Rodzina Brochwiczów/Tom I/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Rodzina Brochwiczów
Data wydania 1885
Wydawnictwo S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
II. W przeludnionym zaścianku.

W głębi Lidzkiego powiatu, w okolicy ustronnéj i cichéj, znajduje się folwark, niegdyś przez Stefanią z Jastrzębców Siecińską po dalekim krewnym w spadku otrzymany. Folwark ten nosi pospolitą i gminną nazwę: Wólka, a składają go: wioska, dziesięć włościańskich domów licząca, kilka włók gruntu, średniéj urodzajności, parę gajów brzozowych i dębowych i dworek z domkiem o czterech frontowych oknach, z kilku dość staremi i ciasnemi gospodarskiemi budowlami, z małym sadem, większym nieco ogrodem warzywnym, i ostrokołem czyli płotem, z nieociosanych kołów skleconym, dokoła małego podwórka, porośniętego dziką trawą i zaopatrzonego w studnią o wysokim i skrzypiącym żórawiu. Przed kilku laty była to siedziba szlachecka, wielce skromnéj powierzchowności i również skromne przynosząca dochody. Wacław i Stefania Siecińscy byli bardzo bogaci i nie pamiętali prawie o posiadaniu małéj téj wioszczyny, wśród samotnych i mało powabnych równin Lidzkich położonéj, to téż od niepamiętnych czasów nikt nie mieszkał w niéj, prócz, ekonomów i nie posiadała ona nic, co-by mogło zadowolić ludzi, do dostatku i estetycznie urządzonego otoczenia nawykłych. Wiosną i latem ustronie to przedstawiało wdzięki i uroki wszelkiéj wsi właściwe: zieleń trawy i drzew, zapach dzikich ziół i kwiatów, świergot ptasząt, gnieżdżących się w gęstwinie starych grusz i jabłoni, widok pól uprawnych i niczém niezasłoniętego sklepienia niebios. W jesieni nawet i zimie, miłośnik przyrody mógł tam z niejaką przyjemnością spoglądać na deszcz zżółkłych liści, opuszczających szare gałęzie, na mgły podnoszące się z szaréj ziemi ku popielatemu niebu, na melancholicznie kołyszące się szczyty kilku topoli, na odlatujące bociany, przylatujące kawki, śniegiem okryte łany, szronem błyszczące drzewa, zimowe zamiecie, gwieździste mroźne noce i t. d.
Prócz tych wszakże pierwotnych piękności przyrody, żadnych innych tam nie było. Sztuka nie uczyniła nic, aby miejsce to przyozdobić i uwygodnić; cywilizacya, z całym swym ruchem umysłowym, artystycznym i przemysłowym, w takiém jeszcze od miejsca tego znajdowała się oddaleniu, że ani oko jéj widziéć, ani ucho słyszéć nie mogło.
Była to posiadłość, mogąca właścicielom swym dostarczyć kawałka czarnego chleba, omaszczonego mnóztwem trudów i kłopotów, ale nic więcéj; był to słowem zaścianek, w którym o osiedleniu się aniby chciał pomyśléć żaden z dostatniejszych niegdyś posiadaczy ziemskich, na którego widok pogardliwie marszczył brwi, z niesmakiem krzywił usta każdy, nawet ekonom dobrego tonu.
A jednak w połowie siódmego dziesiątka lat bieżącego stulecia, jednego z chłodnych i chmurnych dni jesiennych, do zaścianka tego przybył parokonną bryczką najstarszy syn zmarłych niedawno Wacława i Stefanii Siecińskich, odprawił rządzącego dotąd Wólką ekonoma, na lichym fornalskim koniku objechał grunta i gaje, przyjął sobie do pomocy w gospodarstwie starego włościanina, znającego dobrze naturę i właściwości folwarku, objawił słowem chęć i zamiar stałego zamieszkania w Wólce. Młody ten człowiek, najwięcéj dwudziestosześcio lub siedmioletni, postawę miał szlachetną i zarazem energiczną, twarz o rysach delikatnych, ale ogorzałą. Biała obszewka, na znak grubéj żałoby otaczała ubranie jego, które, z cennego materyału, w pomyślniejszych snadź czasach, sporządzone, odbijało przy ubogich ścianach i sprzętach dworku, jak resztka minionego bogactwa na tle obecnéj biedy. Czynny był i posiadał widocznie wielką znajomość gospodarstwa wiejskiego, którą téż natychmiast stosować zaczął w urządzaniu małego folwarku. Ludzie, patrzący na usiłowania jego i słuchający rozporządzeń, jakie wydawał nielicznéj swéj czeladzi, nie dziwili się bynajmniéj téj czynności i temu znawstwu; wiedzieli bowiem, że Wacław Sieciński najstarszego syna swego posyłał do szkoły agronomicznéj, poczém uczynił z niego sobie pomocnika w zarządzaniu obszernym i wzorowo urządzonym majątkiem.
Bardzo prędko po przybyciu swém do Wólki, rozejrzawszy się w gospodarstwie i dworku, Józef Sieciński udał się pewnego dnia do małéj wozowni, stojącéj w rogu podwórka pomiędzy większemi od niéj nieco stajnią, oborą i stodołą, a służącéj za skład tak dla narzędzi rolniczych, jak dla różnych starych, nieprzydatnych rupieci. Pomiędzy wozami gospodarskiemi i świeżo sporządzonemi dworskiemi pługami i bronami, wepchnięty w najdalszy kąt budowy, stał tam powóz, bardzo staroświecki i wielce prosty, rodzaj koczobryka, do połowy okrytego budą skórzaną, z przodem długim, kozłem wysokim i czémś nakształt resorów pomiędzy nadwerężonemi kołami. Wszystko zresztą, w tym od dawna opuszczonym i długo poniewieranym zabytku niepamiętnéj przeszłości, nadwerężoném było rdzą, pyłem i starością; niemniéj jednak na rozkaz Józefa i za pomocą przywołanego ze wsi kowala, który w téjże wsi pełnił zarazem czynności stolarza, szewca i kołodzieja, całość dała się jakoś sklecić, wznowić i odświeżyć w sposób trwały i przyzwoity. Gdy zaś tylko robota około koczobryka ukończoną została, Józef do dwóch fornalskich koni, które znajdowały się we dworku, donajął od jednego z włościan dwa inne, a wszystkie cztery rozkazawszy zaprządz do koczobryka i na wysokim koźle umieściwszy najroztropniejszego z trzech dworskich parobków, cały ekwipaż ten, wyglądający niezmiernie staroświecko, ale kilka osób wygodnie z miejsca na miejsce przewieźć mogący, wyprawił w podróż. W dworku i we wsi mówiono, że młody pan posłał koczobryk po rodzeństwo swe, które, na dłuższe przebywanie w Siecinie prawa nie posiadając, wraz z najstarszym bratem w Wólce osiedlić się miało.
