Safo (Daudet)/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Alphonse Daudet
Tytuł Safo
Podtytuł Powieść z obyczajów paryzkich
Data wydania 1893
Wydawnictwo Wydawnictwo Dzieł Tanich A. Wiślickiego
Drukarz Drukarnia Przeglądu Tygodniowego,
Czysta № 4.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Sapho
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
I.

— Spojrzyj pan na mnie, proszę... Podoba mi się kolor twych oczu... Jak ci na imię?
— Jan.
— A nazwisko?
— Gaussin.
— Z południa pochodzisz, znać to z mowy... Ile masz lat?
— Dwadzieścia jeden.
— Jesteś artystą?
— Nie, pani.
— Ach, tem lepiej...
Te urywki frazesów tłumione śmiechem, wrzawą i muzyką przygrywającą do tańca na balu kostiumowym, krzyżowały się w pewną noc czerwcową, pomiędzy Piferarem a Wieśniaczką egipską, w oranżeryi pełnej palm i paproci drzewnych, przylegającej do pracowni Déchelette'a.
Na te naglące pytania Egipcyanki, Piferaro odpowiadał z naiwnością, właściwą młodzieńczym latom i tem skorszy był do rozmowy, tem większą ulgę zdawała mu się sprawiać, że jak na południowca, zbyt długo wypadło mu milczeć.
Nie znając nikogo z grona tych malarzy i rzeźbiarzy, straciwszy z oczu u samego wejścia, przyjaciela, który go przyprowadził na bal, od dwóch godzin chodził znudzony, obnosząc swą ładną twarzyczkę blondyna, ogorzałego od słońca, z włosami kręcącemi się w drobne i gęste kędziory, jak na kożuszku, który kostium jego stanowił. Do koła niego szeptano coraz pochlebniejsze sądy, ale się nie domyślał swego powodzenia.
Tancerze bez miłosierdzia potrącali go łokciami, bazgracze wyśmiewali kozę, którą nosił krzywo i górską sukmankę, ciężką i nieodpowiednią w tę noc letnią.
Japonka, z tak zwanym „przedmieściowym“ wzrokiem, z nożami ze stali wetkniętemi w warkocz, podczesany w górę, drażniąc go, nuciła: „Ah! qu’il est beau, qui’l est beau, le postillon“. Hiszpanka zaś, w białych blondynach, przechodząc pod rękę z wodzem apaszów, gwałtownie Podsuwała ma pod nos swój bukiet z jaśminów białych.
Nie rozumiejąc tych zaczepek i sądząc, że jest bardzo śmieszny, skrył się w cieniu chłodnej galeryi oszklonej, gdzie pod krzewami stała szeroka sofa. Kobieta ta przyszła zaraz usiąść obok niego.
Czy była młoda i ładna? Nie mógłby na to odpowiedzieć... Z długiej koszuli wełnianej, koloru błękitnego, w której kołysała pełną kibić, wynurzały się dwa ramiona obnażone, okrągłe i delikatne; a małe rączki, obciążone pierścionkami, duże szare oczy, które się jeszcze większemi wydawały przy dziwacznych ozdobach stalowych, spadających jej z czoła, składały się na całość harmonijną.
„To pewnie aktorka... dużo ich bywa u Déchelette’a. Ta myśl bynajmniej nie dodała mu śmiałości, lękał się bowiem kobiet tego rodzaju.
Z łokciem na kolanie i z głową opartą na ręku, mówiła doń z bardzo bliska, z poważną słodyczą i z jakiemś znużeniem...
— Doprawdy, pochodzisz pan z południa?... A włosy masz takie jasne!... To coś osobliwego.
Dopytywała się, od jak dawna mieszka w Paryżu, czy bardzo jest trudny egzamin konsulatowy, do którego się przysposabia, czy zna dużo osób i jakim trafem, znajduje się na wierczorze u Déchelette’a, przy ulicy de Rome, tak odległej od swej dzielnicy łacińskiej.
Skoro wymienił nazwisko studenta, który go przyprowadził... „La Gournerie... krewny pisarza... musisz go pani znać...“ Wyraz tej twarzy kobiecej zmienił się nagle i sposępniał. On tego jednak nie zauważył, będąc w tym wieku, kiedy oczy błyszczą, ale nic nie widzą.
La Gournerie obiecał mu, że kuzyn jego tam będzie i że mu go przedstawi. „Ja tak lubię jego wiersze... tak będę rad go poznać...“
Ta otwartość wywołała z jej strony uśmiech politowania i ładniutkie wzruszenie ramion; odgarnęła jednak ręką lekkie liście bambusowe, chcąc dojrzeć w tłumie jego bohatera.
