakaż tu drożyzna!... — mówiła ona codzień, zabierając z sobą i roztrząsając podany im rachunek za obiad. — Gdybyśmy byli na swojem gospodarstwie, prowadziłabym trzy dni za te pieniądze.
— A więc, któż nam broni? — Zaczęli szukać mieszkania.
Była to zasadzka. Wszyscy w nią wpadają: najlepsi, najuczciwsi... a to przez wrodzoną potrzebę ładu i „home“ wykształconą życiem na łonie rodziny i przy cieple ogniska domowego.
Nie zwlekając, najęli owe mieszkanko przy ulicy Amsterdam, które niezmiernie im się podobało, chociaż pokoje ciągnęły się szeregiem i kuchnia, oraz salonik, wychodziły na brudne podwórko, pełne odoru pomyj i chloru, ziejącego z garkuchni angielskiej, pokój zaś na ulicę spadzistą i hałaśliwą, gdzie dniem i nocą rozlegał się turkot furgonów, wózków, fiakrów, omnibusów, gdzie słychać było świstawki za każdem przybyciem lub wyruszeniem pociąga; słowem, całą wrzawę dworca kolei zachodniej, okazującego naprzeciwko swe dachy ze szkła koloru brudnej wody. Dobrą zaś stronę stanowiło to, że pociąg odchodził prawie z przed ich bramy i że Saint-Cloud, Ville-d’Avray, Saint-Germain, te zielone stacye brzegów Sekwany, znajdowały się nieledwie pod ich tarasem. Mieli bowiem taras szeroki i wygodny, na którym, dzięki szczodrobliwości dawniejszych lokatorów, pozostał namiot z cynku naśladującego pomalowaniem, płótno pasiaste. Podczas deszczów zimowych, strumieniem lała się zeń woda, był więc smutny dla oka; w lecie za to spodziewali się tam jadać obiad, tak przyjemnie, jakby w górskim szalecie.
Trzeba było pomyśleć o meblach. Gdy Jan napisał do rodziny, że zamierza urządzić sobie mieszkanko, ciotka Diwona, niejako intendentka ich domu, przysłała potrzebne na to pieniądze, zapowiadając przytem w liście, że wkrótce nadejdzie jeszcze szafa, komoda i duży fotel, wszystko wydobyte z „pokoju, gdzie wiatr wieje“ na intencyę paryżanina.
Pokoju tego, który stanął mu na oczach w głębi kurytarza w Castelet, nigdy nie zamieszkiwano: okienice były w nim zawsze zaryglowane, drzwi na klucz zamknięte; a to z powodu, że wiatr północno-zachodni tak nim wstrząsał, jakby izbą w latarni morskiej. Urządzono tam skład gratów, rzucanych w kąt przez każde pokolenie mieszkańców, gdy się w nowe sprzęty zaopatrzyło.
Ach, gdyby Diwona wiedziała, do jakich osobliwych sjest służyć będzie ten fotel — i że spódnice z surah, oraz majteczki z falbankami, zapełnią szuflady tej komody z czasów Cesarstwa... Ale Gaussin nie czuł wyrzutów sumienia wobec tysiąca drobnych uciech tej instalacyi.
Takie to było zabawne, gdy po jego powrocie z biura, o zmierzchu, puszczali się pod rękę na jaką oddaloną ulicę przedmieścia, po meble do jadalnego pokoju: kredens, stół, krzesła; albo też po firanki z kretonu w kwiaty do okna i do łóżka. On, godził się na wszystko z zamkniętemi oczami; ale Fanny przyglądała się za dwoje: probowała krzesła, kazała wsuwać deski u stołu i targowała się, z widoczną wprawą w robieniu sprawunków.
Wiedziała, w którym sklepie dostanie po cenie fabrycznej, mały komplet naczyń kuchennych: cztery rondelki żelazne, piąty emaliowany do rannej czekolady (miedzi strzegła się, bo ją za długo trzeba czyścić) dalej, sześć sztućców metalowych wraz z łyżką wazową, dwa tuziny talerzy z fajansu angielskiego, co to mocny i wesoły dla oka a wszystko to porachowane, przygotowane i upakowane, wyglądało jakby gospodarstwo dla lalki. Co do prześcieradeł, ręczników, bielizny stołowej i innej, to znała kupca, reprezentanta wielkiej fabryki z Roubaix, który sprzedawał towary na wypłatę miesięczną. Przeglądając ciągle wystawy sklepowe, wietrząc licytacye, te szczątki rozbicia, przypływające tam nieustannie wraz z pianą brzegów Paryża, odkryła na bulwarze Clichy łóżko wspaniałe, prawie nowe i tak szerokie, że możnaby rzędem na niem położyć owe siedm panien ludożercy, z podania gminnego.
