Romeo i Julia (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Romeo i Julia
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom V
Data wydania 1895
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROMEO I JULIA.


Któż ze zwiedzających Weronę nie dał się przewodnikowi wprowadzić dla obejrzenia starego sarkofagu z czerwonego marmuru, obitego i zniszczonego wiekami, stojącego dziś wśród winnicy, która niegdyś była cmentarzem, nieopodal od klasztoru Franciszkanów? W tej rozbitej trumnie kamiennej z wezgłowiem twardem, Br. Laurenty miał przed laty złożyć ciało uśpionej, pięknej Julii Kapulet. Nad pustą dziś, wiją się latorośle winne i świergocą ptaszki. Przylgnęła do tej bryły miłosna historya, którą długo wprzódy powtarzano, nim pod piórem wielkiego mistrza stała się onym cudnym poematem miłości, obrazem życia dziwnie splecionym z przędzy ideału złotej i czarnych nici najpowszedniejszej rzeczywistości.
Historya sama tego dramatu niezmiernie jest zajmująca. Sięga ona trzynastego wieku, i niewątpliwie, z tem co tu dodała fantazya ludu i poety, snuje się z jakiegoś rzeczywistego wypadku i podania. Pierwszy Luigi (Luidżi) da Porto, wojskowy w służbie weneckiej, spisał ją z opowiadania żołnierza ze szczegółami, których wiele własna jego wyobraźnia dopełnić musiała. Zaród i cała osnowa dramatu już się znajdują w tem opowiadaniu łucznika Peregrino, spisanem w powieści La Giulietta, (Dżiulieta) wydanej w Wenecyi w r. 1535.
W ośmnaście lat później, powieściopisarz swojego czasu bardzo ulubiony i chętnie czytany, mnich Dominikanin Mateo Bandello, historyjkę oficera przerobił i parafrazował na nowo, drukując w zbiorku różnych podobnych osobliwych przygód, po większej części miłosnych, w r. 1553.
Fantastyczna jej osnowa, tragiczny koniec kochanków, szczegóły żywo zajmujące, trzeciego nareszcie nowelistę Francuza Piotra Boisteau zachęciły do nowego przerobienia tego materyału, z dodatkami (nawet osób). Podanie weroneńskie nie wiele na tem zyskało, tło zresztą nienaruszonem zostało. Z Francyi powieść przeszła do Anglii.
Z Piotra Boisteau, (Boasto) niejaki Artur Brooke, (Bruk), przerobił powieść na poemat, około 4000 wierszy zawierający, drukowany w roku 1562, pod szumnym tytułem: „Tragiczna historya Romeusa i Juliety, zawierająca w sobie rzadki przykład stałości, jakoteż subtelne rady i praktyki starego mnicha i fatalne ich skutki“[1].
Oprócz tego poematu, w pięć lat potem William Paynter, herold królowej Elżbiety, wydał proste już tłómaczenie powieści Boisteau i dołączył je do zbiorku różnych, niewielkiej wartości historyjek, wydanego pod tytułem: Pałac rozkoszy w r. 1567. Była to popularna książczyna przeznaczona dla pospolitych czytelników, gwoli rozrywce ich i zaspokojeniu ciekawości[2].
Z tej to treści naostatek, Szekspir, (jak wnoszą ze wspomnienia o trzęsieniu ziemi), około r. 1591 stworzył pierwszy zarys swej tragedyi, która była drukowaną w r. 1597 pod tytułem: „Tragedya doskonale wymyślona Romea i Julii, tak jak bywała częstokroć grywaną, przy wielkich aplauzach publiczności, przez sługi czcigodnego lorda Hunsdon“.
Jest to pierwszy zarys tylko, bo w r. 1599 wykończoną, przerobioną, udoskonaloną, Szekspir wydał pod nieco zmienionym tytułem:
„Wielce doskonała i żałośliwa tragedya Romeo i Julii, teraz na nowo poprawiona, powiększona, przerobiona, tak jak była grywaną wielekroć publicznie przez sługi wielce czcigodnego lorda Kanclerza“.
Pomiędzy pierwszym zarysem z r. 1591 (wyd. 1597), a wykończoną tragedyą 1599 r. różnice są bardzo znaczne, jako studyum dla badającego sposób, w jaki poeta pracował ulepszał swe utwory — niezmiernie nauczające. Powrócimy do nich jeszcze.
Zajmującem jest i ten fakt, że prawie w tej samej chwili, gdy Szekspir podanie włoskie przenosił na angielską scenę, tworząc z niego tragedyę — Lpez de Vega, w inny zupełnie sposób zużytkował je w Hiszpanii, tworząc z niego rodzaj komedyi, pod tytułem: Kastelvini i Montesi. Nim rzucimy okiem na jedno z arcydzieł angielskiego poety, obaczmy, jak się z osnową tą obszedł Lopez de Vega.
Przy pierwszej odsłonie, jesteśmy na publicznym placu w Weronie. W głębi widać piękny pałac starego Antonio, głowy i wodza stronnictwa Kastelvinów. Antonio daje właśnie bal, słychać zdala muzykę; na scenie, Roselo, młodzieniec z przeciwnego obozu Montesich, rozmawia z przyjacielem Anzelmem i przyznaje mu się, że miałby wielką ochotę być na zabawie w pałacu Antonia. Anzelm mu to odradza — następuje spór, Roselo się upiera, zapala i powodowany jakby przeczuciem jakiemś, któremu się oprzeć nie może, skłania przyjaciela, aby mu towarzyszył. Maskują się i wchodzą, a za nimi nieodstępny gracioso Marin, którego okrutny strach rozśmiesza widzów.
Zmiana dekoracyi — jesteśmy w ogrodzie Kastelvinów, wśród zabawiających się wesoło sproszonych gości. Młody Oktawio, syn Teobalda, Kastelvin, prawi słodycze pięknej Julii, córce Antonia, swej narzeczonej, która je dosyć zimno przyjmuje. Wtem wchodzi zamaskowany Roselo, postrzega Julię, i uderzony nadzwyczajną jej pięknością, straciwszy głowę, zrzuca maskę. Antonio go poznaje i wpada w gniew na zuchwalca — chcąc się nań rzucić z mieczem. Szczęściem, Teobald go wstrzymuje, przypominając mu prawa gościnności. Roselo więc bezkarnie napawa się wdziękami Julii. Ta ujrzawszy go, zarówno się czuje pociągnioną ku niemu; wśród tłumu i zamieszania zbliżają się do siebie, Roselo oświadcza jej swą miłość (w teatrze hiszpańskim idzie wszystko nadzwyczaj szybko), a Julia ukradkiem daje mu pierścionek i naznacza w nocy schadzkę. O zmierzchu kończy się zabawa, rozchodzą wszyscy, Julia zostaje sama ze swą towarzyszką Celią, której wyznaje uczucia swe dla nieznajomego. Ta jej dopiero objawia, że Roselo należy do wrogów rodziny i domu, zaklinając, ażeby starała się zwyciężyć swą miłość. Próżne są rady i postrachy, Julia postanowiła czekać w ogrodzie i nocą schodzi się w alei z Roselo, sama jedna... zrazu tylko po to, ażeby mu oświadczyć, iż między nimi, jako dziećmi rodzin zwaśnionych, miłość jest niemożliwą. — Każe mu odejść natychmiast. Roselo opiera się, klęka, gotów jest umrzeć z jej ręki... Wtem zdala słychać wrzawę, ojciec nadchodzi, Julia obawia się o życie kochanka, który nie daje się odpędzić i postanawia czekać śmierci — ratując go, przyrzeka mu rękę swoją. Na tem się kończy dzień pierwszy.
Dzień drugi, jesteśmy na placu w Weronie, Roselo wyznaje przyjacielowi Anzelmowi, iż został połączony z córką Antonia; ojciec Aurelio dał mu z nią ślub potajemnie. Wtem, gdy rozmawiają, od drzwi katedralnego kościoła słychać szczęk broni, wypadają z nich dwie rozwścieczone gromady ludzi, Kastelvini i Montesi, wyzywając się do boju. Roselo usiłuje ich powstrzymać i przejednać. Spór się wszczął o rzecz bardzo błahą. Słudzy jednej z pań Montesich śmieli poruszyć podnóżek, na którym spoczywały nogi pani Doroty Kastelvinowej. Roselo ofiaruje się sam podnóżek przysunąć i zachęca do zgody rodziny, wnosząc, aby się z sobą połączyły małżeństwami Oktawiusza z Donną Andreą, i jego z Julią. Narzeczony Julii, kochający się w niej, oburzony wpada na Rosela, który zmuszony jest do pojedynku. Oktawiusz zabity... Roselo uchodzi. Na wrzawę tę nadbiega książę, władca Werony, rozpytuje się o przyczyny wypadku; wszyscy świadczą, iż Roselo zmuszony był się bronić, ale książę nie chcąc Kastelvinów sobie narazić, skazuje go na wygnanie.
Zmiana sceny, noc, jesteśmy w ogrodzie znowu, w którym się poznali kochankowie. Roselo, mając opuścić Weronę, żegna się z Julią. Scena czuła, wśród której kochankowie tragiczni znikają w altanie, a subretka i gracioso odegrywają parodyę komiczną, scenę dwojga zabawnych kochanków. Roselo jeszcze jest w ogrodzie, gdy ojciec Julii, usłyszawszy hałas, nadciąga z pochodniami i zastaje córkę we łzach. Łzy te przypisuje żalowi po zabitym narzeczonym i, jako dobry ojciec, natychmiast przyrzeka ją wydać za hr. Parysa — pewien, że ją tem ukonsoluje skutecznie. Dalej już Lopez de Vega treść coraz swobodniej zastosowuje do trybów i zwyczajów hiszpańskiego teatru. Roselo w drodze na wygnaniu wpada w zasadzkę Kastelvinów, i już ma paść pod ich ciosami, gdy zjawia się hr. Parys, oswobadza go i daje mu schronienie w sąsiedniej willi swojej. Tu, wobec Rosela, odbiera list od ojca Julii, ofiarujący mu jej rękę... i pokazuje gościowi. Roselo, sądząc się zdradzonym przez żonę, natychmiast wybiera się pomścić na niej.
Dzień trzeci. Ojciec zmusza Julię do wyjścia za mąż za Parysa; ta pisze list do ojca Aurelego, który ślub jej dawał, iż woli umrzeć, niż raz drugi ślubować. Subretka Celia niesie to pismo i powraca z flaszeczką lekarstwa, które ma Julię od tych męczarni uwolnić. Z pełną wiarą w skutek tego zbawczego leku, wypija Julia przysłany napój — lecz doznaje od niego okropnych boleści i pewną jest, że o. Aurelio przez pomyłkę przysłał jej truciznę. Celia wyprowadza ją na pół omdlałą.
Zmiana; ulica w Ferrarze. Roselo wytwornie ustrojony pod balkonem donny Sylwii, sławnej zalotnicy — miłość jej swą gorącą oświadcza. Wśród tej sceny Anzelm przybywa wracający z pogrzebu Julii, od niego dowiaduje się o jej losach Roselo. Chce się zabić, gdy przyjaciel oświadcza mu, że to nie była trucizna, ale napój usypiający, że Julia się następującej nocy przebudzi. Roselo powinien śpieszyć do niej. Lecą tedy z nieodstępnym gracioso do Werony. Zmiana. Jesteśmy w grobach Kastelvinów, wśród trumien i kości. Julia właśnie się przebudziła, ujrzała otaczające ją szkielety, nie wie, co się z nią dzieje — obejmuje ją trwoga, ale Roselo i Marin nadchodzą w porę... Roselo potyka się u wnijścia, pada, światło gaśnie, jednakże kochankowie się poznają i wychodzą co najprędzej ukryć się w blizkim domu, który Antonio posiada w okolicy. Tu znajdujemy ich na wsi, razem z przyjacielem Anzelmem, poprzebieranych za wieśniaków i wiodących życie sielankowe... Nie trwa jednak spokój długo, niespodzianie zjawia się Antonio w orszaku licznym towarzyszących mu osób. Nieszczęśliwy ojciec, który córkę po śmierci narzeczonego chciał, dla prędszego utulenia w żalu, natychmiast wyswatać za drugiego, sam też po bolesnej stracie dziecięcia, postanowił się ożenić z panną Dorotą, siostrą Oktawia... Przybywają ślub odbyć na wsi i wesele. Roselo i Julia, lękając się, aby ich nie poznano, rozbiegają się i kryją. Mężczyzni biegną w pole, Julia znająca lepiej dom, chowa się na górę do logiety (lodżiety) nad pokojem ojca. Stamtąd, grając rolę ducha, odzywa się do niego jakby z drugiego świata, wyrzucając mu jego surowość i okrucieństwo, wymawiając, iż był przyczyną jej śmierci przez to, że ją zmuszał do zaślubienia Parysa, gdy już była żoną Rosela. Ojciec, sądząc że w istocie ma do czynienia z duchem córki, przerażony przysięga jej, że tego Rosela jak syna kochać będzie. W chwili, gdy uroczyście dopełnił tej przysięgi, zjawia się Teobald z towarzyszami, którzy pochwycili uchodzących Rosela, Anzelma i Marina i zabrali ich do niewoli. Kastelvini zabierają się zemstę na nich wywierać; lecz Antonio się opiera, bierze w opiekę zięcia i posuwa tak dalece czułość dla niego, iż mu gotów odstąpić własnej narzeczonej panny Doroty. Małżeństwo to improwizowane już się klei, gdy Julia zstępuje z niebios, to jest z logiety, upominając się o męża... Zdumienie ogólne! Antonio uszczęśliwiony z odzyskania córki, zgadza się na jej zamęźcie, a w dodatku tysiącem dukatów wyposaża subretkę i graciosa. Lopez de Vega z tej tragicznej treści zrobił fantastyczną komedyę wesołą, żywą, w przeprowadzeniu charakterów nie koniecznie logiczną i surową. Jest to rodzaj parodyi Romea i Julii.
Szekspir zwyczajem swoim, ściśle poszedł za włoskiem podaniem, tak się go trzymając wiernie, iż wszystkie sceny, jakie wskazywało, pomieścił w swym dramacie, a wykończeniem ich stworzył arcydzieło. Z tych bladych postaci starej legendy u niego rosną energiczną indywidualnością oznaczone, dramat się rozwija pełen barwy i życia, tak prawdziwy, tak gorący, iż dziwić się co chwila przychodzi potędze ducha, który tak ufał sobie, że nic nie poświęcił dla upoetyzowania go, nie cofnął się przed żadnym szczegółem prawdy, nie uląkł żadnej na pozór dysharmonijnej nuty i na tem tle chropawem a plamistem rzeczywistości, wywiódł dwie śliczne, młode, poetycznym blaskiem otoczone kochanków postacie...
Szczegółowy rozbiór byłby zbytecznym. Podziwiać tylko musimy poetę, który nigdy może śmielszym, zuchwalszym i szczęśliwszym nie był. Krytyka płytka i pedantyczna zarzuca tej miłości zbyt szybkie jej rozwinięcie się, jej gwałtowność i zmysłowość. Hartman, autor nowej filozofii, w świeżo wydanym rozbiorze dramatu, zaprzecza poetyczności obrazu, czysto cielesną widząc w nim tylko namiętność. Krytyka to niesłuszna. Szekspir usprawiedliwił ten wybuch gwałtowny i przygotował nas do niego. Romeo jest u niego trawiony potrzebą kochania, biega za piękną Rozaliną, która go odpycha, spragniony miłości, szukając do niej przedmiotu. Julia, kończąca zaledwie lat czternaście, jest na pół dziecięciem rozmarzonem, ciekawem, z całą młodzieńczą siłą serca i ducha; w tej pierwszej miłości dwojga kochanków, nie tylko ich dusze, ale zmysły muszą mieć taki udział gorący, jaki u Szekspira mają. Nie jest to trwożliwa, tająca się z sobą, kłamliwie eteryczna miłość dwojga młodych ludzi, którzy się wstydzą jej objawów, bo stracili niewinność myśli... — ale uczucie roznamiętnione, prawdziwe, pełne, takie, jakie Bóg stworzył w piersi człowieka, którego kłamać nie nauczyło wychowanie powierzchownie ogładzające, psujące wewnętrznie. Jest to pierwsza młoda miłość, z którą życie rozkwita.
Jakby dla sprzeczności z tą poezyą ducha i ciała — otaczający świat, wyjąwszy brata Laurentego, to najchropawsza proza dni powszednich, genialnie odwzorowana ze wszystkiemi zmarszczkami starości. Każda z tych figur żyje, zdaje się być znaną gdzieś i widzianą... Stary Kapulet, szlachcic, który chce być panem wszechwładnym w swoim domu, miesza się, rządzi, gderze, rozkazuje, łaje i rozporządza, zarówno kuchnią jak ręką i sercem córki. — Marta, mamka Julii, doskonały typ kumoszki bezmyślnej, gadatliwej, zasilającej się w strapieniu akwawitą, i gotowej na wszystko dla świętego spokoju; Merkucyo, którego drwiny nie opuszczają nawet w chwili zgonu, słudzy, wszystko to żywy, boży świat — i tu, jak na żywym świecie, rozlega się pieśń wonią niebios zaprawna, obok gminnej kłótni, śmierdzącej rynkiem i kuchnią. Kochankowie marzą o raju miłości, pospolity lud rozpustuje i szydzi, tragiczność i komika plotą się genialnie na pasmo żywota.
W legendzie swej Luigi da Porto umieścił w końcu scenę okropną w grobach Kapuletów. Julia przebudza się wprzódy, nim Romeo skonał otruty, kochankowie przemawiają do siebie po raz ostatni — żegnają się na wieki i Julia, przeżyć nie chcąc męża — zabija się. Boisteau i angielscy jego tłómacze inne dorobili rozwiązanie, w którem, jak u Szekspira, sceny tej okropnej niema; — zgoda dwóch rodzin przy zwłokach kochanków myślą jaśniejszą zamyka dramat grobowy.
Daniel Garrik, który w Anglii wskrzesił miłość i cześć dla geniuszu Szekspira, w Romeo i Julii ośmielił się przerobić zakończenie, według włoskiego podania. Czy dramat tak poprawiony zyskuje czy traci — to wielkie pytanie. Wielu krytyków, do których trudno się nie przyłączyć — przenoszą smutne, poważne, wznioślejszą myślą natchnione zakończenie poety nad jaskrawą scenę Garrika. Efekt tragiczny posunięty za daleko, przesadzony, razi raczej i niepokoi niż porusza. U Szekspira Monteki i Kapulety godzą się u grobu, u Garrika spada zasłona na ostatni rozpaczliwy jęk boleści.
Wskażemy jeszcze kilka przynajmniej zmian, poczynionych przez poetę, przy wykończeniu dramatu ostatecznem, około 1597—98 roku. Między 1591 a 1598, to jest pierwszym zarysem tej tragedyi i zupełnem jej wyrobieniem, poeta wydał wszystkie prawie swe historyczne dramata, poemata, sonety i dwie komedye: Kupca Weneckiego i Sen nocy letniej, geniusz jego dojrzał i nabrał siły. To też druga redakcya tragedyi nieskończenie od pierwszej jest wyższą.
Scenaryo w obu jest prawie jednakie, wyjąwszy śmierci Benvolia; ale charaktery, naprzód słabo tylko oznaczone, w drugiem wydaniu występują wyraziście, dzielnie i jasno; miłość dwojga kochanków złoci się poezyą nową, Kapulet, Merkucyo, br. Laurenty nabierają indywidualności. W pierwszym rysie Parys mocno zakochany w Julii, w drugim występuje obojętnie. Zmian drobnych i dodatków niezmiernie wiele, sceny niemal wszystkie rozszerzone i rozwinięte, wiersz staranniej wyrzeźbiony delikatnie. W sławnym ustępie o królowej Mab pierwsze wydanie ogranicza się króciuchnym obrazkiem. Odjęto w ogóle mało, dorzucono znacznie.




ROMEO I JULIA.


PROLOG.

Dwa wielkie domy w uroczej Weronie,
Równie słynące z bogactwa i chwały,
Codzień odwieczną zawiść odnawiały,
Obywatelską krwią broczyły dłonie.

Lecz gdy nienawiść pierś ojców pożera,
Fatalna miłość dzieci ich jednoczy;
I krwawa wojna, co z wieków się toczy,
W cichym ich grobie na wieki umiera.

Miłość kochanków śmiercią naznaczona,
Wściekłość rodziców i wojna szalona,
Zerwana późno, nad mogiłą dzieci,

Przed waszem okiem na scenie przeleci.
Jeśli nas słuchać będziecie łaskawi,
Błędy obrazu chęć nasza naprawi.




AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Plac publiczny.
(Wchodzą: Samson i Grzegorz, zbrojni w miecze i tarcze)

Samson.  Daję słowo honoru, Grzegorzu, nie pozwolimy jeździć po sobie.
Grzegorz.  Nie, zapewne, bobyśmy byli końmi.
Samson.  Chcę powiedzieć, że jeśli mnie rozgniewają, nauczę
ich po kościele gwizdać.

Grzegorz.  Daj tyko baczność, żeby ciebie wprzód nie świsnęli.
Samson.  Biję żwawo raz poruszony.
Grzegorz.  Tylko, że nie poruszasz się żwawo do bicia.
Samson.  Pies z domu Monteków porusza mnie do żywego.
Grzegorz.  Poruszać znaczy: zmieniać miejsce; być odważnym, znaczy: dostać na miejscu, dlatego też ty, jako poruszony umykasz.
Samson.  Pies tego domu do tego stopnia mnie poruszy, że dostoję nakoniec i o mur się oprę z każdym mężczyzną lub kobietą z domu Monteków.
Grzegorz.  To dowodzi, że jesteś słabym niewolnikiem, bo tylko słabych dociera się do muru.
Samson.  Masz racyę, dlatego też zawsze docieramy do muru kobiety, te słabe naczynia; i ja więc domowników domu Monteków odepchnę od muru, a jego domownice przyprę do muru.
Grzegorz.  Spór toczy się tylko między naszymi panami i nami, ich ludźmi.
Samson.  Mniejsza o to; będę tyranem. Zwalczywszy mężczyzn, rzucę się na kobiety i zacznę płatać dziewki.
Grzegorz.  Jak to rozumiesz?
Samson.  Tłomacz to sobie, jak ci się podoba.
Grzegorz.  Zostawiam to tłomaczom, którym swoją srogość dasz uczuć.
Samson.  Zepewne; poczują oni, że ze mnie dzielny kawał mięsa.
Grzegorz.  Szczęściem, że nie kawał ryby, bo gdybyś był rybą, to chyba śledziem za dwa grosze. Lecz dobądź szabli; widzę dwóch ludzi z domu Monteków.

(Wchodzą: Abraham i Baltazar).

Samson.  Dobyłem szabli, zaczynaj, masz mnie za sobą.
Grzegorz.  Czy dlatego stajesz za mną, żeby łatwiej drapnąć?
Samson.  Nie bój się!
Grzegorz.  Bądź spokojny; ja bać się ciebie?
Samson.  Miejmy prawo po sobie, czekajmy zaczepki!
Grzegorz.  Zmarszczę się przechodząc, niech to sobie tłómaczą jak chcą.
Samson.  Albo jak śmią. Pokażę im figę, a wstyd im, jeśli to ścierpią.

Abraham.  Czy nam pokazujesz figę, mości panie?
Samson.  Pokazuję figę, mości panie.
Abraham.  Czy nam pokazujesz figę, mości panie?
Samson.  Czy będziemy mieli prawo po sobie, jeśli powiem: tak jest, mości panie?
Grzegorz.  Nie.
Samson.  Nie, mości panie; nie wam pokazuję figę, mości panie; ale pokazuję figę, mości panie.
Grzegorz.  Czy szukasz zaczepki, mości panie?
Abraham.  Zaczepki, mości panie? Nie, mości panie.
Samson.  Jeśli szukasz zaczepki, mości panie, masz mnie gotowego; służę tak dobremu panu jak twój.
Abraham.  Nie lepszemu.
Samson.  Dobrze, mości panie. (Benvolio pokazuje się w odległości).
Grzegorz.  Powiedz lepszemu; widzę w odległości krewnego naszego pana.
Samson.  Lepszemu.
Abraham.  Łżesz!
Samson.  Dobądźcie szabli, jeśli macie serca! Grzegorzu, pamiętaj na twoje cięcie od lewego! (Walczą).
Benvolio.  Przestańcie, waryaty! sami nie wiecie, co robicie!

(Wytrąca im szable. — Wchodzi Tybalt).

Tybalt.  Co? Z nagim mieczem pośród tych zajęcy?
Zwróć się, Benvolio, z mych rąk czekaj śmierci!
Benvolio.  Włóż miecz do pochwy, albo razem ze mną
Staraj się ludzi szalonych rozdzielić.
Tybalt.  Z dobytym mieczem o pokoju prawisz?
Tak nienawidzę z twych ust słów pokoju,
Jak piekła, ciebie i rodu Monteków.
Nie ujdziesz teraz. Broń się, podły tchórzu! (Walczą).

