Słowik (Andersen, przekł. Szczęsny)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Hans Christian Andersen
Tytuł Słowik
Pochodzenie Baśnie Andersena
Data wydania 1913
Wydawnictwo J. Mortkowicza
Miejsce wyd. Warszawa, Kraków
Tłumacz Aleksander Szczęsny
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


SŁOWIK.
D
Dziwną jest historya o cesarzu chińskim i jego słowiku, którą teraz będę wam opowiadał. Działa się ona tak dawno, że napewno z zajęciem jej wysłuchacie. Otóż wtedy zamek cesarski, który uważano za najpiękniejszy na świecie, miał mury całe z chińskiej porcelany, bardzo kosztownej i tak kruchej, że aż strach było jej dotknąć, nie pomyślawszy o tem zawczasu.

Naokoło w ogrodach rosły przeróżne kwiaty, a najpiękniejsze z nich były obwieszone srebrnemi brzękadełkami, drżącemi od najlżejszego wiatru tak, aby nikt nie minął ich niepostrzeżenie.
Zresztą wszystko, co znajdowało się w cesarskich ogrodach, mogło zaspokoić niebylejaką wyobraźnię, a ogrody ciągnęły się tak daleko we wszystkie strony, że nawet główny ogrodnik nie zdawał sobie dobrze sprawy z ich rozległości.
Wiadomem tylko było, że gdzieś daleko stykały się one z wielkim lasem, pełnym wyniosłych drzew i szmaragdowych, głębokich jeziorek; las zaś dochodził aż do niezmierzonego błękitnego morza.
Tam, obok potężnych konarów drzew, zwisających nad wodą, przepływały wielkie okręty z wydętymi żaglami.
Nad samą zaś wodą w zielonej gęstwinie, gnieździł się słowik, który śpiewał tak tkliwie, że biedny rybak, zarzucający co wieczora w tych stronach swe sieci, odkładał jak zaczarowany robotę, aby posłuchać cudownego ptaka. „Mój Boże, jakież to piękne!“ — wzdychał on przytem, zamyślając się mimowoli, i dopiero czas, który nie znosi ludzi zamyślonych, zmuszał go na nowo do roboty.
Jednakże następnej nocy działo się znów to samo i biedny rybak, słysząc znowu śpiew słowiczy, powtarzał: „Boże, jakież to piękne!“
Stolica cesarska znana była w całym świecie. Aby ją podziwiać, zjeżdżali się podróżnicy z najodleglejszych krajów. Podziwiali oni całe miasto, zamek i ogrody, ale przedewszystkiem sławili małego ptaka, śpiewającego w gęstwinie nad morskim brzegiem, zgadzając się wszyscy na jedno: „słowik jest największą osobliwością w całem cesarstwie “.
Podróżnicy po powrocie do swych stron nie taili i tam swych zachwytów. To też uczeni wkrótce potem pisali całe księgi o mieście, zamku i ogrodach.
Ale zawsze zaczynali od opowiadań o słowiku i niemi ozdabiali tytułowe stronice swoich dzieł. Zaś poeci pisali natchnione wiersze o słowiku w lesie nad błękitnem morzem.
Wszystkie te piękne książki tłómaczono na różne języki, a wiele z nich, rozchodząc się w ten sposób po świecie, trafiało do rąk cesarza chińskiego.
Wtedy siedząc na złotym tronie, odczytywał on je z widoczną przyjemnością, i kiwał ciągle głową, tak mu było miło spotykać tyle zajmujących opisów własnego miasta, zamku i ogrodów.
„Lecz najpiękniejszym ze wszystkiego jest słowik“ — uprzedzał autor każdego dzieła. Aż wreszcie cesarz uderzył niecierpliwie dłonią po poręczy tronu i zawołał: „Cóż to się ma znaczyć? Słowik? A ja sam nic dotąd o nim nie wiem; czyż to możliwe, aby znajdował się on w moim własnym ogrodzie? To karygodne, że dopiero z obcych książek muszę o tem usłyszeć!“
Wiadomość o słowiku tak obeszła cesarza, że natychmiast, trzymając jeszcze ostatnią książkę w ręce, zawezwał do siebie najznakomitszego z przybocznych dworzan, czyli tak zwanego mandaryna.