Jakoż w kilka dni po wysłaniu, koczobryk ukazał się w bramie, nad którą dwie włoskie topole smutnie wstrząsały bezlistnemi głowami, przebył parę kałuż, szeroko rozlewających się na powierzchni podwórka, i stanął przed gankiem, z którego gzémsów bujnemi kroplami spływał deszcz jesienny, a z za którego szarych, cienkich słupków wyglądały cztery nizkie okienka o małych, zapłakanych szybach.
Z koczobryka wysiadły trzy osoby dorosłe i troje dzieci, mogących miéć od lat sześciu do dwunastu; woźnica, z trudnością spuściwszy się z wysokiego kozła na ziemię, wnosił do wnętrza domu nader szczupłe i nieliczne tłomoki, w czasie gdy brat najstarszy witał na ganku przybywające rodzeństwo. Powitanie było milczące; dzieci nawet z wolna weszły na ganek i, cicho przytulone do jego słupów, w milczeniu pochyliły czoła pod również milczącym pocałunkiem brata. Nikt nie wyrzekł ani jednego słowa. Jedna z sióstr, wysoka i bardzo szczupła, pod czarną woalką tłumiła płacz gwałtowny. Druga, niższa cokolwiek, i z postawą, większą siłę fizyczną objawiającą, zatrzymała się przez kilka sekund przed nizkiemi drzwiami, odwróciła głowę ku podwórku i bramie, jakby przez mgłę okrywającą widnokrąg ostatnie wejrzenie rzucić chciała na coś, co zostawało za nią daleko i nazawsze; instynktowym ruchem przycisnęła silnie rękę do piersi; wyprostowała się potém, podniosła energicznie głowę i stłumionym, lecz pewnym głosem, rzekła: wejdźmy!
Weszli do wnętrza domu. Izba, w któréj się znaleźli, sufit miała tak nizki, że starsi bracia dotykali go niemal głowami; ściany pobielone, czyste ale nagie; dwa okienka, wychodzące na mroczne podwórko; starą jesionową kanapkę, kilka takichże krzesełek, parę stołów, podłużne wązkie lusterko nad kanapą i komodę, na któréj panny ekonomówny, córki ostatniego rządcy Wólki, przez zapomnienie lub umyślnie, zostawiły wazonik z kwiatami, wyrobionemi z włóczki, okryty kloszem szklanym, wzdłuż i w poprzek pękniętym.
Przed kanapą na stole paliła się lampa, którą Józef w przeddzień przybycia rodzeństwa sprowadził z sąsiedniego miasteczka; obok lampy stała taca z kilku szklankami, bochenkiem czarnego chleba i trochą masła na fajansowym spodku. Na środku izby leżały podróżne tłómoki przybyłych, wniesione przez woźnicę, który, spełniwszy swe około nich zadanie, pośpieszył coprędzéj do swych strudzonych szkapiąt. Kiedy siedm osób weszło do izby téj, któréj znaczną część zajmował piec z zielono pomalowanych cegieł, stało się tam tak ciasno, że nikt poruszyć się prawie nie mógł bez potrącenia czegoś lub kogoś. To téż wysoka i wiotka panna, która, wraz z prowadzącym ją za rękę bratem, weszła do izby, opuściła się wnet na krzesło najbliżéj stojące i, nie myśląc o zdjęciu z siebie futra, nie odrzuciwszy nawet z twarzy czarnéj zasłony, pozostała nieruchoma, z kibicią na przód nieco podaną, z obwisłemi rękoma, w postawie znękanéj i bezsilnéj. Do kolan jéj przycisnęły się dzieci milczące, z pochylonemi małemi główkami, z twarzami na-pół prawie przysłonionemi podróżném odzieniem. Dwaj starsi bracia stali w głębi izby i zamieniali pomiędzy sobą ciche, urywane słowa; druga z sióstr dorosłych zaraz u drzwi zdjęła obcisłą futrzaną szubkę, odwinęła z głowy szal włóczkowy i, stanąwszy na środku izby, wpatrzyła się w tłómoki, rozrzucone po grubéj, chropowatéj podłodze. Myśl jéj jednak odbiegła snadź daleko od przedmiotu, w który zdawały się wpatrywać zamyślone jéj oczy. Na białéj wyrazistéj twarzy ośmnastoletniéj panny malował się głęboki smutek, bez tego jednak omdlenia i znękania, które widać było w całéj postaci jéj siostry; na czoło, pięknie zarysowane i kasztanowatemi warkoczami zwieńczone, wybiegła zmarszczka głęboka; w szafirowych źrenicach, przykrytych na-pół spuszczonemi powiekami, błyszczała, gwałtowném snadź usiłowaniem woli powściągana, łza:
I znowu w izbie panowało milczenie. Osoby, które się w niéj znajdowały, były jednak blizkiemi sobie związkiem tak krwi, jak zapewne i przywiązania; lecz na głowach ich i sercach legł snadź tak wielki ciężar bólu i żalu, że głos im tamował, żadnéj na piérwsze słowo zdobyć się nie dając. Położenie ich było takie, że piérwsze słowo to z konieczności musiało być smutném; nikt więc wymówić go nie chciał, czy nie mógł. Śród ciszy głębokiéj, która panowała kilka minut, słychać było szum gotującego się w sieni samowara i przeciągłe skrzypienie żórawia u studni.
Jeden ze starszych braci przerwał piérwszy milczenie. Zwrócił się twarzą do izby, powiódł dokoła ciemno-szaremi oczyma, na których dnie palił się ogień głębokiego bólu, przemocą powściąganego, i zatrzymał wzrok na grupie, utworzonéj z siedzącéj w futrze panny i trojga, do kolan jéj przytulonych, dzieci.
— Kasiu — rzekł głosem, który silił się na brzmienie łagodne, lecz był nieco surowym — dlaczego nie zdejmujesz futra i kapelusza? płakałaś przez całą drogę... dość już tego... bądź choć trochę mężniejszą.
— Kasiu! — zawołało najmłodsze dziecię, ośmielone snadź odezwaniem się brata — rozwiąż mi tę nieznośną chustkę... tak mi gorąco!
— Jeść mi się chce! — zawołał z kolei starszy chłopiec i przysiadł na ziemi w postawie skurczonéj i smutnej.
— I ja także jeść chcę! — powtórzył drugi, mocując się nadaremnie z pętlicami swego paltota, którego rozpiąć i zdjąć z siebie nie umiał.
— O czém-że ja myślę? — zawołał najstarszy brat, szybko idąc ku drzwiom — powinniście oddawna pić już herbatę! Każę zaraz przynieść samowar!