W tej chwili zabawa iskrzyła się i falowała, jak apoteoza w widowisku czarodziejskiem. Pracownia, a raczej halla, bo rzadko tam co robiono, sięgała sufitem aż do najwyższego piętra gmachu, stanowiąc jedną, olbrzymią salę. Na obicia jasne i lekkie, licujące z porą letnią, na story ze słomy delikatnej lub z gazy, na parawaniki lakowe i różnobarwne przedmioty z kryształu, na krzaki żółtej róży, zdobiącej kratę wysokiego komina, w stylu Odrodzenia, rzucały urozmaicone i dziwaczne światło latarki chińskie, perskie, maurytańskie, japońskie, to żelazne z wyrzynaniem, zagięte w łuk, jakby drzwi od meczetu, to z papieru kolorowego, w kształcie wachlarzy, owoców, kwiatów, ptaków i wężów. Nagle, od dużych promieni elektrycznych, hyżych i błękitnawych, bladły te tysiące świateł, blask niby księżycowy oblewał twarze i obnażone ramiona, całą fantasmagoryę jedwabi, piór, klejnotów, wstążek w sali balowej i na wijących się wschodach z szeroką balustradą, wiodących do galeryi pierwszego piętra, ponad którą sterczały szyje kontrabasów i batuta dyrektora orkiestry, zapalczywie takt wybijająca.
Młodzieniec widział to wszystko ze swego miejsca, poprzez sieć zielonych gałęzi i pączków kwitnących, które zmieszane z dekoracyą, obejmując ją jakby ramą, wskutek złudzenia optycznego, rzucały wśród wiru tańca, wieńce z glycynii na srebrzysty tren u sukni księżnej lub zdobiły liściem smokowca twarzyczkę pasterki á la Pompadour. Podwójną przyjemność znajdował on teraz w tym widoku, egipcyanka wyjawiała mu bowiem wszystkie znakomite, głośne nazwiska, kryjące się pod temi kostiumami, których rozmaitość i fantastyczność tak były zabawne. Ten psiarek, z krótkim biczykiem przewieszonym przez ramię, był to Jadin; dalej, wytarta sukmana proboszcza wiejskiego, służyła za przebranie staremu Isabey, który, żeby się podwyższyć, włożył talię kart w swe trzewiki ze sprzączkami.
Ojciec Corat uśmiechał się z pod ogromnego daszka od czapki inwalida. Wskazała mu także Tomasza Courture, przebranego za buldoga, Jundta — za dozorcę galerników, Chama — za ptaka z wysp.
Było też kilka kostiumów historycznych, poważnych: Murat w pióropuszach, Książe Eugeniusz, Karol I. — których przedstawiali najmłodsi z malarzy, jaskrawo uwydatniając różnicę pomiędzy dwoma pokoleniami artystów; późniejsi są zimni, surowi, z twarzą giełdowicza, przed wcześnie pooraną zmarszczkami, tem piętnem wyłącznej myśli o sprawach pieniężnych; tamci ci zaś to chałaśliwe, lekkomyślne, wyuzdane trzpioty.
Pomimo lat piędziesięciu pięciu i laurów akademickich — rzeźbiarz Caoudal, ubrany za huzara z gołemi rękami o muskułach herkulesowych, z paletą malarską, bijącą go po długich nogach, a zastępującą torbę huzarską, wykonywał: cavalier seul z Grande-Chaumiére, naprzeciw muzyka de Potter, który w kostiumie muezzina, w turbanie na bakier, gestykulował brzuchem, udając, że tańczy i przeraźliwie krzyczał: „Allah, Allah!“
Weseli ci dostojnicy otoczeni byli kołem wypoczywających tancerzy. W pierwszym rzędzie stał Déchelette, gospodarz domu, w wysokiej czapce perskiej, komicznie maleńkiemi oczkami, nosem kałmuckim i brodą siwiejącą poruszający z zadowolenia, że się tak weselą. On sam bawił się także doskonale, nie chcąc tego jednak pokazać po sobie.
