Rozmowa z psem (1926)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anton Czechow
Tytuł Rozmowa z psem
Pochodzenie Partja winta
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wydania 1926
Druk Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Mieczysław Birnbaum
Tytuł orygin. Разговор человека с собакой
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Rozmowa z psem.

Mroźna, księżycowa noc. Aleksy Iwanycz Romansow, urżnięty w sztok, ostrożnie otworzył furtkę i wszedł na podwórze.
— Człowiek — filozofował on, obchodząc śmietnik i balansując — to miraż, popiół, pyłek... Paweł Mikołajewicz — gubernator, ale i to pyłek... Raz dmuchnąć — i niema go!
— Rrrr... — usłyszał filozof.
Romansow obejrzał się i o dwa kroki od siebie ujrzał ogromnego czarnego psa z rasy owczarków stepowych, wielkości rosłego wilka. Pies siedział przy budce stróża i pobrzękiwał łańcuchem... Romansow spojrzał na niego, zamyślił się i zrobił zdziwioną minę. Potem wzruszył ramionami, pokiwał głową i uśmiechnął się smutnie.
— Rrrr... — powtórzył pies.
— Nnie-ro-zumiem — rozłożył Romansow ręce. — I ty... ty możesz ryczeć na człowieka? Co? Po raz pierwszy w życiu słyszę... Niech mnie Bóg skarze... A czy ty wiesz, że człowiek — to korona świata? No, popatrz... Podejdę do ciebie... Patrz... Przecież jestem człowiekiem? Jak myślisz? Jestem, czy nie jestem człowiekiem? Wytłomacz!
— Rrrr... hau!...
— Łapę! — Romansow wyciągnął rękę do psa. — Łapę! Nie podaje pan? Pan sobie nie życzy? To nie trzeba. Zakonotujemy to sobie. A tymczasem pozwoli się pan po mordzie... Ja — z dobrego serca...
— Hau! Hau! Rrrr... hau! Ahau!...
— Aaaa... gryziesz? Dobrze, bardzo dobrze. I to też sobie zakonotujemy. Więc ty gwiżdżesz na to, że człowiek — to korona świata, król stworzeń. Z tego wynika, że ty możesz Pawła Mikołajewicza też ugryźć? Tak? Przed Pawłem Mikołajewiczem wszyscy plackiem padają, a dla ciebie — on, tak jak każdy inny przedmiot — jest jedno i to samo? Dobrzem cię zrozumiał? Aaaa... Więc okazuje się, żeś ty... socjalista? Zaraz, zaraz, odpowiadaj no... Tyś socjalista?
— Rrrr... Hau! Hau!
— Czekaj-że, nie gryź... Com to niby chciał rzec?... Aha, tak, tak, o pyłku. Dmuchnie i — już go niema! Pff!... I pocóż my żyjemy, pytam się? Rodzimy się w mękach matki, jemy, pijemy, różne nauki pakują nam do głowy, umieramy... i po co to wszystko? Pył! Nic nie wart jest człowiek! Tyś, naprzykład, pies i nic nie rozumiesz, ale gdybyś tak mógł... wleźć w duszę! Gdybyś tak mógł wniknąć w psychologję!
Romansow pokręcił głową i splunął.
— Brudy... Tobie się zdaje, że ja, Romansow, sekretarz kolegjalny, jestem królem stworzeń... Mylisz się! Jam darmozjad, łapownik, obłudnik! Bydlę jestem!
Aleksy Iwanycz uderzył się pięścią w piersi i zapłakał...
— Zausznik, zdrajca... Myślisz, że Jegorkę Korniuszkina nie przeze mnie zredukowali? Co? A kto, pozwoli pan spytać, buchnął komitetowych 200 rubli, a potem na Surguczowa winę zwalił? Czy nie ja? Bydlę, Faryzeusz... Judasz! Lizus, zdzierca... swołocz!
Romansow wytarł rękawem łzy i zaczął chlipać.
— Gryź, żryj! Nikt mi póki żyję dobrego słowa nie powiedział... Wszyscy mnie w duszy za kanalję mają, a w oczy... nic prócz pochlebstw i uśmiechów! Choćby mnie raz kto w mordę zamalował i sklął od ostatnich! Żryj, psie! Gryź! Szarrrp straceńca. Jedz zdrajcę!
Romansow zachwiał się i upadł na psa.
— Tak, właśnie tak! Szarp mordalizację! Mała szkoda! Chociaż boli, a nie szczędź. Masz — i w rękę gryź! Aha! Krew idzie! Dobrze ci tak, drapichruście! Tak!... Merci, Azorku... czy jak cię tam? Merci... Futro też szarp. To i tak — łapówka... Sprzedałem bliźniego i za te pieniądze kupiłem futro... I czapka z gwiazdką też... Zaraz, zaraz, com to chciał?... Czas do domu... Żegnaj, piesku... szelmutko...
— Rrrr...
Romansow pogładził psa i, pozwoliwszy się jeszcze raz ugryźć w łydkę, otulił się futrem i chwiejnym krokiem powlókł się do swoich drzwi.
Obudziwszy się nazajutrz w południe, Romansow ujrzał coś niezwykłego. Głowę, ręce i nogi miał zabandażowane. Przy łóżku stała zapłakana żona i zafrasowany lekarz.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Anton Czechow i tłumacza: Mieczysław Birnbaum.