On także, powracając z biura, probował robić sprawunki; ale nie znał się na niczem, nie nmiał oprzeć się kupcowi i wyjść z pustemi rękami. Poszedłszy raz po starodawny serwis do oliwy, który mu wskazała, nabył w miejsce tego przedmiotu, już sprzedanego, pająk salonowy z cristal de roche, wcale nieużyteczny, ponieważ nie mieli salonu.
— Umieścimy go pod werendą — mówiła Fanny, żeby go pocieszyć.
A co też to było uciechy przy zdejmowaniu miar, co narad nad tem, gdzie jaki sprzęt postawić; co okrzyków, co śmiechu szalonego, co tragicznych gestów, gdy spostrzegli, że pomimo przezorności i dokładnego spisywania koniecznych sprawunków, ciągle o czemś zapominali.
Tak się stało np. z tartką do cukru. Gotowi byli rozpocząć gospodarkę, bez tartki do cukru!...
Gdy wszystko było kupione i rozmieszczone właściwie, gdy powiesili firanki i założyli knot u nowej lampy, jakiż nastąpił miły wieczór instalacyjny i szczegółowy przegląd całego mieszkania, przed położeniem się spać. Jakże się ona śmiała, świecąc, podczas kiedy ryglował drzwi. „Zakręć jeszcze raz, jeszcze... zamknij dobrze .. bądźmy co się nazywa u siebie...“
Odtąd zaczęło się życie nowe, rozkoszne. Po skończonej pracy, śpieszył do domu, żeby już usiąść w pantoflach, w swojem gniazdeczku. Brodząc po szarem błocie ulicznem, wyobrażał sobie swój pokój widny, ciepły, rozweselony staremi meblami z prowincyi. Fanny mówiła wprawdzie z góry: „To będą graty“, okazało się jednak, że to były bardzo ładne i starożytne rzeczy; zwłaszcza też szafa, cacko w stylu Ludwika XVI, na którego ściankach wymalowane były zabawy prowensalskie: pasterze w kurtkach w kwiaty; tańce przy fujarce i przy tołumbasie. Te niemodne, staroświeckie sprzęty, od dzieciństwa znane, przypominały ma dom rodzicielski i uświęcały nowo ognisko, którego błogością się napawał.
Gdy zadzwonił, Fanny, starannie i zalotnie ubrana, wybiegała „na pokład“ jak zwykła mówić. Nosiła wtedy suknię czarną wełnianą, bardzo skromną, lecz zrobioną podług fasonu najlepszego krawca (była to prostota, znamionująca dawną elegantkę). Rękawy miała zagięte i fartuszek biały, gotując sama, przy pomocy posługaczki do grubszych robót, od których ręce się niszczą lub kształt tracą.
Znała się nawet bardzo dobrze na kuchni; potrafiła przyrządzać potrawy tak z północnych jak i z południowych prowincyj, tak urozmaicone, jak zbiór piosenek ludowych, które, gdy się skończył obiad i gdy powiesiła fartaszek biały poza drzwiami, już zamkniętemi, od kuchni, zaczynała śpiewać swym kontraltem zmęczonym i namiętnym.
Na dole, na ulicy deszcz szumiał i lał strumieniem. Zimne jego krople z głośnym dźwiękiem uderzały o werendę cynkową a Gaussin rozparty w fotelu, grzejąc nogi przy ogniu przyglądał się oknom przeciwległego dworca i urzędnikom, którzy pisali pochyleni, przy białem świetle wielkich reflektorów.
