Romeo i Julia (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/Akt V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Romeo i Julia
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom V
Data wydania 1895
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
AKT PIĄTY.
SCENA I.
Ulica w Mantuy.
(Wchodzi Romeo).

Romeo.  Jeśli mam wierzyć pochlebnej snu prawdzie,
Marzenie moje blizką wróży radość.
Władca mych piersi siadł wesół na tronie;
I dzień ten cały niezwykłe wesele
Myśli mnie skrzydłem nad ziemię wyrzuca.
Umarłem we śnie, przyszła moja żona —
Dziwne marzenie — co myśl daje zmarłym,
Całując, takiem natchnęła mnie życiem,
Żem znowu ożył i byłem cesarzem.
Ileż w miłości posiadanej skarbów,
Gdy cień miłości w radość tak bogaty!

(Wchodzi Baltazar).

Wieści z Werony! Cóż tam, Baltazarze?
Od Laurentego czy przynosisz listy?
Czy żona moja, czy ojciec mój zdrowi?
Jak się ma Julia, jeszcze raz się pytam.

Wszystko szczęśliwe, gdy ona szczęśliwa!
Baltazar.  Ona szczęśliwa, wszystko więc szczęśliwe,
Gdyż w Kapuletów grobie śpi jej ciało,
Duch nieśmiertelny z aniołami żyje!
Widziałem, jak ją w przodków grób złożono,
I z smutną wieścią śpieszyłem do ciebie.
Przebacz mi, panie, nowiny bolesne,
Lecz sam powinność tę na mnie włożyłeś.
Romeo.  Czy tak? Więc gwiazdy, wyzywam was wszystkie!
Wszak wiesz, gdzie moje tutaj jest mieszkanie,
Tam atramentu i papieru przynieś,
A zamów konie — wyjeżdżam tej nocy.
Baltazar.  Błagam cię, panie, w cierpliwość się uzbrój!
Twarz twoja blada, dzikie twoje oczy
Nieszczęście wróżą.
Romeo.  Mylisz się; bądź cicho!
Opuść mnie, wolę moją spiesznie wypełń!
Od Laurentego nie przynosisz listów?
Baltazar.  Nie, dobry panie.
Romeo.  Mniejsza o to! odejdź
I zamów konie; czekaj mnie za chwilę.

(Wychodzi Baltazar).

Tej nocy, Julio, i ja z tobą spocznę!
Myślmy o środkach. O złe, jak ty szybko
Znajdujesz drogę do myśli rozpaczy!
Pamiętam dobrze, gdzieś tutaj w sąsiedztwie
Dom aptekarza, którego widziałem
W podartej sukni, z zapadniętą rzęsą,
Jak zioła zbierał; twarz jego wychudła,
Ostry ząb nędzy do kości go wyjadł;
W ubogim sklepie wypchany krokodyl,
Żółw morski wisiał, przytem ryb potwornych
Skór długie rzędy; w około po szafach
Żebracza pustych pudełek wystawa,
Słoje, pęcherze, zatęchłe nasiona,
Resztki szpagatu, wywietrzałe róże
Porozrzucane jakgdyby na pokaz.
Nędzę tę widząc, rzekłem sam do siebie:

Gdyby truciznę chciał kto w Mantuy kupić,
Chociaż jej sprzedaż prawo śmiercią karze,
Tu mieszka nędzarz, co ją sprzedać gotów.
Myśl ta, jak widzę, było to przeczucie,
I ten sam nędzarz sprzedać mi ją musi.
To jest dom, jeśli pamięć mnie nie myli.
Żebrak w świąteczny dzień zamknął aptekę.
Hej! aptekarzu! (Wchodzi Aptekarz).
Aptekarz.  Kto głośno tak woła?
Romeo.  Przybliż się, słuchaj! Widzę, żeś jest biedny;
Weź te czterdzieści dukatów, daj za nie
Dozę trucizny, ale tak potężnej,
Że w chwili, w której z krwią żył się pomiesza,
Człowiek, znużony życiem, padnie trupem,
A dusza z ciała wypadnie gwałtownie,
Jak proch, za iskry dotknięciem, wyrzuca
Fatalne brzemię z dział żelaznej piersi.
Aptekarz.  Mam tę truciznę, ale jej sprzedawcę
Śmiercią ścigają mantuańskie prawa.
Romeo.  Nagi i pełny cierpienia i nędzy
Umrzeć się lękasz? Głód na twoich licach,
Z ócz twych wygląda ucisk niedostatku,
Na grzbiecie twoim pogarda z żebractwem!
Twym przyjacielem nie jest świat ni prawa.
Świat nie ma prawa, aby cię zbogacić,
Złam prawo, weź to, i przestań być biednym.
Aptekarz.  Nie moja wola, ubóstwo zezwala.
Romeo.  Nie twoją wolę, ubóstwo twe płacę.
Aptekarz.  Wsypiesz ten proszek w jakikolwiek napój,
A gdy wypijesz, chociażbyś miał siły
Dwudziestu mężów, upadniesz bez ducha.
Romeo.  Weź twoje złoto, gorszą dusz truciznę,
Większego zbójcę na tym podłym świecie,
Niż proszki, których wzbroniona ci sprzedaż:
Nie ty mnie, ja ci sprzedałem truciznę.
Bądź zdrów, kup jadła i porośnij w ciało.
Witaj, nie śmierci, lecz życia napoju!
Przez ciebie z Julią spocznę mą w spokoju. (Wychodzą).



