Rycerskość wieśniacza/Scena II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Giovanni Verga
Tytuł Rycerskość wieśniacza
Podtytuł Sceny z życia ludu wiejskiego w Sycylii
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1904
Druk M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Adolf Strzelecki
Tytuł orygin. Cavalleria rusticana
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Scena II.

Turiddu Macca wchodzi szybko przez ulicę z prawej.
Santuzza ujrzawszy go, zaczyna drżeć i zrywa się z ławki.
Turiddu (zaskoczony): Ha! Santuzza! — Co ty tu robisz?
Santuzza. Czekam na ciebie.
Turiddu. Gdzie jest matka?
Santuzza. W kościele.
Turiddu. Tak? A czemuż ty nie idziesz na mszę?
Santuzza. Nie! — Ja nie pójdę do kościoła!
Turiddu. W niedzielę Wielkanocną!?
Santuzza. Ty wiesz, że mnie nie wolno wejść do kościoła!
Turiddu. A więc pocóześ tu przyszła?
Santuzza. Aby z tobą się rozmówić.
Turiddu. Tu, na ulicy?
Santuzza. A dlaczegóżby nie?
Turiddu. Ludzie na nas patrzą...
Santuzza. I cóż z tego?
Turiddu. Co tobie jest?
Santuzza. Powiedz mi... — skąd wracasz?
Turiddu. Oho! — Co to ma znaczyć?
Santuzza. Gdzieś był dziś w nocy?
Turiddu (gwałtownie). Ah! — Czy ja mam ci się tłómaczyć gdzie byłem?!
Santuzza. Dlaczego się unosisz? — Czyż nie możesz mi powiedzieć gdzieś noc spędził?
Turiddu. Byłem w Francofonte.
Santuzza czyni głową ruch przeczący.
Turiddu. Tak jest. Byłem w Francofonte!...
Santuzza. To nie prawda! — Wczoraj w dwie godziny po dzwonku na Anioł Pański, byłeś jeszcze tutaj!
Turiddu. To i cóż? — Byłem tam, gdzie byłem i gdzie mi się podobało!
Santuzza (zrzucając chustkę z głowy): Tudiddu! — Dlaczego ty ze mną tak postępujesz? — Popatrz mi w oczy! Czy nie widzisz, jaki w nich śmiertelny ból, — ból co rozdziera moje serce?
Turiddu. To twoja wina!... — Czyż ja mogę wiedzieć coś ty sobie w głowę wbiła, że teraz niestworzone rzeczy na mnie wygadujesz?! Ty mnie szpiegujesz na każdym kroku! — Jakbym ja był głupim, małym dzieciakiem! — A może mi nie wolno robić co mi się podoba? — Co?
Santuzza. Nie. Ja ciebie nie szpieguję. Ale właśnie tu, w tem miejscu, niedawno inni mówili, że cię widziano dziś wczesnym rankiem u drzwi Loli!
Turiddu. Kto to powiedział?
Santuzza. Alfio sam. — Jej mąż!
Turiddu. On!... — Więc to jest ta twoja miłość dla mnie! I ty jemu, jej mężowi, podsuwasz takie myśli?! Więc chcesz go do tego doprowadzić, aby mnie zabił?
Jakże ty możesz mnie o coś podobnego posądzić!?
Santuzza (klęka przed nim, załamując ręce). Turiddu! — Jakże ty możesz mnie o coś podobnego posądzić!?
Turiddu Wstań! Nie rób głupstw! Wstań, bo jeśli nie wstaniesz, odejdę!
Santuzza (krzycząc). Odejdziesz?! Oh! Ty teraz chcesz odejść! — Chcesz mnie o-puścić w tym wielkim strasznym smutku?
Turiddu. Cóż ja mam robić, gdy ty mi nie wierzysz. — ‘Tak! atemu co inni gadają ty dajesz wiarę! — Ale w tem niema ani słowa prawdy! Raz jeszcze ci to powtarzam! Alfio się pomylił. Ja szedłem tą drogą, ale nie stamtąd, skąd ty myślisz. — I pomyśleć tylko! — Teraz, właśnie teraz wmówiłaś w siebie tę całą historję z Lolą, teraz kiedy jej mąż jest tutaj! — Patrz, jakaś ty głupia!
Santuzza. Jej mąż powrócił dopiero dziś rano!
Turiddu. Ah! I to wiesz także? — Więc szpiegujesz mnie wszędzie i zawsze, na każdym kroku? — Czyż ja już twoim niewolnikiem jestem?
Santuzza. Nie Turiddu! Ty jesteś panem swej woli i moim panem. Życie mi możesz odebrać, jeśli tylko zechcesz, a ja ci to życie oddam spokojna, jak jagnię, i ręce twe będę całować z wdzięczności, jak pies.
Turiddu. A więc?
Santuzza. Ale czy ty nie widzisz, że Lola ma jedno tylko na celu, — dąży tylko do tego, by moja dusza poszła w potępienie....
Turiddu Zostaw Lolę w spokoju!
Santuzza. A ona? Czemuż ona mnie spokoju nie daje? Czemuż mi ciebie chce porwać?! — Ja przecież po za tobą nic nie mam na świecie!
Turiddu. Ty się mylisz.
Santuzza. Nie! Ja się nie mylę! Tyś ją kochał jeszcze wtedy, nim cię wzięli do wojska!
Turiddu. Stare dzieje! A teraz Lola ma męża i swój dom.
Santuzza. Ale cóż ciebie to obchodzi! Ty ją kochasz zawsze, choć ona ma męża... — a ona... — z zazdrości kradnie mi ciebie... — a ja.. — ja... kocham cię goręcej i silniej niż kiedykolwiek, mimo twą zdradę!
Turiddu. Milcz więc!
Santuzza. Nie. Ja nie mogę milczeć! Jam blizka szaleństwa. — Boże! — mój Boże! — I cóż ja zrobię, gdy ty mnie opuścisz?!
Turiddu. Ja cię nie opuszczę, jeżeli ty mnie do tego nie zmusisz. Ale to ci muszę powiedzieć, że ja robię zawsze to, co mnie się podoba! — Do tej pory — Bogu dzięki — nie mam żadnej kuli u nogi!
Santuzza. Co ty chcesz przez to powledzieć?
Turiddu. Nic. — Tylko to, że głowę tracisz w bezpodstawnej zazdrości.
Santuzza. I cóż ja temu winna? — Patrz, coś ze mnie zrobił! — Lola piękniejsza jest odemnie. Ja wiem o tem. Ona ma złota dużo. Jej mąż niczego jej nie odmawia, zdobi ją klejnotami, jakby posążek Madonny w ołtarzu. Ją, tę nikczemną, podłą!...
Turiddu. Daj jej spokój!
Santuzza. A on jej broni jeszcze! Rozumie się! Ah!
Turiddu. Ja jej nie bronię. Mnie to wszystko jedno, czy mąż jej przystraja ją, jakby posążek Madonny w ołtarzu. Ale mi nie jest wszystko jedno, czy ktokolwiek mnie krępuje i odbiera mi swobodę!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Giovanni Verga i tłumacza: Adolf Strzelecki.