Człowiek ten poza chińską roztropnością, inną od naszej, był tak dumny, że gdy ktoś niższy urzędem zwrócił się doń z zapytaniem, albo wogóle odważył się coś przemówić, słyszał tylko: „Hm“, a takie „hm“ nic przecie nie oznaczało i trzeba było pytać na nowo, aż póki się nie natrafiło na wyjątkowy humor zarozumialca.
Gdy mandaryn się zjawił, cesarz rzekł: — W moim ogrodzie znajduje się jakiś niesłychany ptak, nazwany słowikiem. Z obcych książek dowiaduję się dopiero, że jest on największą osobliwością całego państwa. Dlaczego dotychczas nic mi o nim nie wspominano?
— Dotychczas sam o nim nie słyszałem — musiał się przyznać mandaryn, choć jego roztropność ledwo pozwoliła przejść tym słowom przez gardło. — Nie był on dotąd przedstawiony u dworu.
— Chcę, aby dziś jeszcze śpiewał w mojej obecności i rozkazuję ogłosić wielkie przyjęcie całemu dworowi — ciągnął dalej widocznie rozgniewany cesarz — cały świat słyszał go, a przynajmniej wie, że go posiadam, tylko ja nie byłem o tem uprzedzony!
— Nic o nim dotychczas nie słyszałem — usprawiedliwiał się coraz ciszej mandaryn, który słynął jako znawca stosunków dworskich — będę go jednak sam szukał, a wtedy musi się znaleźć. — — — —
Tylko jak zacząć takie szukanie? Mandaryn, natychmiast po posłuchaniu poszedł osobiście do wszystkich sal przez wszystkie korytarze i na wszystkie piętra zamku. Porcelanowe schody dźwięczały pod jego coraz bardziej niecierpliwemi stopami, ale o słowiku nic się nie dowiedział.
Wtedy stanął znów przed cesarskiem obliczem i spróbował oznajmić, że wiadomość o słowiku musi być bajką, wymyśloną przez pisarzy:
— Wasza cesarska mość — rzekł, pochylając nizko głowę — nie da wiary, do czego tacy ludzie są zdolni? Są to przeważnie wymysły, powstałe często pod wpływem czarnoksięskiej sztuki.
— Lecz książkę, w której o tem czytałem, przysłał mi potężny i przyjacielski cesarz japoński, zatem nie może zawierać nieprawdy — powiedział na to coraz bardziej gniewny władca chiński. — Słowik musi się znaleźć, muszę go dziś jeszcze usłyszeć. Jeśli zaś nie potraficie spełnić mego rozkazu, zamiast wielkiego przyjęcia, każę wyliczyć całemu dworowi po porcyi bambusów w pięty, stosownie do rangi.
— „Czing-pe!“ — wykrzyknął przerażony dworzanin i tym razem już pobiegł, zapominając o swej godności, pobiegł na wszystkie piętra, przez wszystkie sale i korytarze. Wypytywał przytem każdego spotkanego, nie bacząc już na swe stanowisko, a co najmniej połowa dworu tłoczyła się za nim, bo nikt nie chciał odczuć na swej skórze zapowiedzianej kary. Lecz niestety, chociaż w ten sposób obeszli prawie wszystkie zakamarki zamku, nigdzie nie dowiedzieli się o cudownym słowiku.
Dopiero w kącie cesarskiej kuchni, za ogromnym stosem naczyń do zmywania, gdyż obiady chińskie odznaczają się wielką ilością potraw, szukający znaleźli maleńką pomywaczkę, a ta na pierwsze zapytanie o słowiku, złożyła ręce i zawołała:
— Słowik, o bogowie, znam go dobrze. Ach, jakże on potrafi śpiewać! Co wieczór pozwalają mi zanosić chorej matce resztki obiadu, zostawiane przez panów kucharzy. Mieszka ona daleko nad brzegiem morza, w starej, trzcinowej chatce, a kiedy od niej powracam i odpoczywam w nadbrzeżnym lesie, wtedy często słyszę jego śpiew. Naprawdę, wielmożni panowie — zakończyła dzieweczka, oglądając się lękliwie naokoło, — nie gniewajcie się, ale wtedy łzy mi płyną z oczu, bo wydaje mi się, że mnie matka całuje...
