Rycerskość wieśniacza/Scena I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Giovanni Verga
Tytuł Rycerskość wieśniacza
Podtytuł Sceny z życia ludu wiejskiego w Sycylii
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1904
Druk M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Adolf Strzelecki
Tytuł orygin. Cavalleria rusticana
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Mały, nieregularnie zabudowany plac w sycylijskiej wiosce.
Na lewo w głębi cienista droga wiedzie do kościoła, okolonego nizkim murem, zamykającym plac w głębi; — po prawej w głębi polna drożyna. osadzona z obu stron żywopłotem z kaktusów (fichi d‘India).
Z przodu po prawej szynkownia Nunzii; ponad drzwiami wisi zielona wiecha. Przed domkiem mały stół, na którym zastawione są talerze z przekąskami, jaja, chleb, warzywa; przy stole drewniana ławka.
Domek, w którym jest szynkownia, stoi na rogu wązkiej uliczki, wiodącej do wsi. Drugi przeciwległy róg stanowią koszary karabinjerów, mieszczące się w dwupiętrowym domu, ozdobionym herbem państwa włoskiego.
Po tej samej stronie, dalej w głębi stoi kuźnia wuja Brasiego z wielkim wystającym okapem.
Po lewej z przodu dom z tarasem ocienionym dachem na wysokości pierwszego piętra; taras porosły dzikiem winem. Za tym domem w lewo ulica, a za nią na rogu dom kumy Filomeny, ostatni po lewej w głębi.
Wszystkie domy nietynkowane, szare, dachy płaskie, zamiast okien nieoszklone otwory. Tylko kościół jest tynkowany, biały. Wejście do kościoła zamknięte zasłoną z grubej skóry.
Koło wejścia do kościoła wisi dzwon.

Scena I.

Wuj Brasi wchodzi z lewej strony, niosąc na głowie wiązkę siana; rzucają na okap swej kuźni.
Kuma Kamilla na tarasie składa bieliznę.
Kilka kobiet idzie do kościoła.
Pod okapem kuźni wuja Brasiego siedzi chłop, opierając brodę na ręku.
Dzwonek dzwoni, wzywając na mszę.
Kuma Filomena wychodzi z szynkowni matki Nunzii, niosąc coś pod fartuchem.

Kamilla (z tarasu): Porobiliście już wszystkie sprawunki, kumo Filomeno?
Filomena: Przecież dziś Wielkanoc, Bogu dzięki! (wchodzi do domu).
Kamilla (do Santuzzy, wchodzącej z ulicy po lewej i widocznie rozdrażnionej i zirytowanej; Santuzza zasłania twarz chustką zawiązaną na głowie) Kumo Santo! i ty także do spowiedzi idziesz?
Santuzza spogląda na nią przelotnie i pogardliwie; nie odpowiadając ani słowa, idzie dalej.
Brasi. (do Kamilli, stojąc przed kuźnią). Siedź w domu i patrzaj swego nosa, plotkarko!
Kamilla schodzi z tarasu do domu.
Brasi (do karabiniera, stojącego na schodach do koszar). Zawsze kłótnie ze mną zaczyna ta szelma! (Do chłopa, siedzącego pod okapem); No, Beppo, chodź; — pójdziemy! (obaj wchodzą do kuźni).
Santuzza. (u drzwi szynkowni) Matko Nunzio!
Nunzia. (wewnątrz) Co tam?
Santuzza. (głośniej) Matko Nunzio!
Nunzia. (wychodzi) Ah! — to ty! — czego chcesz?
Santuzza. Nie bójcie się. Ja zaraz idę dalej. Powiedzcie mi tylko jedno: czy syn wasz jest w domu?
Nunzia. Nawet tu za nim gonisz! — Tu, nawet! w dom mój? — Nie, niema go!
Santuzza. Matko najświętsza!...
Nunzia. Ty wiesz przecie, że ja się nie mieszam w wasze historje.
