Rzecz wyobraźni/Prezentacja Norwida

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wyka
Tytuł Rzecz wyobraźni
Wydawca Państwowy Instytut Wydawniczy
Data wydania 1977
Druk Drukarnia Wydawnicza w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


PREZENTACJA NORWIDA


I

Na witrynach księgarskich oglądać można od wielu tygodni zestaw tomów oprawny w brązowe płótno, a ponadto tekturowym pudełkiem ujęty w sprzedażną całość. Złocony napis wiążący to introligatorskie pudełko zapowiada: C. Norwid, Pisma wybrane. Kto spojrzy uważniej, dostrzeże zawartość poszczególnych tomów: 1. Wiersze, 2. Poematy, 3. Dramaty, 4. Proza, 5. Listy. Oraz u dołu każdego z tych tomów ich sprawca wydawniczy PIW (Państwowy Instytut Wydawniczy).
Pragnę się zająć zawartością w sensie materialnego przekazu określonych tekstów — owego zestawu-klocka, oraz jego pojemnością — w sensie ładunku kulturowego i intelektualnego, który się w nim mieści. Zadanie do łatwych nie należy. Piszący te słowa jest bowiem rodowo związany z pewnym zwartym klanem w obrębie plemienia historyków literatury. Jest to klan norwidystów. I nie byłoby mi zbyt trudno właśnie z punktu widzenia owego klanu spojrzeć na opisany klocek i w sposób fachowy go posmakować.
Tymczasem Pisma wybrane Norwida sygnalizują osiągnięcie o znaczeniu bardziej rozległym aniżeli kłopoty naukowe i edytorskie klanu norwidystów czy całego plemienia historyków literatury polskiej. Wypada więc zająć jakieś stanowisko pośrednie i mieszane. Takie, w którym doświadczenia norwidysty przekazane zostaną każdemu czytelnikowi bądź nabywcy opisywanego wydania. By pomóc mi ocenić Pisma wybrane Norwida jako fakt z dziedziny tradycji i kultury narodowej, potwierdzający słowa samego poety: „Dzisiejszej [tzn. XIX-wiecznej, przyp. K. W.] Polski obywatelem nie jestem, tylko trochę przeszłej i dużo przyszłej.“
Niezbędna jest w tym celu pewna informacja. Najbardziej zapoznany za życia pośród największych poetów polskich, Cyprian Norwid (1821–1883), nigdy dotychczas nie doczekał się wydania zbiorowego pism. Nie mogło się to stać za jego życia, ponieważ — niezależnie od towarzyszącego Norwidowi lekceważenia przez współczesnych, zaś odtrącenia przez opinię — takiego wydania nie mieli za życia swego również Mickiewicz, Słowacki, Krasiński. Nie doczekał się Norwid podobnego wydania także i po śmierci, chociaż od jego pozgonnego odkrycia przez znakomitego tłumacza, erudytę i krytyka Zenona Przesmyckiego (Miriama) (1860–1944) dobiega lat siedemdziesiąt.
Jedyna próba takiej edycji sporządzona została przez Tadeusza Piniego (Dzieła, 1934) trzydzieści pięć lat temu. Nie było w niej listów poety, a nade wszystko roiła się ona od straszliwych, pełnych tępej pogardy dla Norwida nieporozumień filologicznych i interpretacyjnych. Stała się też przedmiotem procesu sądowego wytoczonego Piniemu przez Przesmyckiego oraz kampanii prasowej przeprowadzonej przez klan norwidystów w jego owoczesnym składzie. Pisząc podówczas o edycji Piniego, orzekałem krótko: niecały Norwid, całkowita kompromitacja. Cytuję dalej samego siebie: „Pini zaopiekował się Norwidem niczym dobrotliwy belfer, dla dobra krnąbrnego ucznia poprawiający milczkiem błędy w jego zdaniu i kiwający z politowaniem głową nad prostotą Norwida.”