— Mała pomywaczko — powiedział wtedy mandaryn, przejęty do głębi rozkazem cesarskim, — obiecuję ci doskonałe zajęcie w kuchni i pozwolenie oglądania cesarza podczas obiadów, jeżeli zaprowadzisz nas natychmiast do słowika, abym go mógł wezwać dziś jeszcze przed oblicze cesarskie.
I wszyscy udali się za pomywaczką w drogę do lasu, zapalając różnokolorowe, papierowe latarnie, od których wkrótce w mrocznej gęstwinie zaroiło się, jak od świętojańskich robaczków.
Gdy tak, jak w najlepsze maszerowali, nagle, gdzieś zdala zaryczała krowa.
— O! — wykrzyknął paź dworski — mamy go! Rzeczywiście, co za zadziwiająca siła głosu. Ale ja już go przedtem gdzieś słyszałem.
— Nie — odparła pomywaczka — to tylko krowa; jesteśmy jeszcze daleko od miejsca, gdzie go zastaniemy.
Wkrótce z poblizkiego jeziora odezwały się żaby.
— Wspaniałe! — zawołał na to przyboczny duchowny cesarski. — To dźwięczy zupełnie, jak bronzowe dzwonki w świątyni. Założyłbym się, że to on.
— Ależ to są żaby, — zaprzeczyła dziewczyna — jednak myślę, że wkrótce go usłyszymy.
Wreszcie w gęstwinie zaśpiewał rzeczywiście słowik.
— Otóż on — rzekła mała pomywaczka — słuchajcie panowie, słuchajcie, a oto siedzi tam — i przytem wskazała na małego, szarego ptaka, siedzącego nizko na gałęzi.
— Czyż to możliwe? — zadziwił się wtedy mandaryn. — Zupełnie go sobie inaczej wyobrażałem. Jakże zwyczajnie wygląda!... Ale jest on taki pokorny napewno dlatego, że ujrzał tyle znakomitych osób?
— Maleńki słowiku, — powiedziała pomywaczka, na polecenie mandaryna, — cesarz życzy sobie, abyś wobec niego zaśpiewał.
— Z największą chęcią — odparł ptak i zaśpiewał tak pięknie, że rozkoszą prawdziwą było go słuchać.
— To dźwięczy jak szklane dzwoneczki, — rzekł półgłosem mandaryn, — a zauważcie, jak pracuje maleńkie gardziołko. Wprost nie pojmuję, dlaczegom wcześniej tego nie słyszał. O, teraz jestem pewien, że słowik będzie miał powodzenie u dworu!
— Czy mam jeszcze raz cesarzowi śpiewać? — zapytał słowik, sądząc w swej prostocie, że sam władca jest obecny.
— Mój najdoskonalszy poczciwcze — rzekł na to mandaryn — jest mi niesłychanie miło zaprosić cię dziś na bal dworski do zamku, gdyż jego cesarska mość życzy sobie, abyś się popisał swoim śpiewem.
— Coprawda, najlepiej śpiewać wśród zieleni — dodał słowik, — ale tutaj, jak słyszę, życzy sobie tego cesarz, więc przystaję jak najchętniej.

W zamku tego wieczora wszystko wyjątkowo paradnie wyglądało.
Porcelanowe ściany i podłoga odbijały połyskliwie światło tysięcy złotych lamp. Najpiękniejsze kwiaty, obwieszone brzękadełkami, ustawiono wszędzie w drogocennych wazonach u wejść, a ponieważ drzwi były ciągle w ruchu, gwałtowny przeciąg wywoływał tak donośne dźwięczenie, iż często własnych słów nie można było zrozumieć.
Pośrodku sali, gdzie zasiadł cesarz, ustawiono wysoki, złoty pręt dla nadzwyczajnego słowika. Naokoło zebrał się cały dwór, a maleńkiej pomywaczce pozwolono stać u drzwi, dlatego, że ten przywilej był przywiązany do nowonadanego jej tytułu nadwornej kucharki. Całe towarzystwo postrojone było we wspaniałe szaty i wszyscy mieli oczy wlepione w małego, szarego ptaka, ku któremu cesarz raczył się pochylić z wysokości swego tronu.
