Safo (Daudet)/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Alphonse Daudet
Tytuł Safo
Podtytuł Powieść z obyczajów paryzkich
Data wydania 1893
Wydawnictwo Wydawnictwo Dzieł Tanich A. Wiślickiego
Drukarz Drukarnia Przeglądu Tygodniowego,
Czysta № 4.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Sapho
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
II.

Zatrzymał ją dwa dni, poczem odeszła, pozostawiając mu wrażenie gładkiej skóry i bielizny cienkiej. Nie powiedziała mu nic o sobie, prócz nazwiska, miejsca zamieszkania i tych kilku słów: „Jak mię zapragniesz, to przyzwij... będę zawsze gotowa“.
Na maleńkim, eleganckim, wonnym bilecie Wizytowym, był napis:

Fanny Legrand
6, ulica de l’Arcade.

Wetknął go w ramę od lusterka, pomiędzy zaproszeniem na ostatni bal ministeryum Spraw zagranicznych a programem kolorowanym i fantazyjnym wieczorku u Déchelette’a, były to dwie jedyne jego wycieczki w wielki świat, w przeciągu całego roku. Wspomnienie tej kobiety, które pozostało kilka dni dokoła kominka, dzięki owej delikatnej i słabej woni, ulotniło się wraz z nią, a poważny i pracowity Gaussin, unikający nadewszystko pokus paryzkich, nie poczuł chęci odnowienia tej jednowieczorowej miłostki.
Egzamin ministeryalny miał nastąpić w listopadzie, pozostawało mu już tylko trzy miesiące do przygotowania się. Potem czekała go trzy lub czteroletnia praca w biurach konsulatu, po ukończeniu której wybierał się gdziekolwiek, bardzo daleko.
Ta myśl o wydaleniu się z kraju nie przestraszała go; było to bowiem tradycyą u Gaussinów d’Armandy, starego rodu awiniońskiego, by najstarszy z synów obierał sobie tak zwana karyerę, mając przykład, zachętę i opiekę moralną swych poprzedników. Dla tego parafianina, Paryż był tylko pierwszym przystankiem, w bardzo długiej przeprawie i to go powstrzymało od poważnych stosunkow tak miłosnych, jak i przyjacielskich.
W tydzień lub dwa, po balu u Déchelette’a, pewnego wieczoru, kiedy Gaussin, zapaliwszy lampę, rozłożył książki na stole, by się wziąć do pracy, zapukano do drzwi nieśmiało. Gdy je otworzył, ukazała się kobieta w jasnej i wytwornej toalecie, którą poznał wtedy dopiero gdy odsłoniła woalkę.
— Widzisz... to ja... powracam...
Skoro Ganssin z niepokojem i pomieszaniem spojrzał na przygotowaną robotę, rzekła: „O, nie będę ci przeszkadzała... znam się na tem“.
Zdjąwszy z głowy kapelusz, usiadła z zeszytem „Tour du monde“, na pozór cała przejęta czytaniem, ale każdy raz, skoro podniósł oczy, spotykał się z jej wzrokiem.
Sprawiedliwość każe przyznać, że potrzebował wielkiej siły, żeby jej nie porwać natychmiast w ramiona, tak była powabna z tą główką o nizkiem czole, z krótkim noskiem, ustami, Wyrażającemi zmysłowość i dobroć, z tą dojrzaią, giętką kibicią, w sukni iście paryzkiej, nie tyle przestraszającej go, niż ów strój egipski.
Nazajntrz odeszła z samego rana, lecz w ciągu tygodnia nkazała się kilka razy, wchodząc zawsze równie blada, z rękami zimnemi i wilgotnemi, z głosem przytłumionym ze wzruszenia.
— O, ja wiem dobrze, że cię nudzę, że ci się naprzykrzam — mówiła. — Powinnam mieć więcej ambicyi... Czy uwierzysz!... Każdego ranka, odchodząc od ciebie, przysięgam, że więcej nie wrócę, a wieczorem, jak szał mię to znowu ogarnia...