SCENA II.
Cela Br. Laurentego.
(Wchodzi Brat Jan).

Brat Jan.  Hej, świątobliwy bracie franciszkański!

(Wchodzi Br. Laurenty).

Brat Laur.  Głos, który słyszę, to głos brata Jana.
Witaj z Mantuy! Co Romeo mówi?
Lub daj list, jeśli myśl swoją wypisał.
Brat Jan.  Kiedym chciał znaleźć drogi towarzysza,
Jednego z braci bosych Franciszkanów,
Który w tem mieście schorzałych nawiedzał,
Wszedłem do domu, aż tu straże miasta,
Myśląc, że oba weszliśmy do domu,
Gdzie swoje rządy rozpostarła dżuma,
Na drzwiach zamkniętych pieczęć przyłożyły,
Wstrzymały gwałtem podróż do Mantuy.
Brat Laur.  Ale kto poniósł mój list do Romea?
Brat Jan.  Nie mogłem posłać, sam ci go odnoszę,
Bo nikt go z mojej przyjąć nie chciał ręki,
Tak wszystkich trwoga zarazy owiała.
Brat Laur.  Okrutny losie! Na mój święty zakon,
List nie był fraszką, ale pełny wagi
I drogich wieści, a niebezpieczeństwem
Niedbalstwo grozi. Śpiesz się, bracie Janie,
Znajdź mi żelazny lewar, i bez zwłoki
Do mej go celi przynieś.
Brat Jan.  Śpieszę, bracie.

(Wychodzi).

Brat Laur.  Teraz samotny śpieszę do grobowca.
Za trzy godziny Julia się obudzi.
Będzie mnie gromić, że o tych wypadkach
Romeo żadnej wieści nie otrzymał.
Ale powtórne wyślę mu poselstwo,
A ją tymczasem w mojej schowam celi.
Trup żywy w grobie umarłych zamknięty!

(Wychodzi).

SCENA III.
Cmentarz. Grobowiec rodziny Kapuletów.
(Wchodzą: Parys i Pai z kwiatami i pochodnią).

Parys.  Daj mi pochodnię, trzymaj się w oddali,
Lub zgaś ją wprzódy; nie chcę być widzianym;
Tam pod cisami połóż się na ziemi,
I przyłóż ucho do grobów rozgłośnych,
A każda stopa, co wnijdzie na cmentarz
Tysiącznych mogił drążony wykopem,
Uszu twych dojdzie; świśnij wtedy głośno,
Będzie to znakiem, że ktoś się przybliża.
Oddaj mi kwiaty. Zrób, jak powiedziałem.
Paź.  Chociaż się lękam na głuchym cmentarzu
Samotny zostać, odważę się jednak. (Wychodzi).
Parys.  Kwiatku, na ślubne twe łoże kwiat rzucam!
Ach! firankami twemi proch i kamień!
Co noc pokropię twój grób pachnidłami,
Lub łzami, które jęczenie wyciśnie.
Wieczną żałobą, znamieniem mej straty
Łzy moje będą i te wonne kwiaty! (Paź śwista).
Paź znać mi daje, że ktoś się przybliża.
Jakaż przeklęta noga śpieszy tędy
Przerwać pogrzebne miłości obrzędy? (Kryje się).

(Wchodzą: Romeo i Baltazar, z pochodnią, motyką i t. d.).