Słowik zaczął śpiewać i śpiewał tak cudnie, że w oczach władcy łzy się pokazały. Płynęły one wolno po policzkach, a słowik śpiewał coraz piękniej, jakby chwytając za serca słuchaczy. Gdy skończył, cesarz był tak wzruszony, że rozkazał natychmiast obdarzyć śpiewaka orderem złotego pantofla do noszenia na szyi, co było dowodem niesłychanej łaski.
Lecz słowik oświadczył, że został już mimo to sowicie nagrodzony.
— Widziałem łzy w oczach cesarza, a te są dla mnie najdroższym skarbem. Łzy cesarskie mają bowiem czarodziejską moc — rzekł ptak — bogowie wiedzą, że to jest największa nagroda; — i zaśpiewał znowu swoim słodkim głosem.
— Ależ to nadzwyczajny, nowy wdzięk — mówiły zebrane naokoło damy dworskie i nabierały wody w usta, aby, ta przelewając się przy rozmowie, naśladowała trele słowicze.
Ma się rozumieć, że wszyscy kawalerowie zaczęli je nazywać słowikami i odtąd ten wyraz stał się na dworze najtrafniejszym dla określenia wdzięku i niebywałej słodyczy.
Zresztą nawet pokojówki zamkowe i lokaje wyrażali tak samo swój zachwyt, a to wiele znaczyło, bo od nich zależą przecież największe dworskie intrygi. Jednem słowem słowik zyskał sobie powszechne uznanie.
Odtąd pozostał on na stałe w pałacu, mając własną, drogocenną klatkę, z której wolno mu było wyfruwać dwa razy dziennie i raz w ciągu nocy. Towarzyszyło mu wtedy dwunastu kamerdynerów, z których każdy trzymał jeden z dwunastu jedwabnych sznurków, uwiązanych do nóżek ptaka. Można więc było sobie wyobrazić, że na swobodzie mu nie zbywało.
Nie dość na tem, poza pałacem całe miasto, a miasta chińskie są gęsto zaludnione i bardzo gwarne, nie mówiło odtąd o niczem, tylko o cudownym ptaku; a jeśli dwu ludzi spotkało się na ulicy, jeden mówił natychmiast: sło... — na co drugi odpowiadał: wik... — poczem obaj, patrząc w milczeniu na siebie, długo kiwali głowami, tak jakby conajmniej oni jedni wiedzieli, że jutro nastąpi trzęsienie ziemi, lub coś równie niebywałego.
Tak, nawet jedenastu w tym czasie narodzonym niemowlętom nadano nazwę tego ptaka, choć niewiadomo było jeszcze, czy wogóle kiedykolwiek śpiewać potrafią.
Pewnego dnia doręczono cesarzowi dużą skrzynkę, na której wypisany był wyraz — słowik.
— Zapewne to jakieś nowe dzieło o naszym nadzwyczajnym ptaku — pomyślał władca, wkładając na nos djamentowe okulary. Lecz nie była to wcale książka, tylko maleńki mechanizm, sztuczny słowik, do prawdziwego podobny, z tą różnicą, że cały był wysadzany perłami, rubinami i szafirami.
Sztuczny słowik, gdy go nakręcono, śpiewał tak samo melodyjnie, jak prawdziwy, ale przytem kiwał ogonkiem i lśnił cały od złota i drogich kamieni. Na szyi sztucznego ptaka wisiał naszyjnik z napisem: słowik japoński niczem jest wobec słowika cesarza chińskiego.
— Ależ to wspaniałe — mówili wszyscy naokoło i natychmiast ten, który przywiózł sztucznego ptaka, otrzymał tytuł: cesarsko-słowiczego dostawcy.
— No, teraz muszą razem zaśpiewać — zawyrokował cesarz, a z nim cały zebrany dwór.
I rzeczywiście ptaki zaczęły śpiewać razem. Ale nie szło to składnie, bo żywy słowik śpiewał z własnej woli, a sztuczny podług obracających się w nim kółek i walców.
— To nie jego wina — wytłumaczył zaraz dostawca — uczono go według mej wzorowej szkoły, i dlatego trzyma się doskonale taktu. Wtedy sztucznemu słowikowi polecono zaśpiewać solo. Osiągnął on takie same powodzenie, jak jego współzawodnik, a przytem wyglądał wspanialej, bo połyskiwał jak zbiorowisko klejnotów.