Przyglądał jej się, słuchając: bawiła go i zdumiewała ta wytrwała miłość, jego, który pogardzał kobietą. Te wszystkie, które znał dotąd, dziewczęta z bawaryj lub skatingów, niekiedy młode i ładne, zawsze mu pozostawiały taki niesmak, przez swój uśmiech głupi, ręce jak u kucharek, niskie popędy i mowę gminną, że otwierał okno po ich odejściu.
W niewinności ducha sądził on, że każda dziewczyna de plaisir jest taką. Dla tego ze zdziwieniem spostrzegł w Fanny słodycz, delikatne, prawdziwe kobiece obejście i tę wyższość nad mieszczankami, które widywał na prowincyi u swojej matki, że ani sztuka nie była jej obcą, ani w ogóle żadna z tych rzeczy, co czynią rozmowę zajmującą i urozmaiconą.
Przytem była ona muzykalną, przygrywając sama na fortepianie, śpiewała głosem kontraltowym, trochę zmęczonym i nierównym, ale wyrobionym, to romans jaki Chopina albo Schumanna, to pieśń francuzką z Berry, Burgundyi albo Pikardyi, których mnóstwo umiała.
Gaussin, szalejący za muzyką, tą sztuką, co rozleniwia i pod gołe niebo wabi, a tak jest miłowaną na południu: zagrzewał się jej dźwiękami do pracy i upajał się w chwilach wypoczynku. To głównie zachwycało go nawet w Fanny.
Gdy się raz dziwił, że nie wstąpiła do teatru, odrzekła: „Śpiewałam w teatrze Lirycznym, ale niedługo... zanadto mi się przykrzyło...“
Istotnie, nic w sobie nie miała sztucznego, konwencjonalnego, jak inne kobiety ze sceny. Nie było w niej cienia próżności i kłamstwa, tylko tajemniczo się zachowywała, co do życia zewnętrznego... nawet w chwilach uniesień namiętnych; ale kochanek, niezazdrosny i nieciekawy, o nic nie pytał. Dopóki nie przyszła o umówionej godzinie, nie spoglądał na zegarek; nie znał jeszcze wrażeń oczekiwania, tych gwałtownych uderzeń w głębi piersi, co wydzwaniają żądzę i niecierpliwość.
Ponieważ owego roku lato było bardzo piękne, od czasu do czasu odwiedzali te śliczne zakątki okolic Paryża, których położenie znała dokładnie i szczegółowo.
Przyłączali się do tłumów wyjeżdżających hałaśliwie z dworców kolei przedmieściowych i zjadali śniadanie w gospodzie na skraja lasu albo nad wodą, unikając tylko miejscowości zbyt uczęszczanych. Gdy jej zaproponował pewnego razu, wycieczkę do Vaux de Cernay, zawołała: „Nie... nie... nie tam... Za dużo tam malarzy...“
Przypomniał sobie wtedy, że ta antypatya do artystów, była początkiem ich miłości. Zapytana o przyczynę, rzekła: „To są ludzie zepsuci, sztuczni, zawsze opowiadają więcej, niż jest w istocie... Dużo złego mi zrobili...“
On protestował:
— Jednakże sztuka jest piękną rzeczą... nic tak nie zdobi i nie rozszerza ram życia...
— Widzisz, kochanie moje... piękno, to twoja prostota i szczerość, to lat dwadzieścia i miłość gorąca...
Lat dwadzieścia! Niktby jej nie dał więcej, tak była żywa, skora do śmiechu, na wszystko się zgadzająca.
Pewnego wieczora, przybywszy w wigilię święta do Saint-Clair, w dolinie de Cherreuse, nie dostali pokoju. Późno już było, do najbliższej wioski trzebaby iść całą milę, lasem, wśród nocy... nakoniec ofiarowano im łóżko w głębi stodoły, gdzie spali mularze.