Jakby rozbudzona głosami, które odezwały się wkoło niéj, panna, stojąca na środku izby, głowę podniosła, dłoń przeciągnęła po czole, i powiodła do koła szafirowemi oczyma, w których przed chwilą błyszczała gruba łza, a które teraz patrzały przytomnie, jasno i rozumnie. Uczyniła parę kroków i, przyklęknąwszy, zwinnemi rękoma uwolniła dziatwę z podróżnego ubrania. Wstała potém i przybliżyła się do siedzącéj wciąż siostry.
— Kasiu — rzekła łagodnie, ale nie bez pewnéj energii — trzeba, abyś rozebrała się i napiła herbaty. Ten płacz ciągły może zaszkodzić twemu zdrowiu, a cóż-by to było, gdybyś się tu rozchorowała.
Słuszna i wiotka panna wstała z wolna i odrzuciła z twarzy woalkę.
— Gdybym tu zachorowała — rzekła z cicha i z goryczą — nie mieli-byście prawdopodobnie za co sprowadzić lekarza i poszła-bym tam... tam, gdzie oni...
Gdy mówiła to, czarne, zapadłe jéj oczy zaświeciły gorączkowym ogniem, a po bardzo pięknéj, lubo również bardzo bladéj twarzy, popłynął nowy strumień cichych tym razem łez.
— Kasiu! Kasiu! — szeptem prawie do rozpłakanéj siostry mówiła druga panna — przebacz mi, że powtórzę ci słowa Stefana: bądź choć trochę mężniejszą... nie zwiększaj smutku braci, oni i tak nieszczęśliwi...
Łzy wstrzymały się pod powiekami pięknéj panny. Oczy jéj z wyrazem przywiązania spoczęły na twarzy Stefana, pochylonéj nad jednym z otwartych przed chwilą tłómoków.
— O, Anusiu — szepnęła — jak ja ci zazdroszczę twego męztwa i panowania nad sobą... chciałabym naśladować cię, ale nie mogę... mnie serce pęka...
W téj chwili wiejska służąca, w grubym fartuchu i chustce na głowie, wniosła samowar. Anna zwróciła się do najstarszego brata.
— No, panie gospodarzu — rzekła — spodziewam się, że masz klucze od swoich zapasów. Proszę cię o nie. Zaraz urządzę dla was wszystkich herbatę.
Było to w tém smutném rodzinném zebraniu piérwsze słowo, swobodniejszym nieco tonem wymówione. Na bladych ustach młodéj dziewczyny, która je wymawiała, zarysował się uśmiech; zarazem wzięła ona w objęcie młodsze dziecię i posadziła je na kanapie; starszych chłopców przyprowadziła do stołu, poczém przysunąwszy dla siostry jedyne poręczowe krzesło, jakie znajdowało się w izbie, i otuliwszy ją ciepłym szalem, zajęła się przyrządzeniem gorącego napoju. Stefan powstał z nad tłómoków, które otwierał i porządkował, i usiadł także przy stole. Wtedy kółko osób, zebrane pod światłem lampy, przedstawiło widok niepospolicie smutny.
Od najmłodszéj, sześcioletniéj dziewczynki, do najstarszego brata, całe rodzeństwo to nosiło na sobie cechy téj wytworności, jaką rysom, układowi i formom ciała nadaje staranne wychowanie, i długie przyzwyczajenie do zbytku i wykwintnego smaku; ale blade ich twarze jeszcze bledszemi się zdawały, przy głębokiéj żałobie sukien, i rażącą sprzecznością odbijały na ubogiém tle nowego ich siedliska.
Ludzie ci byli widocznie rozbitkami, których straszna burza wyrzuciła na nieznany im dotąd ciernisty grunt ubóztwa i osierocenia. Z bogatego i obficie we wszelkie dobra moralne i materyalne zaopatrzonego statku, na którym spokojnie i radośnie płynęły ich istnienia, pozostał im, jako jedyna ucieczka, ten nizki, stary, ubogi dworek. Weszli do niego w żałobnych szatach, z blademi twarzami, z sercami nabrzmiałemi bólem i targanemi niepokojem. Piękne, pogodne wczoraj, bezpowrotnie uleciało w przeszłość, straszne dziś, ujęło ich w żelazne ramiona. Troje tylko z pomiędzy nich: Józef, Stefan i Anna, wyglądali tak, jakby mieli dość sił i woli do ujęcia za bary tajemniczego olbrzyma i walczenia z nim o lepsze jutro; gromadka zaś drobnych dzieci i najstarsza siostra, któréj rysy i wyraz twarzy dowodziły organizacyi czułéj i nerwowéj, wdzięcznéj wśród pomyślności, bezsilnéj w niedoli, stanowiły ciężar, który spaść miał na ramiona tych trojga ludzi, i walkę ich utrudnić.
Anna spełniała gospodarskie swe zajęcia cicho i zręcznie; przed każdą z osób siedzących przy stole stawiała szklankę z gorącym napojem, krajała chleb świeży, lecz czarny, i rozdawała go dzieciom. Po chwili wyszła z izby, i słychać ją było rozmawiającą w sieni ze służącą. Wróciła wkrótce, niosąc w ręku gliniany dzbanek, napełniony mlekiem.
— Patrzcie dzieci — rzekła — co dla was przyniosłam!
Dwaj mali chłopcy uśmiechnęli się na widok mleka, i wyciągnęli ku siostrze wypróżnione swe szklanki. Uśmiechy te, wykwitłe na bladych od zmęczenia ustach dziecięcych, były piérwszemi, które rozjaśniły posępny smutek tego, żałobą przyodzianego grona. Ale najmłodsza dziewczynka nie zaśmiała się wraz z braćmi; nie dotknęła jeszcze ona ni razu swéj szklanki, i nie podniosła do ust leżącéj przed nią porcyjki chleba, nasmarowanego masłem. Siedziała w milczeniu, z chudą twarzyczką, opartą na drobnéj dłoni, i wodziła dokoła oczyma, które, wielkie, czarne, ogniste i niespokojne, czyniły ją podobną do najstarszéj siostry, rozdrażnionéj, nerwowéj i exaltowanéj.
— Józiu — ozwało się blade i smutne dziecię, zatapiając w twarzy najstarszego brata jedno z tych badawczych spójrzeń, właściwych silnie zaniepokojonym dzieciom — Józiu, jaka ta Wólka twoja brzydka! czy niéma tu pokojów piękniejszych od téj izby?
— Niéma, Klemensiu! — odpowiedział brat — izba ta jest najpiękniejszą ze wszystkich, jakie się tu znajdują.
Dziewczynce usteczka drżały, jak zwykle bywa u dzieci, którym się na płacz zbiera.