Dobrze ma było i poddawał się temu błogiemu wrażeniu. Czy był zakochany? — Nie; tylko wdzięczny za miłość, jaką go otaczano, za tę czułość zawsze jednaką. Jak się mógł pozbawiać tak długo tego szczęścia, z obawy, z której śmiał się teraz, żeby nie zgnuśnieć i nie skrępować się. Alboż jego życie nie jest teraz porządniejsze, niż kiedy chodził od dziewczyny do dziewczyny, narażając swe zdrowie?
Nic też nie groziło przyszłości. Za lat trzy, gdy wyjedzie, zerwanie nastąpi samo przez się, bez wstrząśnień. Fanny wie, że ją to czeka: nieraz rozmawiają o tem jakby o śmierci,o nieszczęściu dalekiem, lecz nieuniknionem. Szło mu już tylko o zmiartwienie rodziny, gdy się dowie, że on nie sam mieszka, o gniew ojca, tak surowego i porywczego.
Ale jakim sposobem mogliby się dowiedzieć? Jan nie widywał się z nikim w Paryżu. Ojca jego „konsula“ jak tam mówią, cały rok przy kuwała do miejsca gospodarka w bardzo znacznym majątku i poranie się z winnicami. Matka, kaleka niemogąca zrobić, bez pomocy, jednego mchu, jednego kroku. Diwonie pozostawiła zarząd domu i starania około swych bliźniaczek: Maryi i Marty, których podwójne a niespodziane narodziny, pozbawiły ją na zawsze sił żywotnych. Co się zaś tyczy stryja Cezarego, męża Diwony, było to stare dziecko, którego nie puszczano w podróż, bez opieki.
Fanny znała teraz całą rodzinę. Gdy odbierał list z Castelet, u dołu którego bliźnięta dodały kilka wierszy grubem pismem swych drobnych paluszków, czytała go po przez ramię Jana, rozrzewniając się wraz z nim. On o jej życiu nic nie wiedział i o nic nie pytał. Mając piękne, nieświadome siebie, samolubstwo młodości, ani zazdrościł, ani się niepokoił. Pełen własnego życia, przelewał na zewnątrz jego nadmiar, myślał głośno, wyjawiał się, podczas gdy ona milczała.
Dni i tygodnie mijały w błogim spokoju, raz tylko, chwilowo, przerwanym przez okoliczność, która wzruszyła ich bardzo, lecz każde odmiennie. Zdawało jej się, że jest w odmiennym stanie i oznajmiła mu to, z taką radością, że musiał ją podzielać. W głębi duszy lękał się. Dziecko... w jego wieku!... Cóżby z niem zrobił? Czy musiałby je przyznać?... I jakiż to zakład pomiędzy nimi, jakie zawikłanie przyszłości!
Naraz, łańcuch wydał mu się ciężki, zimny i krępujący. W nocy nie spał, zarówno jak i ona i leżąc obok siebie w tem ogromnem łóżku, marzyli z otwartemi oczami, o tysiąc mil jedno od drugiego.
Na szczęście, ten popłoch nie wznowił się i powrócili do swego trybu życia spokojnego i rozkosznie ustronnego. Gdy zima minęła i prawdziwe słońce ukazało się wreszcie, siedziba ich stała się jeszcze piękniejszą, powiększona tarasem i namiotem. Wieczorem, jadali tam obiad, pod zielonkawem niebem, które pruły jaskółki w swym chyżym locie.
Z ulicy dochodziły powiewy ciepłe i odgłosy sąsiednich domów; ale najlżejszy podmuch wietrzyku do nich należał i godzinami całemi dumali tam, siedząc pociemku, kolano przy kolanie. Jan przypominał sobie podobne noce nad Rodanem; marzył o konsulatach dalekich, w krajach bardzo gorących, o pokładach odpływających okrętów, gdzie wietrzyk miałby właśnie takie długie tchnienia, od jakich drgała firanka u namiotu. A gdy niewidzialna pieszczota szeptała mu na ustach: „kochasz mię?...“ powracał zawsze z bardzo daleka, żeby odpowiedzieć: „O! kocham cię“. Tak to bywa z bardzo młodymi chłopcami; za dużo rzeczy gnieździ się w ich głowie.