(Wbiegają liczni Stronnicy obu domów; ogólna walka, po chwili wbiegają Obywatele z maczugami).

I Obyw.  Maczugi! dzidy! Bijcie ich! Precz z nimi!
Precz z Montekami! Precz z Kapuletami!

(Wchodzi Kapulet z Żoną).

Kapulet.  Co to za wrzawa? Podajcie mi oręż!
Pani Kap.  Raczej twe kule. Co chcesz od oręża?

Kapulet.  Mój oręż, mówię! Patrz, stary Monteki
Szablą wywija jakby ze mnie szydził.

(Wchodzi Monteki z Żoną).

Monteki.  Dość tego, puść mnie! Podły Kapulecie!
Pani Mont.  Nie stąpisz kroku! Czy znów mordów chcecie?

(Wchodzi Książę i Straż).

Książę.  Wrogi pokoju, rody buntownicze,
Miecz kalające krwią obywateli,
Czy mnie słyszycie? Hej, ludzie, zwierzęta!
Wy co gasicie ogień waszych gniewów
Strugą czerwoną z żył waszych wylaną,
Pod karą tortur, z rąk waszych na ziemię
Rzućcie żelazo, wściekłością hartowne,
Gniewnego pana słuchajcie wyroku!
Trzy już zatargi z wietrznych słów poczęte,
Przez was, Monteki, stary Kapulecie,
Trzykroć zburzyły pokój ulic naszych,
Starych mieszkańców Werony zmusiły
Przystojną odzież odrzucić na stronę,
Rdzawe topory starą dłonią chwycić,
By waszą rdzawą zatrzymać nienawiść;
Jeśli raz jeszcze zaburzycie pokój,
Żywotem wasze opłacicie waśnie.
Na teraz wszyscy wracajcie do domów!
Ty, Kapulecie, natychmiast idź ze mną,
A ty, Monteki, przyjdziesz dziś wieczorem
Do izby naszych sądów na ratuszu,
Gdzie nasze dalsze odbierzesz rozkazy.
Pod karą śmierci rozejdźcie się wszyscy!

(Wychodzą: Książę, Straż, Kapulet z Żoną, Tybult, Obywatele, Służba).

Monteki.  Kto starą wojnę rozniecił na nowo?
Synowcze, powiedz, czy byłeś przytomny?
Benvolio.  Zanim przybyłem, już starli oręże
Twojego wroga służący z twoimi,
Gdym ich rozdzielał, nadbiegł niespodzianie
Tybalt ognisty, z dobytą już szablą,
Krzycząc wyzwanie, nad głową mi błyskał,
I siekał wiatry, które, ran nie czując,

Świstały tylko, jakby na szyderstwo.
Przyszło do razów; na odgłos potyczki
Liczba walczących z obu stron wciąż rosła,
Aż książę nadszedł i zgodę przywrócił.
Pani Mont.  Lecz gdzie Romeo? Dzięki ci, o Boże,
Że bez udziału w tym groźnym był sporze!
Benvolio.  Pani, godzinę wprzódy, niźli słońce
Przez okna złote na wschodzie wyjrzało,
Myśl niespokojna wygnała mnie z domu;
Skrytego w ciemnym sykomorów lesie,
Który to miasto cieni od zachodu,
Twojego syna widziałem dziś rano.
Biegłem ku niemu, postrzegł mnie z daleka,
I w gąszczu przepadł; ja, sądząc po sobie
Uczucia jego — które w moich piersiach
Tem są czynniejsze, im bardziej samotne —
Za własną myślą puściłem się w pogoń,
Chętnie odbiegłem odbiegającego.
Monteki.  Już to niejeden ranek go tam widzą,
Jak łzami świeżą, ranną mnoży rosę,
I do chmur chmury westchnieniem przyrzuca;
Ale, jak tylko słońce pocieszyciel
Odsunie lekko na wschodzie najdalszym
Ciemne firanki od jutrzenki łoża,
Mój syn od światła skrada się do domu,
W swym się samotnym pokoju zamyka,
I przystęp światłu dziennemu tamuje,
Rozpościerając noc wokoło sztuczną.
Smutek ten czarną przyszłość zapowiada,
Jeśli go dobra nie uleczy rada.
Benvolio.  Szlachetny stryju, czy wiesz tego powód?
Monteki.  Ani wiem, ani wybadać go mogę.
Benvolio.  A czy go o to pytałeś się kiedy?
Monteki.  I sam przez siebie i przez mych przyjaciół.
Lecz on, jedyny uczuć swoich radca,
Tak jest dla siebie — nie powiem tak wierny —
Ale dla innych tak ciemny i tajny,
Od wybadania, odkrycia daleki,

Jak pączek zębem podcięty robaka,
Zanim rozwinął wiatrom słodkie lica,
Słońcu pokazał piękności swej blaski.
Gdybym z tych smutków znał się tajemnicą,
Lekarstwo chętną podałbym prawicą.

(Pokazuje się Romeo w odległości).

Benvolio.  Otóż i Romeo! Oddal się na chwilę,
Wszystko mi wyzna, lub bardzo się mylę.
Monteki.  Bodaj ta spowiedź szczęsny skutek wzięła!
Naszą bytnością nie przerwiemy dzieła.

(Wychodzi z Żoną).

Benvolio.  Dzień dobry, bracie!
Romeo.  Jeszczeż dzień tak świeży?
Benvolio.  Właśnie dziewiąta.
Romeo.  Smutek wolno bieży.
Czy to mój ojciec z tym odszedł pośpiechem?
Benvolio.  Tak jest. Twe chwile jakiż żal przeciąga?
Romeo.  Brak tego, coby skrócić mi je mogło.
Benvolio.  Czy miłość?
Romeo.  Brak jej.
Benvolio.  Jakto, brak miłości?
Romeo.  Tej obojętność, którą pokochałem.
Benvolio.  Ach, czemuż miłość, na pozór tak piękna,
W rzeczywistości sroga tak i twarda!
Romeo.  Ach, czemuż miłość, choć z zakrytem okiem,
Tak pewnym bieży do celów swych krokiem!
Gdzie obiadujem? Co bój sprowadziło?
Lecz wstrzymaj powieść, słyszałem o wszystkiem.
Wiele nienawiść, miłość więcej może.
Sporna miłości! czuła nienawiści!
Ty coś jest wszystkiem, stworzona z niczego!
Ciężka lekkości! pustoto poważna!
Szpetny chaosie postaci urodnych!
Puchu z ołowiu! chorowite zdrowie!
Ty jasny dymie! zimny ty płomieniu!
Śnie czuwający, coś nie jest, czem jesteś!
Tę czuję miłość, choć jej w tem nie czuję.
Czy się nie śmiejesz?

Benvolio.  Ubolewam raczej.
Romeo.  Nad czem, mój dobry?
Benvolio.  Nad twoją żałobą.
Romeo.  Takie owoce miłość niesie z sobą.
Pierś mą przygniata ciężkie smutku ramię;
Ty mnie pocieszasz, dobry przyjacielu,
Lecz litość twoja, miłości twej znamię,
Przydaje smutek do smutków tak wielu.
Miłość, to dym jest spłodzony westchnieniem;
W szczęściu, jest w oczach błyszczącym płomieniem,
W męce, jest morzem karmionem łez rzeką;
Jest i mądrością miłość szalejącą,
Zatrutą żółcią, słodyczą leczącą.
Bądź zdrów, kuzynie!
Benvolio.  Pozwól, jeszcze chwilę.
Powiedz, skąd dla mnie oziębłości tyle?
Romeo.  Jam stąd daleko w duszy mej zachwycie;
To nie Romeo, nie tu jego życie.
Benvolio.  Kogóż to kochasz? Odsłoń mi twe żale.
Romeo.  Mam płacząc mówić?
Benvolio.  Płacząc? Nie, Romeo,
Lecz powiedz smutno, co twych cierpień źródłem.
Romeo.  Powiedz choremu, niech testament pisze;
Z równą boleścią pytanie to słyszę.
Słuchaj, kuzynie, kocham się w kobiecie.
Benvolio.  Tak przypuszczałem, słysząc, że się kochasz.
Romeo.  Strzelec tyś dobry! — a w pięknej kobiecie.
Benvolio.  Łatwo jest trafić tam, gdzie cel jest jasny.
Romeo.  Ty przecie chybiasz. Kupidyna strzały
Niczem są dla niej; zimna jak Diana,
Jasną czystości zbroją przyodziana,
Gardzi dziecięcia miłości potęgą;
Ucieka, gdy ją oblegam przysięgą,
Gdy ją źrenicą wyzywam do boju;
Świętych zwodziciel, złoto, jej nie zwiedzie,
Bogata w piękność, lecz na krótką chwilę,
Bo skarb z pięknością spróchnieje w mogile.
Benvolio.  Na wieczną czystość przysięgła więc ona?

Romeo.  Przez jej oszczędność wielki skarb marnieje,
Bo surowością jej piękność głodzona
Kradnie piękności potomstwa nadzieje.
Tak jest cnotliwa, skromna, jak urodna;
Choć mnie zabija, raju przecie godna;
Srogie jej śluby życie mi wydarły —
Choć mówię z tobą, wierz mi, żem umarły.
Benvolio.  Zapomnij, radzę tobie, o niej myśleć.
Romeo.  Naucz mnie wprzódy zapomnieć myślenia.
Daj wolność oczom i rozważaj pilnie
Urodę innych.
Romeo.  Żebym jej piękności
Tem dobitniejsze znalazł tam dowody?
Czarne szczęśliwe maski, dziewic czoło
Całując, każą myśleć, że wdzięk kryją;
Ten, co wzrok stracił, nie może zapomnieć
Kosztownych skarbów z źrenicy wydartych;
Pokaż mi dziewczę cudownej urody,
Piękność jej tę mi tylko przypomina,
Której uroda cudowniejsza jeszcze.
Nie mnie nauczysz zapomnienia sztuki.
Benvolio.  Nauczę, albo zginę śród nauki. (Wychodzą).



SCENA II.
Ulica.
(Wchodzą: Kapulet, Parys, Służący).

Kapulet.  Monteki równie jak ja zagrożony
Gniewem książęcia, a nie trudno, myślę,
Dwom jak my starcom, żyć odtąd w pokoju.
Parys.  Wysoka obu domów waszych godność,
A ich niezgoda publicznem nieszczęściem.
Lecz co na prośbę moją odpowiadasz?
Kapulet.  Co wprzód mówiłem i teraz powtarzam:
Córka jest moja światu jeszcze obca,
Czternastu wiosen jeszcze nie przeżyła;
Wprzód ziemia dwakroć ubierze się w kwiaty,
Zanim jej ślubne pozwolę wziąć szaty.

Parys.  Nie jedna młodsza matką jest szczęśliwą.
Kapulet.  Szczęście zbyt młode zbyt nagle przemija.
Ziemia me wszystkie pożarła nadzieje;
Ona pociechą jest mojej starości.
Lecz zresztą, szukaj do serca jej drogi,
Nie ja odrzucę wybór mej niebogi,
Bo komu ona przychylną dłoń poda,
Temu i stary ojciec powie: zgoda.
Dzisiaj jest zwykłe święto mej rodziny;
Rozsyłam właśnie gościom zaprosiny,
A ty należysz do przyjaciół grona,
Których przytomność zawsze upragniona.
Przyjdź pod ubogą strzechą ujrzeć naszą,
Jak ziemskie gwiazdy blask niebieskich zgaszą.
Wszystko, co w młodej rozbudza się duszy,
Kiedy kulawej zimy lody kruszy
Szczęśliwy kwiecień z różami na czole,
W dziewiczych pączków znajdziesz u mnie kole.
Patrz więc i słuchaj; wybierz na tej grzędzie
Kwiat, co miłości najgodniejszy będzie.
Córkę też moją w tym ujrzysz ogrodzie,
Jedną do liczby, choć żadną w urodzie.
Pójdź ze mną, proszę. (Do Służącego, dając mu papier).
Ty, bez żadnej zwłoki,
Piękną Weronę szybkimi zbież kroki,
A czyje imię śród tej znajdziesz karty,
Powiedz, że dom mój dla niego otwarty.

(Wychodzi z Parysem).

Służący.  Mam szukać tych, których imiona na tej karcie stoją zapisane? Tu stoi zapisane: niech szewc pilnuje swojego łokcia, krawiec swojego kopyta, rybak swojego pędzla, a malarz swojego włoku; ale ja mam szukać osób, których imiona stoją tu zapisane, tylko, że nie mogę znaleźć, co za imiona zapisał tu pisarz.
Muszę się zgłosić do jakiego uczonego. W samą porę!

(Wchodzą: Benvolio i Romeo).

Benvolio .  Co ogień spalił, to ogień wypali;
Nowy żal zmniejsza cierpkość dawnych żali;

Odwrotnym tańcem leczysz zawrót głowy;
Drugą łagodzisz boleść pierwszej blizny;
Chwyć tylko okiem zarazy jad nowy,
A zdusisz pierwszej zjadliwość trucizny.
Romeo.  Sądzę, że babki liść pewno uleczy —
Benvolio.  Co, przyjacielu?
Romeo.  Złamany twój goleń.
Benvolio.  Czyś rozum stracił?
Romeo.  Nie, jednakże jestem
Od szalonego potężniej związany,
Zamknięty w lochu, trzymany bez strawy,
Bity, męczony, i — Dzień dobry, bracie!
Służący.  Daj panu, panie Boże, dzień dobry! Powiedz mi, panie, czy umiesz czytać?
Romeo.  Me przeznaczenie w księdze moich cierpień.
Służący.  Tegoś się może nauczył bez książki.
Ale czy umiesz czytać, co pisane?
Romeo.  Jeśli znam język i litery pisma.
Służący.  Mówisz uczciwie; daj ci Bóg wesele!
Romeo.  Czekaj, człowieku; umiem, umiem czytać!
(Czyta) „Signior Martino, jego żona i córki, hrabia Anzelm i jego piękne siostry; wdowa Vitruvio; signior Placencyo i jego miłe synowice; Merkucyo i brat jego Walentyn; stryj mój Kapulet, jego żona i córki; moja piękna siostrzenica Rozalina; Liwia, signior Walencyo i kuzyn jego Tybalt; Lucya i dziarska Helena“.
Piękne zebranie! Gdzież są zaproszeni?
Służący.  Tam.
Romeo.  Gdzie?
Służący.  Tam, do naszego domu, na wieczerzę.
Romeo.  Do czyjego domu?
Służący.  Do domu mojego pana.
Romeo.  Prawda, że naprzód należało mi zapytać, kto twoim panem?
Służący.  To ja wam powiem rzecz całą bez pytania: pan mój jest ów wielki bogacz, Kapulet, a byleś tylko nie był

z domu Monteków, i ciebie zapraszam; przyjdź wychylić szklankę wina. Bóg z wami! (Wychodzi).
Benvolio.  Na tej odwiecznej Kapuletów uczcie
Twoja kochanka, Rozalina, będzie,
I co jest tylko piękności w Weronie.
Idź tam, a lica jej, z innych licami
Równaj źrenicą twą nieuprzedzoną,
A powiesz: łabędź mój był tylko wroną.
Romeo.  Jeśli pobożność w oszukanem oku
Skłamie tak, niech się łza w ogień zamieni,
A przezroczyste kacerze, co w stoku
Łez nie przepadły, zginą wśród płomieni!
Od niej piękniejsze! Słoneczne źrenice
Nigdy na czystsze nie patrzały lice.
Benvolio.  Ona jest piękna tam, gdzie innych niema,
Tam, gdzie z nią samą ważysz ją oczyma;
Na kryształowej postaw teraz szali
I przeważ na niej, z kochanką twą, panie,
Które w balowej pokażę ci sali,
A najpiękniejsza piękną nie zostanie.
Romeo.  Pójdę, choć tego nie znajdę widoku;
Pójdę się kąpać w kochanki mej oku. (Wychodzą).



SCENA III.
Pokój w domu Kapuleta.
(Wchodzą: pani Kapulet i Mamka).

Pani Kap.  Mamko, gdzie córka? Zawołaj jej do mnie!
Mamka.  Na me panieństwo, w dwunastej mej wiośnie —
Już ją wołałam — baranku! kanarku!
Uchowaj Boże! — Julko, drogie dziecię!
Julia  (wchodząc). Kto mnie tu woła?
Mamka.  Matka.
Julia.  Jestem, matko!
Co mi rozkażesz?
Pani Kap.  Mamko, odejdź teraz,
Mam do niej sekret. — Lecz nie, mamko, zostań,
I ty mieć musisz w radzie naszej udział.

Wiesz, że ma córka do lat już dochodzi.
Mamka.  Mogę powiedzieć wiek jej do godziny.
Pani Kap.  Nie ma czternastu.
Mamka.  Czternaście mych zębów
Stawiam, choć wprawdzie mam ich tylko cztery,
Nie ma czternastu. Do świętego Piotra
W okowach, jakże jest jeszcze daleko?
Pani Kap.  Od dzisiaj jeszcze z górą dwa tygodnie.
Mamka.  Czy mniej, czy więcej, ze wszystkich dni w roku
Czternaście skończy w wilią Świętopietrza.
Ona i Zuzka — Panie, świeć jej duszy! —
Jeden wiek miały. Zuzka dzisiaj w niebie!
Za dobrą była dla mnie. Otóż mówię,
Czternaście skończy w wilię Świętopietrza.
Tak jest, czternaście; o, pamiętam dobrze!
Lat jedenaście od trzęsienia ziemi,
Jam ją od piersi właśnie odłączyła
Z wszystkich dni roku w tym dniu — nie zapomnę,
Sokiem piołunu potarłam brodawkę,
Pod gołębnikiem usiadłam na słońcu —
A pani z panem byliście w Mantuy —
Ho, mam ja pamięć! — otóż, jak mówiłam,
Śliczny błazenek, kiedy się dotknęła,
Uczuła gorycz piołunu na piersiach,
Skwasiła minkę, główkę odwróciła —
Aż nagle — rrum! rrum! gołębnik się trzęsie —
Nie trzeba było prosić mnie uciekać!
Od tego czasu lat już jedenaście;
Na drzewo krzyża świętego już wtedy
Mogła na nogach stać, dyrdać po izbie.
Dniem właśnie wprzódy zbiła sobie czoło,
A wtedy mąż mój — świeć mu Bóg nad duszą! —
Człek krotofilny, podniósł z ziemi dziecię
I rzekł: „kochanko, na twarz, widzę, padłaś;
Wznak ty upadniesz, jak trochę podrośniesz;
Czy nie, Juleczko?“ i jak mnie Bóg widzi,
Robaczek przestał płakać i rzekł: „padnę“.
No, patrzcie teraz, co to z żartu będzie!

Przysięgam, choćbym i tysiąc lat żyła,
Będę pamiętać: „czy padniesz, Juleczko?“
Piękny błazenek z uśmiechem rzekł: „padnę“.
Pani Kap.  Dość tego, mamko, proszę cię, skończ baśnie!
Mamka.  O, zaraz, pani. Myśląc, śmiać się muszę,
Jak łzy otarła i wyrzekła: „padnę“,
Chociaż przysięgam, że miała na czole
Guz tak ogromny, jak gołębie jaje,
Straszne stłuczenie i gorzko płakała.
Gdy mój powiedział; „Julko, na twarz padłaś,
Wznak ty upadniesz, jak trochę podrośniesz,
Czy nie?“ i rzekła, hamując łzy, „padnę“.
Julia.  I ty też, mamko, pohamuj twój język!
Mamka.  Pani, skończyłam. Błogosław ci, Boże!
Ja piękniejszego nie karmiłam dziecka;
Bylem dożyła dnia twego zamęźcia
Więcej nie pragnę.
Pani Kap.  Właśnie, że zamęźcie
Dziś będzie naszej rozmowy przedmiotem.
Powiedz mi teraz, córko moja, Julko,
Jakie są twoje myśli o małżeństwie?
Julia.  O tym zaszczycie nie myślałam dotąd.
Mamka.  Zaszczycie! Gdybym nie była ci mamką,
Rzekłabym: z mlekiem wyssałaś tę mądrość.
Pani Kap.  Dobrze; myśl teraz, Julko, o małżeństwie.
Damy wysokiej w Weronie powagi,
Młodsze od ciebie, a są już matkami;
I jam już z hrabią moim była matką
W tych latach, w których ty jesteś dziewicą.
Żeby w tej sprawie zbyt się nie rozciągać,
Waleczny Parys prosi o twą rękę.
Mamka.  Młoda panienko, to człowiek jedyny
Jak świat szeroki, to człowiek jak z wosku!
Pani Kap.  Kwiatka równego nie znajdziesz w Weronie.
Mamka.  Nie; to jest kwiatek, czysty z niego kwiatek!
Pani Kap.  Co mówisz, Julko? Czy możesz go kochać?
Na balu naszym ujrzysz go dziś wieczór.
W twarzy Parysa rozczytaj się księdze,

W dziele piękności piórem nakreślonem;
Rozważ, jak w rysach pięknego oblicza
Jeden drugiemu piękności użycza,
Na każde ciemne księgi wyrażenie,
W ócz marginesie znajdziesz objaśnienie.
Dzieło miłości jest nieocenione,
Lecz mu oprawy tylko nie dostało;
Ryby są w morzu; a wielką jest chwałą
Temu, co piękne, piękną dać osłonę.
Księga najdroższa w oczach czytelnika,
Co w złotych klamrach złotą myśl zamyka.
Wszystko, co jego, twojem także będzie,
A z twoich skarbów nic ci nie ubędzie.
Mamka.  Ubędzie? Żonom od mężów przybywa.
Pani Kap.  Czy może Parys jakie mieć nadzieje?
Julia.  Jeśli w spojrzeniu miłość rozetleje,
Choć nie przelecą ciekawe źrenice
Za twoją wolą wskazane granice. (Wchodzi Sługa).
Służący.  Pani, już zebrali się goście, wieczerza zastawiona, wołają pani, pytają się o pannę, klną mamkę w kredensie; wszystko w zamieszaniu. Muszę teraz pędzić do sali. Błagam cię, pani, śpiesz się!
Pani Kap.  Julko, Parysa szczęście w twojej mocy.
Mamka.  Idź do dni słodkich słodszych szukać nocy! (Wychodzą).



SCENA IV.
Ulica.
(Wchodzą: Romeo, Merkucyo, Benvolio, pięć lub sześć Masek, Służący z pochodniami).

Romeo.  Mamyż co prawić na naszą wymówkę,
Czy wejdziem raczej bez żadnej perory?
Benvolio.  Długich gadanin minęły już czasy.
Nie mamy z szarfą na oczach Kupida,
Z tatarskim w dłoni malowanym łukiem,
Jakby straszydło grożącego damom;
Ani prologu, wyraz za wyrazem
Powtarzanego z cicha za suflerem;

Niech więc nas mierzą, jaką zechcą miarą,
My im odmierzym miarę i wyjdziemy.
Romeo.  Daj mi pochodnię; nie mam chęci skakać;
Sam w nocy smutku, światło nieść wam będę.
Merkucyo.  Nie, nie, Romeo, musisz z nami tańczyć.
Romeo.  Wierzaj, nie mogę. Twe stopy i dusza,
Wiem, skrzydła mają; moje są z ołowiu,
Trzymają ciało do ziemi przykute.
Merkucyo.  Jesteś kochankiem, weź skrzydła Kupida
I wznieś się niemi nad skok pospolity.
Romeo.  Zbyt mnie głęboko strzałą swoją ranił,
Bym mógł podlecieć lekkiem jego piórem;
Ciężkiej boleści nie mogę przeskoczyć;
Miłości brzemię ciśnie mnie do ziemi.
Merkucyo.  Powal się na nią, takiego ciężaru
Znieść nie potrafi delikatne dziecię.
Romeo.  Co, delikatne? Miłość zbyt jest srogą,
Dziką, burzliwą i kłuje jak ciernie.
Merkucyo.  Jeśli jest srogą, bądź i ty z nią srogi,
Kluj ją za kłucie, a miłość pobijesz.
Podaj mi maskę, niech nią twarz osłonię.

(Kładzie maskę).