Santuzza (zrzucając chustkę z głowy, odsłaniając twarz) Matko Nunzio! — na miłosierdzie boskie zaklinam was, powiedzcie mi, gdzie jest wasz syn?
Nunzia. Do Francofonte pojechał; — wczoraj w południe — po wino.
Filomena zjawia się w drzwiach swego domu; — ręce ma oparte na biodrach.
Santuzza. Nieprawda! wczoraj wieczór był jeszcze tutaj. — W dwie godziny po dzwonieniu na Anioł Pański, widziano go!
Nunzia. Co ty wygadujesz! — Przecież wczorajszej nocy nie spędził w domu. — Wejdź! — Przekonaj się, że go niema!
Santuzza. Nie, matko Nunzio; — moja noga nie przestąpi waszego progu. — Nie wejdę w wasz dom!
Brasi (pod okapem kuźni): Słuchajcie Filomeno; tu widzi się przynajmniej, że dziś Wielkanoc. I ja sobie myślę, że jeśli taka świekra zawiera pokój z taką synową, to i my moglibyśmy sobie także znowu pozwolić na dawne czułości.
Filomena (cofa się w głąb domu). Milczałbyś stary grzeszniku!
Nunzia (do Santuzzy, głośno). A teraz mów nareszcie! — Co się stało z moim synem?
Santuzza. Nie krzyczcież tak, matko Nunzio!
Pippuzza (wchodzi z ulicy po prawej, niesie kosz na ramieniu — krzyczy): Jaja! Świeże jaja! — Kto kupi? — Kto chce jaj świeżych? (do Nunzii) Matko Nunzio, kupicie?
Nunzia. Po trzy za dwa soldy. — Jak nie chcesz, to nie. — Patrzaj! i tak mam więcej, niż mi potrzeba, (wskazuje na stół).
Pippuzza. O nie! — Wolę sama zjeść, a nie sprzedam za tanio. — Mam dzieci w domu, to zjedzą; — będą przynajmniej wiedziały, że dziś Wielkanoc (chce odejść).
Brasi. Więc matka Nunzia także dziś do spowiedzi nie poszła?
Nunzia (nie zważając na niego — do Pippuzzy). No, niech będzie! Tylko dlatego, że dziś Wielkanoc dam po soldzie za jajko! Wezmę dwanaście, ale jedno musisz mi dodać do tuzina. — Połóż mi do tamtych, ale uważaj, żebyś nie stłukła! — A tu masz pieniądze. — Patrz! — Dostaniesz pełną garść miedzi!
Brasi. Słuchaj Pippuzzo; i ja chcę dziś zrobić z tobą interes. Chodź, wejdziemy do domu (wychodzą).
Nunzia (do Santuzzy). Teraz mów, co wiesz o moim synu?
Santuzza. Nic nie wiem!...
Nunzia. Gdzie Turiddu był ubiegłej nocy?... — Bo w domu go nie było!
Santuzza {zasłania twarz chustką, łkając). Ach, matko Nunzio, nie pytajcie się! — wbijacie mi cierń jeszcze głębiej w serce.
Nunzia. A więc ty wiesz gdzie Turiddu był!!...
Alfio (wchodzi z ulicy po prawej; w ręku ma flaszkę). No, stara! macie przecież jeszcze to dobre winko? Wiecie które... To po sześć soldów.
Nunzia. Zobaczę zaraz. — Turiddu dziś miał przywieść nowy transport z Fran-cofonte.
Alfio. Wasz syn? — Turiddu? — Przecież on jest tutaj... Dziś rano go widziałem. Miał na głowie swą czerwoną bersaglierską czapkę! Wszakże nosi ją zawsze jeszcze?
Kamilla zjawia się znów na tarasie.
Santuzza (odbiera flaszkę z rąk Alfa, oddaje ją Nunzzi). Idźcież!... zobaczcie czy macie to wino!