— Ja chcę wrócić do Siecina! — zawołała nagle. — Czy my już nigdy nie wrócimy do Siecina?
Wielkie, niespokojne jéj źrenice, przesunęły się po wszystkich twarzach z wyrazem żałosnego pytania, ale nikt jéj na razie nie odpowiedział. Pochyliła się nad stołem i, wyciągnąwszy rączkę, pochwyciła nią rękę siedzącego naprzeciw brata.
— Braciszku! — zawołała żałośniéj i niecierpliwiéj jeszcze, niż wprzódy — czy my już nigdy nie wrócimy do Siecina?
Stefan podniósł na dziecię wzrok łagodny, lecz poważny.
— Nigdy — wymówił krótko.
Strumień łez popłynął z czarnych oczu dziewczynki, ale z bezwiedném okrucieństwem dzieci, nie rozumiejących doniosłości swych pytań, niewiedzących, jakie bóle wzmagają, i jakie rany rozjątrzają pociskami swych słów naiwnych, targnęła silniéj rękę brata, i raz jeszcze zawołała:
— Braciszku! czy mama i ojciec nie wrócą już do nas nigdy? Czy oni na zawsze już poumierali?
Zwiększona bladość przesunęła się po twarzy Stefana, słowa dziecka zadawały mu widocznie srogą męczarnią.
— Na zawsze — odpowiedział tym samym tonem, jakim wprzódy wymówił: nigdy.
W téj saméj chwili, Katarzyna pochyliła się i ukryła twarz w obu dłoniach.
— Na zawsze! na zawsze! — powtórzyła z tłumioném łkaniem, z którém połączył się głośny płacz dziecka.
Józef siedział wciąż milczący, targając bujnego wąsa, ze zmarszczką na czole i wzrokiem wbitym w ziemię; Anna przytuliła do piersi płaczące dziecię, usiłując pocieszyć je i uspokoić; ale Stefan zwrócił się do najstarszéj siostry.
— Katarzyno — rzekł półgłosem — czyż nie masz ani trochę woli, aby powściągnąć żal swój, przynajmniéj wobec dzieci, którym powinnaś dać przykład męztwa i spokoju.
Katarzyna podniosła twarz bardzo bladą, z gorączkowemi rumieńcami na policzkach, i utkwiła w przemawiającym do niéj bracie oczy, w których łzy paliły się w ogniu chorobliwéj prawie egzaltacyi.
— Stefanie! Stefanie! — zawołała, załamując ręce — pozwól że mi płakać przynajmniéj! Ja dziś dopiéro opuściłam Siecin! mnie wszystko jeszcze stoi przed oczyma, wszystko, co utraciliśmy na zawsze! Ja nie wiem, gdzie jestem, ani co się ze mną stało! widzę tylko przed sobą groby rodziców naszych, te miejsca, w których stały kolebki nasze, a których nic, nic już nam nie wróci! To miejsce, do którego przywieźliście mnie, jest dla mnie straszném wygnaniem, a myśl moja nie może oderwać się od téj przeszłości, która nie wróci nigdy, nigdy!
— Katarzyno! — wymówił Stefan — to co było, minęło bezpowrotnie, ale powinniśmy myśléć o tém, co będzie, jeśli nie dla siebie samych, to dla tych małych istot, względem których ja przynajmniéj czuję obowiązki brata i opiekuna.
— Ty, Stefanie, jesteś mężczyzną — drżącemi usty szepnęła Katarzyna — ja czuję się kobietą słabą i mogę tylko... płakać.
— Wobec takiego losu, jak nasz, mężczyźni i kobiety są równymi sobie — odpowiedział Stefan.
W czasie rozmowy téj, Anna wyjmowała z tłómoków różne przedmioty, i wnosiła je do sąsiedniéj izby; po kilku minutach krzątania się, wzięła na ręce najmłodsze dziecko, a na inne skinęła, aby szły za nią.
— Sypialnia twoja, Kasiu, już jest urządzoną, — rzekła, zatrzymując się przed siostrą, — przygotowałam ci wszystko do snu, a dla dzieci posłałam tymczasem na ziemi. Jutro znajdą się pewno dla nich jakie ławki.
— A ty, Anusiu, gdzie sypiać będziesz? — zapytał Józef.
— Ja? — rzekła Anna, jakby po raz piérwszy przypomniała o samej sobie; — tutaj, — dodała, wskazując po krótkim namyśle wazką i twardą kanapkę izby, w któréj się znajdowali.
— Myślałem, że urządzicie tu sobie małą bawialnią, — zarzucił Józef.
— Salon! — z goryczą szepnęła Katarzyna.
— Zapewne, — odpowiadając bratu, rzekła Anna, — pokój ten będzie naszą bawialnią; nic mi jednak nie przeszkadza sypiać tutaj, a każdego ranka pościel swą wnosić do tamtéj izby. Inaczéj zresztą być nie może, ponieważ tam jest dość miejsca dla Kasi tylko i dla dzieci.
— Ależ strasznie niewygodnie ci będzie z takiém wędrowném posłaniem, — zarzucił brat najstarszy, który, jako najpiérw przybyły do Wólki, poczuwał się widocznie do obowiązków i odpowiedzialności gospodarza domu. Ale Anna nie słyszała jego uwagi; z najmłodszą siostrą, utuloną w objęciu, pochylała się ku starszéj i cichemi słowy namawiała ją do spoczynku.
Stefan od kilku chwil nie spuszczał wzroku z twarzy Anny. Czoło jego, ciężko schmurzone w czasie rozmowy z Katarzyną, rozjaśniło się, w zamyślonych oczach zjawiło się uczucie podobne do radości.
W parę minut potém Józef i Stefan znaleźli się sami. Z sąsiedniéj izby dochodziły ich żałosne głosy dzieci, uskarżających się na twarde posłanie, które im przygotowano.
— Ja nie chcę spać na ziemi! — wołała Klemensia, — ja chcę swego łóżeczka, które miałam w Siecinie! gdzie mój piękny obrazek, który mi mama zawiesiła nad łóżeczkiem. Ja chcę swego pięknego obrazka!
— Anusiu! — żałosnemu głosowi dziecka zawtórował słaby i rozbolały głos Katarzyny, — podaj mi, Anusiu, flakon z wodą kolońską! głowa mnie strasznie boli!
— Anusiu! — wołał jeden z małych chłopców, — gdzie książki z obrazkami, które miałem w Siecinie! ja chcę swoich ładnych książek! dla czegoś ich nie zabrała, Anusiu!
— A mój pałac z alabastru i konik na sprężynach? — zawołał drugi chłopiec, — czy i to także zostało w Siecinie?