Po wielu, naprawdę wielu latach nie jestem skłonny aż tak ostro sądzić. Jakby bowiem nie było, tylko poprzez ów brzydki tom Piniego dorobek Norwida dostępny był we względnej całości. I pozostał do czasu klocka edytorskiego, jaki przed chwilą opisałem — dostępny.
Przed rokiem 1939 dwukrotnie podejmowano pełne wydanie dzieł pisarskich Norwida. Dlatego powiedziałem pisarskich, ponieważ dorobek malarski jest przedmiotem konfuzji, złej rejestracji i wręcz fałszerstw, o których nie sposób mówić dokładnie. Podejmowano w takich momentach historycznego kalendarza XX wieku, iż wśród norwidystów krąży anegdota, że przedsięwzięcie to wróży kolejną wojnę światową.
Bo proszę! W roku 1912 Zenon Przesmycki ogłosił cztery woluminy zamierzonej edycji Pism zebranych Norwida. Owe ułomkowe Pisma zebrane po dzień dzisiejszy stanowią najpiękniejsze wydanie Norwidowskie, a zarazem świadectwo onegdajszego, a dzisiaj nieosiągalnego polskiemu drukarstwu kunsztu poligraficznego oraz rozrzutnej dbałości ze strony zasłużonej firmy wydawniczej Jakuba Mortkowicza. Wydanie Przesmyckiego przerwała pierwsza wojna światowa. Jego tom kolejny, oznaczony literą F, przeczekał na strychu krakowskiej oficyny wydawniczej Anczyca obydwie wojny światowe i dopiero w roku 1946 został puszczony do sprzedaży.
W ćwierć wieku Przesmycki zaczął od nowa. Od roku 1937 począł wydawać Wszystkie pisma Cypriana Norwida po dziś w całości lub fragmentach odszukane. Nadeszła druga wojna światowa, wydanie dokończone nie zostało. Było ono bardzo dziwne: nie obejmowało wierszy i poematów Norwida, lecz jego dorobek w innych gatunkach literackich. I co dalej?
Przepisuję teraz z Calendarium Norwidowskiego, które J. W. Gomulicki dołączył do Pism wybranych. Rok 1944, a więc znów ćwierć wieku wstecz od roku obecnego, od roku 1969.
„Dokładnie w przeddzień wybuchu powstania warszawskiego w paru księgarniach ukazują się pierwsze egzemplarze konspiracyjnie wydanego zbiorku Norwida GROMY I PYŁKI (oprac. J. W. Gomulicki), zawierającego jego wiersze rozproszone albo nieznane, zilustrowane reprodukcjami równie nieznanych rysunków tego artysty. Cały nakład przepada w płonącej introligatorni, do naszych czasów dochodzi jednak sześć egzemplarzy tego wydania. W pożarach Warszawy płonie również cały nakład siódmego tomu WSZYSTKICH PISM, który ocalał zaledwie w jednym egzemplarzu.
W szpitaliku powstańczym przy ul. Żurawiej umiera w dniu 17 X chory i wycieńczony Żenon Przesmycki, zabezpieczywszy przedtem w piwnicy swego mieszkania przy ul. Mazowieckiej całe posiadane przez siebie archiwum norwidowskie.“
Archiwum to, zbiór bezcenny dla poznania Norwida i wszelkiej nad jego dziełem pracy naukowej, w styczniu 1945 roku, jeszcze przed wyzwoleniem Warszawy, wydobyte zostało i zabezpieczone przez jedną z wypraw ratujących dobytek kulturalny spalonej stolicy.
W świetle takich faktów złowróżbna anegdota krążąca wśród norwidystów przestaje być anegdotą. Staje się groźnym potwierdzeniem słów samego poety. Potwierdzeniem dotyczącym jego losu dośmiertnego i skłonnym rozciągnąć się na los pośmiertny, a ten dotyczy głównie pisanej puścizny: „jest ironia zdarzeń i jest ironia czasów”.