— Idźmy, — rzekła ze śmiechem, — przypomni mi to czasy mojej nędzy...
Znała więc nędzę.
Poomacka przesunęli się pośród łóżek ustawionych w wielkiej otynkowanej izbie, gdzie się lampka paliła w niszy. Przytuleni do siebie, całą noc tłumili swe pocałunki i śmiech, słuchając chrapania i stękania znużonych towarzyszów, których kapoty i ciężkie obówie od pracy, ocierały się o jedwabną jej suknię i buciki paryzkie.
O świcie, odsłoniła czyjaś ręka otwór u dołu szerokich drzwi; smuga białego światła padła na łóżka i ziemię ubitą, a ochrypły głos zawołał: „Hej, wstawajcie!...“ i wśród ciemności, co znowu zaległy stodołę, powstał ruch leniwy, powolny, zaczęto ziewać, przeciągać się, kaszlać, jak to zwykle bywa, gdzie się ludzie ze snu budzą. Nareszcie, jeden po drugim, wyszli ztamtąd limuzyjczycy, ociężale i w milczeniu, nie domyślając się, że spali w pobliża pięknej dziewczyny.
Po ich wyjściu, wstała i ona, włożyła suknię po ciemku, skręciła na prędce włosy i rzekła: „Zostań tu... ja zaraz wrócę...“ i wróciła po chwili z ogromnym pękiem zroszonych kwiatów polnych.
— Teraz śpijmy — powiedziała, rozsypując na łóżku tę wonną świeżość flory porannej, która orzeźwiła dokoła nich atmosferę. Nigdy jeszcze nie wydała mu się tak ładną, jak kiedy wchodziła do stodoły ze śmiechem, w tem półświetle, z rozwianemi włosami i z wiązką bujnych traw w ręku.
Innym razem jedli śniadanie w Ville d’Avray, nad stawem. Poranek jesienny przysłaniał mgłą wodę cichą i las czerwieniejący się od rdzy naprzeciwko nich. Sami jedni w tym ogródku restauracyjnym, całowali się, zajadając jakieś małe rybki.
Naraz, z prostego szaletu z okrąglaków, sterczącego na grubych konarach platanu, pod którym nakryto im stolik, zawołał głos silny i filuterny: „Słuchajcie... kiedy będzie koniec waszego dziobania się...“ To rzeźbiarz Caoudal ze swą twarzą lwią i rudym wąsem, wychylił się z okienka.
— Mam wielką ochotę zejść do was na śniadanie... Taki osowiały siedzę tu na drzewie.
Fanny nie odpowiedziała, widocznie była nierada z tego spotkania; on zaś, przeciwnie skwapliwie przystał, gdyż był ciekawy słynnego artysty i pochlebiało mu to, że zasiądzie przy jego stole.
Caoudal, wielki elegant, w niedbanem na pozór ubraniu, w którem jednak wszystko było obrachowane, począwszy od krawatu z crêpe de chine białej, aby się jaśniejszą zdawała cera, poorana zmarszczkami i pełna krost, skończywszy na surduciku leżącym obciśle na giętkiej jeszcze i muskularnej figurze, Caoudal wydał mu się starszym, aniżeli na balu u Déchelette’a.
Ale co go zdziwiło, a nawet i podrażniło trochę, to poufały ton, w jakim się odzywał rzeźbiarz do jego kochanki. Nazywał ją „Fanny“ i mówił jej „ty“. „Wiesz... — powiedział, kładąc swój sztuciec na ich obrusie — jestem wdowcem od dwóch tygodni. Marya opuściła mię dla Morateura. Z początku nie bardzo mię to obeszło; dopiero dziś rano, gdym wszedł do pracowni, opanowało mnie zniechęcenie... Nie mogłem nic robić... Porzuciwszy moją grupę, wybrałem się za miasto na śniadanie... ale to się na nic nie zda, jeśli człowiek ma siedzieć sam jeden... Jeszcze jedna chwila, a byłbym szlochał nad swą potrawką z królika.