Trzydzieści trzy razy śpiewał on jeden i ten sam kawałek i jeszcze nie był zmęczony. A ludzie słuchaliby go chętnie dalej znowu od początku, gdyby cesarz nie powiedział, że teraz przecież i żywy słowik powinien coś na zmianę zanucić.
Ale gdzież on się podział? Wszyscy byli tak zajęci nowością, że nikt nie zwrócił uwagi na złoty pręt i nie zauważył, że niewdzięcznik wyfrunął zapewne przez jedno z otwartych okien z powrotem do swego lasu.
— Cóż to się ma znaczyć? — powiedział cesarz, a cały dwór, rozważywszy jego słowa, zdecydował, że tamten był jednak niewdzięcznem stworzeniem. — Daleko lepszego posiadamy obecnie, — orzekli wszyscy, i sztuczny słowik musiał znów śpiewać po raz trzydziesty czwarty ten sam kawałek, bo jeszcze go wszyscy nie zapamiętali. Zaś dostawca chwalił tymczasem jego zalety, polegające nietylko na zewnętrznym wyglądzie, ale i na wewnętrznej doskonałości.
— Gdyż spojrzyjcie tylko łaskawi i wielmożne, a przedewszystkiem najjaśniejszy cesarzu: o prawdziwym słowiku nie można nigdy wiedzieć z góry, co będzie śpiewał, a tutaj to jest zawczasu wiadome. Wiedząc zaś, można się do tego odpowiednio usposobić, można to sobie wytłumaczyć, można wreszcie posłusznego ptaka otworzyć i bez niczyjej pomocy przekonać się, jak są osadzone kółka i walce, jak się poruszają, wywołując dźwięki jedne za drugimi.
— Tak, to było naszem największem pragnieniem, — przyznawali mu wszyscy i cesarskiemu dostawcy pozwolono nazajutrz pokazać słowika ludowi.
— Niechaj też jego śpiew usłyszą, — polecił cesarz.
Nazajutrz lud słuchał słowika, zadzierając głowy do góry i poruszając sztywnymi warkoczami i był tak prawie zajęty, jak wtedy, kiedy się pije herbatę, co jest w Chinach prawie obrzędem. Lud był zachwycony, i wszyscy jednogłośnie rzekli: „aaa“, podnosząc palce wskazujące w górę, a potem na dół je opuszczając, co u Chińczyków oznacza szczyt zastanowienia. Tylko ubogi rybak, który przedtem słyszał prawdziwego słowika, zachował się trochę inaczej. Nie powiedział „aaa“, bo był dziwnie milczący, czego się zapewne nauczył, obcując z rybami. A gdy sztuczny ptak skończył i wniesiono go z powrotem na drogocennej poduszce w głąb zamku, pomyślał tylko po cichu: — tak, to dźwięczy pięknie i jest nawet podobne do słowika, ale czegoś tam brakuje, czego sobie dobrze wytłumaczyć nie potrafię.
Żywy słowik został tymczasem zaocznie wygnany edyktem cesarskim z miasta i kraju.
Sztuczny ptak zajął teraz honorowe miejsce w sypialni cesarskiej, tuż obok łoża. Złoto i drogie kamienie, jakie ciągle w podarunkach otrzymywał, leżały naokoło, a ptak otrzymał tytuł: jego wysokości, cesarskiego, nasennego śpiewaka.
Dostawca napisał tymczasem dwudziestopięcio-tomowe dzieło o sztucznym śpiewie. Dzieło było tak naukowe, tak najeżone najtrudniejszemi chińskiemi wyrażeniami, że wszyscy ludzie po wydrukowaniu przeczytali je odrazu i mówili, że rozumieją, aby nie być posądzonymi o głupotę i nie narazić się według rangi na stosowne porcje bambusów.
Tak przeszedł cały rok. Cesarz, dwór i wszyscy pozostali Chińczycy znali już doskonale najmniejszy trel z powtarzanych często piosenek mechanicznego słowika. Ale to najlepiej im się podobało, że mogli wszystko sami nucić sobie na pamięć, tak im się to już wbiło w głowę.
Ulicznicy śpiewali: zi, zi, zi, lurk, lurk... i cesarz śpiewał to samo.
Jednak pewnego wieczora, gdy władca, leżąc w łożu, słuchał śpiewającego w najlepsze słowika, nagle w ptaku odezwało się coś: szurpp... a potem coś jakby prysnęło: trynn!... Wszystkie kółka popędziły przez chwilę, jak szalone, a potem stanęły i muzyka umilkła.