II

Po raz trzeci w ciągu stulecia XX — takimi w przypadku Norwida należy posługiwać się miarami historii — wydanie zbiorowe jego dzieł, wydanie krytyczne co do tekstów i zaopatrzone w wyczerpujący komentarz, podjął Juliusz Wiktor Gomulicki. Syn poety Wiktora Gomulickiego (1848–1919), jednego z pierwszych przynależnych do klanu norwidystów, najwybitniejszy dzisiaj znawca, edytor, interpretator i miłośnik Norwida. Z wydania tego ukazały się dotąd tomy pierwszy i drugi, zawierające to, co dla Norwida najważniejsze: jego dorobek w zakresie wierszy. Co oznacza tego rodzaju wydanie krytyczne oraz komentowane, odpowiedzią niechaj będzie dokładny zapis bibliograficzny: Cyprian Norwid Dzieła zebrane, opracował Juliusz W. Gomulicki. Tom pierwszy, Wiersze, tekst (str. XCV, 996). Tom drugi, Wiersze, dodatek krytyczny (str. 1088); łącznie ponad dwa tysiące stron ścisłego i zwartego druku.
Tak zamierzone wydanie całego dorobku Norwida musi objąć ponad dziesięć tomów, a ile lat potrwa? Warszawa 1966, taki jest początek, ale kiedy koniec? Na psa urok, by odpędzić złe przywidzenia, mawiała moja babka. Przypominam nadto złowróżbną anegdotę o łączności między cyklem wojen światowych a wydaniami zbiorowymi Norwida. I dlatego ograniczone do pięciu tomów Pisma wybrane poety są inicjatywą i przedsięwzięciem jak najbardziej słusznym. Gwarantują trwałe wejście Norwida w krwiobieg kultury polskiej i czytelnictwo młodego pokolenia, chociaż to i owo nad wykonaniem tego przedsięwzięcia jako norwidysta grymasić będę. W tej głównie nadziei, że chociaż opublikowane w nakładzie 30 tys. egzemplarzy, wydanie to może być, a nawet po jego wyczerpaniu powinno być wznowione. Uwagi i propozycje pewnych zmian mogą się więc przydać wydawcy.
Wyjmuję tomy z introligatorskiego pudełka, by rozpatrzyć, czy słusznie dorobek pisarski Norwida podzielono na pięć mniej więcej równomiernych działów, a wobec tego tomów. Wiersze, poematy i dramaty nie budzą żadnej wątpliwości. Przed wyjęciem tomów z owego pudełka obawiałem się, czy aby nie za dużo papieru poświęcono na prozę i listy Norwida. Po dokładnym przestudiowaniu tomu czwartego i piątego Pism wybranych wątpliwości te jestem skłonny całkowicie zawiesić. Pomijam argumenty dotyczące prezentowanego przez Gomulickiego wyboru listów poety, jako że argumenty (i mankamenty) z tym wyborem związane zanadto się obracają w kręgu wtajemniczonych norwidystów.
Pozostańmy przy tomie czwartym — Proza (stronic 662). Jakkolwiek znakomitą większość pomieszczonych tutaj utworów, nowel, deklaracji, wystąpień, literackich portretów, niby-naukowych rozpraw — znam, jak to wypada norwidyście, wrażenie całościowe z lektury jest wręcz nieoczekiwane. Zaskoczenie. Zaskoczenie bogactwem i różnolitością idei Norwida. Podziw dla szerokiego myślenia tego twórcy, którym zwraca się on ku swojej epoce, ku historii, ku miejscu narodu polskiego w obrębie kultury europejskiej. Utwory fabularne — nowelistyczne Norwida, jak Ad leones czy Tajemnica lorda Singelworth, czy jego wspaniałe zapisy wspomnieniowe jak Menego bądź Czarne kwiaty, bywały — ze względu na swoją przynależność gatunkową — oddzielane od innych rodzajów jego prozy. Połączone w całość wybraną przez Gomulickiego ukazują one swoją jedność. Jakaż to jedność? Najwspanialszego eseisty polskiego, o czymkolwiek on mówi i jak mówi, czy ma rację i czy nie ma racji. Czy jest „przestarzały”, czy jest „nowoczesny”. Śmieszne podziały, dlatego odpowiednie przymiotniki położyłem w cudzysłowie.
Podaję przykład. Norwid na pewno jest całkiem „przestarzały”, kiedy krótko przed zgonem pisze notatkę Fabulizm Darwina, usiłując w niej zakwestionować darwinowską teorię ewolucji. Lecz Norwid jakże jest „nowoczesny”, kiedy dostrzega znaczenie dzieła Darwina O pochodzeniu człowieka (1871). Podobnie jak rzekomo przestarzały i całkowicie nowoczesny okazuje się Słowacki, autor Genezis z ducha (1844), wizją poetycką dopełniający białe plamy na mapie ewolucyjnej historii gatunków i człowieka. Ostateczna ocena Norwida sprzeczna jest sama w sobie? Na pewno. Ale proszę mi pokazać taką drugą wśród polskich pisarzy i myślicieli:
„Treścian zdania mego o Darwinie jest ten:
Szpada pierwszego konsula, Bonapartego, przyniosła Kamyk Rozety i egiptologię; szpada Anglii w Indiach przyniosła nam sanskryt i filologijny ustrój; też z Indów AVANTURĄ zetknięcie się dało parabolijny indyjski pogląd na biologię i jej proces.