Nunzia wychodzi do szynkowi
Alfio. Widać, że wy tu już u siebie w domu, kumo Santo! — Należycie do rodziny.
Kamilla (stojąc na tarasie). Wyście już wrócili, by módz spędzić Wielkanoc ze swą żoną? — z piękną Lolą?...
Alfio. Rozumie się! — Przecież choć w takie uroczyste święto chce się być w domu, u siebie.
Filomena (zjawia się w drzwiach swego domu z chustką na ręku; z progu pyta Kamilli). A wy dziś do kościoła nie idziecie? Nie trzeba wam kościoła?
Brasi (szybko mówiąc z lewej). Przyjdzie, przyjdzie, nie bójcie się! — O! kum Alfio! — Dobrze, że was spotykam... — Chcecie pojechać ze mną do Militello?
Alfio. Jutro chyba. — Dziś me. — Dziś święto; — chce się człowiekowi choć jeden dzień spędzić w domu i zabawić się spokojnie.
Fiiomena. Słusznie. W post wyrzucaj pieniądze za domem, a w Boże Narodzenie i Wielkanoc zjadaj je w domu. Tak mówi przysłowie.
Kamilla (do Alfia). A cóż wasza żona na to, że was przez cały rok tylko na Boże Narodzenie i Wielkanoc ma w domu?
Alfio. A cóż ma mówić?
Nunzia (wraca z napełnioną flaszką. Na ręce niesie chustką, którą kładzie na stole). To winko lepsze jest niż tamto było... — Kumie Alfio, wy jeszcze nie raz przyjdziecie po nie! — Zasmakujecie w niem. Niech wam wyjdzie na zdrowie! — Ośmnaście soldów!
Filomena. Kumie Alfio, wyście nie powinni tak obojętnie o tem mówić! — Kiedy się ma młodą i ładną żonę...
Alfio. Ba! — Moją żonę zna każdy i każdy wie, że ja potrafię.obronić swą cześć. (Dwaj karabinierzy wychodzą z koszar, idą do kościoła). Moich spraw sam potrafię dopilnować i sam je potrafię załatwić. — Dla mnie nie trzeba wcale tych pióropuszowych rycerzy (wskazuje palcem karabinierów)... a o tem wiedzą wszyscy tu we wsi!...
Dzwon odzywa się po raz drugi, wzywając na mszę.
Filomena (przeżegnawszy się). Niechże Pan Bóg broni! (zamyka na klucz drzwi swego domu. Wkłada chustkę na głowę, idzie do kościoła).
Kamilla. Czekajcie Filomeno;: — pójdziemy razem; i ja idę! (schodzi z tarasu w dom).
Filomena (zatrzymując się, do Alfia). Zamiast takie bezbożne rzeczy mówić, lepiej byście zrobili, gdybyście waszej żonie powiedzieli, że już na mszę dzwoniono!
Alfio. Przedtem muszę zajrzeć jeszcze do moich koni, a potem dopiero pójdę do niej i powiem, że już czas na mszę. — Przecież i ja jestem katolikiem.
Nunzia (do Aljia). Ośmnaście soldów!
Alfio. Zaraz, zaraz, — skąpiarko! Dajże mi przynajmniej odliczyć pieniądze.
Kamilla (wchodzi z ulicy po lewej; chustka na głowie; oddaje mężowi klucz od domu). Tu masz klucz. — A nie przyjdźże znowu tak jak zawsze, na sam koniec mszy dopiero. — Rozumiesz? (wchodzi do kościoła razem z Filomeną. Brasi wchodzi do swej kuźni. Inni ludzie przechodzą przez plac — wchodzą do kościoła).
Alfio (do Nunzii). Tu masz — ośmnaście soldów. — A niech ci wyjdą na zdrowie, (zwraca się by odejść tą samą drogą, którą przyszedł).
Nunzia. A... gdzieżeście wy widzieli mego syna, kumie Alfio?