Na tym samym balkonie, oddzielona od nich kratą żelazną, oplecioną kwitnącemi pnączami, druga para gruchała. Byli to państwo Hettéma, małżeństwo, ludzie bardzo otyli, których całusy rozlegały się w powietrzu. Szczególnie dobrani, podobni z sobą byli z lat, z upodobań, z postaci ciężkich. Rozrzewniające to było, gdy ci kochankowie, u schyłku młodości, śpiewali zcicha, oparci o balustradę, stare, sentymentalne duety.

Ale słyszę go, on wzdycha w ciemnościach;
Piękny to sen, ach! pozwólcie mi spać.

Podobali się Fanny i byłaby chciała ich poznać. Czasami nawet zamieniały z sąsiadką, poprzez poczerniałą poręcz żelazną, uśmiech kobiet zakochanych i szczęśliwych, ale mężczyźni, jak zwykle, zachowywali się sztywno, więc się rozmowa nie zawiązywała.
Pewnego popołudnia, wracając z quai d’Orsay usłyszał Jan, że woła go ktoś na rogu ulicy Royale na samym skręcie bulwaru. Dzień był cudny, jakieś ciepłe światło oblewało Paryż, a przy pięknym zachodzie słońca, około tej godziny, kiedy publiczność dąży do Lasku, nie ma równego mu na świecie.
— Usiądź tu, zachwycający młodzieńcze i napij się czego... bawi to moje oko, gdy patrzę na ciebie.
Dwa długie ramiona, pochwyciwszy go, posadziły pod werendą kawiarni, zalegającej chodnik trzema rzędami stolików. Nie opierał się wcale, pochlebiało mu to bowiem, że otaczająca ich publiczność, przybyła z prowincyi lub z zagranicy, w kurtkach pasiastych i w okrągłych kapeluszach, z zaciekawieniem szeptała nazwisko Caoudala.
Rzeźbiarz siedział przed absyntem, licującym z jego postawą militarną i orderową wstążeczką; obok siebie zaś miał inżyniera Déchelette’a, który przyjechał dnia poprzedniego; zawsze ten sam, opalony i żółty, z wystającemi kośćmi u policzków, przy których jego zacne, małe oczki, zdawały się jeszcze głębiej osadzone, z nozdrzami, chciwie wciągającemi w siebie Paryż. Skoro tylko młodzieniec usiadł, Caoudal, wskazując nań z komiczną wściekłością, zawołał:
— Cóż to za urodziwy chłopak!... Pomyśleć tylko, żem i ja miał kiedyś te lata i krasę... Oj młodość, młodość...
— Zawsze to samo? — zapytał Déchelette, witając uśmiechem manię przyjaciela.
— Mój drogi, nie śmiej się... Wszystko co mam, czem jestem, medale, krzyże, Instytut, rozgłos, oddałbym za te włosy i cerę słoneczną... — Zwróciwszy się potem żywo do Gaussina, rzekł:
— A Safo, cóżeś z nią zrobił?... Jakoś jej nie widać.
Jan wytrzeszczył oczy, nic nie rozumiejąc.
— Już nie żyjecie z sobą? — zapytał Caoudal i zniecierpliwiony jego osłupiałą miną, dodał: — Safo... Fanny Legrand... Yille d’Avray...
— O, zerwałem z nią oddawna.
Co go skłoniło do tego kłamstwa? — Pewien wstyd, upokorzenie, że kochankę jego nazwano Safoną; odraza do mówienia o niej z innymi mężczyznami, może też i chęć dowiedzenia się o niej rzeczy, którychby mu nie powiedziano w innym razie.
— Safo!... Alboż ona jeszcze istnieje?... — zapytał Dóchelette z roztargnieniem, upojony radością, że znów widzi wschody Magdaleny, targ na kwiaty i długi pas bulwarów pomiędzy dwoma rzędami bukietów zielonych.
— Nie pamiętasz jej a siebie, przeszłego roku? wspaniale wyglądała w tunice wieśniaczki egipskiej... A owego jesiennego poranku, kiedym ją zastał u Langlois na śniadaniu, z tym oto ładnym chłopcem, byłbyś ją wziął za dwutygodniową mężatkę.
— Ileż ma lat?... Tak dawno już znana...
Caoudal podniósł głowę do góry, żeby rachować. „Ile ma lat?... ile ma lat? Zaczekajże... Miała ich siedemnaście roku 1853, kiedy pozowała do mego posągu... Teraz mamy rok 1873... a zatem... policzcie...“
Nagle zabłysły mu oczy.