Darwin jest w błędzie, bo jest wielki Anglik na polu, na którym patriotyzm nie ma co robić. Ale to jest wielki Anglik” (Fabulizm Darwina).
Żaden z wielkich poetów emigracyjnych nie był tak głęboko zakorzeniony w otaczającą go europejską kulturę intelektualną i artystyczną jak właśnie Norwid. Gdyby zawierzyć najczęściej przywodzonym przezeń cytatom, czytywał on jedynie Pismo Święte i klasyków. Naprawdę było inaczej. Już dawno na to zwracał uwagę Stefan Kołaczkowski, a propozycje interpretacyjne Gomulickiego i Macieja Żurowskiego wykazują, jak ściśle poezja Norwida zanurzaną bywa w otaczającą go poezję francuską, a specjalnie — Autor:Charles BaudelaireBaudelaire’a. Można się sprzeczać o dokładny zakres tej łączności, istnieje ona jednak niewątpliwie między Kwiatami zła Baudelaire’a (1857) a reprezentatywnym cyklem Norwida Vade-mecum (po roku 1860), chociaż Norwid raczej replikował, aniżeli naśladował.
I dlatego przykład z Darwina prowadzi dalej, i wciąż w tym samym kierunku: Norwid a kultura europejska. Tom Proza przynosi dotąd nie znany tekst, wręcz sensacyjny. Podaję cały tytuł tego znakomitego eseju („pisałem 1872 lata, w Paryżu”, podaje Norwid), jaki przesłany do kraju i nie publikowany, dotąd spoczywał w archiwach: Obywatel Gustaw Courbet. Zarys — publicystom, artystom, krytykom i korespondentom polskich dzienników poświęcony.
Trudno wyobrazić sobie większe przeciwieństwo osobowości, doktryny malarskiej i postawy ideowej aniżeli Norwid i Gustaw Courbet (1819–1877). Gomulicki znakomicie w przypisach do owego eseju ukazał składniki tego przeciwieństwa. Lecz Courbet swoją działalnością rewolucyjną podczas Komuny Paryskiej musiał pociągnąć Norwida, ciekawić i budzić chęć zrozumienia. Sam tytuł przydany Courbetowi w owym szkicu — obywatel (le citoyen), wywodzący się ze słownictwa wielkiej rewolucji francuskiej, odnowiony podczas Komuny, na to wskazuje.
Jak by to powiedzieć? Awersja poszukująca kontaktu, istnieją przecież takie perfidne sytuacje międzyludzkie. W rozwiązaniu intelektualnym owej sytuacji Norwid ukazał rzadko spotykaną wielkoduszność, a zarazem pojemność na inne postawy. Odnajdujemy go ponadto w godnym towarzystwie — Eugeniusza Delacroix (1798–1863), głównego z malarzy francuskiego i europejskiego romantyzmu. Norwid znał go osobiście, oglądał też jego wystawę pośmiertną w roku 1864.
Powróćmy do Courbeta i opinii Norwida. Proszę wybaczyć dowód szczegółowy i cytatowy. Nasz poeta znał pisma o sztuce Pierre Joseph Proudhona (1809–1865), gorącego wielbiciela Courbeta i jego antymieszczańskiego, prowokacyjnego realizmu. Cytuje więc Proudhona i sam dokonywa oceny jednego z najgłośniejszych płócien Courbeta Kąpiące się (1853). Najpierw słowa Proudhona, a od pauzy Norwida:
„Ludzkość właśnie jest tak niezdarna i szkaradna, jak ją przedstawuje rzeczony pęzel, i to skutkiem jej bezecności i błędów.” — „Nie wiem, ażali tym podniecony malarz, i temu gwoli odpowiadając, wykonał następnie, i na ekspozycję 1853-o roku podał, Kąpiącą się (La Baigneuse) niewiastę (jak to jest osobnym Courbeta upodobaniem), widzialną od strony, która całą szerokość pleców okazuje, dzieło liczące wiele zalet miejscowego modelowania i koloru.”
A cóż o tym płótnie zanotował w swoich Dziennikach Delacroix (Warszawa 1968, cz. I, s. 322).
„Zadziwił mnie rozmach i siła głównego obrazu: ale jakiż to obraz! Jaki temat! Pospolitość form nie ma znaczenia; ta pospolitość i jałowość myśli są odrażające. [...] Gruba mieszczka, widziana od tyłu, i zupełnie naga, prócz strzępa niedbale namalowanej ścierki, okrywającej dół pośladków, wychodzi z płytkiej kałuży, w której nie można by zamoczyć nóg. [...] O Rossini! O Mozarcie! O natchnieni geniusze wszystkich sztuk, którzy odsłaniacie to tylko, co należy pokazać! Co powiedzielibyście patrząc na te obrazy?”
Referując w swoim eseju brutalny atak Aleksandra Dumas-syna na Courbeta za jego rewolucyjną działalność i od tego ataku się odcinając, Norwid napisał z należną w takim wypadku elegancją: „jako cudzoziemiec piszący o Francuzie wypuszczam całe periody tej katylinady i przymiotnikowanie przez pana Dumas używane, a które zapewne uchodzi pomiędzy sławnościami spółczesnymi”.
W miejsce nazwiska Dumas wstawmy nieskończenie bardziej ważące nazwisko: Delacroix. Elegancja pozostanie. A także ironia pozostanie: „sławności spółczesne”.