Maska na maskę! Co mi teraz znaczy,
Że wzrok ciekawy ułomności śledzi?
Niech maska teraz rumieni się za mnie.
Benvolio.  Zastukaj, wejdźmy; a gdy staniem w sali,
Niechaj z was żaden nóg swych nie żałuje.
Romeo.  Daj mi pochodnię; niechaj lekkie serca
Trącają stopą nieczułą posadzkę,
Bo na mnie ojców przysłowie się prawdzi:
Trzymając świecę, będę się przyglądał.
Ach, nie ja piękną ułowię zwierzynę,
Gdy sam w sieć wpadłem!
Merkucyo.  My cię wyciągniemy
Z błota miłości, w którem dziś zagrzązłeś.
Na próżno tylko w dzień palimy świece.
Romeo.  Toć nie dzień przecie.
Merkucyo.  Ja chciałem powiedzieć,

Tracąc czas, palim pochodnie jak we dnie.
Zrozum myśl moją wedle moich chęci:
Prędzej sens znajdziesz w chęciach niźli w myśli.
Romeo.  Dobra myśl była, żeśmy na bal przyszli,
A sensu nie ma.
Merkucyo.  Dlaczego? pytanie.
Romeo.  Śniłem dziś.
Merkucyo.  Jam też po snów pływał morzu.
Romeo.  I cóż wyśniłeś?
Merkucyo.  Że sennych sen zwodzi.
Romeo.  Chociaż marzenie nieraz prawda rodzi.
Merkucyo.  Była królowa Mab przy twojem łożu,
Znana to wszystkich wróżek akuszerka,
Zbiega do śpiących, malutka jak agat,
Na aldermana błyszczący pierścieniu;
Ciągniona cugiem drobniuchnych atomów,
Jeździ po nosach śpiących śmiertelników.
U kół jej sprychy z długich nóg pajęczych,
Przykrycie z skrzydeł konika polnego,
Postronki z cienkich pajęczyny nitek,
Lejce z wilgotnych promieni księżyca,
Bicz z kości świerszcza, a z błonki trzaskawka;
Stangretem u niej komar w szarej barwie,
Od okrągłego pół cieńszy robaczka
Z leniwych palców dziewic wykłutego;
Wozem jej pusta łupina orzecha,
Dzieło stolarza wiewiórki lub czerwia,
Stelmachów wróżek z niepamiętnych czasów.
I tak w noc każdą przejeżdża po mózgach
Młodych kochanków — i śnią o miłości;
Kolanach dworzan — i śnią o pokłonach;
Palcach prawników — i śnią o talarach,
Lub po dam ustach — i śnią o całunkach;
Nieraz je gniewna Mab pryszczami karze
Za to, że oddech cukrami popsuły;
Czasem przejeżdża po dworaka nosie —
I marzy zaraz o jakim wakansie;
Czasem ogonkiem wieprza z dziesięciny

Nos połaskocze śpiącego plebana —
I pleban marzy o nowem probostwie;
Czasem przejedzie po karku żołnierza —
I we śnie rąbie swoich nieprzyjaciół,
Marzy o szturmach i klingach hiszpańskich,
I o zasadzkach, o kuflach sążnistych;
Wtem słyszy bębny, budzi się na odgłos,
I pośród przekleństw przebąknie modlitwę,
I znowu zaśnie. Taż sama królowa
Śród ciemnych nocy końskie grzywy splata,
Na ludzkich głowach zawija kołtuny,
Co rozplecione, nieszczęściami grożą;
Ona dziewicom, kiedy na wznak leżą,
Przyciska piersi, uczy ciężar znosić,
I w sztuk kobiecych wprawia tajemnice;
Ona —
Romeo.  O dosyć, dosyć, mój Merkucyo!
Prawisz o niczem.
Merkucyo.  Prawda, o snach prawię,
A sny są dziećmi szalonego mózgu,
Przez czczą fantazyę poczęte z niczego,
Fantazyę wiotką jak płynne powietrze,
A tak niestałą, jak wiatr, co dopiero
Płacząc, całował zimną pierś północy,
I nagle z gniewnem poleciał świstaniem
Ku południowi siejącemu rosę.
Benvolio.  Nas także porwał wiatr, o którym mówisz.
Już po wieczerzy — za późno przyjdziemy.
Romeo.  Zbyt tylko wcześnie. Myśl moja przeczuwa —
Jakiś wypadek, w gwiazdach jeszcze skryty,
Śród tej rozpusty gorzką pocznie datę,
I strasznym ciosem przedwczesnego zgonu
Położy koniec nędznemu bytowi
W głębinach piersi moich zamkniętemu.
Lecz Ten, co dotąd mą nawą kierował,
Niechaj i teraz żagiel mój prowadzi!
Naprzód! Wesoło!
Benvolio.  Dalej, bijcie w bębny! (Wychodzą).



SCENA V.
Sala w domu Kapuletów.
(Muzyka w pogotowiu. — Wchodzą Służący).

1 Sługa.  Gdzie Potpan, że nam nie pomaga do uprzątnienia sali? Właśnie mi to człowiek do roznoszenia półmisków i ścierania stołów!
2 Sługa.  Gdy cały porządek domu spoczywa w rękach jednego lub dwóch ludzi, a dotego nieumytych, brudna to sprawa.
1 Sługa.  Wynieście te krzesła i kredens, a baczność na srebra! Ty, poczciwcze, schowaj mi kawałek marcypana, a jeśli mnie kochasz, powiedz odźwiernemu, żeby wpuścił Zuzannę Toczygłaz i Halkę. — Antoni! Potpan!
3 i 4 Sługa.  Jesteśmy, przyjacielu, jesteśmy!
1 Sługa.  Czekają na was, wołają was, pytają się o was, szukają was w wielkiej sali.
2 Sługa.  Tu i tam być na raz nie możemy. Żwawo, chłopcy! nie żałujcie rąk na chwilę, a który przeżyje, zabierze wszystko. (Wychodzą).

(Wchodzą: Kapulet, Goście, Maski).

Kapulet.  Witam, panowie! Proszę was do tańca
Panie, u których nogi bez nagniotków.
Ha, ha! co, panie? i któraż z was teraz
Tańczyć nie zechce? Która się z was droży,
O, ta, przysięgam, musi mieć nagniotki.
A co? czym trafił? Witajcie, panowie!
Był czas, gdym także i ja maskę nosił,
Mógł szeptać w uszy urodnej dziewicy
Słodkie powieści; czas ten minął! minął!
Witam, panowie! — No, dalej, kapelo!
Miejsce tańczącym! Więc naprzód, dziewczyny!

(Muzyka, tańce).

Więcej świec, łotry! Wynieście te stoły,
Pogaście ognie! w sali zbyt gorąco. —
Niezgorzej nasze udało się święto.
Proszę cię, usiądź, bracie Kapulecie:

Moje i twoje dnie tańca minęły.
Jakże to dawno, gdyśmy raz ostatni
Maski nosili?
2 Kapulet.  Lat temu trzydzieści.
Kapulet.  Jakto? tak wiele? Nie, to być nie może!
Wiem, że to było w dzień ślubu Lucencya,
A będzie temu na Zielone Świątki,
Prawiem jest pewny, lat dwadzieścia i pięć.
2 Kapulet.  O więcej, więcej! Toć syn jego starszy
Ma lat trzydzieści.
Kapulet.  Co mi waszeć prawisz!
Dwa temu lata syn był małoletni.
Romeo  (do jednego ze Sług). Co to za pani, co zaszczyca rękę
Tego młodzieńca?
Sługa.  Nie umiem powiedzieć.
Romeo.  Ach, jak od wszystkich świateł jaśniej płonie!
Piękność jej wisi na ciemności łonie,
Jak perła droga w uszach Etiopa;
Dla biednej ziemi zbyt kosztowne lice!
W kole rówiennic unosi ją stopa,
Jak w stadzie kruków białą gołębicę.
Zbliżę się, niechaj dotknięcie jej ręki
Błogosławieństwo nade mną roztoczy.
Kochałżem dotąd? O nie! moje oczy
Prawdziwe pierwszy raz ujrzały wdzięki.
Tybalt.  To głos Monteka, jeśli się nie mylę.
Chłopcze, mój oręż! Co? toż ten niewolnik,
Śmiesznej postaci maską przyodziany,
Z naszego święta przychodzi tu szydzić?
Na jasny honor naszego imienia,
Zabić go wolno bez zgryzot sumienia!
Kapulet.  Kuzynie, jakie masz gniewu powody?
Tybalt.  Stryju, w tej masce Monteki jest młody,
Który, wmieszany w gości naszych koło,
Śmiać się z naszego święta miał przyjść czoło.
Kapulet.  Co? to Romeo?
Tybalt.  To podlec Romeo!
Kapulet.  Proszę cię, teraz zostaw go w pokoju;

Wszak nie obraził praw przyzwoitości,
A prawdę mówiąc, po całej Weronie
Prawią o jego cnotach i przymiotach.
Nie chcę za wszystkie miasta tego skarby,
By go w mym domu spotkała obelga.
Bądź więc cierpliwy, nie zważaj na niego,
To wola moja; jeśli ją szanujesz,
Miej twarz pogodną i z czoła spędź zmarszczki,
Niezgodne z celem dzisiejszego święta.
Tybalt.  Zgodne, gdy taki łotr jest naszym gościem.
Nie ścierpię tego!
Kapulet.  Musisz jednak ścierpieć.
Ha, cóż to, chłopcze? Ja powiadam, musisz!
Któryż to z dwóch nas w domu tym jest panem?
Nie ścierpisz tego? Ha! odpuść mi Boże!
W kole mych gości chcesz wywołać rozruch?
Wszystko pomieszać? Chcesz mi burdy stroić?
Tybalt.  Stryju, to hańba!
Kapulet.  Dosyć tego, dosyć!
Mości junaku, czy do tego przyszło?
Możesz się sparzyć! wiem jak rzeczy stoją —
Mnie się sprzeciwiać? W porę się wybrałeś! —
Brawo, panowie! — Jesteś impertynent!
Siedź cicho, albo — Światła więcej! — Zgroza!
Ja cię ugłaskam! — Dzieci, dalej, żwawo!
Tybalt.  Cierpliwość z gniewem, krwawe tocząc boje,
Wściekłe po żyłach mych rozlewa drżenie:
Odchodzę, ale nawiedziny twoje,
Słodkie na teraz, ja ci w żółć przemienię! (odchodzi).
Romeo  (do Julii). Gdy się me dłonie profanować ważą
Ten ołtarz święty, (jak słodka rozpusta!)
Dwa rumieniące się pielgrzymy — usta,
Ślady dotknięcia pocałunkiem zmażą.
Julia.  Myśl twa zbyt nizko o ręce twej trzyma,
Boć rąk dotknięcia pobożność nie broni;
Dłoń święci mają, a dotknięcie dłoni
Jest pocałunkiem świętego pielgrzyma.
Romeo.  Toć jak pielgrzymi święte usta mają.

Julia.  Mają, pielgrzymie, tylko do modlenia.
Romeo.  Niechże co ręce i usta działają,
Niechaj się wiara w rozpacz nie przemienia.
Julia.  Święte przyjmują pobożną pokorę.
Romeo.  Pokornych modłów niechże owoc zbiorę (całuje ją).
Ust twoich świętość z mych ust grzech omywa.
Julia.  Więc grzech ust twoich na moich spoczywa.
Romeo.  Twoich wyrzutów nie zniosę potęgi:
Oddaj mi grzech mój!
Julia.  Całujesz jak z księgi.
Mamka.  Pani, twa matka pragnie z tobą mówić.
Romeo.  Kto jest jej matka?
Mamka.  Kto? młody paniczu?
Kto jest jej matka? Pani tego domu,
A pani dobra, mądra i cnotliwa.
Córki jej, z którąś mówił, byłam mamką;
Możesz mi wierzyć, ten, co ją dostanie,
Nie umrze z głodu.
Romeo.  Kapulet jej miano?
Życie me wrogom na dług zapisano!
Benvolio.  Idźmy, czas odejść, kończy się zabawa.
Romeo.  A w duszy mojej zaczyna się wrzawa!
Kapulet.  Panowie moi, raczcie się zatrzymać;
Śmiem was zapraszać na biedną wieczerzę.
Jakto? koniecznie? A więc wam dziękuję,
Z serca dziękuję. Dobranoc! dobranoc!
Poświećcie gościom! — Idźmy więc do łóżka.

(Do drugiego Kapuleta)

Bracie, na honor, widzę, że już późno.
Idę wypocząć. (Wychodzą wszyscy prócz Julii i Mamki).
Julia.  Przybliż się, mamko. Kto to jest ten młodzik?
Mamka.  To syn i dziedzic starego Tyberya.
Julia.  A ten, co teraz do drzwi się przybliża?
Mamka.  Młody Petrukio, jeśli się nie mylę.
Julia.  A ten przy oknie, co to tańczyć nie chciał?
Mamka.  Nie znam go.
Julia.  Spytaj. Jeżeli ma żonę,
Ślubnem mem łożem grób mój tylko będzie!

Mamka.  Zwie się Romeo; jest z rodu Monteków,
Przysięgłych domu twego nieprzyjaciół.
Julia.  Wróg najdawniejszy, najczulej kochany!
Zbyt wcześnie widzian, zbyt późno poznany!
Dziwny miłości początek, przez Boga,
Mieć za kochanka domu swego wroga!
Mamka.  Co to ma znaczyć? hę, co to ma znaczyć?
Julia.  Powtarzam wiersze, których mnie nauczył
Młody mój tancerz. (Słychać za sceną: Julio!)
Mamka.  Idziemy! idziemy!
Czas i nam odejść, bo pałac już niemy. (Wychodzą).
Chór.  Namiętność dawna blednieje i kona,
Na jej mogile kwiat wyrasta nowy;
Piękność, dla której umrzeć był gotowy,
Zbladła już, Julii spojrzeniem zgaszona.
Kocha, kochany; pierś mu rozpłomienia
Czar jej źrenicy; córce przeciwnika
Jak miłość wyzna? A ona połyka
Ponętę miłość z haczyka cierpienia.
Lecz dziecię wroga jak zbliży się do niej?
Jakże jej serca namiętność odsłoni?
Kochanka jeszcze mniejsze ma nadzieje
Ujrzeć lubego ócz ogień, lic róże:
Czas i namiętność da sposób, zaleje
Morzem rozkoszy niebezpieczeństw morze.




AKT DRUGI.
SCENA I.
Otwarty plac przy ogrodzie Kapuleta.
(Wchodzi Romeo).

Romeo.  Mogęż iść dalej, gdy tu serce moje?
Idź, ciężka ziemio, środka swego szukaj!

(Drapie się na mur i zeskakuje na drugą stronę. Wbiegają: Benvolio i Merkucyo).

Benvolio.  Romeo! bracie!
Merkucyo.  Mędrszy on jest od nas,
I, stawiam głowę, oddawna już w łóżku.
Benvolio.  Biegł ku tej stronie i mur ten przeskoczył.
Wołaj, Merkucyo!
Merkucyo.  Będę go zaklinał.
Hola, Romeo! szaleńcze! kochanku!
Pokaż się, wzywam, w postaci westchnienia,
Dwa powiedz rymy, a dosyć mi będzie.
Ach, wymów, rymuj o droga! o sroga!
Znajdź chociaż słówko miłe dla Wenery,
I dla jej synka, Adama Kupida,
Ślepego synka, co strzelił tak sławnie,
Gdy król Kofetua pokochał żebraczkę. —
Lecz on nie słyszy, lecz on się nie rusza —
Zdechła małpeczka — więc zaklnę inaczej.
Więc cię zaklinam na wzrok Rozaliny,
Wysokie czoło, lica jej szkarłatne,
Nogę toczoną, łydki elastyczne,
I wszystkie miejsc tych ziemie pograniczne,
Pokaż się w twojej właściwej postaci!
Benvolio.  Jeśli cię słyszy, gotów się rozgniewać.
Merkucyo.  Temu nie wierzę. Mógłby się rozgniewać,
Gdybym w kochanki jego stawił kole
Strasznego ducha, i stać mu tam kazał,
Ażby go ona zwabiła zaklęciem;
To byłby powód; lecz ja go przyzywam
Prosto, uczciwie, w lubej jego imię
Zaklinam tylko, ażeby sam stanął.
Benvolio.  Darmo, on widzę, w drzew tych skrył się cieniu
W nocy wilgotnej szuka towarzystwa,
Bo miłość ślepa kocha się w ciemności.
Merkucyo.  Miłość, jeżeli ślepa, celu chybi.
On gotów teraz usiąść pod jabłonią
I noc przemarzyć o rajskich jabłuszkach.
A ja spać idę. Dobranoc, Romeo!
Polne to łoże zbyt zimne do spania.
Czy mamy odejść?

Benvolio.  Próżno tego szukać,
Co nie chce, żeby ludzie go znaleźli. (Wychodzą).



SCENA II.
Ogród Kapuleta.
(Wchodzi Romeo).

Romeo.  Może z ran szydzić, kto nie był raniony.

(Julia pokazuje się w oknie na górze).

Lecz cicho! Jakież światło z okna błyska?
Widzę, to wschód jest, a Julia jest słońcem.
Zejdź, piękne słońce, zabij blask księżyca,
Który już pobladł z zazdrości i gniewu,
Że piękniej jego jaśnieje kapłanka;
Odrzuć odzienie zazdrosnego bóstwa,
Tę chorowitą, westalską zieloność,
Szaleńcom tylko przystojną, o, odrzuć! —
To pani moja, to miłość jest moja!
Ach, gdyby o tem, ach, gdyby wiedziała!
Mówi, choć milczy, bo i cóż, choć milczy?
Oczy jej mówią, ja oczom odpowiem.
Lecz skąd ta śmiałość? Słowa ich nie dla mnie.
Dwie najpiękniejsze gwiazdy na błękicie,
Gdzieś biedz zmuszone, proszą, by jej oczy
Tlały w ich sferze, aż do ich powrotu.
Gdyby te gwiazdy świeciły w jej czole,
Jasne jej lica ich blaskby zgasiły,
Jak dzień blask lampy; oczy jej na niebie
Takąby strugę światłości rozlały,
Żeby się ptactwo zbudziło, jak we dnie.
Patrz, patrz, jak lica oparła na dłoni!
Czemuż nie jestem, czemuż rękawiczką,
By lic tych dotknąć!
Julia.  Niestety!
Romeo  Coś mówi.
Jasny aniele, mów jeszcze! mów jeszcze!
Bo ty nad głową mą świecisz tak jasno,

Jak świeci niebios posłaniec skrzydlaty
W osłupiałego oczach śmiertelnika,
Który upada i patrzy do góry,
Gdy anioł stąpa po leniwych chmurach,
I po niebieskich żegluje przestworzach.
Julia.  Romeo, czemuż ty jesteś Romeem!
Wyrzecz się ojca, wyrzecz się nazwiska!
Lub, jeśli nie chcesz, miłość mi przysięgnij,
A ja się zrzeknę rodu Kapuletów.
Romeo  (na str.). Jeszczeż mam słuchać? Mamże odpowiedzieć
Julia.  Wszak tylko imię twe moim jest wrogiem,
A tyś jest tobą, chociaż nie Monteki.
Cóż jest Monteki? Ni ręka, ni noga,
Ramię ni lica, ani żadna cząstka
Ludzkiego ciała. Inne weź nazwisko!
Cóż jest w nazwisku? Co różą zowiemy,
Pod innem mianem dawną woń zachowa;
Tak i Romeo, inaczej nazwany,
Zatrzyma całą drogą doskonałość.
Romeo porzuć, twoje przemień imię,
Za miano, które nie jest cząstką ciebie,
Weź, weź mnie całą!
Romeo.  Przyjmuję ofiarę!
Zwij mnie kochankiem, a przez ten chrzest nowy,
Odtąd na zawsze Romeem nie będę!
Julia.  Nocą odziany, kto moje marzenia
Śmie podsłuchiwać?
Romeo.  Jakie imię moje,
Nie wiem, i nie wiem, jak ci odpowiedzieć.
Święta, me imię jest mi nienawistne,
Gdy twoim, twoich jest nieprzyjacielem.
Zdarłbym je, gdybym miał je napisane!
Julia.  Zaledwie uszy me słów sto wypiły
Z twych ust płynących, znam przecie ich dźwięki;
Tyś jest Romeo, syn domu Monteków.
Romeo.  Piękna dziewico, jeśli cię to gniewa,
Ani Romeem, ni jestem Montekiem.
Julia.  Powiedz mi, jak tu przybyłeś i po co?

Mury ogrodu wysokie i ślizkie;
Pomnij, kim jesteś; miejsce śmiercią grozi,
Gdyby cię który z krewnych moich spotkał.
Romeo.  Miłości skrzydłem mury przeleciałem,
Bo kamień żaden miłości nie wstrzyma;
Co miłość może, miłość śmie wykonać —
Miecz twoich krewnych nie jest mi zaporą!
Julia.  Jeśli cię ujrzą, zabiją cię srogo!
Romeo.  Ach, w twej źrenicy więcej niebezpieczeństw,
Niż w stu ich szablach! tylko ty spójrz słodko,
A tarczę znajdę przeciw ich orężom.
Julia.  O, za świat nie chcę, by cię tu ujrzeli!
Romeo.  Płaszcz nocy przed ich skryje mnie oczyma.
Kochaj mnie tylko, a niechaj mnie znajdą:
Przez ich nienawiść lepiej życie skończyć,
Niż śmierć przewlekać bez twojej miłości.
Julia.  Kto ci pokazał drogę do ogrodu?
Romeo.  Miłość mi pierwsza poleciła szukać,
Dodała rady, jam dał jej me oczy.
Nie jestem majtkiem, przecież, gdybyś żyła
Na brzegach mytych przez najdalsze fale,
Po skarb tak drogi żeglowałbym śmiało.
Julia.  Gdyby mi nocy maska lic nie kryła,
Ujrzałbyś na nich dziewiczy rumieniec
Za słowa, które z moich ust wypadły.
Chętniebym chciała, wedle form zwyczajnych,
Chętnie odwołać; ale precz czcze formy!
Czy mnie ty kochasz? Wiem, że tak odpowiesz,
A ja uwierzę. Lecz, jeśli przysięgniesz,
Zdradzić mnie możesz; na kochanków zdrady
Jowisz się śmieje. Piękny mój Romeo,
Jeśli mnie kochasz szczerze, wyznaj miłość,
Lub, jeśli sądzisz, żem zbyt łatwą była,
Będę się marszczyć, gniewać, nie powtarzać,
Żebyś mnie błagał; lecz nigdy inaczej.
Piękny Monteki, zbyt, o zbyt cię kocham,
A ty mnie może nazwiesz lekkomyślną,
Choć wierzaj, znajdziesz we mnie więcej wiary,

Niż w tych, co zręczniej skłonność grać umieją.
I ja, wyznaję, mniej byłabym śmiałą,
Gdybyś podstępem nie schwytał wyrazów
Mej namiętności. Więc przebacz, mój drogi!
Lekkomyślnością nie nazywaj wyznań,
Tylko przez ciemną noc z piersi wydartych.
Romeo.  Pani, przysięgam na ten piękny księżyc,
Który wierzchołki drzew srebrem powleka —
Julia.  O, nie przysięgaj na niestały księżyc,
Który co miesiąc koło swe odmienia,
Lub miłość twoja równie zmienną będzie!
Romeo.  Na cóż mam przysiądz?
Julia.  Nie przysięgaj wcale,
Albo przysięgnij na własną twą postać,
Która jedynem jest czci mojej bóstwem,
A ja uwierzę.
Romeo.  Droga, gdy me serce —
Julia.  Nie, nie przysięgaj! choć chętnie cię widzę,
Niechętnie widzę nocne te umowy;
Zbyt są gwałtowne, nierozważne, nagłe,
Jak błyskawica na niebie, co gaśnie,
Nim rzekniesz: błysło. Słodki mój, dobranoc!
Pączek miłości ciepłe tchnienie lata,
Gdy się znów ujrzym, w kwiat może rozwinie.
Bądź zdrów! dobranoc! Niech twą pierś owionie
Ten słodki pokój, co gości w mem łonie!
Romeo.  I chcesz mnie rzucić bez żadnej pamiątki?
Julia.  Jakąż ci mogę dać pamiątkę dzisiaj?
Romeo.  Wieczną twą wiarę za wiarę mą zamień!
Julia.  Tę ci już dałam, wprzód nim zażądałeś,
Choćbym ją szczerze pragnęła odebrać.
Romeo.  Czemu, o droga, pragniesz mi ją wydrzeć?
Julia.  Tylko, ażeby dać ci ją na nowo.
Lecz o rzecz proszę, którą już posiadam;
Bo miłość moja, jak morze bez granic
I niezgłębione; im więcej ci daję,
Tem silniej czuję, że jest nieskończoną.

(Mamka woła za sceną).

Głos jakiś słyszę; bądź zdrów, mój kochanku!
Idę już, mamko! — Romeo, bądź wierny!
Zaczekaj chwilkę, bez zwłoki powrócę (oddala się).
Romeo.  Błogosławiona nocy, jak się lękam,
Aby to wszystko marzeniem nie było,
Zbyt słodkiem, pięknem, by miało być jawem!
Julia  (wraca). Trzy słowa, drogi, a potem dobranoc!
Jeśli uczciwe miłości twej cele,
Myślą małżeństwo, odpowiedz mi jutro
Przez posła, który w mem przyjdzie imieniu,
I jak i kiedy ślub chcesz zawrzeć święty;
Ja losy moje u stóp twoich złożę,
I w świat za tobą rzucę się odważnie.
Mamka  (za sceną). Pani!
Julia.  Już idę. — Gdy inaczej myślisz —
Błagam cię —
Mamka  (za sceną).Pani!
Julia.  Już idę, już idę!
Opuść mnie, zostaw mnie mojej boleści!
Pamiętaj, jutro!
Romeo.  Niech tak dusza moja —
Julia.  Dobranoc! drogi, dobranoc! bez końca (oddala się).
Romeo.  Jak ciężko odejść od ócz twoich słońca!
Kochanek spieszy do lubej wesoły,
Jak student ze szkół, od niej, jak do szkoły.