Klemensia płakała głośno po swojém łóżeczku, chłopcy przypominali sobie coraz nowe zbytkowne cacka, których w Wólce nie było; Katarzyna jęczała z cicha, wyrzekając na straszny ból głowy.
Dwaj bracia, pozostali w bawialnéj izbie, słuchali tego smutnego gwaru, śród którego słyszéć się dawały także lekkie kroki Anny, przechodzącéj od łóżka siostry do nizkich posłań dzieci, i głos jéj to poważny i napominający, to pocieszający i łagodny.
Stefan piérwszy przemówił.
— I cóż, Józefie, — rzekł, — jakże znalazłeś Wólkę?
— A! — odparł zapytany, przeciągając dłoń po czole, — maleństwo to i wcale nie przypomina ziemi obiecanéj. Grunta jednak choć szczupłe ale niezłe, lasu na opał dosyć, kilkanaście sztuk bydła w oborze... wszystko to razem wyżywi nas jakkolwiek, a nawet gdyby nie nadzwyczajne podatki...
— Czy nie opłacone jeszcze w tym roku? — przerwał Stefan.
— Nieopłacone, gdyż śmierć naszego Ojca i zabór Siecina poprzedziły żądany termin... potém zaś wiesz dobrze, że nie mogłem o tém myśléć, a gdybym i myślał, nie miałbym czém zapłacić.
— Tak, ale to ciężar, jak na Wólkę, znaczny...
— I jak jeszcze! dodaj do tego, że przy dzisiejszym stanie gospodarstwa, wiele odmian i ulepszeń uczynić trzeba koniecznie... Koni fornalskich i wołów roboczych mamy zamało... nasion téż przyjdzie dokupić na wiosnę, parobków nająć...
Rozmowę tę przerwało wejście Anny. Ukołysała do snu dzieci, uspokoiła nieco chorą, rozpłakaną siostrę, i wnosiła teraz do bawialnéj izby wędrowne swe posłanie. Bracia gotowali się do odejścia.
Oprócz dwóch izb, zajętych już przez młodsze rodzeństwo, znajdowała się we dworku jeszcze jedna, z drzwiami otwierającemi się do małéj sieni, przeciwległemi tym, które prowadziły na dziedziniec. Izba ta, zajmująca środek domu, miała służyć za sypialnią i pracownią dwom braciom; po drugiéj bowiem stronie domu, była kuchnia i izba dla czeladzi, zwana piekarnią.
Przed odejściem, Stefan zbliżył się do Anny i w milczeniu podał jéj rękę. Dłonie brata i siostry połączyły się długim, silnym uściskiem.
— Dziękuję ci, Anusiu, — wymówił zniżonym nieco głosem, — w téj ciężkiéj chwili przybycia naszego tutaj, ty byłaś siłą naszą i pociechą...
Po chwili Anna była samą, nie zaraz jednak udała się na spoczynek. Stanęła przed małém okienkiem i wpatrzyła się w ciemną, burzliwą noc jesienną. Teraz dopiéro, gdy dzienne zadanie jéj było skończone, pozwoliła sobie myśléć o bezpowrotnéj przeszłości, zjawiającéj się przed jéj oczyma w postaci utraconych rodziców i opuszczonego nazawsze rodzinnego miejsca. Teraz dopiéro, gdy nikt nie wzywał jéj i nie potrzebował jéj usług, gdy łzy jéj nikomu zwiększyć nie mogły żalu i smutku, oparła blade czoło na splecionych dłoniach i płakała cicho i długo.
Po tym piérwszym wieczorze, popłynął dla mieszkańców starego dworku szereg dni jednostajnych, posępnych. Domek był napełniony, przepełniony nieledwie, a jednak panowała w nim cisza prawie ciągła, niekiedy tylko przerywana westchnieniami i wyrzekaniami Katarzyny, lub popędliwym, nerwowym płaczem małéj Klemensi, albo jeszcze swawolą dwóch chłopców.
Pomiędzy członkami rodziny Siecińskich istniało przywiązanie wzajemne i głębokie, ale, jak się zdarza z większą częścią rodzeństw, jednostajności charakterów i upodobań nie było.
Szczupłość przestrzeni, na któréj wiele osób razem mieścić się musi, wywiera częstokroć całkiem inne wpływy, niżby na pozór wywierać powinna: rozłącza, zamiast spajać; drażni, zamiast pocieszać, pomnaża smutek każdego widokiem smutku wszystkich; odkrywa słabości i przywary, które, przy swobodniejszym ruchu, mogły-by zostać niewidzialnemi; niecierpliwych wprawia w gniew tłumiony, łagodnych i poświęcających się obarcza ciężarem nad siły.
Wólka była zaściankiem; liczne rodzeństwo, które się w nim osiedliło — przeludniło go. Z siedmiu tych osób, ocierających się wciąż o siebie pod łataną strzechą starego dworku, dwie tylko pracowały naprawdę: Józef za domem, Anna w domu. Stefan próbował z razu dzielić zadanie brata, ale, po krótkim upływie czasu, przekonał się, że w zarządzie malutką Wólką roboty dla dwóch nie było; dwaj przewodnicy mogli tam tylko zawadzać sobie wzajem i utrudniać bieg sprawek drobnych, lichych, niemniéj jednak trapiących, i samą małością swą a nieustannością ciężko nużących. Zamiłowania zresztą Stefana, rodzaj nauk, jakim oddawał się przez kilka najpiękniejszych lat swéj młodości, nie usposobiły go ani pociągały do rolnictwa. Katastrofa, która w nagły i straszliwy sposób zdruzgotała spokój i pomyślność całéj jego rodziny, oderwała Stefana od ulubionych mu nauk; skutki jéj wrócić mu do nich nie pozwoliły. Z szerokiego ogniska wiedzy, w którém zostawał, znalazł się przerzuconym do wioski ciasnéj, zapadłéj, odludnéj, napełnionéj troskami i łzami. Widoku łez kobiecych i dziecięcych Stefan znieść nie mógł; bolały go one, gdyż płaczące istoty były mu drogie; raziły i niecierpliwiły, gdyż sam, własne żale i tęsknoty ukrywszy pod zasłoną zewnętrznego spokoju, tego samego wymagał i spodziewał się po innych. Unikał téż często rodzinnego grona i długie godziny przesiadywał w ciasnéj izdebce, przy małém okienku, wychodzącém na nagi w téj porze ogród warzywny, pomiędzy kilkunastu książkami, które uratować zdołał z ogólnego rozbicia. Szczupły jednak zasób wiadomości, jaki znajdował w książkach, oddawna już znanych i przeczytanych, nie mógł zapełnić mu długich szarych dni jesiennych i nieskończonych zimowych wieczorów; zbyt młodym był i pełnym energii, aby mu życie medytacyjne wystarczyć mogło. Ze wszystkich żywiołów, składających położenie, w jakiém znajdował się, najsrożéj ciężyła mu bezczynność, najdolegliwiéj trapiła go myśl o przyszłości własnéj i istot, które kochał.
