Rybacy (Teokryt, 1895)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Teokryt
Tytuł Rybacy
Pochodzenie Obraz literatury powszechnej
Redaktor Piotr Chmielowski,
Edward Grabowski
Data wydania 1895
Wydawnictwo Teodor Paprocki i S-ka
Druk Drukarnia Związkowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Franciszek Dionizy Kniaźnin
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron

D) Rybacy.

Jak to nad morzem rybacy,
Spać sobie poszli po dziennej pracy.
Liść suchy i dwie rogoże
Jedno czyniły im łoże.
Tuż ich narzędzia ze trzciny,
Niewody, matnie i haczki,
Ponęta, muchy, robaczki
I jedno naczynie z gliny,
W niem było trochę jarzyny.
Toż przewrócony czółen do góry
A przy nim i dwa leżały wiosła;
Pod głową płachty i czapki ze skóry:
Był to ich cały majątek rzemiosła.
Nie było u nich rozkazywać komu;
Pracując razem jak jeden tak drugi,
Nie mieli sobie ni pana, ni sługi.
Nie mieli nawet psa w domu.

Ledwo się księżyc pod ziemię zawróci
Jeden drugiego przecuci.
Noc jeszcze głucha gęste siała cienie.
Przetarłszy oczy na snu odpędzenie,
Jęli rozmawiać. „Przyjacielu — rzecze —
Jakże się ta noc długo nazbyt wlecze“. —
— Opak, zda mi się, słyszałem,
Że latem krótsza noc leci;
Wszak-to ja tysiąc snów miałem
A jeszcze zorza nie świeci.
„Jakto, mój bracie, — odpowie mu drugi —
Przeciąg ci nocy zda się teraz długi?
Musi być jakaś niespokojność prędzej,
Która twój umysł porusza i trudzi;
Ta spać nie daje, ta człowieka budzi.
Długa noc każda w nędzy!“
— Umiesz ty, proszę, sny tłomaczyć? bowiem
Cud mi się przyśnił, który ci opowiem.
Ot, jak na jawie (cóż-to za sen żywy!)
Znaczną ja nętę na hak zasadziłem,

A złowić właśnie coś dobrego chciwy
Zlekka w morze zarzuciłem.
Aż duża jakaś ryba mi przybywa,
Za nętę moją natychmiast porywa. —
„Co komu w myśli, to mu i sen o tem.
Cóż potem?“
— Oto się na wędę wzięła
I krew z niej ciec poczęła;
A przez usiłek niemały
Zgiął się ku dołu pręt cały
Ledwie go ręka dźwignęła.
Aż naostatek wyciągnąwszy wędę
Szczęśliwie połów dobędę.
Cudo! stanę jak wryty, wszak to ta
Złota mi ryba, ze szczerego złota!
Widząc przed sobą połów tak drogi,
Zaraz na wszystkie poprzysiągłem bogi
Nie być rybakiem, ale żyć na potem
Jako król jaki, z tem złotem —
I tu-m się ocknął, postrzegam dopiero
Że mi ta ryba marą była szczerą.
Ale przysiągłem, jakże się to godzi?
Ta mię przysięga obchodzi.
„O, nie lękaj się — zawoła — mój bracie!
Taka przysięga, jaką rybę macie.
Idź na to miejsce (bo już, widzę, świta),
Może tam będzie korzyść znakomita.
By nie przyszło umrzeć z głodu,
Pilnuj tu swego niewodu“.

(Swobodny przekład Fr. Kniaźnina).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Teokryt i tłumacza: Franciszek Dionizy Kniaźnin.