Romeo.  Daj mi motykę i żelazny lewar.
Weź list ten; pomnij, jak tylko zaświta.
Oddać go ojcu mojemu i panu.
Daj mi pochodnię. Jeśli kochasz życie,
Cokolwiek ujrzysz, cokolwiek usłyszysz,
Nie przychodź moich przerywać zatrudnień!
Do łoża śmierci zstępuję samotny,
Aby oblicze mojej żony ujrzeć,
Lecz przedewszystkiem, aby zdjąć z jej palca
Pierścień kosztowny, który mi posłuży
Do wielkich celów. Odejdź więc na stronę.
Lecz gdy zazdrosną pchnięty ciekawością

Wrócisz szpiegować, co potem zamierzam,
Niebo mi świadkiem, podrę cię na części
I po zgłodniałym cmentarzu rozsieję!
Czas i me myśli dzikie są i srogie,
I tysiąc razy są nieubłagańsze,
Niż tygrys głodny lub ryczące morze!
Baltazar.  Nie będę, panie, twych przerywał działań.
Romeo.  Tem mi okażesz przyjaźń. Przyjm to, proszę.
Żyj, bądź szczęśliwy! Bądź zdrów, dobry sługo!
Baltazar.  Pójdę się ukryć śród blizkich drzew cienia;
Trwożą mnie jego słowa i spojrzenia. (Wychodzi).
Romeo.  Ty śmierci łono, przeklęta gardzieli,
Najdroższym ziemi kąskiem nasycona,
Tak twą przegniłą paszczękę otwieram,

(Łamie drzwi grobowca).

Na przekór więcej dorzucę ci strawy!
Parys.  To głos dumnego wygnańca Monteki,
Zbójcy Tybalta, po którego stracie
Żal, mówią, zabił to piękne stworzenie!
Przychodzi teraz zemstę swoją sycić
Na trupach zmarłych: pójdę go zatrzymać.

(Występuje).

Dłoń świętokradzką wstrzymaj, nikczemniku!
Zemstę posunąć chcesz za śmierci krańce?
Podlezę skazany, więźniem jesteś moim,
Woli mej słuchaj, umrzeć bowiem musisz!
Romeo.  O tak jest, muszę i po tom tu przybył.
Dobry młodzieńcze, o, nie kuś rozpaczy!
Oddal się, błagam; pamięć tych umarłych
Niech cię przerazi; błagam cię, młodzieńcze,
Grzechu nowego na mą skroń nie rzucaj,
Wściekłość mą budząc! Niebo mi jest świadkiem,
Lepiej cię kocham, niż siebie, o, odejdź!
Sam przeciw sobie przychodzę tu zbrojny;
Nie czekaj — odejdź — żyj, a potem powiedz,
Że cię szaleńca litość ocaliła!
Parys.  Z twojej litości i zaklęć twych szydzę.
Jesteś mym więźniem jako praw gwałciciel.

Romeo.  Czy mnie wyzywasz? Więc weź, czego chciałeś!

(Walczą).

Paź.  Biją się, Boże! Biegnę straży wołać.
Parys.  Jestem zabity! (Pada). Jeżeli masz litość,
Otwórz grobowiec i złóż mnie przy Julii! (Umiera).
Romeo.  Wolę twą spełnię. Zobaczmy twarz jego.
Szlachetny Parys a krewny Merkucya.
Co mówił sługa, gdy myśl skołatana
Na słowa jego w drodze nie baczyła?
Mówił, że Parys Julią miał poślubić.
Czy mi to mówił? czy o tem marzyłem?
Lub czy szalony, gdy o Julii mówił,
Tak uroiłem? O daj mi dłoń twoją,
Wraz ze mną w księgę niedoli wpisany!
W grób tryumfalny zwłoki twoje złożę —
W grób? W gmach światłości, zabity młodzianie,
Bo tu śpi Julia, piękność jej grób ciemny
Przemienia w salę zalaną światłością!
Przez umarłego śpij tu pogrzebany.

(Składa Parysa w grobowcu).