(Oddala się powoli).

Julia  (wracając). Pst! pst! Romeo! O daj mi, daj, Boże,
Głos sokolnika, by sokół mój wrócił!
Cichy niewoli jest głos i chrapliwy,
Inaczej echo zbudziłabym w skałach,
Ażby mu język bardziej niż mój ochrypł,
Mego Romea powtarzając imię.
Romeo.  To dusza moja woła me nazwisko.
Jak głos kochanki brzmi srebrno śród nocy!
To dźwięk najsłodszy dla chciwego ucha.
Julia.  Romeo!
Romeo.  Pani —
Julia.  O której godzinie

Mam jutro przysłać?
Romeo.  O dziewiątej rano.
Julia.  Dobrze. Dwadzieścia lat do tej dziewiątej!
Już zapomniałam, co chciałam powiedzieć.
Romeo.  Dozwól mi czekać, aż sobie przypomnisz.
Julia.  Byś został wiecznie, o wszystkiem zapomnę,
Tak mi jest drogie twoje towarzystwo.
Romeo.  A ja stać będę, żebyś zapomniała,
Jak jam zapomniał, o domu i ludziach.
Julia.  Już prawie ranek, pragnę, żebyś odszedł,
Tylko nie dalej jak ptaszek dziecięcia,
Które czasami biednemu więźniowi
Dozwoli skoczyć w nicianych okowach,
Lecz go jedwabnym przyciąga wnet sznurkiem,
Zazdrosne więźnia chwilowej swobodzie.
Romeo.  Chciałbym być ptakiem twoim!
Julia.  Jabym chciała!
Lecz bym cię zbytkiem pieszczot mych zabiła.
Dobranoc, drogi! Żegnając kochanka,
Powtarzałabym dobranoc do ranka. (Wychodzi).
Romeo.  Niech sen twe oczy, pokój pierś owieje!
Któż mnie w ten pokój, kto w sen ten przemieni!
A teraz mnicha śród klasztornych cieni
Wezwę pomocy, wyznam mu nadzieje. (Wychodzi).



SCENA III.
Cela Br. Laurentego.
(Wchodzi Br. Laurenty z koszykiem).

Brat Laur.  Szydzi z ciemności ranek sinooki,
Na wschodzie złotem haftując obłoki;
Noc, zataczając się jakby pijana,
Przed jasnym wozem ucieka Tytana.
Zanim się słońce na firmament wzbije,
A rosę okiem ognistem wypije,
Idę ziół szukać po łąkach i lesie,
Z których śmierć jedno, drugie życie niesie.

Natury matką i grobem jest ziemia.
Na starych grobach młody świat rozplemia;
Licznych form dzieci z świętego jej łona
Ssą słodki pokarm, którym przepełniona.
Wszystko jak różne! A wszystko to przecie
Śmiertelnych nowem dobrodziejstwem wita:
Jakaż to siła spoczywa ukryta
W każdym kamieniu, roślinie i kwiecie!
Wszystko, co widzi hydnego źrenica,
Do wielkich celów natury się przyda;
Wszystko, co ziemię dobrocią zachwyca,
W niezręcznej dłoni tylko jady wyda.
Bo są występkiem cnoty źle użyte,
Uczynek wadom blasku dodać może.
W cieniuchnej tkance kwiatów tych owite
Jad i lekarstwo jedno mają łoże.
Gdy powonienie żywot z nich wypije,
Smak zdurzy zmysły i serce zabije.
W kwiatach, jak ludziach, dwaj panują króle
Śród wiecznej wojny — dobroć i swawole,
A gdzie król złego górę brać zaczyna,
Robaka śmierci łupem jest roślina. (Wchodzi Romeo).
Romeo.  Dzień dobry, ojcze!
Brat Laur.  Błogosław ci Boże!
Kto mnie wczesnemi witać przyszedł słowy?
Synu mój, chorej dowodem jest głowy
Tak rano twoje miękkie rzucać łoże.
Troska nad starą ulata źrenicą
I czarnym skrzydłem snom przystępu broni,
Ale wezgłowie twojej młodej skroni
Snów jasnych, złotych winno być stolicą,
Twoje więc wczesne zbudzenie dowodzi,
Że coś ważnego z domu cię wygnało,
Lub, jeśli to mnie przypuszczenie zwodzi,
Bez snu Romeo noc przepędził całą.
Romeo.  Zgadłeś, choć słodsze były me marzenia.
Brat Laur.  Odpuść ci, Boże! Co? czy z Rozaliną?
Romeo.  O nie, mój ojcze! w pamięci mej giną

Z imieniem wszystkie dawnych łez wspomnienia.
Brat Laur.  Dobrze więc, synu, gdzie byłeś? mów przecie.
Romeo.  Opowiem wszystko jak posłuszne dziecię.
Z nieprzyjacioły memi ucztowałem,
Chociaż raniony sam, ranę zadałem;
Przyszedłem szukać lekarstwa u ciebie;
Zbawić nas mogą święte twoje dłonie;
Lecz nienawiści niema w mojem łonie,
Przychodzę błagać za wroga i siebie.
Brat Laur.  Synu, mów jasno; gdzie zagadką spowiedź,
Kapłańskie sądy zagadką być muszą.
Romeo.  Więc słuchaj, oto jest moja odpowiedź:
Wrogów mych córkę całą kocham duszą.
Namiętność równa pierś jej rozpłomienia;
Złączona duszą, rąk pragnie złączenia
Świętem małżeństwem. Gdzie, jak ją widziałem,
Jakem pokochał, jak miłość wyznałem,
W drodze opowiem, lecz, ojcze kochany,
Niech dłoń twa dzisiaj związek nasz poświęci.
Brat Laur.  Święty Franciszku! jak dziwne przemiany!
Czy Rozalinę wygnałeś z pamięci
Tak drogą wprzódy? Więc miłość młodzieży
Nie w serc ich głębi, lecz w oczach ich leży.
Jezu Marya! jaka łez krynica
Dla Rozaliny twe skrapiała lica!
Więc zaprawiałeś darmo łez twych solą
Miłość, gdy dzisiaj nic z niej nie zostało.
Jeszcze mnie uszy od skarg twoich bolą,
Chmur twoich westchnień słońce nie zegnało,
Jeszcześ plam nie zmył, któremi twarz twoję
Starych łez twoich oszpeciły zdroje;
Gdy żal twój twoim, ty sam sobą byłeś,
Dla Rozaliny płakałeś i żyłeś;
Dziś, jak zmieniony! W słabych mężów świecie
Niech będzie wolno upaść i kobiecie.
Romeo.  Sam potępiałeś moje przywiązanie.
Brat Laur.  Zbytek kochania, ale nie kochanie.
Romeo.  Rzuć w grób twą miłość, powtarzałeś nieraz.

Brat Laur.  Lecz nie siej nowej na mogile starej.
Romeo.  Nie gań mnie! dziewczę, które kocham teraz,
Serce dla serca, wiarę ma dla wiary,
Gdy pierwsza —
Brat Laur.  Pierwsza znała doskonale,
Żeś plótł z pamięci, na miłości karcie
Sylabizować nie umiałeś wcale.
Lecz, zmienny synu, rachuj na me wsparcie;
Może przemieni święty związek dzieci
Na czystą miłość gniew ojców głęboki.
Romeo.  Idźmy więc, sprawa nie cierpi przewłoki.
Brat Laur.  Roztropnie, zwolna! Upadnie, kto leci. (Wychodzą).



SCENA IV.
Ulica.
(Wchodzą: Benvolio, Merkucyo).

Merkucyo.  Gdzie u szatana Romeo się podział?
Czy nie powrócił dziś w nocy do domu?
Benvolio.  Nie, właśnie z jego mówiłem służącym.
Merkucyo.  Ta Rozalina, blada, z zimnem sercem
W końcu gotowa odebrać mu rozum.
Benvolio.  Krewny starego Kapuleta, Tybalt,
Do ojca jego domu przysłał pismo.
Merkucyo.  Wyzwanie, na honor.
Benvolio.  Romeo mu odpisze.
Merkucyo.  Ktokolwiek umie pisać, może na list odpowiedzieć.
Benvolio.  Nie, ale on odpisze pisarzowi, jak wyzywającemu wyzwany.
Merkucyo.  Niestety, biedny Romeo! On już umarły, zakłuty czarnem okiem białej dziewki; przestrzelony przez ucho miłosną piosneczką; sam środek jego serca rozdarty strzałą ślepego łucznika; jestże to człowiek zdolny stawić czoło Tybaltowi?
Benvolio.  A czemu nie? Któż to jest ten Tybalt?
Merkucyo.  Trochę więcej niż księciem kotów[3], możesz mi

wierzyć. Tybalt jest to waleczny kapitan punktu honoru; bije się jak ty śpiewasz z nut piosneczkę; zachowuje miarę, odległość i wszystkie prawidła sztuki; naprzód powoli, piano, raz, dwa! a za trzeciem pchnięciem, w samo serce! czysty rzeźnik jedwabnego guzika; duelista! duelista! Szlachcic pierwszego domu; wysypie ci jak z rękawa wszystkie powody, dla których wolno jest zabić człowieka. O, nieśmiertelne pchnięcie! punto reverso! raz, dwa, ha!
Benvolio.  Co?
Merkucyo.  Niech choroba tłucze tych śmiesznych, szepleniących, wymuszonych fantastyków, tych nowych przeobrazicieli akcentu! Na Jezusa, wyśmienita klinga! a to mi dryblas! a to mi kortezanka! Nie opłakanaż to rzecz, mój dziaduniu, że musimy dać się dręczyć tym cudzoziemskim muchom, tym handlarzom nowej mody, tym pardonnez-moi, którzy tak się zakochali w nowych prawidłach, że nawet butów nie chcą wkładać na stare. O ich bons! ich bons! (Wchodzi Romeo).
Benvolio.  Otóż i Romeo! otóż i Romeo!
Merkucyo.  Bez mleczu, jak śledź suszony. O ciało, ciało, jakżeś przerybione! Wszystkiem teraz dla niego, rymy w których płynęły uczucia Petrarki! ale Laura przy jego kochance byłaby pomywaczką, choć na swoje szczęście znalazła wierszokletę, który ją obrymował. Dydo, to kopciuszek; Kleopatra, to cyganka; Helena i Hero, to wytłuki; Tysbe, to sinooka dziewka do niczego. Signior Romeo, bon jour! Masz francuskie pozdrowienie twoim francuskim szarawarom. Pięknego wywinąłeś nam kominka.
Romeo.  Dzień dobry wam! Jakiego wywinąłem wam kominka?
Merkucyo.  Wywinąłeś się bardzo zgrabnie; czy nie rozumiesz?
Romeo.  Przebacz mi, dobry Merkucyo, ważne miałem do tego powody, a w takich razach wolno uchybić grzeczności.
Merkucyo.  To jakbyś powiedział, że w takich razach wolno zginać kolana.
Romeo.  Rozumie się, na znak grzeczności.

Merkucyo.  Trafiłeś; dziękuję.
Romeo.  Sam dałeś wyrazom najgrzeczniejsze tłomaczenie.
Merkucyo.  Bo też jestem różą grzeczności.
Romeo.  Różą czy różyczką?
Merkucyo.  Wybieraj.
Romeo.  Więc różyczką, jakich mam całą kępę na moich trzewikach.
Merkucyo.  Co za dowcip! Idź tylko dalej, aż podrzesz twoje trzewiczki; jak odleci podeszwa, może na boso zostanie ci sam dowcip.
Romeo.  Koncept nie kuty, sam przyznaj.
Merkucyo.  Przybądź mi na pomoc, Benvolio, mój dowcip chromieje!
Romeo.  To mu dodaj ostrogi i bata; albo inaczej zawołam: wygrana!
Merkucyo.  Jeśli mamy konceptami polować za szarą gęsią po niebie, skończyłem, bo więcej masz dzikich gęsi w jednym twoim zmyśle, niż ja we wszystkich moich pięciu. Czy ganiałem kiedy z tobą za gęsiami.
Romeo.  Nie ganiałeś ze mną za niczem, jeśli nie ganiałeś za gęsiami.
Merkucyo.  Za żart ten w ucho się uszczypnę.
Romeo.  Nie szczyp, dobra gąsko!
Merkucyo.  Twój dowcip, jak leśne jabłko, ostrym zaprawny sokiem.
Romeo.  Czy to nie najlepsza przyprawa do tłustej gęsi?
Merkucyo.  A to mi dowcip! Podobny do koźlej skóry, która, wprzód na cal szeroka, da się rozciągnąć na sążeń.
Romeo.  Więc go rozciągnę do twojego przymiotnika, który dodany do gąski, zrobi cię sążnistą gąską.
Merkucyo.  Czy to nie lepiej, jak stękać z miłości? Towarzyski teraz z ciebie człowiek; teraz jesteś Romeem; teraz jesteś tem, czem jesteś przez sztukę, jak przez naturę, gdy ta miłość, trzy po trzy plotąca, coś bardzo podobna do wielkiego prostaka, co to z wyciągniętym językiem tam i sam biega, żeby schować swoje cacko w jakiej jamie.
Benvolio.  Stój! stój!

Merkucyo.  Chcesz więc, żebym zatrzymał moją powieść w najpiękniejszem jej miejscu?
Benvolio.  Inaczej będzie bez końca.
Merkucyo.  Mylisz się, bo skrócić ją było moim zamiarem; dotarłem już do samego jej gruntu, i nie miałem chęci, na uczciwość, szermierzyć z wami dłużej.
Romeo.  A to co za straszydło? (Wchodzą: Mamka i Piotr).
Merkucyo.  Żagiel! żagiel! żagiel!
Benvolio.  Dwa nie jeden; spódnica i spodnie.
Mamka.  Pietrze!
Piotr.  Słucham!
Mamka.  Mój wachlarz, Pietrze!
Merkucyo.  Daj jej, Pietrze! niech sobie wachlarzem twarz zakryje, bo wachlarz jej piękniejszy jest od jej twarzy.
Mamka.  Dzień dobry, panowie!
Merkucyo.  Dobry wieczór, piękna pani!
Mamka.  Co? Czy to już wieczór?
Merkucyo.  Niewąpliwie. Jakto, czy nie spostrzegłaś się jeszcze, że się już dobrze pochyliłaś ku wieczorowi?
Mamka.  A to mi impertynent! Co to za człowiek?
Romeo.  Człowiek to, pani, którego Pan Bóg na wstyd swój stworzył.
Mamka.  Na uczciwość, dobrze powiedziałeś. Którego Pan Bóg na wstyd swój stworzył, powiedziałeś; wielka prawda! Panowie, czy nie może z was który powiedzieć mi, gdziebym znalazła młodego Romea?
Romeo.  Ja ci mogę powiedzieć. Lecz młody Romeo, gdy go znajdziesz, będzie starszy, niż był, gdyś go zaczęła szukać. Jestem najmłodszy tego imienia, w braku gorszego.
Mamka.  Dobrze mówisz.
Merkucyo.  Jakto? Czy gorsze staje się dobrem dla braku gorszego? Dobrze trafione, na honor, mądrze, mądrze!
Mamka.  Jeśliś jest Romeo, panie, chciałabym pomówić z tobą sam na sam.
Benvolio.  Zaprosi go na jaki lusztyk.
Merkucyo.  Rajfurka, rajfurka, rajfurka! hyża ho!
Benvolio.  Na jakąż to trafiłeś zwierzynę?

Merkucyo.  Myślę, że na słomkę. Romeo, czy wrócisz do ojcowskiego domu? Idziemy tam na obiad.
Romeo.  Pośpieszę za wami.
Merkucyo.  Żegnam cię, starożytna pani, żegnam cię, pani, pani, pani! (Wychodzą: Merkucyo i Benvolio).
Mamka.  Hm, żegnam! Powiedz mi, panie, co to za niesmaczny kupczyk, tak pełny grubych żartów?
Romeo.  Jest to panicz, mamko, który chętnie słucha własnych powieści, a który mówi więcej przez minutę, niż słucha przez miesiąc.
Mamka.  Niech się tylko poważy ze mnie drwinkować, a ja go nauczę; potrafię ja go powalić, choćby był stateczniejszy niż jest, ba! i dwudziestu takich, jak on, ichmościów; a jeśli sama nie potrafię, znajdę takich, co potrafią. Łotr przeklęty! Alboż to ja jego rajfurka? A i ty hultaju, stoisz jak drąg i pozwalasz, żeby lada łotr traktował mnie wedle upodobania!
Piotr.  Nie widziałem, żeby kto panią wedle upodobania traktował, bo gdybym widział, dobyłbym szabli co prędzej, możesz mi pani wierzyć. Dobywam szabli nie leniwiej od innego, byłem tylko widział powód dobrej sprzeczki, a miał prawo po mojej stronie.
Mamka.  Teraz, Bóg widzi, od złości trzęsę się cała. Łotr przebrzydły! Pozwól, panie, jedno słowo. A jak już powiedziałam, pani moja poleciła mi wyszukać cię; co mi poleciła powiedzieć ci, to zachowam dla siebie; ale naprzód pozwól mi powiedzieć ci, że jeśli masz ją poprowadzić do raju głupców, jak to mówią, to postąpisz sobie nieuczciwie, jak to mówią, bo to panienka młoda, a przeto, jeśli chcesz ją oszukać, lichy to prezent dla młodej szlachcianki i bardzo grzeszne postępowanie.
Romeo.  Mamko, poleć mnie twojej młodej pani. Przysięgam —
Mamka.  Co za poczciwe serce! Na uczciwość, powiem jej to wszystko; panie, panie, co tam będzie za radość!
Romeo.  Cóż jej powiesz, mamko? Jeszcze ci nic nie powiedziałem.

Mamka.  Powiem jej, panie, że przysięgasz, co, jak rozumiem, jest szlachecką propozycyą.
Romeo.  Powiedz, niech znajdzie jakikolwiek sposób
Iść do spowiedzi dzisiaj po południu,
A w swojej celi da nam brat Laurenty
Ślub z rozgrzeszeniem.
Przyjmij to za fatygę.
Mamka.  Nie, nie, panie, nie przyjmę ani szeląga!
Romeo.  Ba, ba, musisz!
Mamka.  Dziś popołudniu, panie? Dobrze, stawi się.
Romeo.  Ty mamko, czekaj za opactwa murem,
A tam służący mój przyjdzie do ciebie,
Przyniesie z sznurów plecioną drabinę,
Po której wbiegnę, pośród nocy cieniów,
Do szczytu mego wesela i szczęścia.
Bądź zdrowa! Wierność twą hojnie zapłacę.
Bądź zdrowa! Poleć mnie młodej twej pani.
Mamka.  Bóg ci błogosław! Słyszysz, mój paniczu —
Romeo.  Co chcesz powiedzieć, droga moja mamko?
Mamka.  Wiernyż twój sługa? Wszakże znasz przysłowie:
Dwóch skryje sekret, gdy go nie wie jeden.
Romeo.  Sługa mój, mamko, wierny jak żelazo.
Mamka.  Więc dobrze, panie. Moja pani jest to najrozkoszniejsza dziewczyna, Boże! Boże! kiedy jeszcze była malutkim, szczebioczącym błazenkiem — O, jest tu w mieście szlachcic, niejaki Parys, który już zagiął na nią parol, ale ona, poczciwa dusza, wolałaby raczej zobaczyć ropuchę, prawdziwą ropuchę, niż jego. Czasem, żeby drażnić, mówię: Parys, piękny to mężczyzna! a kiedy to mówię, możesz mi wierzyć, ona blednieje, jak najbielsza chusta na tym biednym świecie. Czy rozmaryn i Romeo nie zaczynają się od tej samej litery?
Romeo.  Tak jest, mamko. Dlaczego? Oba od R.
Mamka.  A, figlarzu! to psia litera. R, to dla psa dobre. Nie, to musi się zaczynać od jakiejś innej litery; ona też zrobiła najśliczniejszą przypowieść o tobie i rozmarynie, żeby ci się serce rozpłynęło, gdybyś ją słyszał.

Romeo.  Poleć mnie twojej pani.
Mamka.  Po tysiąc razy. — Pietrze!
Piotr.  Słucham.
Mamka.  Weź mój wachlarz i idź przodem, a powoli!

(Wychodzą).


SCENA V.
Ogród Kapuletów.
(Wchodzi Julia).

Julia.  Biła dziewiąta, gdym wysłała mamkę;
Za pół godziny przyrzekła mi wrócić.
Czy go nie może znaleźć? Nie, kulawa!
Miłości posłem myśli być powinny,
Które się chyżej ślizgają niż światło,
Po gór krawędziach cienie spędzające.
Wóz też miłości gołębi cug ciągnie,
A Kupid szybkie jak wiatr skrzydła nosi.
Słońce stanęło na najwyższej górze
Dziennej wędrówki; trzy długie godziny
Jak mamka wyszła, a jeszcze nie wraca!
O, gdyby miała młodą krew i czucie,
Byłaby szybką w polocie jak piłka,
Meby ją słowa podbiły ku niemu,
A ku mnie jego!
Starość jest śmiercią, przysłowie powiada,
Powolna, ciężka i jak ołów blada.

(Wchodzą: Mamka i Piotr).

Boże! to ona! Droga, słodka mamko,
Czyś go widziała? Odpraw twego sługę.
Mamka.  Pietrze, czekaj na mnie u bramy. (Piotr wychodzi).
Julia.  No, dobra mamko? Boże! skąd ten smutek?
Choć wieści smutne, praw o nich wesoło;
Gdy dobre, psujesz słodką ich muzykę,
Śpiewając o nich tak kwaśnem obliczem.
Mamka.  Jakżem zmęczona! Pozwól chwilę wytchnąć.
Ach, moje kości! Piękny miałam spacer!

Julia.  Weź moje kości, a daj twe nowiny.
No, mówże, mamko, droga mamko, mówże!
Mamka.  Jakże ci pilno! Czy nie możesz czekać?
Alboż nie widzisz, że mi tchu nie staje?
Julia.  Tchu ci nie staje? Tchu ci przecie stało,
By mi powiedzieć, że ci tchu nie staje.
Twoje wymówki więcej kradną czasu,
Niźli na całą potrzeba ci powieść.
Powiedz, czy dobre, czy złe masz nowiny?
Tak lub nie; odłóż na potem szczegóły.
Niechaj wiem tylko, czy złe są, czy dobre.
Mamka.  Słuchaj więc, lichy zrobiłaś wybór; bo to wy panienki nie umiecie wybierać mężczyzn. Romeo! nie, nie, to nie dla ciebie; choć twarz jego piękniejsza od innych, to za to noga piękniej od wszystkich nóg utoczona; a co do ręki i stopy i ciała, choć niema co o nich mówić, to przecie nieporównane. Nie jest on kwiatem grzeczności, ale ręczę, jest słodki jak baranek. Idź dalej, jakeś zaczęła, dzieweczko, a chwal Pana Boga! A czy już w domu po obiedzie?
Julia.  Nie, nie. O wszystkiem tem wiedziałam wprzódy;
Lecz co Romeo o małżeństwie mówi?
Mamka.  Ach, Boże, głowa! co ja mam za głowę!
Patrz, bije, jakby młotem mnie kto walił;
A znowu krzyż mój, o mój krzyż, o krzyż mój!
Serduszko, niech ci pan Bóg nie pamięta,
Że mi za śmiercią każesz galopować.
Julia.  Smutno mi, mamko, że czujesz się chorą,
Lecz, słodka mamko, co Romeo mówi?
Mamka.  Jak pan uczciwy, twój mówi Romeo,
Jak szlachcic grzeczny, stateczny i piękny,
A i cnotliwy. A gdzie twoja matka?
Julia.  Gdzie matka moja? W swoim jest pokoju;
Gdzieżby być miała? Dziwnie odpowiadasz:
Jak pan uczciwy twój mówi Romeo,
Gdzie matka twoja?
Mamka.  O Najświętsza Panno,
Co za gorączka! Taki to kataplazm

Przykładasz, rybko, na stare me kości?
Od dziś dnia sama rób twoje poselstwa.
Julia.  Dość ceregieli! Co Romeo mówi?
Mamka.  Masz pozwolenie dziś iść do spowiedzi?
Julia.  Mam.
Mamka.  Więc do celi śpiesz się Laurentego,
Tam już mąż młody na żonę swą czeka.
A, krew ci teraz na policzki tryska,
Lada nowina w szkarłat cię maluje!
Śpiesz do kościoła, ja znowu pobiegnę
Drabiny szukać, po której kochanek
W nocy do gniazda ptaszyny się wdrapie.
Dziś ciężar mojem tylko jest strapieniem,
Lecz i na ciebie spadnie z nocy cieniem.
Idę do kuchni, przegryść mi co trzeba,
Ty idź do mnicha.
Julia.  Do mojego nieba! (Wychodzą).



SCENA VI.
Cela Brata Laurentego.
(Wchodzą: Brat Laurenty, Romeo).