— Ach, gdybyście ją byli widzieli dwadzieścia lat temu... wysmukła... delikatna... usta w łuk wygięte... czoło, jak sklepienie... ramiona i popiersie nieco chude jeszcze, ale to przystawało dobrze do ciemnej cery Safony... A jaka z niej była kobieta... kochanka!... Co to za ciało było rozkoszne... co się wydobywało z tego krzemienia, z tego instrumentu, w którym nie brakowało ani jednego dźwięku... Była to cała lira!... jak mówił La Gournerie.
Jan, bardzo blady, zapytał: „Czy i on był jej kochankiem?“
— La Gournerie?... Spodziewam się... Dosyć mi się to dało we znaki... Cztery lata żyliśmy jak mąż z żoną, cztery lata miałem ją w opiece, wyniszczałem się, chcąc zaspokoić wszystkie jej zachcianki... Miała nauczycieli śpiewu, gry na fortepianie, jazdy konnej i sam już nie wiem czego... A gdym ją upolerował, wygładził, oszlifował, jak kamień drogocenny, ją, którą wziąłem z rynsztoka, pewnej nocy, wkrótce po balu u Ragache’a, ten przepiękny wierszokleta, przyszedł mi ją odebrać w moim domu, przy moim gościnnym stole, do którego co niedzielę zasiadał.
Odetchnął bardzo głośno, chcąc niejako wyrzucić z siebie tę starą urazę miłości, brzmiącą jeszcze w jego głosie; poczem, dodał spokojniej:
— Zresztą, nie wyszło jej to na dobre, że mi się sprzeniewierzyła. Owe trzy lata ich wspólnego pożycia były piekłem! Ten poeta ze słodką minką, okazał się grubiański, zły, dziwak... A bili się... trzeba ich było widzieć!... Gdy ich gość odwiedził, zastawał ją z okiem obwiązanem a jego z podrapaną twarzą... Ale co było najciekawsze, to kiedy ją chciał porzucić... uczepiła się go, jak pijawka, chodziła za nim krok w krok, dobijała się do drzwi, czekała nań, leżąc w poprzek słomianki, u progu. Jednej nocy, wśród zimy, stała pięć godzin na dole, podczas kiedy on, z całą gromadą młodzieży, bawił, na górze, u tej Farcy... Aż przykro wspominać... Ale elegijny poeta pozostał nieubłaganym i pewnego dnia, wezwał policyę, żeby go od niej uwolniła. Ładny z niego panicz!... Dla uwieńczenia dzieła, w dowód wdzięczności za to, że ta piękna dziewczyna dała mu kwiat swej młodości, inteligencyi i krasy, zaszczycił ją całym tomem tchnących nienawiścią i zjadliwych wierszy, pełnych narzekań i złorzeczeń... To najlepsza jego książka „Le livre d’amour“...
Nieruchomy, wyprostowany, słuchał Gaussin, małemi łykami popijając, przez długą słomkę, stojący przed nim, zamrożony napój. Musiano mu nalać trucizny, która przejmowała go lodem, od serca aż do wnętrzności.
Drżał, pomimo słonecznej godziny. W przyćmionem oddaleniu widział cienie, snujące się w tę i w ową stronę, beczkę do polewania ulicy, stojącą przed Magdaleną i to krzyżowanie się powozów, toczących się po miękiej ziemi, cicho, jak po wacie. Nie było już zgiełku w Paryżu, nie było nic, prócz tego, co mówiono przy tym stole.
Teraz Dechelette zabrał głos; na niego przyszła kolej raczyć trucizną.
— Co to za okropna rzecz to zrywanie... — Mowa jego zazwyczaj spokojna, szydercza, dźwięczała słodyczą i nieograniczoną litością. — Dwoje ludzi żyło z sobą całe lata, sypiało obok siebie, śniło razem i wydzielało pot, powiedziało sobie wszystko i dało sobie wszystko, jedno od drugiego przejęło nałogi, ruchy, mowę, nawet rysy twarzy... Spojeni z sobą od stóp do głów, sklejeni, można powiedzieć!... Naraz, rozchodzą się, rozrywają. Jak oni to robią? Zkąd biorą tyle odwagi? Ja, nigdy bym nie mógł... Tak, nawet zdradzony, znieważony, okryty śmiesznością i obryzgany błotem, nie odszedłbym, gdyby kobieta powiedziała z płaczem : „zostań!“ Dlatego też, skoro biorę jaką, to tylko na jedną noc... Bez jutra... jak mówiła stara Francya... albo też... małżeństwo... To stanowczy i przyzwoity sposób.
