Rodzina kamieniarza/W Warszawie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anonimowy
Tytuł Rodzina kamieniarza
Pochodzenie Zajmujące czytanki nr 17
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1913
Druk Drukarnia M. Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Antonina Smišková
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

W Warszawie.

Wakacje miały się ku końcowi, a oczekiwana odpowiedź od majstra rzeźbiarskiego nie nadchodziła. Wacek zaczął już się martwić, czy w ostateczności nie wypadnie mu iść do terminu do garbarza. Wtym przyniesiono list z poczty. Ojciec odpieczętował i dał czytać Wacławowi.

Drodzy przyjaciele!

Nie myślcie, że choć się nie odzywałem, zapomniałem o danym przyrzeczeniu co do dalszego kształcenia się Wacka. Przyjechawszy do domu, rozmówiłem się w tym względzie z moją kochaną mateczką, która z największą chęcią przystała na moją propozycję, zwłaszcza, gdy się dowiedziała, że jestem waszym dłużnikiem za ocalenie mi życia i pielęgnowanie w chorobie. Otóż rzecz się ma tak: niech ojciec bezzwłocznie przyjedzie z Waciem do Warszawy. Umieszczę chłopca w szkole rzemieślniczej, gdzie sobie wybierze fach, jaki zechce. Mieszkanie i życie dostanie u nas, a jeżeli się dobrze uczyć będzie, o czym nie wątpię, może być uwolniony od opłaty szkolnej.

Zasyłając pozdrowienia całej waszej rodzinie i sąsiadom, czekam waszego przybycia.
Stanisław Michalski.