Santuzza (pociągając ją nieznacznie za spódnicę). — Nie pytajcie się go — na miłość boską i
Alfio (odwracając się). Dwadzieścia kroków od mego obejścia. O świcie — gdym wracał do domu. Śpieszył się widocznie, bo przebiegł, nie widząc mnie wcale. — Czy przysłać go tu do was, jeżeli go spotkam?
Nunzia. Nie, nie...
Alfio wychodzi.
Nunzia. (do Santuzzy). Czemuś ty mi dawała znaki bym milczała?
Santuzza nic nie odpowiada; opuszcza tylko głowę.
Nunzia. Ha!... Co ci przyszło do głowy?
Santuzza (zasłaniając twarz fartuszkiem, wybucha płaczem). Ach, matko. Nunzio!...
Nunzia (zaniepokojona): Lola!... — kuma, Alfia żona!...
Santuzza. A cóż ja mam robić z sobą, gdy mnie Turiddu opuści?
Nunzia. Boże mój! Boże mój! Ja nieszczęśliwa! ja... Ale co ty mi tu opowiadasz?! — To przecież być nie może! — Tak! Ty mylisz się; — z pewnością! — Kum Alfio myli się także... a... tutaj tylu jest, co noszą bersaglierskie, czerwone czapki...
Santuzza. Nie, nie! — Kum Alfio się nie myli. — To on był! — To był Turiddu!
Nunzia. Skąd wiesz?
Santuzza. Ja wiem!... — Turiddu kochał Lolę oddawna.
Nunzia. Ah! ba!... — Ale potem, gdy powrócił z wojska i zastał ją już jako zamężną kobietę, jako żonę Alfia... wtedy pogodził się z losem.
Santuzza. Ale ona się nie pogodziła!
Nunzia. Ona!? — A ty skąd wiesz o tem?
Santuzza, Ha! — I dobrze wiem! — Czyż ona nie wyglądała zawsze oknem, widząc, że on przechodzi koło moich drzwi? Tak! — Oczami swoimi kradła mi go! Obłudnica! Zawsze starała się znęcić go do siebie. Słyszałam, jak raz mówiła:
— «Kumie Turiddu, skądżeście wy się w tych stronach znaleźli? ’ Nie — za mną nie chodźcie! Mnie zostawcie w spokoju! Pomyślcie, widać Bóg sam chciał by tak się stało. — Ja teraz mogę należeć tylko do mego męża» (wybucha ironicznym śmiechem).
Ha! ha! ha! «Bóg sam chciał, by tak było!» — I to było wabikiem na Turidda. — On śpiewał pod mojem oknem tylko na złość jej, by się zemścić, że ona wyszła za innego (wzdycha). Ale o dawnej miłości on nie mógł zapomnieć, chociaż dawno już mi poprzysiągł, iż żadnej nie kocha prócz mnie. I gdym słuchała pieśni jego, — mojego chłopca... — serce pękało mi z żalu, bom czuła dobrze, że tylko słowa są dla mnie, a myśl i treść tych słów jest dla niej.
Tak!... on tylko dlatego by jej dokuczyć — jak ja to jasno dziś widzę! — on tylko dlatego udawał, że we mnie jest zakochany. Udawał, a ja prawie w szaleństwo wpadałam i nie miałam sił, by mu powiedzieć: nie!! — gdy prosił i błagał: «otwórz mi Santuzzo, jeśli mnie kochasz, to otwórz mi»... Nie mogłam inaczej!
Ale powiedziałam mu: «Słuchaj Turiddu! Przedtem przysięgnij mi! przysięgnij»...
I on przysiągł, palce kładąc na krucyfiks...
A potem, gdy ona się o tem dowiedziała, ta podła, nikczemna... Wtedy wzięła ją zazdrość śmiertelna... I wbiła sobie w głowę, że mi go odbierze i odrazu przemieniła mi Turidda...