Jak często ludzie w śmierci swej godzinie
Byli weseli! To stróże ich zowią
Błyskiem przed śmiercią; lecz jakże ja mogę
Błyskiem to nazwać? O kochanko! żono!
Śmierć, co wyssała miód twoich oddechów,
Twojej piękności panią jeszcze nie jest,
Niezwyciężona chorągiew piękności
Jeszcze na licach twoich się rumieni,
Śmierci się sztandar nie przybliżył do nich!
Tybalcie, w krwawych leżysz tu osłonach?
Mogęż ci większe dać zadośćczynienie,
Jak ręką, która twą rozcięła młodość,
Zabić młodziana, twojego wprzód wroga?
Przebacz, Tybalcie! Czemuś, droga Julio,
Tak piękna jeszcze? Ach! czyliż mam wierzyć,
Że bezcielesna śmierć kocha się w tobie,
Że cię ten potwór wychudły, okropny,
W tych kryje cieniach jak swoją kochankę?

Bojąc się tego, przy tobie zostanę,
Nigdy od tego nocy ciemnej zamku
Nie zwrócę kroku: tutaj, tu zamieszkam,
Z służebnicami twemi robakami;
Tu się na wieczny położę spoczynek,
Tu gwiazd złowróżbych ciężkie zrzucę jarzmo
Z mojego ciała znużonego światem.
Oczy me, dajcie ostatnie spojrzenie!
Ramiona, dajcie ściśnienie ostatnie!
Usta, ostatni przyłóżcie całunek,
Pieczęć wiecznego ze śmiercią przymierza!
Pójdź, towarzyszu, gorzki przewodniku,
Wściekły sterniku, i popchnij od razu
Na skały morskie łódkę skołataną!
Do ciebie droga! (pije). Słowny aptekarzu,
Napój skutkuje! całując, umieram. (Umiera).

(Z przeciwnej strony cmentarza wchodzi Br. Laurenty z latarnią, motyką i lewarem).

Brat Laur.  Święty Franciszku, pomóż mi! Jak często
Stare się nogi potknęły na grobach!
Kto tam?
Baltazar.  Przyjaciel i stary znajomy.
Brat Laur.  Bóg ci błogosław! Dobry przyjacielu,
Co za pochodnia blask pożycza słaby
Bezocznym czaszkom i grobów robakom?
Zda się, że świeci w grobie Kapuletów.
Baltazar.  Tak, święty ojcze, a przy niej jest pan mój,
Którego kochasz.
Brat Laur.  Kto mówisz?
Baltazar.  Romeo.
Brat Laur.  A od jak dawna?
Baltazar.  Przeszło pół godziny.
Brat Laur.  Śpiesz do grobowca ze mną!
Baltazar.  Nie śmiem, ojcze.
Pan mój przypuszcza, żem z cmentarza wyszedł,
A nagłą, straszną pogroził mi śmiercią,
Gdybym czynności jego chciał spiegowac.
Brat Laur.  Zostań; sam pójdę. Trwoga mnie osiada

I drżę z obawy jakiego nieszczęścia.
Baltazar.  Kiedy zasnąłem u stóp tego cisu,
Miałem sen, że ktoś z panem moim walczył
I że go pan mój zabił.
Brat Laur.  Hej, Romeo!

(Zbliża się do grobowca).

Przebóg! co krew ta znaczy, która plami
Kamienne wejście do tego grobowca?
Co miecze znaczą bez panów skrwawione,
Zgubione w cichem siedlisku pokoju?

(Wchodzi do grobowca).

Romeo! blady! — Kto z nim? Parys także?
I krwią zbroczony? Jakaż zła godzina
Opłakanego wypadku jest winą?
Julia się budzi. (Julia przebudza się).
Julia.  O dobry ojcze! Ale gdzież jest mąż mój?
Pamiętam dobrze, gdziem się znaleźć miała,
I wiem, gdzie jestem. Lecz, gdzie mój Romeo?

(Wrzawa za sceną).

Brat Laur.  Zgiełk jakiś słyszę. — Julio, opuść gniazdo
Śmierci, zarazy, snu przeciw naturze!
Potęga wyższa, niżeli nasz opór,
Pokrzyżowała myśli nasze — wyjdźmy!
Mąż twój na łonie twem umarły leży,
A przy nim Parys. Pójdź, w zakonnic kole
Święte i ciche schronienie ci znajdę.
Nie traćmy czasu, bo straż się przybliża!
Pójdź, dobra Julio! (Wrzawa za sceną).
Nie śmiem dłużej zostać.
Julia.  Idź, idź stąd, ojcze! ja stąd nie odejdę. —
Cóż to jest? Czara w ukochanej dłoni?
Trucizna sprawcą twej przedwczesnej śmierci?
Niedobry! Wszystko wypić i kropelki
Mnie nie zostawić! — Pocałuję usta,
Może trucizny kroplę na nich znajdę —
Kropla ta moją będzie zbawicielką (całuje go).
Twe usta ciepłe!
I Straż.  (za sceną).Gdzie? pokaż nam drogę!