Brat Laur.  Niech ten akt święty błogosławi niebo,
Aby nam przyszłość żalu nie przyniosła.
Romeo.  Amen! Lecz wszystkie niech przyjdą boleści,
Nigdy, nie, nigdy nie zatrą rozkoszy,
Którą mi jedno spojrzenie jej daje!
Ty świętem słowem połącz dłonie nasze,
Niech potem przyjdzie śmierć wszystko trawiąca,
Dla mnie dość, że ją mogę moją nazwać.
Brat Laur.  Gwałtowna rozkosz gwałtownie się kończy,
W tryumfie kona, jako proch i ogień
Giną w całunku; i miód nazbyt słodki
Odrazę budzi zbytkiem przyjemności,
Zbytkiem słodyczy odbiera apetyt.
Więc kochaj w miarę, będziesz kochał długo:
Równo się późnią tak pośpiech jak zwłoka.

(Wchodzi Julia).

Otóż i panna, o, lekka jej stopa,
Zda się, że twardych nie trąca kamieni!
Kochanek może bezpieczną iść nogą
Po pajęczyny nitce, z którą wiatry
Letnie igrają: tak lekką jest próżność!
Julia.  O, dobry wieczór, święty spowiedniku!
Brat Laur.  Romeo dzięki za obu ci złoży.
Julia.  By mógł dziękować, pozdrawiam go pierwsza.
Romeo.  O Julio, jeśli miara twej rozkoszy
Jak moja pełną, lecz ją odmalować
Ty lepiej umiesz, to słodkim oddechem
Napełń powietrze, bogatą ust pieśnią
Rozwiń obrazy rozkoszy bez granic,
Którą w tem błogiem znajdujem spotkaniu!
Julia.  Dusza bogatsza w uczucia niż słowa,
Z uczuć się chełpi, nie z ich wyrażenia:
Żebrak, kto może skarby swoje zliczyć,
Lecz miłość moja tak w skarby urosła,
Że ich połowy zliczyć nie wydołam.
Brat Laur.  Więc idźmy; krótce zakończymy wszystko,
Bo chwil samotnych nie będziecie mieli,
Dopóki w jedno kościół dwóch nie wcieli.

(Wychodzą).



AKT TRZECI.
SCENA I.
Plac publiczny.
(Wchodzą: Merkucyo, Benvolio, Paź i Służba).

Benvolio.  Dobry Merkucyo, wracajmy do domu;
Dzień jest gorący, na ulicach wrogi,
Nie ujdziem kłótni, jeśli ich spotkamy,

Bo dzienny upał krew podsyca wściekłą.
Merkucyo.  Należysz, widzę, do liczby junaków, którzy, przychodząc do karczmy, kładą szablę na stole i mówią: daj Boże, abym cię nie potrzebował! a po drugim już kieliszku dobywają jej na karczmarczyka bez żadnej potrzeby.
Benvolio.  Czy w istocie jestem do nich podobny?
Merkucyo.  Mało od ciebie gorętszych we Włoszech i pochopniejszych do gniewu.
Benvolio.  Co więcej?
Merkucyo.  To więcej, że gdyby dwóch takich jak ty było, wkrótce nie byłoby żadnego, bo jeden zabiłby drugiego. Ty? toć ty gotów szukać zaczepki z człowiekiem za to, że ma od ciebie włos jeden więcej, lub włos jeden mniej w swojej brodzie. Gotów jesteś bić się z człowiekiem pijącym piwo dlatego tylko, że masz oczy piwne. Czyjeż drugie oko podobną wynalazłoby zaczepkę? Głowa twoja tak pełna hałaburd, jak jaje pokarmu, co nie przeszkadza, żeby nie była pusta, jak stłuczone jaje, tak była potłuczona wśród mnogich bijatyk. Poszturkałeś się z człowiekiem za to, że kaszlał na ulicy i zbudził twojego psa śpiącego na słońcu. Alboż nie porąbałeś krawca za to, że wdział nową sukmanę przed Wielkanocą, a innego znowu, że nowe trzewiki starą związał wstążeczką? A teraz prawisz mi kazanie i od kłótni wstrzymujesz?
Benvolio.  Gdybym jak ty był skłonny do bitki, sprzedałbym pierwszemu lepszemu moje życie na zupełną własność, gdyby mi godzinę i kwadrans zapewnił.
Merkucyo.  I jeszcze dobry zrobiłbyś interes.
Benvolio.  Na moją głowę, to Kapuleci!
Merkucyo.  Na moje pięty, mniejsza o to! (Wchodzi Tybalt i inni).
Tybalt.  Bądźcie gotowi; chcę z nimi pogadać —
Witam, panowie! z jednym z was dwa słowa.
Merkucyo.  Z jednym z nas dwa tylko słowa? to za mało; dodaj trochę, niech będzie naprzykład: dwa słowa i dwa cięcia.

Tybalt.  I do tego znajdziesz mnie gotowym, byłeś mi nastręczył sposobność.
Merkucyo.  A czybyś nie mógł jej znaleźć bez nastręczania?
Tybalt.  Merkucyo, ty jesteś w harmonii z Romeem.
Merkucyo.  W harmonii? cóż to? czy chcesz grajka ze mnie zrobić? Jeśli zrobisz ze mnie grajka, nie wiem jak ci będzie do smaku moje granie. Oto mój smyczek, to instrument, którym tańczyć cię nauczę! W harmonii! mospanie, zobaczymy!
Benvolio.  Wszczynacie zwadę na publicznej drodze;
Lub się oddalcie na ustronne miejsce,
Albo z krwią zimną i spokojnie mówcie,
Lub się rozejdźcie; ludzie na was patrzą.
Merkucyo.  Bóg do patrzenia dał oczy, niech patrzą.
Nie ruszę kroku dla ich przyjemności.

(Wchodzi Romeo).

Tybalt.  Zgoda więc z tobą, bo oto mój człowiek!
Merkucyo.  Niech wiszę, jeśli twoją barwę nosi;
Idź jednak w pole, on pójdzie za tobą,
I w tem znaczeniu twoim jest człowiekiem.
Tybalt.  Romeo, na mej miłości świadectwo
Powiem ci krótko: podły z ciebie nędznik!
Romeo.  Tybalt, z powodów, dla których cię kocham,
Przebaczam wściekłość, która ci te słowa
Podała w usta — nędznikiem nie jestem —
Więc bądź mi zdrowy! — widzę, że mnie nie znasz.
Tybalt.  Chłopcze, tem słowem nie potrafisz zmazać
Krzywd mi zadanych; więc dobądź oręża!
Romeo.  Niebo mi świadkiem, że cię nie skrzywdziłem;
Kocham cię więcej, niźli pojąć zdołasz,
Póki nie poznasz miłości mej przyczyn.
Więc, Kapulecie — imię, które kocham
Jak własne moje — uspokój się, proszę!
Merkucyo.  O cicha, podła, nikczemna uległość! (Dobywa oręża).
Alla stoccata zatrze jej niesławę.
Ze mną, Tybalcie, ze mną, myszołapie!
Tybalt.  Powiedz mi wprzódy, czego chcesz ode mnie?
Merkucyo.  Dobry królu kotów, jednego tylko chcę życia z

twoich dziewięciu; na teraz ośmielam się jedno to zabrać, zastrzegając sobie na później, stosownie do twojego ze mną postępowania, prawo posiekania ośmiu pozostałych. Czy raczysz twój oręż za uszy z pochwy wyciągnąć? Śpiesz się, bo inaczej świsnę ci szablą nad uszami, nim twojej dobędziesz!
Tybalt.  Jestem na rozkaz (dobywa oręża).
Romeo.  Dobry Merkucyo, włóż oręż do pochwy!
Merkucyo.  No, panie, baczność! paruj i daj cięcie! (Walczą).
Romeo.  Benvolio, śpiesz się, rozdziel wściekłe szable!
Panowie, gdzież jest, gdzie wstydu uczucie?
Tybalt, Merkucyo, wszak rozkaz książęcia
Zakazał sporów po Werony placach!
Wstrzymaj się, Tybalt! — dobry mój Merkucyo! —

(Wychodzą: Tybalt i jego Stronnicy).

Merkucyo.  Jestem raniony!
Na oba domy zaraza niech padnie!
Dał mi on paszport, a sam wyszedł cały.
Benvolio.  Rannyś?
Merkucyo.  Draśnięty; ale to wystarczy.
Gdzie paź mój? Łotrze, leć mi po doktora!

(Wychodzi Paź).

Romeo.  Bądź dobrej myśli, przyjacielu! rana nie może być głęboka.
Merkucyo.  O nie, ani tak głęboka jak studnia, ani tak szeroka jak drzwi kościelne, lecz dostateczna; właśnie co mi się należało! Pytaj się o mnie jutro, a powiedzą ci, że ruszyłem w daleką drogę. Opieprzył mnie, zaręczam, ile na tamten świat potrzeba. Morowe powietrze na oba wasze domy! Co? pies, szczur, mysz, kot na śmierć mnie zadrapał! Samochwał, łotr, nikczemnik, który się wedle arytmetycznej książki bije! Po co się u dyabła między nas wmieszałeś? Pchnął mnie pod twojem ramieniem.
Romeo.  Myśli moje były najlepsze.
Merkucyo.  Benvolio, wiedź mnie do jakiego domu,
Albo zemdleję. Mór na wasze domy!
Zrobiły ze mnie strawę dla robaków.

Mam, mam za swoje! Mór na wasze domy!

(Merkucyo i Benvolio wychodzą).

Romeo.  Dobry Merkucyo, blizki księcia krewny,
Śmiertelną ranę w mojej sprawie odniósł;
Tybalta słowa mój skaziły honor,
Tybalta, który przed krótką godziną
Krewnym mym został. — Słodka Julio moja,
Twoja mnie piękność zmieniła w niewiastę,
I stal odwagi w mych zmiękczyła myślach!
Benvolio  (wracając). Romeo, dzielny Merkucyo nie żyje!
Duch, który ziemią przedwcześnie pogardził,
Z szlachetnych piersi ku chmurom uleciał.
Romeo.  Kir tej godziny i przyszłość ocienia:
To jest początek, nie koniec cierpienia.

(Wchodzi Tybalt).

Benvolio.  Widzisz, Romeo? Tybalt wraca wściekle.
Romeo.  Merkucyo skonał, a Tybalt nie w piekle!
Łagodna myśli, powracaj do nieba!
Wiedźcie mnie teraz, furye ogniookie!
Tybalcie, teraz w twe ciskam oblicze
Nędznika imię, bo Merkucya dusza
Jeszcze nad naszą głową się unosi,
Na twoją czeka jak na towarzyszkę!
Ty, ja, lub oba musimy pójść za nim!
Tybalt.  Ty, chłopcze, jego byłeś przyjacielem,
Idźże z nim razem!
Romeo.  Niech szabla rozstrzygnie!

(Walczą; Tybalt upada).

Benvolio.  Romeo, uchodź, uciekaj bez zwłoki!
Słyszę już rozruch, a Tybalt zabity.
Czegoś osłupiał? Jeżeli cię schwycą,
Grożą ci śmiercią książęce wyroki.
Romeo.  Jestem fortuny igraszką!
Benvolio.  Czas drogi!

(Wychodzi Romeo. — Wbiegają Obywatele).

I Obyw.  Gdzie kroki zwrócił Merkucya zabójca?
Mów, gdzie morderca Tybalt zwrócił kroki?
Benvolio.  Tybalt tam leży.

I Obyw.  Paniczu, na nogi!
W imię książęcia, wstań i bądź posłuszny!

(Wchodzą: Książę, Monteki, Kapulet, ich Żony i Orszak).

Książę.  Gdzie podli sprawcy tej krwawej rozprawy?
Benvolio.  Racz mnie wysłuchać, książę mój i panie,
Powiem tok cały fatalnego sporu.
Tu przez Romea mąż zabity leży,
Co zabił twego krewnego, Merkucya.
Pani Kap.  O dziecię brata mego, o kuzynie!
Mężu — kuzynie — książę — krew wylana
Woła do ciebie jak sędzi i pana:
Niech krew Monteka za krew naszą płynie!
O Tybalt! Tybalt!
Książę.  Benvolio, kto zaczął?
Benvolio.  Tybalt, poległy od Romea dłoni.
Romeo skromnie prosił go, przekładał,
Jak było drobne sporów wszystkich źródło,
Waszej książęcej mości groził gniewem,
Z spokojną mową, łagodną źrenicą,
Ugiął kolana; próżno wzywał zgody,
Tybalt, na pokój głuchy, wściekłą ręką
Pchnął stal do piersi śmiałego Merkucya,
Ten z równym ogniem, miecz skrzyżował z mieczem.
Z rycerską wzgardą, swem lewem ramieniem
Śmierć odbił zimną, a prawem ją posłał
W piersi Tybalta, który z równą sztuką
Cios jego odparł. Romeo wołając:
Stójcie! o stójcie! szybszy od języka
Zręczną prawicą miecze ich rozdzielił,
Stanął w pośrodku; pod jego ramieniem
Zawistne cięcie Tybalta wydarło
Życie Merkucya; Tybalt potem uciekł,
Za chwilę jednak wrócił do Romea,
W którego piersiach zawrzał ogień zemsty,
I zwarli miecze jakby błyskawice,
Bo zanim szabli dobyłem, już Tybalt
Bez ducha leżał, a Romeo uciekł.
Niech umrę, książę, jeślim taił prawdę.

Pani Kap.  Pomnij, o książę, to krewny Monteka,
A przyjaźń prawdę ukrywać mu każe.
Dwadzieścia mieczów w tym błyszczało swarze,
Ażeby zabić jednego człowieka.
Sprawiedliwości domagać się muszę:
Romeo zabił, niech Romeo ginie!
Książę.  Romeo tylko wziął duszę za duszę.
Na czyjąż głowę krew Tybalta spłynie?
Monteki.  Nie na Romea; on tylko, o panie,
Wydarł, co mściwe wydarłoby prawo,
Życie Tybalta.
Książę.  Za tę zemstę krwawą
Romeo pójdzie na wieczne wygnanie,
Bo i mnie wasze dolegają boje,
Śród nich i moja krew ziemię tę plami;
Lecz tak ciężkiemi dotknę was karami
Że drogo wszyscy krew spłacicie moję.
Będę na wasze głuchy przekładania,
I bez litości na łzy i błagania.
Niech więc Romeo ucieka bez zwłoki,
Albo występek swój krwią swoją zmaże.
Weźcie to ciało — znacie me wyroki —
Zbójcą jest litość, gdy zbójcy nie karze. (Wychodzą).



SCENA II.
Pokój w domu Kapuleta.
Wchodzi Julia.

Julia.  Ognistą nogą lećcie, o rumaki,
Do Feba domu! Faeton woźnica
Jużby was biczem do zachodu przygnał,
I nocby chmurną roztoczył nad światem. —
Matko miłości, nocy! płaszcz twój rozwiń,
Niech niedojrzane mrugają źrenice,
Niedojrzanego niech ścisnę Romea!
Kochankom świeci w miłosnych obrzędach
Piękność ich własna, a gdy miłość ślepa,

Noc jej właściwa. Przyjdź, nocy poważna,
Matrono w skromnej i czarnej odzieży,
Ucz mnie, jak trzeba grę przegrać wygraną,
W której są stawką czyste dwa dziewictwa;
Krew mą wstydliwą, na licach płonącą,
Płaszczem twym osłoń, póki śmielsza miłość
Miłości czynów skromnością nie nazwie!
Nocy, Romeo, przyjdź! ty dniu śród nocy,
Przyjdź! Ty na nocy skrzydłach będziesz wisiał
Bielszy niż śniegu puch na skrzydłach kruka.
Przyjdź, piękna nocy, nocy czarnobrewa,
Przywiedź Romea! a gdy umrzeć musi,
Weź go, posiekaj na drobniuchne gwiazdy,
A on sklep nieba tak pięknie ubierze,
Że noc gwiaździstą świat pokocha cały,
I czcić nie zechce jaskrawego słońca.
Chociaż kupiłam, nie posiadłam jeszcze
Miłości domu, choć jestem sprzedaną,
Ten, co mnie kupił, jeszcze mnie nie posiadł.
Dzień ten tak długi, tak jest dla mnie nudny,
Jak noc przed świtem w niecierpliwej myśli
Małego dziecka, co odzież ma nową,
A wdziać nie może. Lecz otóż i mamka.

(Wchodzi Mamka z drabiną sznurową).

Przynosi wieści; język, co wymawia
Romea imię, niebios na wymowę.
Mamko, co słychać? Cóż to masz? Drabinę,
Którą Romeo dał ci?
Mamka.  Tak, drabinę (rzuca ją).
Julia.  Co za wieść niesiesz? Czemu ręce łamiesz?
Mamka.  O dniu niedoli! umarł! umarł! zginął!
I my zginęły, pani, my zginęły!
O dniu niedoli! zginął! poległ! umarł!
Julia.  Byłożby niebo okrutne do tyla?
Mamka.  Nie niebo, ale Romeo, Romeo!
Ktoby mógł myśleć? Romeo! Romeo!
Julia.  Czyliś złym duchem, żeby mnie tak dręczyć?
Na dnie piekielnem większej męki niema.

Sam się Romeo zabił? tak odpowiedz,
A słowo twoje zabije mnie prędzej,
Niż śmierć siejące oczy bazyliszka.
Zginęłam, jeśli odpowiesz mi tak jest,
Jeśli śmierć jego zamknęła źrenice.
Zginął czy żyje? Tak lub nie odpowiedz,
I jednem słowem losy me rozstrzygnij!
Mamka.  Widziałam ranę na własne me oczy —
Przebacz mi panie! — w męskich jego piersiach.
Ah, trup nieszczęsny, trup nieszczęsny, krwawy,
Blady jak popiół, cały krwią zbryzgany,
Krwią z własnych piersi — zemdlałam na widok.
Julia.  O pęknij serce, ubogi bankrucie!
Z jasnej swobody, oczy, do więzienia!
Niech ruch ustanie, ziemia wróci w ziemię,
Niech ją z Romeem jedno gniecie brzemię!
Mamka.  O mój najlepszy, piękny przyjacielu!
O Tybalt! Tybalt! szlachetny rycerzu!
Czemuż dożyłam, by cię martwym widzieć!
Julia.  Cóż to za burza z przeciwnych stron gnana?
Tybalt nie żyje, Romeo zabity?
Drogi mój krewny, droższy mój małżonek?
Więc, straszna trąbo, grzmij na sąd ostatni!
Kto jeszcze żyje, gdy ci dwaj zginęli?
Mamka.  Tybalt zabity, Romeo wygnany,
Romeo, jego zabójca wygnany!
Julia.  Boże! z Tybalta piersi dłoń Romea
Krew wytoczyła?
Mamka.  Ach tak! dniu nieszczęsny!
Julia.  O serce węża skryte w kwiatach twarzy!
Kiedyż smok krył się w piękniejszej jaskini?
Piękny tyranie! szatanie anielski!
Kruku z gołębiem pierzem! wściekłe jagnię!
Nikczemna duszo pod boską postacią!
Przeciwny temu, czem się być wydajesz,
Szlachetny zbrodniu! święty potępieńcze!
Naturo, po co masz zbiegać do piekła,
Gdy szatańskiego osadziłaś ducha

W śmiertelnym raju tak słodkiego ciała?
Ach, gdzież jest książka tak nikczemnej treści
Piękniej oprawna? Czemuż zdrada mieszka
W tak jasnym domu!
Mamka.  Niema w ludziach wiary,
Ni uczciwości — wszyscy są nicponie,
Wszyscy obłudni i krzywoprzysiężcy!
Gdzie mój pachołek? Daj mi akwawity —
Łzy te i smutki zrobiły mnie starą.
Wstyd ci, Romeo!
Julia.  Niech język twój uschnie
Za to życzenie! Nie na to się rodził.
Wstydby się wstydził na jego siąść czole,
Bo czysty honor, ten monarcha świata,
Nie znajdzie nigdzie jaśniejszego tronu.
A ja szalona potępić go mogłam!
Mamka.  Chcesz bronić zbójcę swojego krewnego?
Julia.  Mamże własnego potępić małżonka?
Kto w sławy twojej obronie wystąpi,
Gdy trzygodzinna potwarza cię żona?
Lecz czemuż, srogi, zabiłeś Tybalta?
Ten srogi Tybalt mężaby mi zabił.
Wróć, łzo szalona, w twe rodzime źródło!
Boleści tylko haracz ten należy,
A ty go błędnie weselu opłacasz.
Wszak mąż mój żyje! — Tybalt chciał go zabić,
A Tybalt zginął, co chciał zabić męża.
Czemuż mam płakać, gdy wszystko szczęśliwe?
Lecz mnie straszniejsze od śmierci Tybalta
Słowo zabiło, pragnę go zapomnieć;
Ale ach! do mej ciśnie się pamięci,
Jak zbrodni pamięć do grzesznika myśli.
Tybalt nie żyje, Romeo wygnany!
Ach, to wygnany, to słowo — wygnany
Dziesięć tysięcy Tybaltów zabiło.
Dość było żalu sama śmierć Tybalta;
Lub, jeśli boleść towarzystwo kocha,
I musi w parze z drugą iść boleścią,

Do „Tybalt zginął“ czemuś nie dodała:
Umarł twój ojciec, matka lub oboje;
Toby zwyczajna ludzka była boleść;
Lecz gdy za śmiercią Tybalta w odwodzie
Straszne wyrazy: Romeo wygnany,
W uszy me wbiegły, samo słów tych brzmienie
Tybalta, ojca, matkę, mnie, Romea,
Wszystkich zabija. Romeo wygnany!
Śmiertelnej treści w tych zamkniętej słowach
Niema granicy, miary, dna ni końca.
Mamko, gdzie ojciec, gdzie matka jest moja?
Mamka.  Jęczą i płaczą nad trupem Tybalta.
Czy chcesz iść do nich? Pokażę ci drogę.
Julia.  Czy łzami pragną omyć jego rany?
I ja też płaczę; Romeo wygnany!
Biedna drabino, dzielisz zawód ze mną,
Bo on wygnany, ty miałaś w noc ciemną
Romea do mej wprowadzić alkowy;
Ja zginę śmiercią dziewicy a wdowy.
Śpieszmy się, mamko, do ślubnych firanek —
Śmierć nie Romeo zabierze mój wianek!
Mamka.  Idź do alkowy; wyszukam Romea,
Niech cię pocieszy; wiem ja, gdzie go szukać.
Słuchaj, Romeo w nocnej przyjdzie porze,
U Laurentego znajdę go w klasztorze.
Julia.  Idź, daj ten pierścień memu rycerzowi,
Niech przyjdzie, wieczne pożegnanie powie!

(Wychodzą).

SCENA III.
Cela Brata Laurentego
(Wchodzą: Brat Laurenty, Romeo).

Brat Laur.  Wystąp, Romeo, ofiaro złych losów!
Niedola, zda się, zakochana w tobie,
I boleść ciebie wybrała za męża.
Romeo.  Co słychać, ojcze, jaki wyrok księcia?

Mej znajomości jakie pragną smutki,
Którychbym nie znał?
Brat Laur.  Zbyt tylko, mój synu,
Zbyt tylko dobrze znasz ich towarzystwo.
Wieść ci przynoszę o sądzie książęcym.
Romeo.  Więc sąd ten będzie sądem ostatecznym.
Brat Laur.  Z ust jego wypadł łagodniejszy wyrok:
Wygnanie ciała zamiast śmierci ciała.
Romeo.  Ha, co? Wygnanie? Powiedz: śmierć, przez litość!
Więcej ma grozy oblicze wygnania,
Niźli śmierć sama; o nie mów: wygnanie!
Brat Laur.  Tak, jesteś z murów Werony wygnany.
Lecz bądź cierpliwy, toć świat jest szeroki.
Romeo.  Nie, niema świata za murem Werony,
Lecz czyściec, męki, ale piekło samo!
Wygnanie z miasta wygnaniem jest z świata,
Wygnanie z świata śmiercią, więc wygnanie
Śmierć ubarwiona. Zowiąc śmierć wygnaniem,
Złotym toporem ucinasz mi głowę,
A na morderczy cios patrzysz z uśmiechem.
Brat Laur.  O grzech śmiertelny! o czarna niewdzięczność!
Prawo cię śmiercią karało, lecz książę
Prawo na stronę łaskawie usunął,
Śmierć, straszne słowo, zmienił na wygnanie,
Ty przecie drogiej tej nie widzisz łaski.
Romeo.  To nie jest łaską, lecz męką: tam niebo
Gdzie Julia żyje; a kot i pies każdy
I mysz najmniejsza, i płaz najpodlejszy
Żyją tu w niebie, patrzeć na nią mogą,
Gdy ja nie mogę. Więcej ma ode mnie
Powagi stanu i swobodnej woli
Mucha na ścierwie gnijącem wylęgła:
Białego cudu, rąk Julii dotyka,
Może z jej drogich ust kraść nieśmiertelność,
Które się w czystej, westalskiej skromności,
Jak na grzech na swój całunek rumienią.
To mucha może, ja uciekać muszę!
Ty przecie mówisz: nie śmiercią wygnanie,

Romeo tego nie może — wygnany!
Ach, czy nie miałeś trucizny, sztyletu,
Lub innych środków choćby najstraszniejszych,
Żeby mnie zabić, prócz słowa: wygnany?
Wygnany! Mnichu, słowo to brzmi w piekle,
Z niem płacz i jęki! Jakże miałeś serce,
Duchowny mężu, święty spowiedniku,
Grzeszników zbawco, a mój przyjacielu,
Szarpać me serce słowem tem — wygnany?
Brat Laur.  Młody szaleńcze, posłuchaj mnie chwilę!
Romeo.  Będziesz mi znowu prawił o wygnaniu!
Brat Laur.  Podam ci zbroję na odparcie słowa,
Słodkie niedoli mleko, filozofię,
Śród dni wygnania na pocieszycielkę.
Romeo.  Jeszcze wygnanie? Powieś filozofię!
Chyba że Julię filozofia stworzy,
Przesadzi miasto, księcia wyrok zniesie,
Inaczej nie mów mi o filozofii!
Brat Laur.  Widzę, że uszu nie mają szaleńcy.
Romeo.  A mądrzy oczu.
Brat Laur.  Pomówmy rozważnie
O twoim stanie —
Romeo.  Nie, ojcze, nie możesz
Mówić mi o tem, czego sam nie czujesz.
Gdybyś był młodym jak ja, gdyby Julia,
Twoja kochanka, ledwo od godziny
Twą była żoną, gdyby z twojej ręki
Jej krewny poległ, gdybyś był wygnany,
Wtedybyś mówić mógł, targać twe włosy,
I tak, jak teraz ja, na ziemię upaść,
Mierząc twem ciałem grób niewykopany!