Spojrzawszy na prowensalczyka, którego wysypująca się bródka i kędziory włosów miały barwę soternu w kieliszkach, rzekł na wpół do siebie:
— Jakaż to piękna rzecz, młodość... Ten, nie zostanie opuszczonym... I co najlepsze, to że się skarbu swego udziela... Ona się wydaje tak młoda jak i on.
— Gbur! — zawołała ze śmiechem, a w śmiechu tym dźwięczał wyraźnie powab niezależny od wieku, młodość kobiety kochającej i chcącej być kochaną.
— Zdumiewająca... zdumiewająca — szeptał Caoudal, który jej się przyglądał jedząc, z wyrazem smutku i zazdrości, drgającym w kącikach ust. „Słuchaj, Fanny, czy przypominasz sobie jedno śniadanie tutaj... Dawne to już czasy! Byli z nami Ezano, Dejoie, cała gromada... Tyś wpadła do stawu... ubrano cię potem po męzku, w kurtkę rybacką... ślicznie ci w niej było...
— Nic nie pamiętam — odrzekła zimno i bez kłamstwa; bo te istoty zmienne i liche, zawsze zajęte są tylko obecną chwilą swej miłości. Nie wspominają one tego co było, ani je przestrasza to, co nastąpić może.
Caoudal, przeciwnie, cały oddany przeszłości, popijając sotern, opisywał swe świetne czasy, młodość krzepką, miłostki, hulanki, wycieczki za miasto, bale w operze, artystyczne zajęcie w pracowni, walki i zwycięztwa. Ale gdy się obrócił ku nim, z okiem błyszczącem od płomieni, tylko co dotykanych, okazało się, że go nie słuchali, zajęci winnem gronem, którego ziarnka, przy ustach sobie nawzajem skubali.
— Jakież to płaskie, co wam tu prawię... Ale owszem... owszem... nudzę was... Ach, bodajże... głupia rzecz, być starym. — Podniósł się i cisnąwszy serwetę „śniadanie dla mnie, ojcze glois!“ — zawołał na restauratora.
Odszedł smutno, powłócząc nogami, jakby nurtowany bólem nieuleczalnym. Zakochana para długo ścigała wysoką jego postać, którą nachylał pod złocistym liściem jesiennym.
— Biedny Caoudal... prawda, że się starzeje — szepnęła Fanny, ze słodkiem politowaniem a gdy Gaussin zaczął się oburzać, że ta Marya, ladajaka dziewczyna, modelka, może sobie żartować z cierpień takiego Caoudala, przekładając nad wielkiego artystę... kogo?... Morateura, bazgracza bez talentu, za którym przemawia tylko młodość, roześmiała się, mówiąc: „Ach, ty naiwne niewiniątko!“ i przytuliwszy jego głowę, obiema rękami, do swych kolan, wciągała, wdychała w siebie woń jego oczu, włosów, wszystkiego, jakby bukietu.
Wieczorem dnia tego, Jan, po raz pierwszy, poszedł nocować do swej kochanki, która męczyła go o to od trzech miesięcy.
— Powiedz przynajmniej, dla czego nie chcesz?
— Nie wiem... wstydzę się...
— Kiedy ci powiadam, żem wolna i sama jedna.
Zmęczonego wycieczką, udało jej się pociągnąć na ulicę de l’Arcada, tuż koło dworca kolei żelaznej.
W mieszczańskiem domu, przyzwoitym i ozdobnym, zajmowała ona mieszkanie w antresoli z którego wyszła stara sługa, w czepku chłopskim, z kwaśną miną, żeby im otworzyć drzwi.
— To Machaume... Dzień dobry, Machaume — rzekła Fanny, rzucając jej się na szyję — Widzisz, to on, to mój ukochany, mój król... przyprowadziłam go... Prędko, rozpal wszystko, żeby tu ładnie było! 