III

Trzy pierwsze tomy omawianej edycji: wiersze, poematy i dramaty, przynoszą orientację, jakimi zasadami rządził się wydawca dokonując wyboru pism Norwida oraz jakie z owych zasad wyniknęły sztuki. Jest to nie tylko wydanie tych pism w sensie przedruku wybranych tekstów, lecz ich swoiste podanie przez Gomulickiego — podanie w sensie prezentacji, zalecenia, wprowadzenia w lekturę. Słowem — prezentacja Norwida.
W tej prezentacji uderza dbałość o czytelnika, który nie będąc specjalistą, ma dotrzeć do trudnego, do wieloznacznego, do ułomnego nieraz pisarstwa Norwida. Świadectwem tej dbałości są zarówno ścisłe komentarze do tekstów, jak precyzyjne Calendarium życia, twórczości i pośmiertnej recepcji pisarza — Calendarium w wielu istotnych szczegółach uściślone i wzbogacone w stosunku do kroniki życia i twórczości Norwida, poprzedzającej jego Dzieła zebrane. Świadectwem takim jest również pełen pasji i interpretacyjnej zadzierzystości esej wstępny Gomułickiego Zjawisko: Norwid, określający miejsce tego twórcy na mapie poezji światowej, a także posunięcie nie spotykane w innych tego rodzaju wydaniach: wybór głosów i sądów krytycznych o Norwidzie.
Parę uwag w związku z owym wyborem oraz Zjawiskiem: Norwid. Na pewno ten zestaw sądów budzi opór u niejednego fachowca-edytora. Takiej przyprawy dodatkowej na ogół się nie dodaje do wydań omawianego typu. Mimo to jestem za utrzymaniem owego posunięcia wydawniczego. Z dwu powodów: po pierwsze, napotykamy w tym zestawie szereg całkiem dotąd nie znanych, a wręcz zaskakujących sądów o poecie, zwłaszcza sądów wypowiedzianych przez jego czytelników cudzoziemskich; po drugie — ta wokanda wypowiedzi i opinii dowodzi, że spór o Norwida i jego szacowanie trwa ciągle, że daleko do wyroku. Specjalnie jest to widoczne w stosunku do dramatów poety.
Zjawisko: Norwid taką nasuwa uwagę generalną, odnoszącą się nadto do wielu szczegółowych interpretacji proponowanych czytelnikowi przez Gomulickiego: nadmierny biografizm; nadmierna dążność do rozumienia tekstów poetyckich Norwida jako wypowiedzi kryptobiograficznej lub kryptoautobiograficznej. Przykładem może być próba wyjaśnienia niezwykle oryginalnej teorii przemilczenia poetyckiego, aluzji, niedomówienia, poprzez momenty polityczne epoki paskiewiczowskiej w Królestwie Kongresowym, na którą przypadła młodość poety. Chociaż Gomulicki tę formułę łagodzi i wprowadza dodatkowe elementy, stanowczo ona nie przekonuje, skoro tak brzmi i skoro prowadzi do rozmnożonych konsekwencji przy wyjaśnianiu poszczególnych tekstów poety: „Cała późniejsza Norwidowa praktyka (i teoria) przemilczeń (niedopełnień) oraz kryptografii poetyckich to właśnie widomy i bolesny, ale jakże w konsekwencji interesujący ślad owych «obrażeń» od kajdan cenzury paskiewiczowskiej, dźwiganych przez młodą literaturę warszawską.”
Przyjęte przez Gomulickiego — a nieuchronne przy każdym ograniczonym i niepełnym wydaniu — zasady wyboru tekstów wyłożone zostały w notach edytorskich do trzech omawianych tomów. Zapowiadam otwarcie: zarówno te zasady, jak ich realizacja w obrębie tych trzech właśnie tomów budzą liczne sprzeciwy.
Jakież to wyznaczniki wyboru? Wydawca stara się unikać zbyt trudnych, jego zdaniem, liryków Norwida: „Wielokrotnie byłem zmuszony zrezygnować z wielu bardzo pięknych i mądrych liryków Norwida ze względu na ich daleko posuniętą hermetyczność.” Z tą hermetycznością jest jak z poprzeczką dla skoczka wzwyż: nie rozgrzany i na początku konkursu nie weźmie on danej wysokości: później — w miarę lektury — weźmie bez trudu.