(Rzuca się na ziemię. Słychać stukanie).

Brat Laur.  Wstań, bo ktoś puka! Ukryj się, Romeo!
Romeo.  Nie, chyba piersi zbolałej westchnienia
Jak mgła przed okiem ciekawem mnie skryją!

(Stukanie).

Brat Laur.  Słuchaj! stuk znowu! Kto tam? Wstań Romeo!
Schwycą cię, powstań, ukryj się na chwilę! (Stukanie).

Wejdź do mej celi! Zaraz. Wielki Boże!
Ach! co za upor! (Stukanie). Już idę, już idę!
Kto jesteś? Po co i skąd tu przychodzisz?
Mamka  (za sceną). Otwórz, a moje poselstwo ci powiem.
Od Julii, pani mej, przychodzę.
Brat Laur.  Witaj!

(Wchodzi Mamka).

Mamka.  O święty mnichu, powiedz, święty mnichu,
Gdzie męża pani mej, Romea, znajdę.
Brat Laur.  Tam, pijanego własnych oczu łzami.
Mamka.  Ach, on jest właśnie tak jak pani moja,
Jak pani moja!
Brat Laur.  Bolesna sympatya!
Stan opłakany!
Mamka.  I ona tak leży,
Szlocha i płacze, i płacze i szlocha.
Brat Laur.  Wstańże więc, wstańże; wstań, jeśliś jest mężem!
Dlaczego wpadłeś w tak głęboką rozpacz?
Romeo.  Mamko!
Mamka.  Ach, panie! Ba! śmierć kończy wszystko.
Romeo.  Mówisz o Julii? O, cóż Julia myśli?
Czy myśli, żem jest zatwardziałym zbójcą,
Kiedym naszego szczęścia czysty ranek
Splamić się ważył krwią tak krwi jej blizką?
Ach, gdzież jest ona? Co myśli, co mówi
O związku w samym zawiązku zerwanym?
Mamka.  Nic, nic nie mówi, lecz płacze i płacze,
Pada na łoże, to znowu się zrywa,
To woła: Tybalt! to woła: Romeo!
I znowu pada.
Romeo.  Jakgdyby to imię,
Z śmiertelnej paszczy działa wyzionięte,
Tak ją zabiło, jak już jej krewnego
Zabiła ręka tego, co je nosi!
Powiedz mi, ojcze, w której cząstce ciała
Mieszka me imię? Powiedz, niech sam zburzę
Dom ten przeklęty! (Dobywa miecza).
Brat Laur.  Wstrzymaj dłoń rozpaczy!

Jestżeś ty mężem? Jesteś, woła postać,
Ale łzy twoje niewieście, twa wściekłość
Jest bezrozumnem szaleństwem zwierzęcia.
Szpetna niewiasto w urodziwym mężu,
W ludzkiej postaci szpetne raczej zwierze,
Jakżeś mnie zdziwił! Na mój święty zakon,
O harcie twoim lepsze miałem myśli!
Sam chcesz się zabić, zabiwszy Tybalta?
Chcesz zabić żonę, co życiem twem żyje,
Pełniąc na sobie potępieńca dzieło?
Czemu klniesz życie i niebo i ziemię,
Gdy życie, kiedy i niebo i ziemia
Zbiegły się spólnie, aby ci dać istność,
A ty chcesz teraz wszystkie razem stracić.
Fe, wstydzisz postać twą, miłość i rozum!
Jak lichwiarz skarby posiadasz bogate,
Lecz nie używasz z tą rzetelną miarą,
Co twej postaci byłaby ozdobą,
Twojej miłości i twego rozumu.
Kształt twój szlachetny formą jest woskową,
Bez hartu męża i bez wytrwałości;
Twoje przysięgi czczem krzywoprzysięstwem,
Gdy tę mordujesz, którąś przysiągł kochać;
Rozum, piękności i miłości krasa,
Skrzywiony, błędnym jest ci przewodnikiem;
Jak proch w żołnierza niezręcznego rogu,
Przez twoją własną nieświadomość spłonął,
Zamiast cię bronić, szarpie twoje ciało.
Wstań! dosyć płaczu. Julia twoja żyje,
Dla której byłeś przed chwilą umarły;
W tem szczęście twoje; Tybalt chciał cię zabić,
Ty go zabiłeś, i w tem znowu szczęście;
Surowe prawo jak przyjaciel zmienia
Śmierć na wygnanie; trzeci szczęścia dowód.
Błogosławieństwo na skroń twoją spływa
I szczęście strojne twojej szuka łaski,
Ty je odpychasz jak niesforna dziewka,
I fochy stroisz miłości i szczęściu.

O strzeż się! Tacy marnie umierają.
Idź do kochanki, jak była umowa,
Pociesz stroskaną w samotnej alkowie,
Lecz wróć, nim straże będą rozstawione,
Bo się inaczej nie przedrzesz do Mantuy,
Gdzie będziesz czekał, aż znajdziemy porę
Twój ślub rozgłosić, pogodzić rodziny,
Przebłagać księcia, wyjednać ci powrót
Z rozkoszy dwakroć sto tysięcy więcej,
Niż stąd unosisz żalu i rozpaczy.
Idź naprzód, mamko, poleć mnie twej pani,
Niechaj dom cały do spoczynku nagli;
W powszechnym żalu łatwo jej to będzie;
Romeo wkrótce pośpieszy za tobą.
Mamka.  O panie, jabym całą noc tu stała
Słuchać słów mądrych. Co to jest nauka!
Mamże powiedzieć pani, że pan przyjdzie?
Romeo.  A dodaj, niech się przygotuje gromić.
Mamka.  Kazała panu oddać ten pierścionek.
Lecz śpiesz się, panie, bo noc już jest późna.

(Wychodzi).

Romeo.  O, jakże moje odżyły nadzieje!
Brat Laur.  Śpiesz się! Dobranoc! Pamiętaj, co mówię:
Lub wyjdź, nim straże będą rozstawione,
Lub ze dnia świtem uciekaj przebrany.
Czekaj w Mantuy; przez twego człowieka
Odbierzesz wieści od czasu do czasu,
Cokolwiek tutaj dobrego wypadnie.
Daj teraz rękę, już późno, dobranoc!
Romeo.  Szczęście bez granic wzywa mnie, inaczej
Rozstanie nasze byłoby śród płaczy.
Bądź zdrów! (Wychodzą).



SCENA IV.
Pokój w domu Kapuletów.
(Wchodzą: Kapulet, Pani Kapulet, Parys).

Kapulet.  Rzeczy tak wzięły nieszczęśliwy obrót,

Że z córką mówić nie mieliśmy czasu.
Patrz, ona czule kochała Tybalta
I jam go kochał, rodzim się, by umrzeć!
Już późno, darmo czekać na nią dzisiaj.
Wierz mi, że gdyby nie twe towarzystwo,
Byłbym już w łóżku od jakiej godziny.
Parys.  Czas żalu złym jest czasem do zalotów.
Pani, dobranoc! Poleć mnie twej córce.
Pani Kap.  A jutro rano myśl jej wyrozumię;
Dziś sama z swoim zamknęła się smutkiem.
Kapulet.  Słuchaj, Parysie, przyrzekam ci śmiało
Córki mej miłość; sądzę, że mej woli
Chętnie usłucha; nie, więcej, nie wątpię.
Żono, dziś jeszcze staraj się z nią widzieć,
Powiedz jej, że ją syn mój Parys kocha,
I nie zapomnij dodać: w przyszłą środę —
Lecz nie, co dzisiaj?
Parys.  Poniedziałek, panie.
Kapulet.  A, poniedziałek; środa więc zawcześnie,
Ale we czwartek. Powiedz jej: we czwartek
Musi być żoną szlachetnego hrabi.
Czy będziesz gotów? Czy dobry ten pośpiech?
Bez ceremonii, jeden, dwóch przyjaciół,
Bo widzisz, Tybalt niedawno zabity,
A światby myślał, gdybyśmy hulali,
Że lekceważym naszego krewnego.
Kilku więc tylko zaprosim przyjaciół,
I na tem koniec. Co mówisz na czwartek?
Parys.  Chciałbym, ażeby ten czwartek był jutro.
Kapulet.  Dobrze; dobranoc! Niech będzie więc czwartek.
Ty, idź do Julii, nim pójdziesz do łóżka,
Myśl jej przygotuj do blizkiego ślubu.
Bądź zdrów, Parysie! — Światła do mej izby!
Na honor, tak już późno, że za chwilę
Będzie nie wieczór, lecz ranek. Dobranoc!

(Wychodzą).

SCENA V.
Balkon pokoju Julii.
(Wchodzą: Romeo i Julia).

Julia.  Już chcesz odchodzić? Dzień jeszcze daleko.
To głos słowika, ale nie skowronka
Uderzył ostro twe strwożone ucho.
Wierzaj mi, drogi, to piosnka słowika:
Co noc on śpiewa na tamtym granacie.
Romeo.  Nie, to skowronek, zwiastunek poranka;
Nie, to nie słowik! Patrz, droga, na wschodzie
Zazdrosne pręgi strzępią już obłoki;
Wygasły lampy nocne; dzień wesoły
Pnie się po góry wilgotnych krawędziach:
Muszę pójść i żyć, lub zostać i umrzeć!
Julia.  Ja wiem, że światło to nie jest dnia światłem.
To jest meteor słonecznych wyziewów,
Aby śród nocy jak pochodnia gorzał,
Aby ci świecił w drodze do Mantuy.
Więc zostań! nie masz przyczyny się śpieszyć.
Romeo.  Niech mnie schwytają, niechaj mnie zabiją;
Umrę szczęśliwy, gdy ty tego pragniesz!
Powiem: ta siność nie jest ranka okiem,
Lecz Cyntyi czoła bladem jest odbiciem;
To nie skowronek pieśń poranną dzwoni
Śród niebios sklepu, wysoko nad głową.
Więcej mam chęci zostać niż uciekać.
Więc witaj, śmierci! Julia tego pragnie.
Tak, duszo moja, dzień jeszcze daleko!
Julia.  Nie, nie, to dzień już; uciekaj! uciekaj!
O, to skowronek, który nad głowami
Ostry, nieznośny ton z gardzieli rzuca.
Skowronek, mówią, słodko pieśni dzieli:
O nie, nie słodko gdy dzieli kochanków!
Gadają także ludzie, że skowronek
Zamienił oczy z obrzydłą ropuchą;
Ach, jakbym chciała, by zmienił i pieśni,

Gdy cię tak nagle z objęć mych wydziera,
Ze dniem cię pędzi jak myśliwca w knieje!
Uciekaj, drogi! Na ziemię noc spada.
Romeo.  Na świat dzień, na nas boleści noc blada!

(Wchodzi Mamka).

Mamka.  Pani!
Julia.  Mamko?
Mamka.  Idzie do ciebie pani, twoja matka.
Dzień już; bądź baczną — drogi czas tracicie.
Julia.  Więc, okno, wprowadź dzień, wyprowadź życie!
Romeo.  Julio, bądź zdrowa! Pocałuj! Bądź zdrowa!

(Spuszcza się na dół).

Julia.  Ach, już odchodzisz, mężu, przyjacielu!
Przysyłaj wieści co dzień, co godzina,
Dnie bowiem długie w każdej są minucie;
A tą rachubą przywalą mnie lata,
Nim znowu mego zobaczę Romea.
Romeo.  Bądź zdrowa! Częste odbierzesz poselstwa
Miłości mojej i moich pozdrowień.
Julia.  Romeo, czyliż spotkamy się znowu?
Romeo.  Nie wątp na chwilę, a nasze boleści
Najsłodszych rozmów staną się przedmiotem.
Julia.  O Boże! dusza moja smutki wróży:
Zda się, że widzę cię nizko, tak nizko,
Jak martwe ciało na zimnem dnie grobu.
Lub wzrok mnie myli, lub bladyś, Romeo.
Romeo.  I na twe lica bladość spadła nowa:
Boleść krew naszą pije. Bądź mi zdrowa! (Znika).
Julia.  Fortuno, ludzie niestałą cię zowią;
Jeśliś niestałą, co zrobisz z Romeem
Słynnym z swej wiary? O bądź, bądź niestałą!
To mi go może nie zatrzymasz długo,
Lecz mi go wrócisz.
Pani Kap.  (za sceną).Córko, czyś już wstała?
Julia.  Kto mnie tam woła? Czy to matka moja?
Tak późno czuwa, czy wstała tak rano?
Co za niezwykły sprowadza ją powód?
Pani Kap.  (wchodząc). Jak się masz, Julio?

Julia.  Matko, jestem chora.
Pani Kap.  Czy zawsze płaczesz po Tybalta śmierci?
Czyliż go łzami wymyć chcesz z mogiły?
Choćbyś wymyła, wskrzesić go nie zdołasz.
Więc skończ, bo smutek w miarę znaczy miłość,
Lecz zbytek smutku, znaczy brak rozumu.
Julia.  Dozwól mi płakać po tak ciężkiej stracie!
Pani Kap.  Uczujesz stratę, ale przyjaciela
Nie wskrzesisz płaczem.
Julia.  Lecz tak czując stratę,
Muszę, o matko, płakać przyjaciela.
Pani Kap.  Wiem, córko, płaczesz nie tak, że on zginął,
Jak, że dotychczas podły żyje zbójca.
Julia.  Kto podły, matko?
Pani Kap.  Ten podły Romeo.
Julia.  Sto mil od siebie podłość i Romeo!
Przebacz mu Boże! Ja z serca przebaczam,
Choć nikt tak ciężko nie zranił mi serca.
Pani Kap.  To stąd pochodzi, że zdrajca ten żyje.
Julia.  O, tak jest, matko, od tych rąk daleko.
O, gdybym była Tybalta mścicielką!
Pani Kap.  Nie smuć się, córko, dosięgnie go zemsta.
Więc przestań płakać. Znam kogoś w Mantuy,
(Gdzie ten wygnany kryje się włóczęga)
Który mu poda tak zaprawną czarę,
Że się niedługo z Tybaltem połączy,
A wtedy, myślę, twoje łzy osuszysz.
Julia.  O matko, nigdy nie będę szczęśliwą,
Póki Romea nie ujrzę — umarłem —
Serce jest moje tą dotknięte stratą.
Gdy znajdziesz kogo, coby do Mantuy
Truciznę poniósł, sama ją zaprawię
Tak, że Romeo, ledwo ją wychyli —
Uśnie w pokoju. Z jakąż słyszę grozą
Romea imię — a pójść doń nie mogę —
Ażeby miłość moją dla Tybalta
Pomścić na piersiach Tybalta zabójcy!
Pani Kap.  Znajdź tylko środki, ja znajdę człowieka. —

Lecz teraz, dziewczę, dobrych słuchaj nowin.
Julia.  A na czas radość w dniu przybywa żalu!
Co za nowiny, droga moja matko?
Pani Kap.  Więc słuchaj, dziecię, dobrego masz ojca,
Który, by z twoich myśli ciężar odjąć,
Nagle ci, Julio, wybrał dzień wesela,
Co ani tobie ani się mnie śniło.
Julia.  Co za dzień, matko, i co za wesele?
Pani Kap.  Więc tylko słuchaj, córko: w przyszły czwartek
Waleczny, młody i szlachetny Parys
Nazwie cię, w Piotra świętego kościele,
Szczęśliwą żoną, szczęśliwy małżonek.
Julia.  Na święty kościół i świętego Piotra,
Parys nie nazwie mnie szczęśliwą żoną!
Dziwi mnie pośpiech; mamże oddać rękę
Wprzód, nim mąż przyszły zaloty rozpoczął?
Proszę cię, powiedz ojcu, memu panu,
Że nie chcę męża; gdy zechcę, przysięgam,
Wezmę Romea, choć go nienawidzę,
Wprzód nim Parysa. Rozkoszne nowiny!
Pani Kap.  Otóż twój ojciec, powiedz mu to sama,
Zobacz, jak przyjmie twoje oświadczenie.

(Wchodzą: Kapulet i Mamka).

Kapulet.  Gdy słońce zajdzie, ziemia rosą płacze;
Lecz po zachodzie syna mego brata
Deszcz spadł ulewą.
Cóż tam, panienko? Jakto, jeszcze we łzach?
Deszcz i deszcz ciągle? W twojem małem ciałku
Barkę i morze i wiatr naśladujesz:
Bo oczy twoje, które morzem nazwę,
Z łez mają fale słone, śród nich barka,
Ciało, żegluje; wiatrem są westchnienia,
Które, szalejąc śród twych łez powodzi,
Pochłoną twoje skołatane ciało
Bez nagłej ciszy. — No, i jakże, żono,
Nasz dekret czy już objawiłaś córce?
Pani Kap.  Ona nic nie chce, dziękuje za wszystko.
Bodajby z grobem ślub wzięła, szalona!

Kapulet.  Powoli żono, powoli, zobaczmy!
Jakto, nic nie chce? Czy nam nie dziękuje,
Żeśmy niegodnej wynaleźli przecie
Tak szlachetnego, dostojnego męża?
Julia.  Nie jestem pyszną, ale jestem wdzięczną.
Nie chcę się pysznić tem, co złe jest dla mnie,
Lecz za złe nawet z serca wam dziękuję,
Gdy złe to było natchnięte miłością.
Kapulet.  A to co znowu? Skąd ta filozofia?
Pyszną — dziękuję — dziękuję i nie chcę!
Tylko bez dzięków, tylko bez pysznienia,
Piękniuchne nóżki przygotuj na czwartek,
I marsz z Parysem do świętego Piotra,
Lub cię na stryczku pociągnę! rozumiesz?
Wybladły trupie, precz, ty markietanko!
Łojowa świeczko!
Pani Kap.  Fe, fe! czyś oszalał?
Julia.  Dobry mój ojcze, na klęczkach cię błagam,
Dozwól mi jedno choć słowo powiedzieć.
Kapulet.  Zgiń, buntownico! młoda markietanko!
Słuchaj — we czwartek idź mi do kościoła,
Lub mi się więcej nie pokaż na oczy!
Bądź cicho, nie mów, ni mi odpowiadaj —
Palce mnie świerzbią! — Skarżyłem się nieraz,
Że mi Bóg jedno zesłał tylko dziecię,
Lecz i to jedno jest jedno za wiele.
Ona się stała dla nas tylko klątwą!
Precz, nic dobrego!
Mamka.  Błogosław jej Boże!
Źle robisz, panie, że ją tak traktujesz.
Kapulet.  Trzymaj, ty mędrku, język za zębami,
Twoją roztropność dla kum twoich schowaj!
Mamka.  Złego nie mówię.
Kapulet.  Szczęść ci, panie Boże!
Mamka.  Nie możnaż mówić?
Kapulet.  Milcz, głupia trajkotko!
Pleć twoje duby przy kumek kieliszku,
Mnie ich nie trzeba!

Pani Kap.  Zbyt jesteś gorący!
Kapulet.  Na Boga, to mi odbierze mój rozum!
We dnie i w nocy, śród zabaw i pracy,
Sam, czy śród tłumu, troszczyłem się tylko,
Jakby ją wydać; a kiedy znalazłem
Męża, znanego z szlachetności rodu,
Z wielkich talentów, majątku, młodości,
Honorem, jak to mówią, nadzianego,
Postaci, jakiej serce życzy mężom —
Aż ci tu prawi płacząca waryatka,
Skwircząca lalka, na dane jej szczęście:
Nie chcę iść za mąż, ani kochać mogę —
Jestem zbyt młoda — błagam — racz przebaczyć!
Nie chcesz iść za mąż? I owszem, panienko,
Żyj odtąd trawą, lecz precz z mego domu!
Pamiętaj tylko, ze mną żartów niema!
Czwartek już blizko; połóż dłoń na sercu;
Jeśliś ty moją, dam cię Parysowi,
Gdy nie, idź, żebraj, zdychaj na ulicy,
Albo się powieś, bo na duszę moją,
To co posiadam, nie dla ciebie będzie!
Ty wiesz, że łamać przysięgi nie zwykłem (wychodzi).
Julia.  O, czyliż niema w niebiosach litości
Widzącej głębie mojego cierpienia?
Choć ty mnie droga nie odpychaj matko!
Zwlecz to małżeństwo na miesiąc, na tydzień,
Lub każ postawić moje ślubne łoże
W ciemnym grobowcu, w którym Tybalt spoczął!
Pani Kap.  Nie mów już do mnie, nie chcę odpowiadać;
Co chcesz, rób teraz, jam z tobą skończyła!

(Wychodzi).

Julia.  O Boże! — Mamko, jak temu przeszkodzić?
Mąż mój na ziemi, wiara moja w niebie;
Jakże ta wiara wrócić ma na ziemię,
Póki małżonek nie ześle jej z nieba,
Ziemię rzucając? — O pociesz mnie, ratuj!
Jak mogło niebo na tak ciężką próbę,
Tak jak ja, słabe wystawić stworzenie?

Co mówisz? Nie maszli pociechy słowa?
Ratuj mnie, mamko!
Mamka.  Słuchaj więc mej rady:
Romeo wygnan; świat przeciw niczemu,
Że lub się nigdy do ciebie nie zgłosi,
Lub, jeśli zgłosi, to chyba ukradkiem;
Kiedy więc rzeczy tak stoją, jak stoją,
Sądzę, najlepiej będzie wziąć hrabiego.
Miły pan z niego; twój Romeo przy nim
Zda mi się ścierką; a sam orzeł, pani,
Nie ma tak żywych i tak jasnych oczu
Jak hrabia Parys. Niech zginę, serduszko,
Jeśli nie myślę, że drugie małżeństwo
Lepsze niż pierwsze; a choćby nie było,
Pierwszy mąż umarł — tak dobrze jak umarł,
Kiedy pożytku z życia jego nie masz.
Julia.  Czy z serca mówisz?
Mamka.  I z serca i z duszy,
Lub niech przepadnę!
Julia.  Amen!
Mamka.  Co to znaczy?
Julia.  Niemało wlałaś mi pociechy w serce.
Idź, powiedz matce, żem poszła do celi
Brata Laurenta, obraziwszy ojca,
Grzechy mu wyznać, dostać rozgrzeszenie.
Mamka.  Idę natychmiast — a rozumnie robisz (wychodzi).
Julia.  Ha, zły szatanie! stary potępieńcze!
Większymli grzechem zbrodnię mi tę radzić,
Lub czernić męża tym samym językiem,
Którym go wprzódy nad miarę wielbiłaś
Po tysiąc razy? — Precz, radco! na przyszłość
Pomiędzy nami rozbrat wiekuisty.
Więc do klasztoru! niech Laurenty radzi;
Śmierć mi zostanie, jeśli wszystko zdradzi (wychodzi).




AKT CZWARTY.
SCENA I.
Cela Brata Laurentego.
(Wchodzą: Brat Laurenty i Parys).

Brat Laur.  We czwartek, mówisz? Czas to nazbyt krótki.
Parys.  To jest życzenie ojca Kapuleta,
A nie ja pewno wstrzymam jego pośpiech.
Brat Laur.  Mówisz, że nie znasz serca twojej przyszłej:
Droga to krzywa i nie po mej myśli.
Parys.  Płacze bez miary po Tybalta śmierci,
Dlategom mało o miłości mówił:
Nie w domu płaczu Wenus się uśmiecha.
Jej ojcu przytem zda się niebezpieczno,
Że się tak czarnej boleści poddaje,
I w swej mądrości dzień ślubu przyśpiesza,
Ażeby łez jej potop zatamować;
Bo co samotność na myśl jej przywodzi,
Może z jej myśli wygnać towarzystwo.
Znasz teraz wszystkie powody pośpiechu.
Brat Laur.  (na str.). Jak chciałbym nie znać powodów odwłoki!