Jakkolwiek wychowanie młodych Siecińskich nieledwie wzorowém było w porównaniu z tém, jakie otrzymywali młodzi ludzie ich stanu, nie nauczyło ich przecież wszystkiego, czego wymaga ubóztwo, nie mieściło w sobie znajomości wielu zjawisk społecznych i prawd życiowych, o których wiedziéć, z któremi zblizka zapoznać się trzeba, aby módz i umiéć o własnéj sile wybrnąć z położenia, pełnego pęt i powikłań. Chwila zresztą, w któréj przychodziło mu czynić nowy wybór, zakreślać przed sobą nowe drogi i cele, zdobywać się na wysilenia pomysłów i woli, potęgowała trudności, w sposób, który mało doświadczonym oczom ukazywać je mógł w postaci żelaznych niepodobieństw. Społeczność znajdowała się w chaosie tém głębszym, że świéżo powstałym. Dawne budowy zniknęły z powierzchni ziemi, a nie zastąpiły ich jeszcze żadne inne; wiele dróg, utorowanych krokami pokoleń, zatarło się bez śladu; wiele miejsc, na których ludzie znajdowali dawniéj byt i spokój, zamknęło się przed nimi. Nowe stosunki, niepewno i nieśmiało, wywiązywały się z powikłań; z pośród mroku, okrywającego widnokrąg, wychylały się zjawiska nowe, nieznane jeszcze, niewypróbowane, mętne i mgliste.
Józef pracował. W stodole, w oborze, na polu przy stértach, na bryczce dla załatwiania spraw pieniężnych, w poszukiwaniu najemnika, w rozprawach z kupcami zboża, w zatargach ze złymi sąsiadami, w staraniach około uzupełnienia narzędzi, dla nowego gospodarstwa niezbędnych, młody współdziedzic małego folwarku borykał się z kolcami i ostami położenia i czasu.
Położenie było trudném, czas najcięższym ze wszystkich czasów. Plony zachodów i prac wszelkich, starczyły zaledwie na domowe i zadomowe potrzeby; — ostatnie były pilniejszemi od piérwszych, bo, w razie niezaspokojenia, groziły utratą tego ostatniego kęsa chleba, jaki pozostał nieszczęśliwéj rodzinie; to téż w chwilach, w których groziły, najbardziéj kęs ten uszczuplał się, tak, iż zaledwie wyżywić mógł siedm łaknących go osób. W księdze rachunkowéj Józefa, nie było miejsca, ani na jednę, by najmniejszą, cyfrę, która-by przedstawiała nie już zbytek, ale coś do dostatku podobnego; a jednak nad księgą tą Józef przesiadywał długie godziny, licząc, odliczając, klejąc, łatając, usiłując końce związać z końcami, tak, aby do zaklętego koła nie wpuścić dwóch straszliwych nieprzyjaciół: głodu i likwidacyi. Były to dwie klęski, epidemicznie panujące dokoła. Dzięki usilnéj pracy gospodarza domu i skrzętnéj oszczędności, zachowywanéj przez wszystkich członków rodziny, do Wólki plagi te nie zajrzały jeszcze. Dziś było od nich wolne, ale nad jutrem wisiał ciągle znak zapytania.
Anna dopomagała bratu z całéj swéj siły. Przed płomieniem kuchennym, pomiędzy pracującą czeladzią, przy schyłku dnia z głową pochyloną nad igłą, z postacią owianą gorącemi wyziewami pralni, była ona dobrym geniuszem rodziny, rozdającym każdemu pożywienie i odzienie, strzegącym czystości szczupłych izdebek, ze skąpych i pierwotnéj prostoty materyałów, wyrabiającym dla licznéj gromadki byt znośny, bo ozdobiony porządkiem.
Takiém było życie mieszkańców Wólki, ludzi strąconych burzą „z pałaców sterczących dumnie” — do chatki.
Długi wieczór zimowy zaczynał się; w bawialnéj izdebce starego dworku panował zmrok, rozświetlony zimném światłem księżyca, wciskającém się przez gęste i fantastyczne rysunki, jakiemi tęgi mróz przyozdobił szyby małych okienek. Stół przed kanapą nakryty był białym obrusem i zastawiony talerzami z prostego fajansu; były to przygotowania do wieczerzy, zastępującéj dla mieszkańców dworku herbatę, niepijaną od wielu już tygodni, to jest od czasu, gdy druga rata nadzwyczajnych podatków opłaconą przez Józefa została, a w domu nie było pieniędzy na opłacenie towarów, branych dotąd w korzenny sklepie sąsiedniego miasteczka.
Katarzyna siedziała przy oknie, na kolanach swych trzymając uśpioną Klemensię; chłopcy bawili się cicho w kącie; Stefan i Józef w głębi izby rozmawiali z sobą półgłosem. Na dziedzińcu, młody parobczak poił parę fornalskich koni; żóraw’ u studni skrzypiał przeciągle; stary pomocnik Józefa, otulony w kożuch, starannie zamykał wrota podwórka za kilku spóźnionymi młócarzami, którzy odchodzili do wsi, niosąc cepy swe na ramionach. Po chwili, w mroźném powietrzu rozlały się od strony poblizkiéj wioski długie, basowe tony surmy. Żóraw’ u studni przestał skrzypiéć, umilkły skrzypiące po śniegu kroki starego sługi, a w małéj izdebce dworku słychać tylko było, na wiejskim instrumencie wygrywaną, prostą, monotonną melodyą, któréj powolne i jednostajne spady leciały nad zimnemi polami, podobne do żałośnych wołań i zawodzeń.
Głowa Katarzyny, objęta smugą księżycowego światła, pochyliła się na dłoń chudą i przezroczystą. Młoda panna słuchała śpiewu surmy, do głębi rozdzierającego wrażliwą jéj naturę, a pierś jéj, okryta grubą żałobą, nabrzmiewała westchnieniem. Starsi bracia umilkli także, i z mroku, w którym ukrywały się ich twarze, patrzyli na piękną i słabowitą postać siostry, któréj wątłe zarysy zdawały się rozpływać w srebrném świetle, a czarne, zapadłe oczy gorzały, jak rozpłomienione iskry. Józef piérwszy przerwał milczenie.
— O czém tak zamyśliłaś się, Kasiu? — zapytał głosem, w którym łagodność łączyła się z mimowoli może uczuwaném politowaniem.
Katarzyna podniosła głowę i powiodła dłonią po bladém czole.