Inżynier Déchelette, postać z artystycznego Paryża, z przed laty dziesięciu lub dwunastu, bardzo dobry, bardzo bogaty, z niejaką pretensyą do sztuki, nie krępujący się niczem, lekceważący opinią, co wypływało z życia pędzonego w podróżach i w bezżeństwie, był wtedy przedsiębiorcą linii kolei żelaznej od Tauris do Teheranu. Co rok, aby odpocząć po dziesięciomiesięcznych trudach, po nocach przespanych w namiocie, po gorączkowych przeprawach przez piaski i bagna, przyjeżdżał na czas wielkich upałów do tego domu przy ulicy de Rome, który zbudowany był według jego planu i urządzony jako pałac letni. Zgromadzał on tam inteligentnych mężczyzn i ładne dziewczęta, żądając od cywilizacyi, by mu dała w ciągu kilku tygodni, najbardziej ożywiającą i najsmaczniejszą swą cząstkę.
„Déchelette przyjechał...“ Wieść ta rozchodziła się po pracowniach, skoro tylko ujrzano, że nad oszklonym frontem pałacu, podniosła się olbrzymia płócienna zasłona, nakształt teatralnej kurtyny.
Było to oznaką, że się zaczną zabawy, że przez dwa miesiące, grzmieć będzie muzyka, będą tańce i uczty, odbijając od głuchej odrętwiałości, jaka zazwyczaj w tej stolicy Europy, podczas willedżiatur i kąpieli morskich panuje.
Osobiście, nie odgrywał żadnej roli w bachanaliach, odbywających się u niego dniem i nocą. Ten niezmordowany hulaka, zachowywał wśród uciech, szał na zimno, miał spojrzenie niepewne, uśmiechnięte, jakby pod wpływem haszyszu, a obok tego — niczem niezamącony spokój i trzeźwość; wierny w przyjaźni, obdarzający bez rachuby, dla kobiet miał wzgardę mężczyzn ze Wschodu, złożoną z pobłażania i grzeczności. Z tych co tam przychodziły, pociągnięte jego znacznym majątkiem i wesołą fantastycznością otoczenia, żadna nie mogła się pochlubić, iż była kochanką jego dłużej niż dzień jeden.
— Jednakże to dobry człowiek... — dodała Egipcyanka i nagłym wykrzykiem: — oto pański poeta!... — przerwała swe objaśnienia.
— Gdzie?
— Przed nami... ten wiejski pan młody...«
Młodzieniec z rozczarowaniem wyrzekł: „O!“ To jego poeta! Ten jegomość gruby, spotniały, świecący się, niezgrabny, w przypinanym kołnierzyku z dwoma śpiczastemi końcami i w kwiecistej kamizelce à la Jennot“... Nasuwały mu się na pamięć rozpaczliwe wykrzyki z „Livre d’amour“, z książki, którą zawsze czytywał z lekką gorączką i bezwiednie wypowiedział głośno:

Ażeby ożywić dumny marmur twego ciała
O Safo, oddałem wszystką krew z mych żył...

Obróciła się żywo, brząkając barbarzyńskiemi błyskotkami i zapytała:
— Co pan mówisz?
Były to wiersze Gournerie’go; zadziwił się, że ona ich nie zna.
— Nie lnbię wierszy... — odpowiedziała krótko i stojąc ze ściągniętą brwią, przyglądając się tańcom, nerwowo gniotła piękne kwiaty liliowe, co się przed nią zwieszały.
Naraz, zadając sobie widoczny gwałt, rzekła: „dobrej nocy“ i znikła.
Biedny Piferaro zaląkł się: „Co jej jest? Com ja jej powiedział?...“ Szukał w mózgownicy, lecz nie znalazł nic, prócz tego, że dobrze byłoby pójść spać. Melancholicznie podniósłszy z ziemi swą kobzę, powrócił do sali balowej, nietyle zmieszany odejściem Egipcyanki, co tłumem, poprzez który wypadało mu przeciskać się ku drzwiom.
To poczucie, że on maluczki znajduje się pośród tylu znakomitości, czyniło go jeszcze mniej śmiałym. Tańce już ustawały, tylko kilka par, tu i owdzie walcowało zapamiętale przy zamierającej muzyce, a pomiędzy niemi Caoudal okazały, olbrzymi, z głową wzniesioną do góry, wirował z małą pończoszniczką, unosząc ją w ramionach, obrośniętych rudym włosem.
Przez wielkie okno, co naoścież było otwarte w głębi, wnikało ranne białawe powietrze, poruszając liście palmowe i pochylając płomienie u świec, jak gdyby je chciało pogasić.
Jedna z latarek papierowych zapaliła się, profitki popękały i dokoła sali lokaje ustawiali stoliki okrągłe, jakby na tarasie przed kawiarnią. U Déchelette’a zawsze wieczerzało po czterysta lub pięćset osób: sympatyzujące z sobą pary szukały się wtedy i łączyły.