Wtedy cesarz zerwał się z łoża i kazał zawołać przybocznego lekarza; lecz cóż ten mógł poradzić? Więc wezwano najstarszego i najmędrszego zegarmistrza, a ten po wielu namysłach i oględzinach coś niecoś zaradził. Lecz ostrzegł przytem, że mechanizm musi być bardzo szanowany, gdyż wszystkie części są bardzo zużyte, a niemożliwem jest sporządzić nowe tak, aby ptak działał jak niegdyś.
Strapiło to wielce wszystkich. Już tylko raz na rok z największemi ostrożnościami można było nakręcać słowika, a i tego było dlań prawie za wiele.
Z tej okazyi, aby wszystkich uspokoić, dostawca miał wielce uczoną mowę wobec zebranego dworu, w której wyjaśnił, że wszystko jest po dawnemu jak najlepiej i wszyscy się na to zgodzili.
I znów upłynęło pięć lat, aż wreszcie cały kraj spotkało prawdziwe nieszczęście. Chińczycy rzeczywiście bardzo byli przywiązani do swego cesarza, a teraz leżał on chory i nikt nie wiedział, czy żyć będzie.
Nowy cesarz był już nawet obrany, a lud stał na ulicach naokoło zamku i zapytywał najroztropniejszego mandaryna, co się dzieje ze starym cesarzem.
Ale mandaryn nie odpowiadał nikomu, bo jakżeby mógł coś odrzec takiemu pospolitactwu. Jedynie z racji wyjątkowych okoliczności, wydawał od czasu do czasu dźwięk „hm“, a wiemy przecie, że to nic nie znaczyło.
Cesarz tymczasem nieruchomy i blady leżał na swojem wielkiem, wspaniałem łożu, cały dwór uważał go już za umarłego, a niektórzy pobiegli zawczasu zasługiwać się nowemu władcy. Lokaje poszli wałęsać się po mieście i zbierać nowinki, pokojówki piły w kuchni herbatę, którą zaciekawiony wypadkami kucharz zapomniał zamknąć w ozdobnej skrzyni, przejścia i korytarze wyłożone były grubym wojłokiem, aby kroki nie raziły uszu i dlatego wszędzie było niesłychanie cicho.
Cesarz jednakże żył jeszcze. Sztywny i blady leżał w głębi wspaniałego łoża, pod baldachimem z długiemi, aksamitnemi kotarami i pozłocistemi ozdobami. Wielkie okno sypialni było otwarte, dopalała się przy niem złota kadzielnica, a z ogrodu zaglądał księżyc, oświetlając cesarza i sztucznego słowika u wezgłowia.
Biedny cesarz zaledwo oddychał; zdało mu się, że coś go śmiertelnie dławi. Więc otworzył z wysiłkiem oczy i ujrzał siedzącą na piersiach śmierć, która przywdziała jego złotą koronę, a w kościstych dłoniach dzierżyła jego złotą szablę i drogocenne berło. Naokoło zaś z załamków aksamitnej kotary wyglądały różne widziadła, niektóre straszne, inne zaś niebiańsko piękne.
Były to złe i dobre czyny cesarza, które się zjawiły, gdy tylko śmierć zasiadła przy konającem sercu.
— Czy przypominasz sobie? — szeptały jedne po drugich, — czy przypominasz sobie? — I opowiadały tak wiele, że zimny pot okrywał czoło cesarza.
— Nie chcę o tem wiedzieć! — wołał napróżno, — muzyki, muzyki! Niech uderzą we wszystkie wielkie gongi, aby to zagłuszyć!
Ale widziadła prawiły bezlitośnie dalej, śmierć zaś, jak najprawdziwszy Chińczyk, kiwała na to wszystko straszną głową.
— Muzyki, muzyki! — krzyczał cesarz, — mały, kunsztowny słowiku śpiewaj, coprędzej, darowałem ci tyle kosztowności, zawiesiłem ci odznakę złotego pantofla na szyi, śpiewaj więc teraz!
Lecz ptak milczał. Nie było komu go nakręcić, a bez tego nie mógł śpiewać. Śmierć zato wpatrywała się coraz uporczywiej w cesarza wielkimi oczodołami, naokoło zaś było cicho tak przeraźliwie cicho...