(Wchodzi Julia).

Patrz, narzeczona do mej dąży celi.
Parys.  Szczęśliwe zejście, pani ma i żono!
Julia.  Być może, jeśli mogę być twą żoną.
Parys.  Droga, to może, musi być we czwartek.
Julia.  A co być musi, będzie.
Brat Laur.  Tekst niemylny.
Parys.  Czy się do Ojca spowiadać przychodzisz?
Julia.  Odpowiedź na to byłaby spowiedzią.
Parys.  Miłości dla mnie nie zaprzyj się przed nim.
Julia.  Przed tobą wyznam, że kocham go szczerze.
Parys.  Wyznasz, nie wątpię, że mnie także kochasz.
Julia.  Gdy wyznam, ceny wyznaniu dorzucę,
Mówiąc nie w oczy, ale za oczyma.

Parys.  Łzy, biedna duszo, twarz ci oszpeciły.
Julia.  Łzy te nie wielkie zwycięstwo odniosły:
Twarz była szpetną już przed ich napaścią.
Parys.  Łzy cię skrzwdziły mniej niż twoje słowa.
Julia.  Nie jest potwarzą, panie, co jest prawdą;
A co mówiłam, mówiłam mej twarzy.
Parys.  Twarz ta jest moją, mą własność potwarzasz.
Julia.  Twoją być może, moją bowiem nie jest. —
Mój święty ojcze, maszli chwilę wolną,
Albo czy wrócić mam podczas nieszporów?
Brat Laur.  Córko boleści, jestem teraz wolny.
Błagam, racz, panie, zostawić nas samych.
Parys.  Broń Boże, bym miał modlitwy przerywać! —
Julio, we czwartek obudzę cię wcześnie;
Teraz, tym czystym żegnam cię całunkiem.

(Wychodzi).

Julia.  Zamknij drzwi, ojcze, a potem płacz ze mną:
Niema lekarstwa, ratunku, nadziei!
Brat Laur.  O Julio, znam już wszystkie twe boleści;
Ich ciężar cały mój przygniata rozum.
Wiem już, że musisz, nic dnia nie odwlecze,
We czwartek przyszły hrabiemu dać rękę.
Julia.  Nie mów mi, ojcze, że o tem słyszałeś,
Póki nie powiesz, jak temu zaradzić.
Gdy mi w mądrości twej pomódz nie możesz,
Mój tylko zamiar twem stwierdź przyzwoleniem,
A nóż ten, ojcze, zaradzi wszystkiemu.
Bóg związał serca nasze, a ty ręce,
A nim ta ręka, dana Romeowi,
Zostanie nowych związków ręczycielką,
Nim zbuntowane, wierne moje serce
Pierwszą swą miłość dla nowej poświęci,
Rękę i serce sztylet ten zatrzyma!
Ty, ojcze, długiem doświadczeniem mądry,
Ty daj mi radę, lub patrz, w twoich oczach
Sędzią pomiędzy mną a mą rozpaczą
Nóż krwawy będzie, i skończy zatargi,
Których trybunał twych lat i mądrości

Rozwikłać nie mógł na drodze honoru!
I czemuż milczysz? Do mogiły wzdycham,
Jeśli w twych słowach lekarstwa nie znajdę.
Brat Laur.  Słuchaj mnie, córko, jest jeszcze nadzieja,
Choć wykonanie jest straszne i groźne,
Jak jest nieszczęście, które wstrzymać chcemy!
Lecz jeśli raczej, niż pojąć Parysa,
Do samobójstwa czujesz siłę woli,
Nie zadrżysz, myślę, przed pozorem śmierci,
Aby odegnać grożącą ci hańbę,
Ty, co chcesz umrzeć, aby jej uniknąć!
Jeśli masz serce, lekarstwo ci podam.
Julia.  O, każ mi raczej, niż Parysa pojąć
Skoczyć z najwyższych wieży tamtej szczytów!
Gnaj mnie po drodze rozbójników pełnej,
Każ spać w jaskini, gdzie wężów siedlisko,
Do ryczącego przykuj mnie niedźwiedzia,
Albo śród nocy w kośnicy mnie zamknij,
Pokrytej szatą kości grzechoczących,
Pożółkłych czaszek, spróchniałych goleni,
Każ mi w grób skoczyć wykopany świeżo,
I tam mnie owiń w umarłego całun!
Wszystko, na czego wspomnienie wprzód drżałam,
Spełnię bez trwogi, spełnię bez wahania,
Bylem żyć mogła nieskalaną żoną!
Brat Laur.  Więc idź do domu, bądź wesołą, przyrzecz
Hrabiemu rękę oddać. Jutro środa;
Jutrzejszej nocy staraj się być samą,
Z twojej alkowy mamkę nawet oddal.
Weź tę flaszeczkę, gdy wejdziesz do łoża,
Wychyl aż do dna płyn dystylowany,
A wnet po wszystkich żyłach twych przeleci
Zimno i senność; twej krwi pulsa wszystkie
Swój bieg zwyczajny zatrzymają nagle,
Ciepło ni oddech życia nie poświadczą;
Róże ust twoich i twoich lic zwiędną,
Jak gdy śmierć życia jasny dzień zamyka,
I każdy członek straci życia gibkość,

Zdrętwieje, zmarznie, jak umarłe ciało.
W tem pożyczonem śmierci podobieństwie
Całe czterdzieści dwie godzin zostaniesz,
Potem się zbudzisz, jak ze snu błogiego.
Skoro więc młody przyjdzie oblubieniec
Zbudzić cię rano, umarłą cię znajdzie.
Wtedy, jak ziemi zwyczajem jest naszej,
W ślubnych osłonach, z odkrytem obliczem.
Do rodzinnego poniosą cię grobu,
I w temże samem zamkną cię sklepieniu,
Gdzie Kapuletów ród spoczywa cały.
Ja z mojej strony, zanim się rozbudzisz,
Listem Romea o wszystkiem uprzedzę;
On tu pośpieszy, będzie czuwał ze mną
Nad twem zbudzeniem, i tej samej nocy
Mąż cię powiedzie z sobą do Mantuy.
To cię od hańby obecnej uwolni,
Jeśli niewieścia trwoga albo zmienność
Do wykonania sił ci nie odejmą.
Julia.  Daj mi, o daj mi, a nie mów o trwodze!
Brat Laur.  Weź i powracaj. Bądź mężną, szczęśliwą
W twoim zamiarze! Wyślę do Mantuy
Braciszka z listem do twojego męża.
Julia.  Miłości, daj mi męstwo i zbawienie!
Bądź zdrów, mój ojcze! (Wychodzą).



SCENA II.
Dom Kapuletów.
(Wchodzą: Kapulet, pani Kapulet, Mamka i Słudzy).

Kapulet.  Zaprosisz wszystkich, których tu imiona.

(Wychodzi Służący).

Ty najm dwudziestu ćwiczonych kucharzy.
2 Służący.  Nie przyprowadzę jednego partacza, bo każdego stawię wprzódy na próbę, czy umie oblizywać sobie palce.
Kapulet.  I to ma być dowodem doskonałości?

2 Służący.  Zły to kucharz, panie, co nie oblizuje swoich palców. Kucharz przeto, który nie oblizuje swoich palców, nie może się spodziewać mojego zamówienia.
Kapulet.  Dość tego, w drogę! (Wychodzi Służący).
Lękam się, żeby nie brakło nam czasu. —
Czy córka poszła do brata Laurenta?
Mamka.  Tak jest.
Kapulet.  To dobrze. On może ją zmieni,
Tę krąbrną, zmienną i upartą dziewkę.

(Wchodzi Julia).

Mamka.  Patrz, jak wesoła od spowiedzi wraca.
Kapulet.  Cóż to krąbrnico? Gdzież to się włóczyłaś?
Julia.  Gdzie nauczyłam szczerej się pokuty
Za grzech śmiertelny nieposłusznej woli
Twoim rozkazom; święty więc zakonnik
Do nóg mi twoich polecił się rzucić,
O przebaczenie błagać. Błagam, przebacz!
Odtąd na zawsze twej ulegam woli.
Kapulet.  Posłać po hrabię, donieść mu o wszystkiem;
Węzeł ten jutro rano muszę związać.
Julia.  Młodego hrabię w klasztorze spotkałam,
I tam, o ile dozwalała skromność,
Moich mu uczuć odkryłam tajniki.
Kapulet.  Cieszę się szczerze; to dobrze — wstań, córko —
Tak być powinno! — Muszę widzieć hrabię.
Hej, czy nie słyszysz? Idź, poproś go do mnie! —
Klnę się na Boga, świętemu mnichowi
Cała Werona dług wdzięczności winna!
Julia.  Czy chcesz pójść mamko, do mego pokoju,
Wybrać w ubiorach i klejnotach moich,
Co będzie trzeba na jutrzejsze święto?
Pani Kap.  Nie, nie, do czwartku jeszcze dosyć czasu.
Kapulet.  Idź, idź z nią, mamko! Jutro, do kościoła!

(Julia i Mamka wychodzą).

Pani Kap.  Nie będzie czasu na przygotowania,
Wszak już noc prawie.
Kapulet.  Ja za tem pochodzę;
Licz na mnie; wszystko znajdziesz w pogotowiu.

Ty idź do Julii, pomóż jej w ubraniu,
Ja nie śpię dzisiaj — zostaw mi rzecz całą —
Na ten raz jeden będę gospodynią. —
Hola! a, wszyscy wyszli; sam więc pójdę,
Aby Parysa przygotować umysł
Na dzień jutrzejszy. Lżej mi coś na sercu,
Gdy się tak nagle upór dziewki zmienił (Wychodzą).



SCENA III.
Pokój Julii.
Wchodzą: Julia i Mamka.

Julia.  Ten strój najlepszy. Ale, dobra mamko,
Przez noc tę, proszę, zostaw mnie samotną,
Bo długie, długie muszą być modlitwy,
Zanim się niebo uśmiechnąć mi raczy,
Bo jestem pełna cierpienia i grzechów.

(Wchodzi pani Kapulet).

Pani Kap.  Jeszcze zajęte? Czy mogę wam pomódz?
Julia.  Nie, matko, z mamką już wybrałam wszystko,
Co mi przystało na jutrzejszy obchód.
Teraz racz, matko, zostawić mnie samą,
Pozwól niech mamka noc przeczuwa z tobą,
Bo jestem pewna, że masz pełne ręce
Nagłych przyrządzeń.
Pani Kap.  Więc Julio, dobranoc!
Idź i wypocznij; trzeba ci spoczynku.

(Wychodzi z Mamką).

Julia.  Bądź zdrowa! Bóg wie, kiedy się zobaczym!
Zimna obawa drga po moich żyłach
I wszystko ciepło żywotne wymraża.
Baz jeszcze jeden przywołam je do mnie,
Może obecność ich doda mi siły.
Mamko! — Lecz po co mamka w mym pokoju?
Sama odegrać scenę muszę straszną.
Witaj, napoju! —
Lecz jeśli napój bez skutku zostanie?
Mamże hrabiemu rękę jutro oddać?

Nie — to poradzi — i ty przy mnie spocznij!

(Kładzie sztylet).

Lecz jeśli sztucznie zakonnik zaprawił
Napój trucizną, przez obawę hańby,
Którąby nowy ślub na niego ściągnął,
Gdy mój z Romeem ślub poświęcił wprzódy?
Być może, jednak nie chcę temu wierzyć,
Bo świętość była czynów jego piętnem.
Lecz cóż? Gdy ciało moje w grobie zamkną,
A ja się zbudzę zanim mnie Romeo
Wybawić przyjdzie? o, co za okropność!
Czy mnie zatęchłe nie zdusi sklepienie,
W którego zgniłe usta nigdy świeży
Oddech nie wleciał, nim Romeo przyjdzie?
Lub choćbym żyła, czy stać się nie może
Że myśl okropna i śmierci i nocy,
Złączona z grozą samotnego miejsca,
Głuchego sklepu, omszonego grobu,
W którym od wieków przodków moich kości
Zwalone razem leżą pogrzebane;
Gdzie krwawy Tybalt zieleni się jeszcze,
Gnije w całunie; gdzie, jak powiadają,
Schodzą się duchy o północnej dobie;
O Boże, Boże! czy stać się nie może,
Że rozbudzonej grobowe wyziewy,
Głosy jak ziemi wyrwanych pokrzyków,
Które śmiertelnym rozum odbierają,
I mnie, zbudzonej, obłąkają zmysły,
Tą hydną zewsząd owiewanej trwogą?
Będęż się bawić kośćmi ojców moich?
Wyrwęż z całunu krwawy trup Tybalta,
I wściekła, mego pradziada piszczelem
Cierpiącą głowę strzaskam jak maczugą?
Patrz! Zda się, widzę już, jak duch Tybalta
Romea ściga, który jego ciało
Orężem przeszył; wstrzymaj się, Tybalcie!
O mój Romeo, na zdrowie twe piję!

(Rzuca się na łoże).

SCENA IV.
Sala w domu Kapuleta.
(Wchodzą: pani Kapulet, Mamka).

Pani Kap.  Mamko, weź klucze, idź przynieś korzeni.
Mamka.  Wołają o daktyle i pigwy do pasztetu.

(Wchodzi Kapulet).

Kapulet.  No, dalej! żwawo! Już drugi piał kogut,
Już na pacierze dzwonią, biła trzecia.
Droga Agnieszko, dojrzyj pieczystego,
Nie żałuj kosztów.
Mamka.  Mój panie kucharzu,
Spaćbyś już poszedł; jutro będziesz chory
Za noc bezsenną.
Kapulet.  Nie, nie troszcz się o mnie;
Dla mniejszych przyczyn nie jednąm noc czuwał,
A bezsenności zdrowiem nie płaciłem.
Pani Kap.  O, w swoim czasie byłeś myszołapem;
Ja teraz czuwam, żebyś tak nie czuwał.

(Pani Kapulet i Mamka wychodzą).

Kapulet.  Ha! zazdrość, zazdrość!

(Wchodzą Służący z rożnami, drzewem i koszami).

A to co ma znaczyć?
Służący.  Coś dla kucharzy, panie, lecz co, nie wiem.
Kapulet.  Więc śpiesz się tylko! (Pierwszy służący wychodzi).
Przynieś suchszych drewek;
Zawołaj Piotra, on ci wskaże miejsce.
2 Służący.  Mam jeszcze głowę, aby znaleźć klocek,
I Piotra o to nie będę kłopotał (wychodzi).
Kapulet.  Dobrze, na Boga! Wesoły bękarcie,
Robię cię królem wszystkich suchych klocków.
Za chwilę hrabia z muzyką przybędzie;
Tak mi powiedział. (Muzyka za sceną). Otóż go i słyszę.
Hej, mamko, żono! Hej tam, mamko, mamko!

(Wchodzi Mamka).

Idź, obudź Julią, a ustrój ją pięknie,
Ja tu gawędą zabawię Parysa.

Śpiesz się, pan młody gotowy już czeka;
Śpiesz się, powtarzam! (Wychodzą).



SCENA V.
Pokój Julii.
(Julia na łożu. Wchodzi Mamka)

Mamka.  Pani! hej, Julio! Bóg widzi, jak drewno!
Baranku! Pani! A fe, fe, ty śpioszko!
Kochanko! Pani! Serduszko! Ni słowa —
Oblubienico! Śpisz za twe trzy grosze,
Śpijże za tydzień, bo przyszłą noc, ręczę,
Tak hrabia Parys w myśli postanowił,
Nie zmrużysz oka. Odpuśćże mi, panie,
Odpuść i Amen! Jak twardo zasnęła!
Muszę ją zbudzić. Pani, pani, pani!
Niechże cię hrabia w łóżku jeszcze znajdzie,
Toż cię przestraszy! Co, czy nie przestraszy?
Jakto? ubrana? Ubrana a w łóżku?
Muszę ją zbudzić. Pani, pani, pani!
Przebóg! Ratujcie! Pani ma umarła!
O dniu nieszczęścia! Czemuż się rodziłam!
Hej, akwawity! O pani! o pani!

(Wchodzi pani Kapulet).

Pani Kap.  Cóż to za krzyki?
Mamka.  O dniu opłakany!
Pani Kap.  Cóż się to znaczy?
Mamka.  Patrz! patrz! Dniu boleści!
Pani Kap.  O ja nieszczęsna! Dziecię, życie moje,
Ożyj, spójrz na mnie, albo umrę z tobą!
Boże! Ratujcie! Wołaj o ratunek! (Wchodzi Kapulet).
Kapulet.  Śpieszcie się z Julią, przez Boga! Mąż czeka.
Mamka.  Julia umarła, umarła, niestety!
Pani Kap.  O dniu nieszczęsny! umarła! umarła!
Kapulet.  Ha, niech zobaczę! Niestety! ostygła,
Krew jej zamarzła, członki jej stężały,
Te usta z życiem rozstały się dawno.

Śmierć pierś jej gniecie, jak zawczesne szrony
Najsłodsze kwiaty na zielonem polu.
Mamka.  Dniu opłakany!
Pani Kap.  O czasie boleści!
Kapulet.  Śmierć, co ją wzięła, a każe mi jęczeć,
Wiąże mi język i odbiera mowę.

(Wchodzi: Brat Laurenty i Parys z muzyką).

Brat Laur.  Czy do kościoła gotowa iść panna?
Kapulet.  Tak jest, gotowa — by nigdy nie wrócić!
Synu, tej nocy, przed twoim dniem ślubnym
Śmierć z twoją żoną spała; patrz, tam leży
Ten kwiatek śmierci dotknięciem przekwitły!
Śmierć zięciem moim, śmierć moim dziedzicem;
Śmierć córkę moją pojęła! Niech umrę,
Bo życie tracąc, śmierci oddam wszystko!
Parys.  Po toż tak chciwie na ten dzień czekałem,
Aby mi takie przyniósł widowisko?
Pani Kap.  Dniu nienawistny, nieszczęsny, przeklęty!
Chwili czarniejszej od ciebie nie widział
Czas śród prac wiecznych swojego pielgrzymstwa!
Jedno, jedyne, biedne, drogie dziecię,
Jedno stworzenie na pociechę naszą,
A śmierć okrutna i to nam wydziera!
Mamka.  O biada! O dniu bolesny! bolesny!
Najopłakańszy dniu, najboleśniejszy
Z wszystkich bolesnych dni mego żywota!
Dniu, o dniu, o dniu, o dniu nienawistny!
Dnia czarniejszego nikt nie widział jeszcze.
Dniu opłakany! o dniu opłakany!
Parys.  Zdradzon, skrzywdzony, rozwiedzion, zabity!
Śmierci obrzydła, przez ciebie zdradzony,
Przez ciebie, sroga, zgubiony na zawsze!
Miłości! życie! Nie życie, lecz w śmierci
Miłości!
Kapulet.  Wzgardzon, męczony, zabity!
Okrutny czasie, i po cóż przyszedłeś,
Ażeby zabić, zabić święto nasze?
O dziecię, dziecię! Duszo ma, nie dziecię!

Umarłaś! Boże! Umarło me dziecię!
Z niem cała moja radość pogrzebana!
Brat Laur.  Wstydź się! Skończ skargi! Lekarstwem rozpaczy
Nie rozpacz będzie. Miałeś z niebem udział
W dziewicy życiu: dziś niebo ma wszystko,
I tylko lepsza w tem dziewicy dola.
Twej cząstki bronić od śmierci nie mogłeś,
Niebo zachowa swoją w wiecznem życiu.
Jej podwyższenia nad wszystko szukałeś,
Jej podwyższenie twoim było rajem,
A teraz płaczesz, gdy jest podwyższoną
Nad chmury ziemskie, jak niebo wysoko?
W twojej miłości źle twe kochasz dziecię,
Gdy rozum tracisz, widząc ją szczęśliwą.
Złe to zamęźcie w zamęźciu żyć długo:
Co młodo zmiera, najszczęśliwsza żona.
Osusz łzy twoje, rzuć kwiat rozmarynu
Na trup ten piękny, a starym zwyczajem,
W ślubnych osłonach ponieś do kościoła!
Choć serce boli a oko łzy leje,
Z tych łez natury rozsądek się śmieje.
Kapulet.  Wszystkie zachody na weselny obrząd
Nagle na czarny zmieniają się pogrzeb;
Muzyka nasza na dzwon melancholii,
Weselne krzyki w smutne grobów święto,
Hymn uroczysty na pogrzebne pienie;
Weselne kwiaty stroją łono trupa,
I wszystka radość na boleść się zmienia.
Brat Laur.  Odejdź stąd, panie, ty, pani, idź za nim,
I ty, Parysie! Za chwilę nam trzeba
Trup piękny zanieść do jego mogiły.
Za grzechy wasze to nieba skaranie:
Niech kary nowej nie budzi szemranie!

(Wychodzą: Kapulet, pani Kapulet, Parys i Brat Laurenty).

I Muzyk.  Na uczciwość, możemy, jak widzę, zapakować nasze piszczałki i odejść.
Mamka.  O przyjaciele zabierzcie, odejdźcie!
Widzicie sami jak wielkie nieszczęście (wychodzi).

I Muzyk.  To prawda. Co za szkoda, że nie możemy rzeczy naprawić! (Wchodzi Piotr).
Piotr.  Muzykanci, o muzykanci! Wesołe serce, Wesołe serce, o, jeśli chcecie, żebym żył, zagrajcie mi Wesołe serce!
I Muzyk.  Dlaczego koniecznie Wesołe serce?
Piotr.  O muzykanci, bo własne moje serce gra mi Serce bolesne, zagrajcie mi więc jaką wesołą dumkę na pocieszenie.
2 Muzyk.  Nie czekaj od nas dumki; nie pora teraz grać dumki.
Piotr.  Więc nie chcecie?
I Muzyk.  Nie.
Piotr.  Nie? To ja wam muszę zagrać.
I Muzyk.  A co nam zagrasz?
Piotr.  Zagram wam coś takiego, że będziecie skakali jak jeszcze nikt nie skakał przy waszej muzyce, rzępoły!
I Muzyk.  Co? ty fagasie!
Piotr.  Ten fagas zagra wam takie fa, jakiego jeszcze nigdy nie słyszałeś, ten fagas przyłoży swój fagasowski nóż do twojej pałki, a to bez żadnej pauzy.
I Muzyk.  A ja ci twoje ra i twoje fa wypiszę gółkami na gółce.
2 Muzyk.  Schowaj lepiej nóż a wydobądź dowcip.
Piotr.  A chcecie się na dowcip próbować? W to mi graj! Zbiję was na leśne jabłko ostrym dowcipem, a schowam mój ostry nóż do pochwy. Odpowiedz mi jak mężczyzna:
Gdy jęczy serce pod ciężkim ciosem,
Gdy troski umysł pokryją nocą,
Wtedy muzyka srebrnym swym głosem —
Dlaczego srebrnym głosem? Dlaczego muzyka srebrnym swym głosem? Co ty na to, Szymonie Baraniakiszko?
I Muzyk.  Dlaczego? rzecz jasna, bo srebro słodki dźwięk wydaje.
Piotr.  Doskonale! A co ty powiesz Jacku Bałabajko?
2 Muzyk.  Ja powiem: dlatego srebrnym głosem, że muzykanci grają dla srebra.
Piotr.  I to niezgorzej. A twoje jakie zdanie, Jakóbie Brzęczadło?
3 Muzyk.  Jeśli mam prawdę powiedzieć, to nie wiem dlaczego.
Piotr.  O przebacz! Ale ty jesteś raczej śpiewakiem niż

muzykantem. Więc ja ci powiem, dlaczego — muzyka srebrnym swym głosem mówią — srebrnym głosem, bo podobne wam rzępoły nie często dostają złoto za swoje rzępolenie.
Wtedy muzyka srebrnym swym głosem
Krzepi upadłych prędką pomocą.

(Wychodzi śpiewając).

I Muzyk.  Powiedz, czy to nie łotr zapowietrzony?
2 Muzyk.  Na szubienicę z nim, Jakóbie! Ale wejdźmy do domu, poczekamy na pogrzeb i zostaniemy na stypę.

(Wychodzą).



AKT PIĄTY.
SCENA I.
Ulica w Mantuy.
(Wchodzi Romeo).

Romeo.  Jeśli mam wierzyć pochlebnej snu prawdzie,
Marzenie moje blizką wróży radość.
Władca mych piersi siadł wesół na tronie;
I dzień ten cały niezwykłe wesele
Myśli mnie skrzydłem nad ziemię wyrzuca.
Umarłem we śnie, przyszła moja żona —
Dziwne marzenie — co myśl daje zmarłym,
Całując, takiem natchnęła mnie życiem,
Żem znowu ożył i byłem cesarzem.
Ileż w miłości posiadanej skarbów,
Gdy cień miłości w radość tak bogaty!

(Wchodzi Baltazar).