Jan pozostał sam jeden w saloniku, gdzie półokrągłe i nizkie okna, przysłonięte były firankami z błękitnego jedwabiu, który pokrywał również sofę i kilka sztuk mebli lakowych. Na ścianach, trzy czy cztery krajobrazy udzielały tej materyi wesołości i powietrza, a każdy z nich zaopatrzony był jakąś dedykacyę: „Dla Fanny Legrand“... albo: „Dla mojej drogiej Fanny“...
Na kominku, stała wpół naturalnej wielkości, marmurowa „Safo“ Caoudala. Bronzowy jej odlew napotyka się wszędzie, więc i Gaussin od dzieciństwa widywał go w gabinecie swego ojca. Przy świetle jedynej świecy, postawionej obok postumentu, dostrzegł on podobieństwo uszlachetnione i niejako odmłodzone, tego dzieła sztuki z jego kochanką. Te linie profilu, ten falujący układ kibici pod draperyą, ta pulchna okrągłość rąk oplatających kolana, były ma znane, dobrze znane. Pochłaniał je okiem, uprzytomniając sobie czulsze wrażenia.
Fanny, zastawszy go wpatrzonego w posąg, odezwała się doń lekkim tonem „Przypomina mię to, nieprawda?... Modelka Caoudala, była podobną do mnie“.
Poprowadziła go zaraz do swego pokoju, gdzie Machaume, krzywiąc się, kładła dwa nakrycia na stoliku. Wszystkie światła były pozapalane, nawet w lichtarzach u szafy zwierciadlanej; piękny, wesoły (jak zwykle pierwszy) ogień drzewny płonął za ekranem a wszystko razem wzięte, przedstawiało pokój kobiety, zbierającej się na bal.
— Chciałam, żebyśmy tu zjedli wieczerzę — powiedziała ze śmiechem — będziemy prędzej w łóżku.
Jan nigdy jeszcze nie widział tak wykwintnego urządzenia, same materye jedwabne w stylu Ludwika XVI! Przejrzyste muśliny w pokojach matki i sióstr nie dawały mu najmniejszego wyobrażenia o tem gniazdku mięko usłanem, gdzie boazerye kryły się pod delikatnemi atłasami, gdzie łóżko było tylko sofą szerszą od innych, stojącą w głębi, na białych futrach.
Rozkoszną była ta pieszczota światła, ciepła, blasków błękitnych, odbijających swe długie cienie w zwierciadłach, po ich wycieczce w pola, po deszczu, co ich zmoczył i po drogach błotnistych a pełnych wybojów, któremi wracali o zmierzchu. Ale co mu przeszkadzało, by jako prawdziwy parafian, mógł rozsmakować się w tym komforcie chwilowym, to zły humor służącej, która rzucała nań spojrzenia tak podejrzliwe, że ją Fanny odprawiła, mówiąc: „Zostaw nas, Machaume... Sami usługiwać sobie będziemy“.
Gdy chłopka ta trzasnęła drzwiami, odchodząc, rzekła: „Nie uważaj... ona ma żal o to, że cię za bardzo kocham... Powiada, że marnuję życie... Ci ludzie ze wsi, tacy są drapieżni!... Gotowanie jej naprzykład, więcej warte od niej samej... skosztuj tego pasztetu z zająca“.
Krajała pasztet, otwierała butelki z szampanem, zapominała o swym talerzu, byleby się przyglądać, jak on je, za każdem poruszeniem odwijała aż po ramię, rękawy u gandury algierskiej, z wełny miękiej i białej, którą zawsze nosiła w domu.
Przypomniała mu w tej chwili, ich pierwsze spotkanie się u Dechelette’a; więc przytuleni do siebie na jednym fotelu, jedząc z jednego talerza, rozmawiali o tym wieczorze.