Julia.  Wrzawa? Czas nagli! Szczęśliwy sztylecie,

(Porywa sztylet Romea).

Tu pochwa twoja! (Przebija się).
Tam rdzewiej, weź życie!

(Pada na ciało Romea i umiera. — Wchodzi Straż z Paziem Parysa).

Paź.  Tu jest miejsce; tam, gdzie ta pochodnia się pali!
I Straż.  Ziemia skrwawiona! Zbieżcie cmentarz cały,
Kogo znajdziecie, przyprowadźcie do mnie!

(Część Straży wychodzi).

Okropny widok! Tu hrabia zabity —
I we krwi Julia; jej trup jeszcze ciepły,
Chociaż dwie doby złożony w grobowcu.
Donieś książęciu, leć do Kapuletów,
Rozbudź Monteków — wy szukajcie wszędzie!

(Inni wychodzą).

Widzimy miejsce okrutnej niedoli,
Ale niedoli tej prawdziwe źródło
Może wyjaśnią nam okoliczności.

(Wchodzi kilku Stróżów z Baltazarem).

2 Straż.  Sługa Romea, krył się na cmentarzu.
I Straż.  Strzeżcie go bacznie do przybycia księcia.

(Wchodzą inni Stróże z bratem Laurentym).

3 Straż.  To mnich jest, który drży, wzdycha i płacze;
Znalazłem przy nim motykę i rydel
Właśnie, gdy wracał z tej strony cmentarza.
I Straż.  Rzecz podejrzana. Trzymajcie i mnicha.

(Wchodzi Książę z Orszakiem).

Książę.  Co za nieszczęście tak wcześnie zbudzone
I nasz poranny spoczynek przerywa?

(Wchodzą Kapulet, pani Kapulet i inni).

Kapulet.  Co mają znaczyć te wrzaski uliczne?
Lud po ulicach tu woła: Romeo,
Tu: Julia, owdzie: Parys, i śród krzyków
Toczy się tłumnie do naszego grobu.
Książę.  Co za wrzask trwogi uszu mych dolata?
I Straż.  Książę, tu Parys spoczywa zabity,
Romeo martwy; Julia raz umarła,
Znowu wskrzeszona i znowu zabita.

Książę.  Kto mógł te straszne popełnić morderstwa?
I Straż.  Ten mnich, mój książę, i Romea sługa
Mieli przy sobie narzędzia potrzebne
Do wyłamania umarłych grobowca.
Kapulet.  O nieba! Żono, patrz na krew twej córki!
Sztylet się zmylił — patrz, jego pokrowiec
Spoczywa pusty przy boku Monteka,
A on wpochwiony mylnie w łono córki!
Pani Kap.  Ach, widok śmierci jest jakby głos dzwonu,
Do grobu starość moją wzywający!

(Wchodzi Monteki i inni).

Książę.  Zbliż się, Monteki, wcześnie bowiem wstałeś,
By widzieć wczesną śmierć twojego syna.
Monteki.  Książę, ma żona umarła tej nocy,
Zabita żalem po wygnaniu syna.
Noważ się boleść na mój wiek sprzysięga?
Książę.  Patrz, a zobaczysz.
Monteki.  Nieposłuszny synu!
Tegoż się w moim nauczyłeś domu,
Przed starym ojcem spieszyć się do grobu?
Książę.  Na chwilę przyłóż na usta twe pieczęć,
Aż wątpliwości wszystkie rozjaśnimy,
Poznamy źródło, początek, bieg cały;
Ja wtedy żalów waszych będę wodzem,
Ja was powiodę choćby do wrót śmierci.
Dziś cierpliwości niechaj niewolnikiem
Nieszczęście będzie. Gdzie są podejrzani?
Brat Laur.  Jam najgłówniejszy, chociaż najmniej zdolny
Do popełnienia tak strasznego czynu;
Najpodejrzańszy, bo i czas i miejsce
Przeciw mnie świadczą i zbójcą mnie głoszą.
Sam się oskarżam teraz i sam bronię,
Sam się potępiam i sam uniewinniam.
Książę.  Więc mów bez zwłoki, co wiesz o tej sprawie.
Brat Laur.  Będę się spieszył, bo oddech mój, książę,
Niezdolny długiej powieści wydołać.
Romeo zmarły był Julii małżonkiem,
A Julia zmarła była jego żoną;