— Słuchałam surmy — odrzekła z cicha — myślałam... przypominałam sobie... tak dawno nie słyszałam muzyki...
— Tęskno mi za muzyką — mówiła daléj, po chwili milczenia — czy pamiętacie wieczory, podobne temu, kiedyście ze szkół lub uniwersytetu przyjeżdżali do domu... zbieraliśmy się wszyscy w salonie od ogrodu... księżyc zaglądał w okna przez gałęzie starych lip i klonów... Matka nasza siadywała wtedy przy fortepianie i grała...
— Ty także, Kasiu, grałaś pięknie — odezwał się najstarszy brat, pragnąc może inny kierunek nadać myślom siostry i oderwać ją od bolesnych wspomnień.
— Tak — odpowiedziała Katarzyna — grałam... malowałam... sama czułam w sobie zdolności wielkie, a większy jeszcze pociąg do sztuk pięknych... to téż teraz brak mi ich bardzo... czy uwierzycie, że za fortepianem, za pęzlem, za muzyką lub obrazem, tęsknić można, jak za częścią własnéj swojéj istoty?
Gdy mówiła to, głęboki smutek brzmiał w słabym jéj głosie, oczy zapłonęły silniejszym jeszcze blaskiem.
— Co bo téż to za dziwny, odludny zakąt ta Wólka! — mówiła daléj, przysłaniając oczy dłonią — żyjemy tu tak, jakbyśmy byli dzikimi ludźmi, nie znającymi wcale cywilizacyi...
Bracia zamienili się spójrzeniami.
— Nie jesteśmy ludźmi dzikimi, Kasiu, ale biednymi — po raz piérwszy ozwał się Stefan.
— Tak — potwierdziła siostra — przekonywam się teraz, że ubóztwo naprawdę prowadzić może do stanu dzikości... Jeśli kilka lat tu przepędzim, zapomnimy o wszystkiém, cośmy kiedy myśleli i umieli...
— Kilka lat — powtórzył Józef ze schmurzoném czołem — bodaj że życie całe...
Stefan podniósł się nagle z siedzenia.
— Nie! — wymówił, jakby mimowoli — nie!...
Nic więcéj nie powiedział, ale na twarzy jego, zwróconéj do okna, odmalował się gwałt uczucia i daremnie dławionéj energii.
Anna weszła do pokoju i zapaliła lampę, potém przyniosła z kuchni wieczerzę, i z dymiącéj się wazy zaczęła na talerze rozlewać zupę mleczną. Katarzyna ucałowała małą siostrę, którą obudziło rozniecone światło, postawiła ją na ziemi i z wolna powstała.
— Nie będę jadła wieczerzy, Anusiu — rzekła — nie mogę jeść mleka w porze, w któréj przywykłam pić herbatę...
— Czemuś mi o tém nie powiedziała, Kasiu? — zawołała Anna — była-bym sporządziła dla ciebie co innego...
— Nic nie chcę — powolnym krokiem przechodząc przez izbę, wymówiła starsza siostra.
— Józiu! — rzekła Anna, zwracając się do brata — trzeba dla Kasi sprowadzić trochę herbaty z miasteczka.
— Dobrze — odrzekł Józef — jutro kupcy zapłacą mi za beczkę gryki... opłacę robotników, którzy naprawiali strzechę na oborze, a za resztę każę Maciejowi kupić herbaty i cukru.
Stefan, który dotąd stał odwrócony do okna, zwrócił się twarzą ku rodzeństwu.
— Nie, Józefie! — rzekł — nie wystarczy ci pieniędzy na przedmioty zbytku. Udajesz przed siostrami spokojność, ale ja wiem, że masz potrzeb mnóztwo, i to niezbędnych. Młocarze nieopłaceni, i rzeźnik, który nam mięsa dostarcza na kredyt, dopominał się już wczoraj o dług swój. Źle robisz, czyniąc tajemnicę z tych smutnych i lichych, ale prawdziwych szczegółów naszego położenia. Siostry nasze znać je powinny w zupełności i nie dokładać ciężaru na barki twoje, i tak już zbytecznie obciążone przez nas wszystkich.
— Kochany Stefanie! — zaczął Józef, ale Katarzyna mowę mu przerwała.
— Stefanie! — wymówiła, wlepiając w twarz brata swoje wielkie, czarne oczy, i prawą rękę silnie przyciskając do piersi — ja wiem, rozumiem, do kogo zwróconemi były słowa twoje. Do mnie. Dałeś mi do zrozumienia, że nie powinnam przyjmować małych ofiar, jeśli-by inne osoby z rodzeństwa mego uczynić je dla mnie chciały. A jednak, Stefanie, byłeś niesprawiedliwym; alboż wymagam czego? alboż prosiłam o co kiedykolwiek?...
— Tak — dorzucił Stefan, trochę niecierpliwie — ale nigdy, ani na chwilę, pogodzić się nie możesz z tém, co cię otacza... twoje łzy, twoje westchnienia, wyraz twarzy...
— Nie kończ! — zawołała Katarzyna — wiem sama o tém, że jestem dla was największym ciężarem, że nic nie robię i zjadam tylko ten kawałek codziennego chleba, o którego dostarczeniu mi wy myślicie... Rozumiem sama własną niedołężność, ależ na miłość Boga, bądźcie pobłażliwymi! pozwólcie mi ochłonąć z żalu i opamiętać się!.. Czyż mogę od razu zrosnąć się z tą straszną, przerażającą biedą, w jaką popadliśmy wszyscy?
— Katarzyno! — wymówił Stefan — jeżeli myślisz o nieszczęściu, które dotknęło nas przez stratę rodziców naszych, masz słuszność zupełną; jest ono wielkiém, i czujemy je wszyscy wraz z tobą; ale, jeśli masz na myśli teraźniejsze ubóztwo nasze, powinnaś pamiętać, że bywają sroższe i zupełniejsze. Iluż jest ludzi, którzy jednocześnie z nami utracili wszystko, nie mając nawet ucieczki pod takim dachem, jak ten, który nas schronił!
Katarzyna milczała chwilę, utkwiła wzrok w ziemi i stała zamyślona głęboko. Późniéj, podnosząc z wolna głowę, rzekła głosem łagodniejszym, niż wprzódy, lecz bardzo smutnym:
— Czy wiész, Stefanie, o czém myślałam? oto, że gdybyśmy nie posiadali tego dachu, pod którym znaleźliśmy chleb i schronienie, było-by może lepiéj dla nas... dla naszéj przyszłości... Rozeszlibyśmy się po świecie i walczyli z losem... nikt z nas nie miał-by nic do wyrzucenia drugiemu... każdy wybrał-by dla siebie pracę jaką, a w sercu zachował nadzieję... A tak... tak, jak jest... dla nikogo z nas niéma nadziei żadnéj...