Były tam krzyki i przywoływania dzikie, przedmieściowe: „Pil... ouit!“ odpowiadające przeciągłemu: „ju, ju, ju, ju! dziewcząt wschodnich, były też rozmowy ciche i rozkoszny śmiech kobiet, podnieconych pieszczotą.
Gaussin, korzystając ze zgiełku, chciał się przemknąć do drzwi, kiedy go zatrzymał przyjaciel jego, student — spocony, z oczami wytrzeszczonemi jak gałki i z butelką pod każdą pachą: — Gdzieś ty się podziewał?... Szukałem cię wszędzie... Mam stolik, kobiety... małą Bachellery z Bouffes... tę japonkę... wiesz... Wysłała mię po ciebie, chodź prędko!... — wołał i oddalił się, biegnąc.
Piferaro czuł pragnienie; przytem kusił go szał balu i twarzyczka aktorki, robiącej doń znaki zdaleka, ale głos poważny i słodki szepnął mu nad uchem: „Nie chodź tam...“
Ta sama, co przedtem siedziała przy nim, pociągnęła go do wyjścia i poszedł za nią bez wahania. Dla czego? Nie wskutek powabu tej kobiety, bo ledwie na nią spojrzał i tamta, wołająca go, z nożami we włosach, daleko mu się bardziej podobała... ale uległ woli wyższej niż jego własna, naglącej gwałtowności żądzy.
— No chodź tam...
Naraz, znaleźli się oboje na chodniku ulicy de Romo. Fiakry czekały wśród bladawego ranka; stróże zamiatający, robotnicy, którzy dążyli na zarobek, spoglądali na ten dom, gdzie huczała wesołość i rozpusta, na tę parę ukostiumowaną, na ten tłusty wtorek pośród lata.
— Do ciebie, czy do mnie?... — zapytała. Sam nie wiedząc dla czego, pomyślał, że lepiej do niego i wskazał swój adres woźnicy. Podczas długiej jazdy, nie wiele do siebie mówili... tylko trzymała jedne z jego w swoich, które zdawały mu się maleńkie i lodowate. Gdyby nie ten uścisk nerwowy, mógłby sądzić, że ona śpi, leżąc w głębi fiakra, z prześlizgującym się po twarzy odblaskiem firanki błękitnej.
Stanęli na ulicy Jacob, przed domem studenckim. Wejść na czwarte piętro, było wysoko i przykro.
— Chcesz, żebym cię zaniósł?... — spytał śmiejąc się, ale po cichutku, cały dom był jeszcze bowiem we śnie pogrążony. Objęła go zwolna spojrzeniem wzgardliwem a czułem i zmierzywszy od stóp do głów doświadczonem okiem, zdawała się mówić wyraźnie: „Biedaczek!...“
Wtedy on, z zapałem młodziana i południowca, porwał ją, uniósł jak dziecko, gdyż pomimo białej, panieńskiej cery, był silny, krzepki — i jednym tchem wszedł na pierwsze piętro, uszczęśliwiony tym ciężarem, który mu uwiązały u szyi, dwa piękne, nagie i świeże ramiona.
Na drugie piętro wspinał się już dłużej, bez przyjemności. Kobieta obezwładniała się i była coraz cięższą. Jej stalowe wisiadełka, które z początku łaskotały go przyjemnie, zwolna zaczęły wpijać mu się w ciało.
Na trzeciem piętrze dyszał, jakby tragarz dźwigający fortepian, brakowało mu tchu, ona zaś szeptała w upojeniu, z omdlałym wzrokiem „Ach, mój miły, jakże mi przyjemnie.... jak mi dobrze...“
Po ostatnich stopniach ledwie szedł, zdawało mu się, że to są jakieś olbrzymie wschody, że ściany, poręcze, okna wąskie, stanowią śrubę bez końca. Już nie kobietę niósł, ale rzecz ciężką, okropną, przygniatającą go, którą co chwilę miał pokusę upuścić, cisnąć z gniewem, chociażby jej groziło zmiażdżenie.
Gdy przybyli na samą górę, rzekła otwierając oczy: „Już...“ on zaś pomyślał: „Nakoniec!...“ ale przyznać się do tego nie byłby w stanie... Bardzo był blady i obiema rękami przyciskał pierś, która się zdawała pękać.
To wspinanie się po wschodach przy szarawem świetle porannem, było ich całą historyą.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Alphonse Daudet.