— Bez jutra... bez jutra... łatwo ci mówić... Są kobiety, których się nie zatrzymuje na jedną tylko noc... Ta naprzykład.
— Nie dałem jej ani jednej chwili więcej — rzekł Déchelette z zimnym uśmiechem, który wydał się biednemu kochankowi, ohydnym.
— Widać, żeś się jej nie podobał... bo inaczej... Kokotka, jeśli pokocha, nie tak łatwo się odczepi... Safo ma słabość do życia we dwójkę, jak żona z mężem... Ale jej się nie wiedzie w tych instalacyach. Zawiązuje stosunek z romansopisarzem Dejoie, umiera... Przechodzi do Ezano, żeni się... Potem nastąpił piękny Flamant, rytownik, dawny to ideał, bo ona zawsze okazywała pociąg do talentu lub piękności, no i wiecie przecież o tej strasznej przygodzie...
— Cóż to za przygoda? — zapytał Gaussin, głosem przytłumionym i zaczął znowu pić przez słomkę, przysłuchując się dramatowi, który roznamiętniał Paryż, przed kilku laty.
Rytownik był ubogi a szalał za tą kobietą; z obawy zatem, by go nie opuściła i chcąc ją zbytkiem otaczać, wziął się do fałszowania banknotów. Odrazu prawie schwytany na uczynku, został przytrzymany wraz z kochanką. On przypłacił to dziesięcioletniem więzieniem, ona zaś tylko sześciomiesięczną prewencyą u ś-go Łazarza, gdyż adwokat dowiódł, że jest niewinną.
Tu Caoudal przypomniał Déchelette’owi, który znał tę sprawę, jak jej ładnie było w czepeczku ś-go Łazarza, jak była zuchwała, niezgnębiona i do ostatka wierna kochankowi; przypomniał też jej odpowiedź daną prezydentowi, temu korniszonowi staremu i pocałunek, który przesłała Flamantowi, poprzez stosowane kapelusze żandarmów, wołając nań głosem, któryby kamienie poruszył: „Nie smuć się. mój miły... powrócą dobre czasy... będziemy się jeszcze kochali!...“ Jednakże, biedaczka, zraziła się tem trochę do życia we dwoje.
Potom rzuciła się w wir półświatka, brała kochanków miesięcznie, tygodniowo, ale nigdy artystów... O! artystów boi się okropnie... Zdaje się, że tylko ze mną jednym nie przestała się widywać... Od czasu do czasu przychodziła do pracowni, wypalić papierosa. Przez kilka miesięcy nie wiedziałem, co się z nią dzieje, aż do owego dnia, kiedym ją zobaczył przy śniadaniu z tym ślicznym chłopcem, wyjadającą mu winogrona z ust. Powiedziałem sobie: „Moja Safo znów wypłynęła...“
Jan nie mógł dłużej słuchać. Czuł, że umiera od tej trucizny, połkniętej w tak dużej dozie. Poprzednie zimno, ustąpiło miejsca żarowi, który mu zalegał piersi. W głowie czuł szum, zdawało mu się, że ona zaraz pęknie, jakby żelazna blacha, do biała rozpalona. Przeszedł na drugą stronę bulwaru, chwiejąc się pod kołami powozów. Woźnice krzyczą jakoś... czego mogą chcieć ci głupcy?
Przechodząc przez targ Magdaleny, uderzony został zapachem heliotropu, ulubionym jego kochanki. Przyśpieszył kroku, żeby odeń uciec i szalejąc z gniewu, do żywego zraniony, myślał głośno: „Moja kochanka!... o, tak... piękne plugastwo... Safo, Safo... I ja z nią żyłem cały roki...“ Z wściekłością powtarzał to imię, przypomniawszy sobie, że je kiedyś napotkał w pośledniejszych dziennikach, pomiędzy innemi przydomkami dziewcząt, w humorystycznym Almanachu Gotha-galanteryi: Safo, Kora, Karo, Fryne, Joanna z Poitiers, Foka.