Dalszy wyznacznik wyboru to rezygnacja — raz stosowana, raz negliżowana — z publikacji dzieł Norwida, które albo nie zostały przez autora dokończone, albo dochowały się w kształcie zdefektowanym. Ten drugi wyznacznik dotyczy poematów i dramatów. Ponieważ nie doszedł do nas w całości dyptyk sceniczny Tyrtej. Za kulisami, Gomulicki całkowicie rezygnuje z tego arcydzieła. A mimo to wśród poematów nie rezygnuje z A Dorio ad Phrygium, chociaż to poemat ułomny; podobnie z Wędrownym sztukmistrzem. Nie rezygnuje, ponieważ po prostu nie sposób sobie wyobrazić dużej antologii Norwidowskiej bez tych tytułów. Słowem — teoria wyboru inaczej, praktyka wyboru inaczej, a dopatrzeć się w tym zaiste konsekwencji nie sposób.
Główny zaś sprzeciw budzi to, że unikając zasadniczo Norwidowskich destruktów i defektów, Gomulicki sam listę owych defektów pomnożył, dokonując skrótów na własną odpowiedzialność. Pośród poematów skrócił Quidama, Niewolę, Rzecz o wolności słowa; pośród dramatów Kleopatrę i Cezara; nawet wśród liryków niekiedy tak postąpił. Nie masz zgody! Można oczywiście raz jeszcze zawołać z oburzeniem: — Nie pozwalam, i uciec na Pragę. Lecz nie to jest moją intencją. Należy szukać innego wyjścia z niełatwej sytuacji, w jaką popadł J. W. Gomulicki, pragnąc dać z Norwida możliwie najwięcej, a równocześnie mając do dyspozycji określoną liczbę arkuszy drukarskich i słusznie przyjęty podział na tomy.
Widziałbym takie wyjście w ścisłym respektowaniu dwu następujących zasad wyboru: a) żadnego tytułu Norwidowskiego, pod żadnym pozorem tę operację uzasadniającym, nie skracać, skoro i tak za wiele destruktów i stłuczek mamy w tej puściźnie; b) ostrzej eliminować określone tytuły, chociaż dla miłośnika Norwida operacja to przykra. Ale sam poeta powiedział: „Redakcja jest redukcją.”
Pomijam wiersze, ponieważ uwagi co do nich musiałyby być zbyt specjalistyczne i szczegółowe. Jak by drugą z zaproponowanych zasad wypełnić praktycznie wobec dramatów i poematów? Pierwszą bowiem zakładam jako pewnik, z którego wynika druga zasada wyboru. Dwie komedie Norwida, zbliżone do siebie ogólnym charakterem artystycznym, to za wiele. Zostawiłbym Pierścień wielkiej damy, pominąłbym Aktora. Dzięki takiej eliminacji zyskuje się miejsce na Tyrteja. Za kulisami oraz Kleopatrę i Cezara w dochowanych całościach, a ponadto zyskuje się większą i szerszą reprezentatywność tytułów mówiących o sztuce dramatopisarskiej Norwida. Reszta tomu bez zmiany.
Poematy. Introligatorsko sytuacja łatwiejsza. Ponieważ odpowiedni tom liczy 400 stronic, gdy tom dramatów obejmuje 500 stronic, można więc parę arkuszy dołożyć na poematy. Nie skracać Quidama. Nie skracać Niewoli. Dołożyć Emila na Gozdawiu. Dokonać wyboru między Assuntą a Rzeczą o wolności słowa. To znaczy zrezygnować z tego tasiemcowatego i o niedobrym dydaktycznym potomstwie literackim utworu.
A może poniechać Assunty? — ktoś proponuje. Którykolwiek z tych poematów wyeliminować, oznacza to określoną stratę poetycką. Pozostaje tylko sprawa mniejszego zła. Mniejszym poetycko złem będzie, jeżeli czytelnik nie otrzyma na razie tego skądinąd pięknego urywka z Rzeczy o wolności słowa:

Benedyktyn milczący w jaworowym lesie,
Za nim posąg Jadwigi, który w ręku niesie
Model Jagiellońskiego-Uniwersytetu...
Jezuita — ksiądz-Pijar — filozof francuski:
A potem: w stronę jedną sybirskie powózki
W drugą pielgrzymi — kostur... oto — są posągi
Tych epok, jak się one nastawiały ongi.

Dziejów sąd ma u siebie tę straszną potęgę,
Że może słowa nie rzec i utworzyć księgę.
(XII w. 155–163)

Większym zaś poetycko złem byłoby, gdyby w roku 1969, w roku pierwszej podróży człowieka na Księżyc i nie policzonych już okrążeń globu ziemskiego, czytelnik współczesny nie otrzymał tych olśniewających i pełnych genialnego wizjonerstwa strof z Assunty.

(7) Nad Eufratem byłem z nią, gdzie piaski,
Jedyne drzewko w gruzach Babilonu —
I u Piramid na rozłodze płaskiéj,
W Nazaret, równym dziewiczemu łonu
Krytemu białe, w zieleniuchne paski —

W Grecji, fijołki rwąc u Partenonu,
Gdzie w marmurowe wargi Ideału
Pszczoła brzęcząca zachodzi pomału...

(8) O zachodzącym słońcu nadtybrowym
Byłem z nią w rudych, wieczystych ruinach;
W Giulietty mieście — pierwej w Apeninach,
I nad Dunajem smętno-Owidowym;
Bywałem w wiekach razem i w godzinach
Żywej historii czarem Sybillowym —
Gdzie Scyta klacze doi — kędy Geci
Ciskają kręgle, naiwni jak dzieci...

(9) Świat tak się mały stał nam — że pod stopy
Czuliśmy obrót globu –  –  –
(Pieśń IV)

Na tych dwu bowiem skrzydłach, jedno narodowe, drugie ogólnoludzkie, ptak-Norwid przemierza obszary poezji polskiej i europejskiej. Prezentacja owego lotu, dokonana poprzez Pisma wybrane podane przez J. W. Gomulickiego, jest zasadniczo trafna, a tylko w szczegółach wykonawczych ułomna. Ponieważ liczyć się wypada z dalszymi nakładami Pism wybranych Norwida, usterki są do usunięcia. Powtarzam w zakończeniu: dzięki tej edycji Cyprian Norwid otrzymał szansę, by wejść w czytelnictwo młodego pokolenia i utrwalić swoją obecność w krwiobiegu kulturalnym Polski Ludowej.

1969



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.