— O, co do mnie — mówiła — ujrzawszy cię wchodzącego, zaraz uczułam pociąg. Byłabym chciała porwać cię i wyprowadzić natychmiast, żeby cię inne nie miały... A ty, coś pomyślał, jakeś mię zobaczył?
— Z początku lękałem się ciebie, potem nabrałem zaufania i zupełnie odzyskałem swobodę. Ale, prawda — dodał — nigdym cię nie zapytał, o co się rozgniewałaś wtedy? O dwa wiersze La Gourneriego ?
Ściągnęła brew i poruszyła głową, tak samo jak na balu, mówiąc: „Głupstwa!... nie wspominajmy już o nich“
I objąwszy go rękami, dodała: „Ja takżebałam się trochę... probowałam uciec, otrząsnąć się... ale nie mogłam, nigdy nie będę mogła“.
— O nigdy...
— Zobaczysz!
Odpowiedział jej tylko sceptycznym uśmiechem, właściwym jego wiekowi, niezauważywszy z jak namiętnym, prawie groźnym akcentem, rzuciła mu to „zobaczysz“. Ten uścisk kobiecy był tak mięki, tak poddańczy, że głęboko był przekonany, iż się jednym ruchem z niego wyzwoli...
A nawet dla czogo miałby się wyzwolić?... Tak mu było dobrze w tym rozpieszczającym, rozkosznym pokoju, tak lubo odurzało go jej miłe tchnienie, spoczywające na jego ociężałych i sennych powiekach, przed któremi przesuwało się pełno obrazów; drzewa pokryte rdzą, łąki, sterty pod strumieniami deszczu, cały ten dzień, miłośnie na wsi spędzony.
Rano, rozbudził go nagle głos Machaume, wołającej przy łóżku, bez najmniejszej tajemniczości: „Przyszedł... Chce się z panią zobaczyć“.
— Jakto! chce?... Więc już nie jestem u siebie!... i ty pozwoliłaś mu wejść...
Jak szalona zerwała się i wybiegła z pokoju, nawpółnaga, w roztwartej koszuli batystowej: „Nie ruszaj się, mój drogi... Zaraz wrócę...“ Ale nie czekał na nią i póty się nie uspokoił, póki nie wstał także, nie ubrał się i nie poczuł, że już ma buty na nogach. Podczas, gdy zbierał części swego ubrania, w tym pokoju hermetycznie zamkniętym, gdzie lampka nocna oświetlała jeszcze nieład, świadczący o wczorajszej kolacyi, dochodził go straszny i krzykliwy spór, przytłumiony tapetami z saloniku. Głos męzki, z początku gniewny, potem błagalny, to wybuchał, to szlochał, to we łzach tonął, krzyżując się z drugim, (którego Gaussin nie poznał zrazu) ostrym, chropowym, nienawistnym, miotającym niecne wyrazy dziewcząt z Bawaryi, kłócących się pomiędzy sobą.
Cały ten przepych rozkoszny został tem skalany, zeszpecony, jakby materya jedwabna, obryzgana błotem. Kobieta także była splamioną. narówni z temi, dla których miał dawniej wzgardę.
Wróciła zdyszana, powabnym ruchem ręki, skręcając rozwiane włosy. „Ach, jakże głupio wygląda mężczyzna, gdy płacze!...“ Spostrzegłszy naraz, że on stoi, ubrany, wykrzyknęła z wściekłością: „Wstałeś!... połóż się napowrót... natychmiast... ja tak chcę...“
Nagle, łagodniejąc, wiążąc go ruchem i głosem, dodała. „Nie... nie... nie odchodź... nie możesz tak odejść... Przedewszystkiem, pewna jestem, że jużbyś nie wrócił“.
— Ale owszem... dla czegóż?...
— Przysięgnij mi, że się nie gniewasz, ie przyjdziesz jeszcze... O! bo ja cię znam!...
