Rybak (Fredro)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Rybak
Podtytuł Sielanka
Pochodzenie Nieznany zbiór poezyj
Data wydania 1929
Wydawnictwo Towarzystwo Miłośników Książki
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


XXIV
RYBAK
SIELANKA

Nurcie przeyrzysty co się scigasz w biegu,
Co głasczesz trawkę przy wesołym brzegu,
Iak przypominasz życia mego chwile,
I te z początku płynęły tak mile —
Lube wspomnienie młodociane lata!        5
Smutek was stroni, a roskosz przeplata,
W was człowiek widzi sczęścia promyk mały,
Jakżeście szybko dla mnie uleciały!
Gdym mógł pracować dawnieyszemi laty,
Niebyło w wiosce lepszéy od méy chaty.        10
Moią to ręką okrzesane dęby,
Nader obszerne składały iéy zręby;
Krokwie, sążnista przykrywała trzcina,
Co gdy lud [!] sciśnie w ieziorach się ścina,
Pod nią nieszkodne były mi uléwy        15
Wicher ią nawet nieprzebił burzliwy;
W kwiecistych łąkach wypasione krowy,
Pokarm dawały obfity i zdrowy;
W iesieni, drzewa giął owoc doyrzały,
Co do nowego wystarczał rok cały;        20
Dobrą małżonkę, ulubione dziatki,
Spokóy, przyiemność, i życia dostatki,
Wszystko to miałem — czegoż więcéy trzeba?
Mieć ie do smierci — to zbroniły Nieba![1]
Tak iak w téy chwili w późnéy siwiźnie,        25
Wętkem nierzucał na cichéy głębiźnie,
I tenże spławik, który fala chwieie
Niezwodził mego pokarmu nadzieię. —

Lecz iéno kogut zawołał raz trzeci,
Że piękna zorza na Niebie iuż swieci,        30
Skończywszy modły ze żoną i dziatki,
Szedłem na połów z rozlicznemi siatki;
Które gdy zima mroźne sniegi ciska,
I gdy się każdy tuli do ogniska,
W długie wieczory, przy swietle łuczywa        35
Zręcznie wiązałem z mocnego przędziwa;
Szedłem i z czołna, co lekko nurt porze,
Na czystéy strudze lub wielkiém ieziorze,
Chwytałem ryby wieńciérzem lub włokiem,
Gdzie ledwie z brzegu kto zasięże okiem. —        40
Od Oyca dzieckiem iescze nauczony,
Wiedziałem siéci z któréy rzucać strony,
Wiedziałem sczupak iakie lubi tonie,
Gdzie w błotnych wrzosach légaią okonie,
Iak karpia dostać z głębokiéy pieczary;        45
Lub téż gdy wieczór rozsunął się szary,
Jak po nad nurty smolne swiécąc sęki,
Biiać węgorze ciężkiemi osęki —
I drobne rybki gdzie krzemień na spodzie,
Błysczy i płytkiéy opiéra się wodzie,        50
Umiałem w kosze z iéy nawrócić pędem,
Kamyki wpoprzék ułożywszy rzędem —
Nigdym naprożno niezapocił czoła,
Zawsze mnie wiedła pomyslność wesoła,
Smutek topiłem, radość z sobą niosłem,        55
Spiéwaiąc ciężkiém wyrabiałem wiosłem,
A łódź połowu obciążona darem,
Srebrzyste wody dzieliła ciężarem —
Wysiadam na brzég — w mey chatce się swiéci
To mnie z wieczerzą oczekuią dzieci —        60
Cień ich po oknie lekko się przewleka,
Zdaie mi się głos że słyszę zdaleka,

Biegnę... iuż mały kawałek mam drogi,
Iuż czuiny Biłek przestąpiwszy progi
Sczeka przy lasie, lecz w krótce poznaie,        65
Tego co żywność, co przytułek daie,
Łasi się, skacze i ogona biciem,
Radość wskazuie nad Pana przybyciem —
Wchodzę do chatki... wszyscy razem wstaią...
Ci się pną do ust... tamci dłoń sciskaią...        70
Ach precz marzenia! Ia iuż niémam dzieci! —
Nie im wiatr szumi, nie im słońce świeci
Padły zawcześnie dziatki ulubione,
Padły zawczesnie snem wiecznym uśpione;
Tak to podobnie na pięknéy iabłoni,        75
Kwiat, którym wiosna konary zasłoni,
Gdy wicher zwarzy, i zerwie z gałąski,
Pada owocu nie dawszy zawiązki —
Zniknęłaś żono! zniknełyście dzieci,
Bez was mi ciężko ósmy krzyżyk leci. —        80
Wracam wieczorem do cichego domu,
Niéma iak dawniéy przywitać mnie komu,
W oknie nieświecą, nikt na mnie nieczeka,
Wiatr tylko gwizdże i daléy ucieka —
W tych samych miescach widzę iescze sprzęty,        85
Któremi z dziatek ktoś bywał zaięty;
Kądziel popsuta kurzawą przypadła,
Z niéy prządła Matka gdy w kątku zasiadła,
I owa ławka i ten stół tak duży,
Na coż w téy chwili mnie iednemu służy?!        90
Dawniéy gdy przyszła obiadu godzina,
Liczna go w koło obsiadła rodzina! —
Gdzie tylko w chatce zastanowię oczy,
Wszędzie mi przeszłość przed myślą się toczy;
Stara kolebka co się w kącie wala,        95
O iakież czucie w méy duszy zapala! —

Gdy krzyk raz piérwszy i płacz nader miły,
Że iestem oycem sercu oznaymiły,
Nad nią zwieszony, radością przeięty,
Błogosławiłem miłości dar swięty,        100
Przyiemność, Oyca chwytałem nazwiska...
Znikła... — o Boże! — serce mi się sciska,
Głosu niestaie... gorzkich łez strumienie
W zbolałych piersiach zapiéraią tchnienie;
Nędza i starość coraz bardziéy gniecie,        105
Sam teraz iestem, sam błądzę po swiecie!
Nikt mi nieulży, przy mym bliskim zgonie,
Głowa niespocznie na synowskiém łonie,
Przy[2]   ..............
.................
.................




Przypisy

  1. Ww. 13—24 przekreślone, jak się zdaje, w rkp. (zygzaki ołówkiem).
  2. Kartki z zakończeniem wycięte.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.