Niepodobna opisać radości, jaka była u Pokorów po przeczytaniu tego listu. Matka zajęła się natychmiast przygotowaniem skromnej wyprawy dla syna. W nowo uszyty siennik upakowała mu poduszkę, dwa prześcieradła, do trzech jego koszul dodała dwie ojcowe, z białej poszewki poszyła mu chustki do nosa, włożyła świąteczne ubranie. Franio zaś przyniósł mu jeden woreczek ulęgałek i orzechów, oraz wsunął z dziesięć rzep ze swego ogródka.
Widząc to Antolka koniecznie chciała mu darować gęsie jajko, które w niedzielę od chrzestnej matki dostała. Dopiero na usilne tłumaczenie matki, że się w worku zgniecie, pozwoliła je ugotować i dołączyć do zapasów na drogę.
Ojciec sięgnął do skrytki pod łóżkiem, wyjął parę krwawo oszczędzonych rubli i sprawił mu w miasteczku porządny garnitur u Mośka i buty u Fajfla. I tak dopiero zaopatrzonego syna odwiózł do Warszawy.
Michalski dotrzymał słowa i oddał Wacka do szkoły.
Pokora zabawił w gościnie u pana Stanisława całe dwa dni, których użył na zwiedzanie osobliwości miasta, rano towarzyszyła mu zacna matka studenta, a po południu sam «profesor». Poczym kamieniarz, zostawiwszy swego syna pod jak najlepszą opieką, wrócił do domu.
Dzień za dniem szybko upływał wszystkim naszym pracowitym znajomym. Wacław uczył się dobrze w szkole, a w warsztacie bardzo pilnie przykładał się do ślusarstwa, które sobie wybrał. Co miesiąc pisywał długie listy do domu, donosząc, jak mu się powodzi i zapytując, co porabia rodzina. A choć mu się w Warszawie bardzo podobało, tęsknił za swojemi i czekał z niecierpliwością wakacji, które z «profesorem» rok rocznie miał spędzać w Kaźmierzu.
W roku, w którym Wacław miał kończyć szkołę, ojciec jego padł ofiarą swego powołania, ulegając okrutnemu wypadkowi. Wiadomość o tym wypadku przyniosła mu matka, a nie zastawszy syna u pani Michalskiej, opowiedziała jej, jak się to stało.
Pewnego razu Pokora, jak zwykle, miał świdrować otwór w skale, a ponieważ miejsce było spadziste, opasał się sznurem, którego wolny koniec przymocował do stojącego w pobliżu drzewa. Tymczasem podczas roboty powróz niespodziewanie pękł, a nieszczęśliwy kamieniarz spadł ze znacznej wysokości.
— Gdyby był tylko złamał rękę lub nogę, to mógłby leczyć się w domu — narzekała z płaczem Pokorowa, — ale nastąpiło prócz tego uszkodzenie kręgosłupa i nasz doktór kazał go odwieźć do Warszawy. Właśnie umieściłam męża w szpitalu i chciałam się z synem zobaczyć.
— Mój Boże, co za nieszczęście! Wacek się bardzo zmartwi. Jakże mi was żal — pocieszała ją matka Stanisława. — Odpocznijcie trochę, zaraz nadejdą nasi synowie — dodała, podając jej krzesło.
Wacek na razie ucieszył się bardzo, ujrzawszy matkę, ale jej niespodziewane przybycie i zapłakane oczy przeraziły go.
— Co się stało w domu?... Mamo! — zawołał.
Pani Michalska, chcąc oszczędzić matce powtarzania smutnej historji, powoli opowiedziała mu o zaszłym wypadku.
— Gdzie jest ojciec? chcę go zobaczyć! — domagał się przerażony chłopiec.
— Czekaj, Waciu, pójdziemy tam wszyscy troje po obiedzie — rzekł pan Stanisław, który jednocześnie z nim wrócił do domu.
Ale podczas obiadu ani Pokorowa, ani jej syn nic wziąć do ust nie mogli. Gdy wreszcie przybyli do szpitala i weszli na salę, ujrzeli chorego, któremu już nałożono nowe opatrunki. Wacek padł przy łóżku na kolana i głośno zapłakał.
Student rozmówił się z lekarzem, który nie ukrywał, że stan jest groźny, ale nie wyklucza wyzdrowienia.
— Zostaniecie u nas, Pokorowo, póki mąż nie wróci do przytomności, a doktorzy nie uznają, że mu się polepszyło. Z niepewnością o zdrowiu męża nie puścimy was do domu. Prawda, mamo? — mówił Stanisław po powrocie ze szpitala.
— Naturalnie, naturalnie! Będziecie mogli przynajmniej odwiedzać męża codziennie — przyświadczyła dobra pani.
I dobrze się stało, bo zaraz nazajutrz chory odzyskał przytomność, a po kilku dniach siostra miłosierdzia zwiastowała im wesołą nowinę, że lekarze po naradzie zapewnili, że chory wyzdrowieje, choć jeszcze nieprędko.
— Drogi panie — mówił nazajutrz Wacek — niech pan będzie łaskaw znaleźć dla mnie miejsce w jakiej fabryce. Już umiem trochę rzemiosła, cokolwiek zarobić mogę. Szkoły nie mam czasu kończyć, gdyż nie mogę pozwolić, aby ojciec nadal pracował w łomach.
— Dobry z ciebie syn, mój Waciu! Ale widzisz, teraz przed egzaminami szkoły rzucić ci nie pozwolę; musisz otrzymać świadectwo, które ci się w życiu przydać może, choćby na to, żebyś dostał większą zapłatę jako skończony ślusarz. Co do ojca, to już o nim pomyślałem. Po takiej chorobie do ciężkiej pracy wrócić nie może, dlatego też wystarałem mu się o miejsce odźwiernego w fabryce naszego krewnego, który i ciebie od Św. Jana obiecał przyjąć do warsztatu.
— O nasz dobrodzieju, Bóg ci zapłać! Co ja mogę więcej powiedzieć na to wszystko, co pan dla nas zrobił — wyrzekł przejęty wdzięcznością chłopak — i z uczuciem synowskim chwycił rękę młodego badacza i przycisnął ją do ust.
Rozczulony Michalski uścisnął go serdecznie.
W pół roku potym Wacek z rodzicami i rodzeństwem mieszkał w skromnej, lecz czystej izdebce odźwiernego, przy fabryce żelaznych wyrobów. Sam pracował tam jako ślusarz i nieźle nawet jak na początek zarabiał.
Franio chodził do szkoły ogrodniczej przy muzeum pszczelniczym, gdzie mu się znowu Michalski wystarał o bezpłatną naukę, a Antolka, już teraz 10-letnia dziewczynka, uczyła się w szwalni, w której umieściła ją matka pana Stanisława.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: anonimowy i tłumacza: Antonina Smišková.