Przysiągł wszystko, co tylko chciała; ale się już nie położył, pomimo jej zaklęć i ponawianych zapewnień, że jest u siebie, że może rozporządzać swem życiem i postępkami. Nakoniec, zdawała się zrezygnowaną na jego odejście i odprowadziła go do drzwi, już nie drapieżna, nie rozszalała; owszem bardzo pokorna i pragnąca przebaczenia.
Długa i głęboka pieszczota pożegnalna zatrzymała ich w przedpokoju.
— A więc... kiedy?... — zapytała, przeszywając go wzrokiem. Już miał odpowiedzieć, pewnie kłamliwie, bo mu było pilno wydostać się ztamtąd, kiedy go powstrzymał odgłos dzwonka; Machaume wyszła z kuchni, ale Fanny skinęła na nią, mówiąc: „Nie... nie otwieraj...“ — I stali tam, wszyscy troje, nieruchomo, w milczeniu.
Dał się słyszeć jęk przytłumiony, potem szelest listu wsuwanego podedrzwi, nareszcie powoli oddalające się kroki.
— Mówiłam ci, żem wolna... patrz!
Podała kochankowi list, otworzony przed chwilą, list miłosny, bardzo podły, bardzo nikczemny, śpiesznie nakreślony ołówkiem w kawiarni, w którym ów biedak błagał o przebaczenie za swój wybryk ranny, w którym przyznawał, że tyle tylko ma praw do niej, ile mu zechce sama pozostawić; z rękami złożonemi zaklinał, żeby go nie wypędzała bezpowrotnie; obiecywał przyjąć wszystko, poddać się wszystkiemu, byleby jej nie stracił, Boże mój! byleby nie utracił!
— Widzisz — rzekła ze złośliwym śmiechem, a śmiech ten do reszty zamknął dla niej serce, które chciała zdobyć. Wydała się okrutną Janowi. Nie wiedział on jeszcze, że kobieta kochająca ma czucie tylko dla przedmiotu swej miłości; że wszystkie jej żywe siły miłosierdzia, dobroci, litości, poświęcenia, pochłania jedna, jedyna tylko istota.
— Źle, że sobie żartujesz... Ten list jest przerażająco piękny i rozdzierający. — I po cichu, głosem poważnym, trzymając ją za ręce, rzekł: „Powiedz mi, czemu go wypędzasz“?
— Już go nie chcę... nie kocham go.
— Jednakże był twoim kochankiem. Stworzył ci ten zbytek, w którym żyjesz i zawsze żyłaś, który ci jest potrzebny...
— Drogi mój — odparła ze swym akcentem prawdziwości — pókim cię nie znała, wszystko to mi się podobało... ale teraz wydaje mi się męką, wstydem... czemś wstrętnem... O, ja wiem, powiesz mi, że co do ciebie, to nie bierzesz tego na seryo, że mię nie kochasz... Ale... to już moja rzecz... Chcesz, czy nie chcesz, zmuszę cię, byś mię kochał.
Nic na to nie odpowiadając, umówił się z nią o jutrzejsze widzenie i umknął, pozostawiwszy dla Machaume na podziękowanie za kolacyę kilka ludwików, szczątki studenckiego zasobu. Dla niego było to rzeczą skończoną. Jakiem prawem miał zakłócać życie tej kobiecie i czemby ją wynagrodził za to, czego ją pozbawia?
Napisał do niej to wszystko, tegoż samego dnia, o ile mógł najostrożniej, najszczerzej; ale się nie przyznał, że nagle z ich stosunku, z tego kaprysu lekkiego, przyjemnego, wyłoniło się dlań jakieś wrażenie gwałtowne, niezdrowe, gdy po owej nocy miłosnej, usłyszał szlochanie tego zdradzonego kochanka, naprzemian z jej śmiechem i z jej klątwami, godnemi praczki.