Nagle za oknem rozległ się wspaniały śpiew. To śpiewał mały, żywy słowik, siedzący na poblizkiej gałązce.
Dowiedział się o cierpieniu cesarza i zjawił się, aby swoim śpiewem dodać mu sił i natchnąć otuchą.
I w miarę, jak śpiewał, otaczające władcę widziadła bladły i rozwiewały się, krew w zamierającem ciele zaczynała żywiej krążyć i nawet śmierć, jakby oczarowana, zamyśliła się, szepcząc: śpiewaj dalej, maleńki słowiku, śpiewaj dalej!
— A oddasz mi wspaniałą, szczerozłotą szablę, oddasz berło, zechcesz wyrzec się zabranej korony? — zapytywał w śpiewie ptak.
I za każdą coraz piękniejszą pieśń, śmierć oddawała przywłaszczone oznaki władzy, aż wreszcie, gdy słowik zaczął śpiewać o cichych cmentarzach, gdzie kwitną białe róże i wonieje bez, a świeżą trawę zraszają łzy żyjących, śmierć poczuła tak nieprzemożoną tęsknotę do swych ogrodów, że wypłynęła pod postacią białej, chłodnej mgły przez otwarte okno.
— Dzięki, dzięki, niebiański, maleńki ptaku! — rzekł wtedy cesarz. — Poznaję cię, wypędzony z kraju, płoszysz mi teraz widziadła z nad wezgłowia i śmierć od serca oddalasz. O, czemże cię wynagrodzę!
— Już mnie nagrodziłeś — odparł szary ptaszek — łzami przy pierwszem słuchaniu mych pieśni. Tego nigdy nie zapomnę. Są to klejnoty jedynie godne prawdziwego śpiewaka. A teraz zaśnij cesarzu, to ci siły przywróci; ja dalej będę ci śpiewał.
Słowik śpiewał, wielki, łagodny księżyc taki, jak go malują na chińskich obrazkach, posuwał się powoli po niebie, a cesarz wpadł w długi, pokrzepiający sen. O, jakże mu było dobrze powracać prawie od progów śmierci!
Słońce już zaglądało przez okno zamiast księżyca, gdy cesarz obudził się silny i zdrów.
Słudzy myśląc, że nie żyje, nie zjawili się wcale, lecz słowik śpiewał jeszcze za oknem.
— Musisz nazawsze pozostać przy mnie! — wykrzyknął władca w uniesieniu. — Będziesz śpiewał, kiedy zachcesz, a sztucznego słowika zdruzgoczę, aby mi nie przypominał mojej omyłki.
— Nie czyń tego, — rzekł słowik. — On też spełnia to, do czego jest przeznaczony; zatrzymaj go przy sobie. Ja nie mogę pozostać w zamku, ani uwić tutaj gniazda. Ale pozwól mi zjawiać się od czasu do czasu. Będę siadywał wieczorem na gałęzi pod oknem, aby cię śpiewem rozweselić i uspokoić myśli. Będę ci śpiewał o szczęśliwych i o tych, którzy cierpią, o złych i o dobrych, o wszystkiem, czego oko twoje samo dostrzedz nie jest w stanie. Taki mały śpiewak, jak ja, zagląda wszędzie: do biednych rybaków, pod dach rolnika, do tych wszystkich miejsc, które są zdala od dworu. Kocham twe serce bardziej niż koronę, która mi się wydaje oznaką męczeństwa. Będę więc twoim skrzydlatym wysłańcem łaski. Ale jedno musisz mi, władco, przyrzec.
— Wszystko! — zawołał cesarz, prostując się majestatycznie i przyciskając do serca swą ciężką, złotą szablę.
— Nie powtarzaj nikomu, że masz małego ptaka, który ci o wszystkiem śpiewa, bo tak będzie najlepiej...
To rzekłszy słowik, odleciał.
Jednocześnie prawie weszli zaspani słudzy, aby popatrzeć na zmarłego cesarza.
A ten stał, o dziwo, naprzeciwko nich, pełen sił, tak jak dawniej, i powiedział im dzień dobry.

Aleksander Szczęsny - Baśnie Andersena koniec rozdziału.jpg




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Hans Christian Andersen i tłumacza: Aleksander Szczęsny.