Wieści z Werony! Cóż tam, Baltazarze?
Od Laurentego czy przynosisz listy?
Czy żona moja, czy ojciec mój zdrowi?
Jak się ma Julia, jeszcze raz się pytam.

Wszystko szczęśliwe, gdy ona szczęśliwa!
Baltazar.  Ona szczęśliwa, wszystko więc szczęśliwe,
Gdyż w Kapuletów grobie śpi jej ciało,
Duch nieśmiertelny z aniołami żyje!
Widziałem, jak ją w przodków grób złożono,
I z smutną wieścią śpieszyłem do ciebie.
Przebacz mi, panie, nowiny bolesne,
Lecz sam powinność tę na mnie włożyłeś.
Romeo.  Czy tak? Więc gwiazdy, wyzywam was wszystkie!
Wszak wiesz, gdzie moje tutaj jest mieszkanie,
Tam atramentu i papieru przynieś,
A zamów konie — wyjeżdżam tej nocy.
Baltazar.  Błagam cię, panie, w cierpliwość się uzbrój!
Twarz twoja blada, dzikie twoje oczy
Nieszczęście wróżą.
Romeo.  Mylisz się; bądź cicho!
Opuść mnie, wolę moją spiesznie wypełń!
Od Laurentego nie przynosisz listów?
Baltazar.  Nie, dobry panie.
Romeo.  Mniejsza o to! odejdź
I zamów konie; czekaj mnie za chwilę.

(Wychodzi Baltazar).

Tej nocy, Julio, i ja z tobą spocznę!
Myślmy o środkach. O złe, jak ty szybko
Znajdujesz drogę do myśli rozpaczy!
Pamiętam dobrze, gdzieś tutaj w sąsiedztwie
Dom aptekarza, którego widziałem
W podartej sukni, z zapadniętą rzęsą,
Jak zioła zbierał; twarz jego wychudła,
Ostry ząb nędzy do kości go wyjadł;
W ubogim sklepie wypchany krokodyl,
Żółw morski wisiał, przytem ryb potwornych
Skór długie rzędy; w około po szafach
Żebracza pustych pudełek wystawa,
Słoje, pęcherze, zatęchłe nasiona,
Resztki szpagatu, wywietrzałe róże
Porozrzucane jakgdyby na pokaz.
Nędzę tę widząc, rzekłem sam do siebie:

Gdyby truciznę chciał kto w Mantuy kupić,
Chociaż jej sprzedaż prawo śmiercią karze,
Tu mieszka nędzarz, co ją sprzedać gotów.
Myśl ta, jak widzę, było to przeczucie,
I ten sam nędzarz sprzedać mi ją musi.
To jest dom, jeśli pamięć mnie nie myli.
Żebrak w świąteczny dzień zamknął aptekę.
Hej! aptekarzu! (Wchodzi Aptekarz).
Aptekarz.  Kto głośno tak woła?
Romeo.  Przybliż się, słuchaj! Widzę, żeś jest biedny;
Weź te czterdzieści dukatów, daj za nie
Dozę trucizny, ale tak potężnej,
Że w chwili, w której z krwią żył się pomiesza,
Człowiek, znużony życiem, padnie trupem,
A dusza z ciała wypadnie gwałtownie,
Jak proch, za iskry dotknięciem, wyrzuca
Fatalne brzemię z dział żelaznej piersi.
Aptekarz.  Mam tę truciznę, ale jej sprzedawcę
Śmiercią ścigają mantuańskie prawa.
Romeo.  Nagi i pełny cierpienia i nędzy
Umrzeć się lękasz? Głód na twoich licach,
Z ócz twych wygląda ucisk niedostatku,
Na grzbiecie twoim pogarda z żebractwem!
Twym przyjacielem nie jest świat ni prawa.
Świat nie ma prawa, aby cię zbogacić,
Złam prawo, weź to, i przestań być biednym.
Aptekarz.  Nie moja wola, ubóstwo zezwala.
Romeo.  Nie twoją wolę, ubóstwo twe płacę.
Aptekarz.  Wsypiesz ten proszek w jakikolwiek napój,
A gdy wypijesz, chociażbyś miał siły
Dwudziestu mężów, upadniesz bez ducha.
Romeo.  Weź twoje złoto, gorszą dusz truciznę,
Większego zbójcę na tym podłym świecie,
Niż proszki, których wzbroniona ci sprzedaż:
Nie ty mnie, ja ci sprzedałem truciznę.
Bądź zdrów, kup jadła i porośnij w ciało.
Witaj, nie śmierci, lecz życia napoju!
Przez ciebie z Julią spocznę mą w spokoju. (Wychodzą).



SCENA II.
Cela Br. Laurentego.
(Wchodzi Brat Jan).

Brat Jan.  Hej, świątobliwy bracie franciszkański!

(Wchodzi Br. Laurenty).

Brat Laur.  Głos, który słyszę, to głos brata Jana.
Witaj z Mantuy! Co Romeo mówi?
Lub daj list, jeśli myśl swoją wypisał.
Brat Jan.  Kiedym chciał znaleźć drogi towarzysza,
Jednego z braci bosych Franciszkanów,
Który w tem mieście schorzałych nawiedzał,
Wszedłem do domu, aż tu straże miasta,
Myśląc, że oba weszliśmy do domu,
Gdzie swoje rządy rozpostarła dżuma,
Na drzwiach zamkniętych pieczęć przyłożyły,
Wstrzymały gwałtem podróż do Mantuy.
Brat Laur.  Ale kto poniósł mój list do Romea?
Brat Jan.  Nie mogłem posłać, sam ci go odnoszę,
Bo nikt go z mojej przyjąć nie chciał ręki,
Tak wszystkich trwoga zarazy owiała.
Brat Laur.  Okrutny losie! Na mój święty zakon,
List nie był fraszką, ale pełny wagi
I drogich wieści, a niebezpieczeństwem
Niedbalstwo grozi. Śpiesz się, bracie Janie,
Znajdź mi żelazny lewar, i bez zwłoki
Do mej go celi przynieś.
Brat Jan.  Śpieszę, bracie.

(Wychodzi).

Brat Laur.  Teraz samotny śpieszę do grobowca.
Za trzy godziny Julia się obudzi.
Będzie mnie gromić, że o tych wypadkach
Romeo żadnej wieści nie otrzymał.
Ale powtórne wyślę mu poselstwo,
A ją tymczasem w mojej schowam celi.
Trup żywy w grobie umarłych zamknięty!

(Wychodzi).

SCENA III.
Cmentarz. Grobowiec rodziny Kapuletów.
(Wchodzą: Parys i Pai z kwiatami i pochodnią).

Parys.  Daj mi pochodnię, trzymaj się w oddali,
Lub zgaś ją wprzódy; nie chcę być widzianym;
Tam pod cisami połóż się na ziemi,
I przyłóż ucho do grobów rozgłośnych,
A każda stopa, co wnijdzie na cmentarz
Tysiącznych mogił drążony wykopem,
Uszu twych dojdzie; świśnij wtedy głośno,
Będzie to znakiem, że ktoś się przybliża.
Oddaj mi kwiaty. Zrób, jak powiedziałem.
Paź.  Chociaż się lękam na głuchym cmentarzu
Samotny zostać, odważę się jednak. (Wychodzi).
Parys.  Kwiatku, na ślubne twe łoże kwiat rzucam!
Ach! firankami twemi proch i kamień!
Co noc pokropię twój grób pachnidłami,
Lub łzami, które jęczenie wyciśnie.
Wieczną żałobą, znamieniem mej straty
Łzy moje będą i te wonne kwiaty! (Paź śwista).
Paź znać mi daje, że ktoś się przybliża.
Jakaż przeklęta noga śpieszy tędy
Przerwać pogrzebne miłości obrzędy? (Kryje się).

(Wchodzą: Romeo i Baltazar, z pochodnią, motyką i t. d.).

Romeo.  Daj mi motykę i żelazny lewar.
Weź list ten; pomnij, jak tylko zaświta.
Oddać go ojcu mojemu i panu.
Daj mi pochodnię. Jeśli kochasz życie,
Cokolwiek ujrzysz, cokolwiek usłyszysz,
Nie przychodź moich przerywać zatrudnień!
Do łoża śmierci zstępuję samotny,
Aby oblicze mojej żony ujrzeć,
Lecz przedewszystkiem, aby zdjąć z jej palca
Pierścień kosztowny, który mi posłuży
Do wielkich celów. Odejdź więc na stronę.
Lecz gdy zazdrosną pchnięty ciekawością

Wrócisz szpiegować, co potem zamierzam,
Niebo mi świadkiem, podrę cię na części
I po zgłodniałym cmentarzu rozsieję!
Czas i me myśli dzikie są i srogie,
I tysiąc razy są nieubłagańsze,
Niż tygrys głodny lub ryczące morze!
Baltazar.  Nie będę, panie, twych przerywał działań.
Romeo.  Tem mi okażesz przyjaźń. Przyjm to, proszę.
Żyj, bądź szczęśliwy! Bądź zdrów, dobry sługo!
Baltazar.  Pójdę się ukryć śród blizkich drzew cienia;
Trwożą mnie jego słowa i spojrzenia. (Wychodzi).
Romeo.  Ty śmierci łono, przeklęta gardzieli,
Najdroższym ziemi kąskiem nasycona,
Tak twą przegniłą paszczękę otwieram,

(Łamie drzwi grobowca).

Na przekór więcej dorzucę ci strawy!
Parys.  To głos dumnego wygnańca Monteki,
Zbójcy Tybalta, po którego stracie
Żal, mówią, zabił to piękne stworzenie!
Przychodzi teraz zemstę swoją sycić
Na trupach zmarłych: pójdę go zatrzymać.

(Występuje).

Dłoń świętokradzką wstrzymaj, nikczemniku!
Zemstę posunąć chcesz za śmierci krańce?
Podlezę skazany, więźniem jesteś moim,
Woli mej słuchaj, umrzeć bowiem musisz!
Romeo.  O tak jest, muszę i po tom tu przybył.
Dobry młodzieńcze, o, nie kuś rozpaczy!
Oddal się, błagam; pamięć tych umarłych
Niech cię przerazi; błagam cię, młodzieńcze,
Grzechu nowego na mą skroń nie rzucaj,
Wściekłość mą budząc! Niebo mi jest świadkiem,
Lepiej cię kocham, niż siebie, o, odejdź!
Sam przeciw sobie przychodzę tu zbrojny;
Nie czekaj — odejdź — żyj, a potem powiedz,
Że cię szaleńca litość ocaliła!
Parys.  Z twojej litości i zaklęć twych szydzę.
Jesteś mym więźniem jako praw gwałciciel.

Romeo.  Czy mnie wyzywasz? Więc weź, czego chciałeś!

(Walczą).

Paź.  Biją się, Boże! Biegnę straży wołać.
Parys.  Jestem zabity! (Pada). Jeżeli masz litość,
Otwórz grobowiec i złóż mnie przy Julii! (Umiera).
Romeo.  Wolę twą spełnię. Zobaczmy twarz jego.
Szlachetny Parys a krewny Merkucya.
Co mówił sługa, gdy myśl skołatana
Na słowa jego w drodze nie baczyła?
Mówił, że Parys Julią miał poślubić.
Czy mi to mówił? czy o tem marzyłem?
Lub czy szalony, gdy o Julii mówił,
Tak uroiłem? O daj mi dłoń twoją,
Wraz ze mną w księgę niedoli wpisany!
W grób tryumfalny zwłoki twoje złożę —
W grób? W gmach światłości, zabity młodzianie,
Bo tu śpi Julia, piękność jej grób ciemny
Przemienia w salę zalaną światłością!
Przez umarłego śpij tu pogrzebany.

(Składa Parysa w grobowcu).

Jak często ludzie w śmierci swej godzinie
Byli weseli! To stróże ich zowią
Błyskiem przed śmiercią; lecz jakże ja mogę
Błyskiem to nazwać? O kochanko! żono!
Śmierć, co wyssała miód twoich oddechów,
Twojej piękności panią jeszcze nie jest,
Niezwyciężona chorągiew piękności
Jeszcze na licach twoich się rumieni,
Śmierci się sztandar nie przybliżył do nich!
Tybalcie, w krwawych leżysz tu osłonach?
Mogęż ci większe dać zadośćczynienie,
Jak ręką, która twą rozcięła młodość,
Zabić młodziana, twojego wprzód wroga?
Przebacz, Tybalcie! Czemuś, droga Julio,
Tak piękna jeszcze? Ach! czyliż mam wierzyć,
Że bezcielesna śmierć kocha się w tobie,
Że cię ten potwór wychudły, okropny,
W tych kryje cieniach jak swoją kochankę?

Bojąc się tego, przy tobie zostanę,
Nigdy od tego nocy ciemnej zamku
Nie zwrócę kroku: tutaj, tu zamieszkam,
Z służebnicami twemi robakami;
Tu się na wieczny położę spoczynek,
Tu gwiazd złowróżbych ciężkie zrzucę jarzmo
Z mojego ciała znużonego światem.
Oczy me, dajcie ostatnie spojrzenie!
Ramiona, dajcie ściśnienie ostatnie!
Usta, ostatni przyłóżcie całunek,
Pieczęć wiecznego ze śmiercią przymierza!
Pójdź, towarzyszu, gorzki przewodniku,
Wściekły sterniku, i popchnij od razu
Na skały morskie łódkę skołataną!
Do ciebie droga! (pije). Słowny aptekarzu,
Napój skutkuje! całując, umieram. (Umiera).

(Z przeciwnej strony cmentarza wchodzi Br. Laurenty z latarnią, motyką i lewarem).

Brat Laur.  Święty Franciszku, pomóż mi! Jak często
Stare się nogi potknęły na grobach!
Kto tam?
Baltazar.  Przyjaciel i stary znajomy.
Brat Laur.  Bóg ci błogosław! Dobry przyjacielu,
Co za pochodnia blask pożycza słaby
Bezocznym czaszkom i grobów robakom?
Zda się, że świeci w grobie Kapuletów.
Baltazar.  Tak, święty ojcze, a przy niej jest pan mój,
Którego kochasz.
Brat Laur.  Kto mówisz?
Baltazar.  Romeo.
Brat Laur.  A od jak dawna?
Baltazar.  Przeszło pół godziny.
Brat Laur.  Śpiesz do grobowca ze mną!
Baltazar.  Nie śmiem, ojcze.
Pan mój przypuszcza, żem z cmentarza wyszedł,
A nagłą, straszną pogroził mi śmiercią,
Gdybym czynności jego chciał spiegowac.
Brat Laur.  Zostań; sam pójdę. Trwoga mnie osiada

I drżę z obawy jakiego nieszczęścia.
Baltazar.  Kiedy zasnąłem u stóp tego cisu,
Miałem sen, że ktoś z panem moim walczył
I że go pan mój zabił.
Brat Laur.  Hej, Romeo!

(Zbliża się do grobowca).

Przebóg! co krew ta znaczy, która plami
Kamienne wejście do tego grobowca?
Co miecze znaczą bez panów skrwawione,
Zgubione w cichem siedlisku pokoju?

(Wchodzi do grobowca).

Romeo! blady! — Kto z nim? Parys także?
I krwią zbroczony? Jakaż zła godzina
Opłakanego wypadku jest winą?
Julia się budzi. (Julia przebudza się).
Julia.  O dobry ojcze! Ale gdzież jest mąż mój?
Pamiętam dobrze, gdziem się znaleźć miała,
I wiem, gdzie jestem. Lecz, gdzie mój Romeo?

(Wrzawa za sceną).

Brat Laur.  Zgiełk jakiś słyszę. — Julio, opuść gniazdo
Śmierci, zarazy, snu przeciw naturze!
Potęga wyższa, niżeli nasz opór,
Pokrzyżowała myśli nasze — wyjdźmy!
Mąż twój na łonie twem umarły leży,
A przy nim Parys. Pójdź, w zakonnic kole
Święte i ciche schronienie ci znajdę.
Nie traćmy czasu, bo straż się przybliża!
Pójdź, dobra Julio! (Wrzawa za sceną).
Nie śmiem dłużej zostać.
Julia.  Idź, idź stąd, ojcze! ja stąd nie odejdę. —
Cóż to jest? Czara w ukochanej dłoni?
Trucizna sprawcą twej przedwczesnej śmierci?
Niedobry! Wszystko wypić i kropelki
Mnie nie zostawić! — Pocałuję usta,
Może trucizny kroplę na nich znajdę —
Kropla ta moją będzie zbawicielką (całuje go).
Twe usta ciepłe!
I Straż.  (za sceną).Gdzie? pokaż nam drogę!

Julia.  Wrzawa? Czas nagli! Szczęśliwy sztylecie,

(Porywa sztylet Romea).

Tu pochwa twoja! (Przebija się).
Tam rdzewiej, weź życie!

(Pada na ciało Romea i umiera. — Wchodzi Straż z Paziem Parysa).

Paź.  Tu jest miejsce; tam, gdzie ta pochodnia się pali!
I Straż.  Ziemia skrwawiona! Zbieżcie cmentarz cały,
Kogo znajdziecie, przyprowadźcie do mnie!

(Część Straży wychodzi).

Okropny widok! Tu hrabia zabity —
I we krwi Julia; jej trup jeszcze ciepły,
Chociaż dwie doby złożony w grobowcu.
Donieś książęciu, leć do Kapuletów,
Rozbudź Monteków — wy szukajcie wszędzie!

(Inni wychodzą).

Widzimy miejsce okrutnej niedoli,
Ale niedoli tej prawdziwe źródło
Może wyjaśnią nam okoliczności.

(Wchodzi kilku Stróżów z Baltazarem).

2 Straż.  Sługa Romea, krył się na cmentarzu.
I Straż.  Strzeżcie go bacznie do przybycia księcia.

(Wchodzą inni Stróże z bratem Laurentym).

3 Straż.  To mnich jest, który drży, wzdycha i płacze;
Znalazłem przy nim motykę i rydel
Właśnie, gdy wracał z tej strony cmentarza.
I Straż.  Rzecz podejrzana. Trzymajcie i mnicha.

(Wchodzi Książę z Orszakiem).

Książę.  Co za nieszczęście tak wcześnie zbudzone
I nasz poranny spoczynek przerywa?

(Wchodzą Kapulet, pani Kapulet i inni).

Kapulet.  Co mają znaczyć te wrzaski uliczne?
Lud po ulicach tu woła: Romeo,
Tu: Julia, owdzie: Parys, i śród krzyków
Toczy się tłumnie do naszego grobu.
Książę.  Co za wrzask trwogi uszu mych dolata?
I Straż.  Książę, tu Parys spoczywa zabity,
Romeo martwy; Julia raz umarła,
Znowu wskrzeszona i znowu zabita.

Książę.  Kto mógł te straszne popełnić morderstwa?
I Straż.  Ten mnich, mój książę, i Romea sługa
Mieli przy sobie narzędzia potrzebne
Do wyłamania umarłych grobowca.
Kapulet.  O nieba! Żono, patrz na krew twej córki!
Sztylet się zmylił — patrz, jego pokrowiec
Spoczywa pusty przy boku Monteka,
A on wpochwiony mylnie w łono córki!
Pani Kap.  Ach, widok śmierci jest jakby głos dzwonu,
Do grobu starość moją wzywający!

(Wchodzi Monteki i inni).

Książę.  Zbliż się, Monteki, wcześnie bowiem wstałeś,
By widzieć wczesną śmierć twojego syna.
Monteki.  Książę, ma żona umarła tej nocy,
Zabita żalem po wygnaniu syna.
Noważ się boleść na mój wiek sprzysięga?
Książę.  Patrz, a zobaczysz.
Monteki.  Nieposłuszny synu!
Tegoż się w moim nauczyłeś domu,
Przed starym ojcem spieszyć się do grobu?
Książę.  Na chwilę przyłóż na usta twe pieczęć,
Aż wątpliwości wszystkie rozjaśnimy,
Poznamy źródło, początek, bieg cały;
Ja wtedy żalów waszych będę wodzem,
Ja was powiodę choćby do wrót śmierci.
Dziś cierpliwości niechaj niewolnikiem
Nieszczęście będzie. Gdzie są podejrzani?
Brat Laur.  Jam najgłówniejszy, chociaż najmniej zdolny
Do popełnienia tak strasznego czynu;
Najpodejrzańszy, bo i czas i miejsce
Przeciw mnie świadczą i zbójcą mnie głoszą.
Sam się oskarżam teraz i sam bronię,
Sam się potępiam i sam uniewinniam.
Książę.  Więc mów bez zwłoki, co wiesz o tej sprawie.
Brat Laur.  Będę się spieszył, bo oddech mój, książę,
Niezdolny długiej powieści wydołać.
Romeo zmarły był Julii małżonkiem,
A Julia zmarła była jego żoną;

Jam ich połączył; tajemny dzień ślubu
Był dniem ostatnim Tybalta, śmierć jego
Młodego męża wyrwała z Werony.
Nie po Tybalcie, lecz po nim płakała.
(Do Kapul.) Ty, chcąc tę boleść od serca jej odjąć,
Tyś ją zaręczyć, gwałtem chciał połączyć
Z hrabią Parysem. Julia przyszła do mnie
I z obłąkanem spojrzeniem błagała,
By od drugiego wybawić ją związku,
Lub się w mej celi chciała zamordować.
Dałem jej przeto, ufny w moją sztukę,
Senne napoje, a skutki ich były
Po mojej myśli, nadały jej ciału
Śmierci pozory; tymczasem wysłałem
List do Romea, by nocy tej przybył,
Gdy miała ustać napojów potęga,
Z pożyczonego wydobyć ją grobu,
Ale przypadek wstrzymał brata Jana,
I nieoddany list w me ręce wrócił
Wczora wieczorem. Tak więc sam musiałem,
W jej przebudzenia chwilę oznaczoną,
Przyjść ją wydobyć z grobowca rodziny.
Myślą mą było w celi ją mej zamknąć,
Aż ostrzeżony przybędzie Romeo.
Ale gdym przyszedł, minutę przed czasem
Jej rozbudzenia, znalazłem umarłych
Hrabię Parysa, wiernego Romea.
Zbudzoną Julię błagałem, by wyszła,
Znosząc cierpliwie nieba nawiedzenie;
Lecz, gdy mnie wrzawa z grobu wystraszyła,
Ona w rozpaczy nie chciała iść ze mną,
I sama własną zabiła się dłonią.
Nic więcej nie wiem. Lecz o jej małżeństwie
Mamka wie także. Jeśli jest występkiem
Mój błąd w tej sprawie, niech życie me stare,
Na kilka godzin przed niechybnym końcem,
Będzie ofiarą surowości prawa.

Książę.  Życia twojego znana świątobliwość.
Gdzie jest Romea człowiek? Co on powie?
Baltazar.  Przyniosłem panu wieść o Julii zgonie;
Mantuę pocztą opuścił natychmiast,
I tu, na cmentarz, przybiegł do grobowca.
List ten polecił ojcu oddać rano.
Schodząc do grobu śmiercią mi zagroził,
Gdybym go nie chciał samotnym zostawić.
Książę.  List mi ten pokaż, chcę go sam zobaczyć.
Gdzie paź hrabiego, który zbudził straże?
Powiedz, co pan twój na cmentarzu robił?
Paź.  Przyszedł kwiatami osuć grób kochanki;
Polecił odejść, spełniłem rozkazy;
A w tem nadchodzi ktoś z światłem grób łamać;
Po krótkim sporze mój pan miecza dobył,
A ja uciekłem, aby na straż wołać.
Książę.  List ten potwierdza zakonnika słowa,
Bieg ich miłości, o zgonie wiadomość;
Donosi przytem, że kupił truciznę
U aptekarza biednego, że przybył
W grobie tym umrzeć i przy Julii spocząć.
Gdzie wrogi? Przystąp Monteki, Kapulet!
Patrzcie na chłostę waszej nienawiści!
Niebo miłością radość wam zabija!
A ja, żem waszym zatargom pobłażał,
Dwóch krewnych tracę; wszyscyśmy skarceni.
Kapulet.  Bracie Monteki, daj mi twoją rękę:
To córki mojej wiano, więcej bowiem
Nie mogę żądać.
Monteki.  Ja więcej dać mogę:
Z czystego złota posąg jej wystawię.
Póki Werona swe zachowa imię,
Nie ujrzy nigdy droższego posągu
Nad posąg wiernej Julii wystawiony.
Kapulet.  Równie bogato i Romeo spocznie,
Biedne ofiary naszej nienawiści!
Książę.  Ponury pokój ranek ten prowadzi;
Słońce od żalu głowy nie pokaże.

Idźmy; rozwaga i czas mi poradzi,
Komu przebaczę, a kogo ukarzę.
Nad smutne Julii, Romea koleje
Smutniejszych świata nie pokażą dzieje.

(Wychodzą).



Przypisy

  1. The tragicall Historye of Romeus and Juliet, written first in Italian, by Bandell, and now in Englische by Ar. Br. 1562.
  2. Paynter. The goodly history of the true and constant love betweene Romeo and Julieta.
  3. Tybalt (Tybert) jest nazwisko kota w poemacie Lis Reynard.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.