On przeczy temu, bo mu mnie żal. Ale on nie kocha mnie wcale, ni trochę... A teraz gdy wszystko zaszło tak daleko, iż bracia moi własnemi rękami życie mi odbiorą, gdy się o tem dowiedzą...
Ale cóżby mi na tem zależało... Gdyby on, Turiddu nie kochał tylko jej... tamtej... chętnie, z radością bym śmierć poniosła!...
Wczoraj wieczorem przyszedł do mnie i mówi: «Bądź zdrowa Santo! Ja muszę iść, bo mam jeszcze dużo interesów na głowie»... a mówił tak szczerze na pozór...
Boże mój! Jakże to możliwe, by człowiek miał w duszy zdradę judaszową, a w twarzy spokój, i dobroć, i szczerość! Potem przyszła sąsiadka, by odebrać przędzę, którąm jej uprzędła, i ta mi rzekła, iż widziała Turidda, na naszej ulicy, przed drzwiami Loli!...
Nunzia (przeżegnawszy się). I pocóż ty mi to mówisz dziś, w dniu tak uroczystym i świętym?
Santuzza. Ach matko Nunzio! Dla mnie dzień dzisiejszy, to dzień nieszczęścia!
Nunzia. Wiesz ty co? — Idź do kościoła, rzuć się krzyżem i módl się!
Santuzza. Nie!... Do kościoła ja nie pójdę, matko! Ja nie mogę tam pójść!
Nunzia. (kładąc chustkę na głowę). Boże mój! Ależ ja się na mszę dzisiaj spóźnię przez to!
Santuzza. Idźcie. A ja tymczasem pilnować będę waszego kramu. Nie bójcie się. Nic wam nie zginie.
Nunzia. Ale co ty będziesz tu robić?
Santuzza. Czy ja wiem?... — Czekać będę na niego tutaj (wskazuje ręką ławkę stojącą przed drzwiami); jak nędzna żebraczka!
Nunzia. Tu przed moim domem?
Santuzza. Nie bójcie się. — Progu waszego domu nie przestąpię. — — Ale nie odpędzajcie mnie. stąd, matko! — Na miłosierdzie boskie was zaklinam! — Na miłość Tego, do którego będziecie się modlić za chwile! — Pozwólcie mi tu pozostać! Pozwólcie mi rozmówić się z nim po raz ostatni! — Zaklinam was na wszystko, co wam było kiedykolwiek drogie na ziemi!
Nunzia (odchodzi zwolna, mrucząc półgłosem)-. To już twoja rzecz...
Brasi (wybiegając z kuźni) Czekajcie no, matko, czekajcie! Że też my oboje musimy zawsze przyjść do kościoła ostatni... — Nasze budy muszą być wiecznie otwarte. (Nunzia odchodzi — Brasi zwraca się do Santuzzy): No, cóz, kumo Santo? wy nie pójdziecie do kościoła? — Może dlatego, że dziś Wielkanoc? — A może byśmy tak oboje oęobno odmówili sobie różaniec?
Santuzza. Zostawcie mnie w spokoju!
Brasi. Ach! Do djabła! Ja przecież cię nie zjem! Jakby to cały świat nie wiedział, że...
Santuzza. Dajcie mi spokój!
Pippuzza. (wchodzi szybko z lewej, zadyszana). Czy ja się nie spóźnię na mszę? Powiedzcie Brasi?
Brasi. Biegnij prędziutko, to się może nie spóźnisz. (Pippuzza wychodzi — Brasi do Santuzzy). Widzisz... bo ja to tak samo się załatwiam jak nasz dzwonnik, który zwołuje ludzi do kościoła, a sam siedzi sobie spokojnie u siebie w domu! (spogląda w ulicę po prawej, w głębi). Aha! — to dlatego ty chcesz być sama! — W tem cały sekret! (idzie do kościoła) No, to ja sobie pójdę. Nie będę wam przeszkadzać.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Giovanni Verga i tłumacza: Adolf Strzelecki.