Ten tęgi chłopiec, wzrosły zdała od Paryża, wśród stepów prowensalskich, odziedziczył nieco szorstkości ojca i całą delikatność oraz nerwowość matki, której był żywym obrazem. Dla uchronienia się od kuszących uciech, miał on też przykład stryja, co nieporządnem życiem i szalonemi wybrykami, rodzinę ich pozbawił połowy majątku i o mało imienia jej nie zniesławił.
Stryj Cezary! Ktoby powiedział Janowi te dwa wyrazy, przypominające mu wiadomy dramat, mógł żądać od niego daleko straszniejszych poświęceń, aniżeli tej miłostki, do której nie przywiązywał nigdy wagi. Jednakże trudniej to było zerwać, aniżeli sobie wyobrażał.
Stanowczo i wyraźnie odprawiona, ciągle powracała, niezrażając się tem, że się z nią nie chciał widywać, że zastawała drzwi zamknięte, że wydał surowy rozkaz, by jej nie dopuszczono. „Nie mam miłości własnej“ pisała. Pilnowała się godziny, w której przychodził do restauracyi na obiad; oczekiwała go przed kawiarnią, gdzie czytywał gazety a wszystko to bez łez, bez scen. Jeśli był w towarzystwie, szła tylko za nim, czyhając na chwilę, kiedy pozostanie sam.
— Chcesz mię dziś wieczór?... Nie... To innym razem. — I odchodziła z łagodną rezygnacyą kramarza wędrownego, który poraz setny towary swoje pakuje, pozostawiając mu wyrzut snmienia za nieczułość i upakarzające kłamstwa, jakie bąkał przy każdem spotkania. „Egzamin się zbliża... Czasu nie mam... Potem, później, jeśli ci jeszcze zależy na tem...“ W rzeczywistości liczył na to, że zdawszy egzamina, spędzi na południa miesiąc wakacyj, ona zaś przez ten czas zapomni o nim.
Na nieszczęście, po zdania egzaminu, Jan zachorował. Zaniedbana angina, której się nabawił w korytarzach ministeryum, przybrała złośliwy charakter. Nie znał nikogo w Paryżu, Prócz kilku studentów z jego prowincyi, którzy jednak wskutek jego drażliwego stosunku, usunęli się i rozproszyli. Zresztą, jemu trzeba było wyjątkowego poświęcenia; więc też pierwszego zaraz wieczoru Fanny Legrand zajęła miejsce przy łóżku i doglądała go dziesięć dni niezmordowanie, odważnie, bez niesmaku, zręcznie, jakby siostra miłosierdzia a tak pieszczotliwie, tak tkliwie, że niekiedy, w chwilach gorączkowych, myśląc że to owe czasy, kiedy w dzieciństwie ciężko chorował, wołał ciotkę Diwonę i czując jej rękę na swem czole spotkałem, mówił: „Dziękuję ci, Diwono“.
— To nie Diwona... to ja... pielęgnuję cię... Wybawiała go od płatnej opieki, od ogni niegaszonych przez zapomnienie, od ziółek gotowanych w izdebce stróża. Jan nie mógł się Wydziwić, jak jest czujną, zaradną, żwawą, ona, taka wygodnisia i rozkosznisia. W nocy sypiała tylko dwie godziny i to na sofie, z takiego hotelu, jakie się znajdują w tamtej dzielnicy, miękkiej jak tapczan w kancelaryi policyi.
— Ależ, moja biedna Fanny, ty chyba wcale nie chodzisz do domu?... — zapytał pewnego dnia. — Już mi teraz lepiej... Trzebaby uspokoić Machaume.
Roześmiała się. Piękne rzeczy działy się i z Machaume i z całym domem. Wszystko było sprzedane, meble, garderoba, nawet pościel. Została jej tylko suknia, którą miała na sobie i trochę bielizny cienkiej, ocalonej przez sługę... Gdyby ją teraz wygnał, tylko na ulicy znalazłaby przytułek.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Alphonse Daudet.