I wraz z czteroma literami szkaradnego imienia tej kobiety, całe jej życie przepłynęło mu przed oczami, jakby rynsztokiem. Pracownia Caoudala, bójki z La Gournerie, czaty przed domem osławionej Farcy, lub na słomiance a progu poety... Potem piękny rytownik, banknoty fałszowane, sąd kryminalny i więzienny czepeczek, w którym jej było tak do twarzy, całus przesłany fałszerzowi: „Nie smuć się, mój miły“... Mój miły! Ta sama nazwa, ta sama pieszczota, co dla niego... Jaki wstyd!... Ach, weźmież się on do wyprzątnięcia tych śmieci... A woń heliotropu ścigała go ciągle wśród zmierzchu, tejże bladoliliowej barwy, co i ów maleńki kwiateczek.
Nagle spostrzegł, że ciągle biega po targu, jakby po moście łyżwowym; puścił się więc w dalszą drogę, dążąc prosto na ulicę d’Amsterdam, z tem postanowieniem, że wygna tę kobietę, że ją wypchnie na wschody, bez żadnych objaśnień, że w ślad za nią rzuci obelżywą nazwę. Przy bramie zaczął się wahać, namyślać i poszedł kilka kroków dalej. Gotowa krzyczeć, szlochać, popisywać się przed całym domem szynkownianym swym słownikiem, jak tam, przy ulicy de l’Arcade.
Napisać? Tak... tak... lepiej napisać, rozprawić się z nią w czterech słowach, bardzo surowych. Wszedł do angielskiej knajpy, pustej i smutnej, gdzie właśnie gaz rozpalano i usiadł przy brudnym stole, obok jedynej konsumentki, dziewczyny z trupią głową, która pożerała wędzonego łososia, niczem go nie popijając. Zażądał kufla piwa angielskiego i nie kosztując go wcale, wziął się do pisania... Ale za dużo słów tłoczyło mu się w głowie i wszystkie naraz chciały się wydobyć a zepsuty już i zgęstniały lament nie mógł im nadążyć.
Podarł dwa czy trzy początki i miał już odejść nic nienapisawszy, kiedy, po cichu, tuż przy nim, usta pełne i żarłoczne, zapytały nieśmiało. „Pan nie pije?... Można?“ Skinął głową twierdząco. Dziewczyna rzuciła się na kufel i wychyliła go duszkiem, zdradzając nędzę, która jej pozwala zaspakajać tylko głód, ale nie pokrzepiać się piwem. Ogarnęła go litość i pod jej wpływem, w odmiennem świetle, przedstawiło mu się życie kobiety. Zaczął sądzić bardziej po ludzku i brać na rozum swoje nieszczęście.
Przecież nie okłamywała go i jeśli nic nie wie o jej życiu, to dla tego, że mu oto nigdy nie chodziło. Cóż jej zarzuca?... Pobyt u św. Łazarza?... Ależ ją uniewinniono i gdy wyszła ztamtąd, prawie na rękach poniesioną została, z tryumfem... Cóż więcej? Inni mężczyzni byli przed nim? Alboż nie wiedział tego? Czy ją surowiej ma sądzić za to, że imiona jej kochanków były znane, sławne, że ich mógł spotykać, mówić z nimi, widywać ich wizerunki w wystawach sklepowych! Miałże w tem upatrywać zbrodnię, że ich przekładała nad innych?
W głębi jego istoty zaczęła się zradzać duma grzeszna, do której byłoby wstydem przyznać się, że ją posiada wespół z jej wielkimi artystami, że im także wydała się piękną. W jego wieku nie jest się nigdy pewnym, nie wie się dobrze. Lubi się kobietę, miłość; ale się nie ma oczu i doświadczenia. Młody kochanek, pokazując ci portret swej lubej, szuka w spojrzeniu potwierdzenia swego wyboru.
Safo urosła w jego oczach i ukazywała mu się w aureoli, odkąd mu powiedziano, że La Gournerie opiewał ją wierszem a Caoudal w marmurze i bronzie utrwalił.