Jam ich połączył; tajemny dzień ślubu
Był dniem ostatnim Tybalta, śmierć jego
Młodego męża wyrwała z Werony.
Nie po Tybalcie, lecz po nim płakała.
(Do Kapul.) Ty, chcąc tę boleść od serca jej odjąć,
Tyś ją zaręczyć, gwałtem chciał połączyć
Z hrabią Parysem. Julia przyszła do mnie
I z obłąkanem spojrzeniem błagała,
By od drugiego wybawić ją związku,
Lub się w mej celi chciała zamordować.
Dałem jej przeto, ufny w moją sztukę,
Senne napoje, a skutki ich były
Po mojej myśli, nadały jej ciału
Śmierci pozory; tymczasem wysłałem
List do Romea, by nocy tej przybył,
Gdy miała ustać napojów potęga,
Z pożyczonego wydobyć ją grobu,
Ale przypadek wstrzymał brata Jana,
I nieoddany list w me ręce wrócił
Wczora wieczorem. Tak więc sam musiałem,
W jej przebudzenia chwilę oznaczoną,
Przyjść ją wydobyć z grobowca rodziny.
Myślą mą było w celi ją mej zamknąć,
Aż ostrzeżony przybędzie Romeo.
Ale gdym przyszedł, minutę przed czasem
Jej rozbudzenia, znalazłem umarłych
Hrabię Parysa, wiernego Romea.
Zbudzoną Julię błagałem, by wyszła,
Znosząc cierpliwie nieba nawiedzenie;
Lecz, gdy mnie wrzawa z grobu wystraszyła,
Ona w rozpaczy nie chciała iść ze mną,
I sama własną zabiła się dłonią.
Nic więcej nie wiem. Lecz o jej małżeństwie
Mamka wie także. Jeśli jest występkiem
Mój błąd w tej sprawie, niech życie me stare,
Na kilka godzin przed niechybnym końcem,
Będzie ofiarą surowości prawa.

Książę.  Życia twojego znana świątobliwość.
Gdzie jest Romea człowiek? Co on powie?
Baltazar.  Przyniosłem panu wieść o Julii zgonie;
Mantuę pocztą opuścił natychmiast,
I tu, na cmentarz, przybiegł do grobowca.
List ten polecił ojcu oddać rano.
Schodząc do grobu śmiercią mi zagroził,
Gdybym go nie chciał samotnym zostawić.
Książę.  List mi ten pokaż, chcę go sam zobaczyć.
Gdzie paź hrabiego, który zbudził straże?
Powiedz, co pan twój na cmentarzu robił?
Paź.  Przyszedł kwiatami osuć grób kochanki;
Polecił odejść, spełniłem rozkazy;
A w tem nadchodzi ktoś z światłem grób łamać;
Po krótkim sporze mój pan miecza dobył,
A ja uciekłem, aby na straż wołać.
Książę.  List ten potwierdza zakonnika słowa,
Bieg ich miłości, o zgonie wiadomość;
Donosi przytem, że kupił truciznę
U aptekarza biednego, że przybył
W grobie tym umrzeć i przy Julii spocząć.
Gdzie wrogi? Przystąp Monteki, Kapulet!
Patrzcie na chłostę waszej nienawiści!
Niebo miłością radość wam zabija!
A ja, żem waszym zatargom pobłażał,
Dwóch krewnych tracę; wszyscyśmy skarceni.
Kapulet.  Bracie Monteki, daj mi twoją rękę:
To córki mojej wiano, więcej bowiem
Nie mogę żądać.
Monteki.  Ja więcej dać mogę:
Z czystego złota posąg jej wystawię.
Póki Werona swe zachowa imię,
Nie ujrzy nigdy droższego posągu
Nad posąg wiernej Julii wystawiony.
Kapulet.  Równie bogato i Romeo spocznie,
Biedne ofiary naszej nienawiści!
Książę.  Ponury pokój ranek ten prowadzi;
Słońce od żalu głowy nie pokaże.

Idźmy; rozwaga i czas mi poradzi,
Komu przebaczę, a kogo ukarzę.
Nad smutne Julii, Romea koleje
Smutniejszych świata nie pokażą dzieje.

(Wychodzą).



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.