Lecz nagle, znowu opanowany wściekłością, zerwał się z ławki, na której siadł zamyślony, na zewnętrznym bulwarze, pośród krzyków dzieci i plotkujących tam robotników, w kurzawie czerwcowego wieczoru. Idąc dalej, mówił głośno, pod wpływem wzburzenia. Piękny mi bronz Safony... bronz, który jest przedmiotem handlu, sponiewierany, banalny, jak arya katarynkowa, jak wyraz Safo, który, tocząc się poprzez wieki, skalał pierwotny swój wdzięk w brudnych legendach i z imienia bogini, stał się nazwą choroby... Jakiż niesmak to wszystko wznieca, mój Boże!...
Szedł ciągle, naprzemian uspokojony i wściekły, miotany wirem sprzecznych z sobą myśli i uczuć. Na bulwarze było coraz ciemniej i puście: przykry odór rozchodził się w ciepłem powietrzu. Naraz, spostrzegł on bramę wielkiego cmentarza, na którym poprzedniego roku, uczestniczył z całą młodzieżą, w ustawieniu popiersia dłuta Caoudala, na grobie Dejoie, romansopisarza dzielnicy łacińskiej, autora „Cenderi nette“. Dejoie, Caoudal! Jakże dziwnie brzmią dlań te nazwiska od dwóch godzin! I jak kłamliwą, jak posępną, wydawała mu się historya studentki, oraz jej małego gospodarstwa, teraz kiedy znał smutną, odwrotną stronę, kiedy się dowiedział od Dechelette’a, jak okropny mają przydomek te małżeństwa uliczne.
Przestraszał go cały ten cień, czarniejszy jeszcze przez sąsiedztwo śmierci, skierował więc kroki ku miastu. Po drodze, ocierał się ciągle o bluzy, snujące się w milczeniu, jak ćmy i o liche sukienki dziewcząt, stojących przed szynkowniami, których szyby, ze startą gdzieniegdzie polewą, ukazywały, jakby w latarni czarnoksięzkiej, przechodzące i całujące się pary... Która to godzina? Czuł się znużony, jak rekrut przy końcu etapu. Przytępione cierpienie weszło w nogi i wiedział teraz to tylko, że jest zmordowany. Ach, położyć się spać... Gdy się obudzi, wtedy chłodno, bez gniewu, powie tej kobiecie: „Słuchaj... wiem, kto jesteś... Nie twoja w tem wina, ani moja, ale nie możemy już żyć z sobą. Rozstańmy się...“ Żeby się zabezpieczyć od jej prześladowań, pojedzie uściskać matkę i siostry, otrząsnąć się na tym wolnym i ożywczym wietrze Rodanu, z brzydkiego i strasznego snu.
Fanny położyła się, znużona czekaniem i spała w pełnem świetle lampy a otwarta książka leżała przed nią na prześcieradle. Wejście Jana nie obudziło jej, stając więc przy łóżku, przyglądał się, jakby jakiejś nowej, obcej kobiecie, którąby tam zastał.
Piękna, o! piękna, ramiona, szyja, całe popiersie z bursztynu delikatnego, ścisłego, bez plam i skaz. Ale na tych powiekach zaczerwienionych, może z powodu romansu czytanego, niepokoju lub oczekiwania, na tych rysach wyciągniętych nieruchomo i nietrzymanych w karbach przez kobietę, silnie pragnącą być kochaną, jakież zmęczenie, jakie wyznania! Jej wiek, jej dzieje, wybuchy, kaprysy, więzienie i św. Łazarz, bicie, łzy, trwogi, wszystko było widoczne, wszystko wyszło na jaw: sine ślady uciech i bezsenności, wyraz niesmaku, od którego obwisła niższa warga, zużyta, zmordowana, jak ocembrowana studnia, z której cała gmina przychodzi pić i zaczynająca się obrzękłość, co rozwalnia ciało dla zmarszczek starości.
Ta zdrada, której sprawcą był sen, ta otaczająca ją cisza śmiertelna, było to coś wielkiego, pełnego grozy, pole bitwy w porze nocnej, z całą okropnością, którą się widzi i z tą, co się odgaduje, przy falowaniu niepewnych cieni.
I naraz, ogarnęła biedne dziecko gwałtowna, dławiąca chęć do płaczu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Alphonse Daudet.