Rzekłszy to, Katarzyna weszła do sąsiedniéj izby, gdzie rzuciła się na posłanie i, utopiwszy twarz w poduszki, silnie kaszlać zaczęła.
Klemensia, która namiętne przywiązanie okazywała najstarszéj siostrze, dlatego może, iż ta powierzchownością swą najbardziéj przypominała jéj matkę, zerwała się z krzesła, na którém ją posadzono i, zapominając o wierzerzy, rzuciła się ku drzwiom. Od progu zwróciła ku obecnym twarzyczkę rozognioną gniewem i żalem.
— Niedobry Stefusiu! — zawołała — to ty zmartwiłeś Kasię! po co sprzeczałeś się z nią? posłuchaj, jak ona teraz kaszle! nie kocham cię za to! nie kocham.
— Klemensiu! — z wyrzutem zawołała Anna.
— Nie kocham! nie kocham Stefusia! — tupiąc drobnemi nóżkami i obie rączki zatapiając w splątane kędziory kruczych włosów, wołało dziecię. — Alboż to ja nie pamiętam, jak mama w wigilią swéj śmierci prosiła jego i Józia, aby bardzo kochali siostry i zastąpili im ojca? On zapomniał już o tém, co mama mówiła, i martwi Kasię! Jak mi się mama przyśni, to jéj powiem, że on wcale, wcale nie tak dobry dla nas, jak był nasz ojciec!
Przy ostatnich słowach, popędliwe dziecię zaniosło się gwałtownym płaczem i, odtrącając Annę, która je uspokoić chciała, pobiegło do najstarszéj siostry.
Stefan wstał nagle i wyszedł z izby; mali chłopcy markotnie pospuszczali głowy nad talerzami, napół zaledwie wypróżnionemi. Józef i Anna spoglądali na siebie w milczeniu i jednocześnie westchnęli ciężko.
W małéj izdebce, z drzwiami otwierającemi się do zimnéj i ciemnéj sieni, po obu stronach okienka, na ogród warzywny wychodzącego, stały łóżka z białego sosnowego drzewa, okryte twardém, skromném posłaniem. Obok łóżek umieszczone były dwa stoły, grubéj roboty, miejscowego stolarza; jeden z nich napełniony był książkami naukowemi Stefana, na drugim znajdowały się przybory do pisania i parę gospodarskich ksiąg Józefa. Dwa wielkie klucze od stodoły i spichrza wisiały na gwoździu, wbitym w ścianę. Krzesło u okna, prosta umywalnia, złożona ze stołka i fajansowéj miednicy, wązka ławeczka, narzucona spłowiałym dywanikiem, pod ścianą, uzupełniały umeblowanie téj sypialni i zarazem pracowni dwóch współdziedziców Wólki.
W izdebce téj, po smutnéj i burzliwéj scenie rodzinnéj, Stefan przesiedział parę godzin, z czołem w obu dłoniach ukrytém. Na stole, pomiędzy rozrzuconemi w nieładzie tomami, paliła się świeca w mosiężnym lichtarzu; przez okienko, przy którém nie było rolety, wkradały się blade promienie księżyca. Młody Sieciński siedział nieruchomy i zanurzony w myślach, a podniósł głowę wtedy dopiéro, gdy drzwi od sieni przeciągle zaskrzypiały i do izdebki wszedł Józef. Większy, niż zwykle, ciężar leżéć musiał wieczoru tego na sercach i głowach obu braci, bo czynny i skłopotany gospodarz Wólki, zamiast, jak zwykle o téj porze bywało, zasiąść nad rachunkowemi księgami, przysunął stołek, znajdujący się u okna, do stołu, przy którym siedział Stefan i, usiadłszy, począł machinalnie przerzucać karty jednéj z książek brata. Stefan piérwszy zaczął rozmowę:
— Muszę z tobą pomówić, Józefie, o rzeczach ważnych i to dziś koniecznie, zaraz... Czy nie uważasz, że niepodobna jest nam żyć zawsze tak, jak teraz żyjemy. Jeżeli nie będziemy starali się zmienić i polepszyć naszego położenia, skończy się na tém, że my zjemy Wólkę, a ona nas zjé.
Józef patrzył na brata pytającym wzrokiem; po chwili odpowiedział z wolna i smutnie:
— Że źle dzieje się z nami, to pewna; coraz więcéj przekonywam się, że Wólka za szczupłą jest dla nas wszystkich; że to zakąt, który, przy braku materyalnych środków, zmienić się może z czasem w prawdziwe i srogie więzienie. Gdybyśmy wszyscy byli mężczyznami i dorosłymi ludźmi, moglibyśmy i powinni byli myśléć o zmianie położenia; ale z kobietami i dziećmi rada trudna... co do mnie przynajmniéj, nie widzę żadnéj.
— A jednak — rzekł Stefan — rada jest; trudna wprawdzie, odwagi wielkiéj potrzebująca, ale jedyna... Trzeba, abyśmy raz szeroko otwartemi oczyma rozejrzeli się po świecie, nie tym, który był niegdyś naszym światem, ale tym, który za miejsce pracy i nadziei służy ludzkości całéj, bez różnicy stanu i urodzenia, abyśmy, słowem, zapomnieli o tém, że posiadamy Wólkę i zaprzestali gromadnego trzymania się płotu, który prędzéj lub późniéj rozwali się pod naszym ciężarem i nas rzuci twarzami w błoto...
— W błoto! — z błyskawicą w oku zawołał Józef — nigdy! My, którzyśmy patrzyli na uczciwe życie i bohaterską śmierć naszego ojca, których wychowaniu przewodniczyła myśl rozumna i zacna, możemy cierpiéć całe życie, ale upaść moralnie... nigdy!
— Mylisz się! — ze spokojną mocą odparł Stefan. — Pracując ciężko i ciągle prawie żyjąc za domem, nie dostrzegasz smutnych objawów, jakie zaczynają ukazywać się pośród rodziny naszéj; nie miałeś dość czasu, aby zastanowić się nad skutkami położenia, trudnemi dziś do dostrzeżenia, ale nieuchronnemi. Z przeszłości naszéj wynieśliśmy zapewne nauki zdrowe i przykłady wzniosłe, ale wraz z niemi przyzwyczajenia, które tak głęboko wpoiły się w naturę naszę, że stały się gwałtownemi, natarczywemi jéj potrzebami. Wspomnienia nie mogą stanowić podstawy moralnego bytu, dla całego życia człowieka; potężnie działające z razu, nie potrafią z czasem ostać się przeciwko rzeczywistości. Wspomnienia zapełnić mogą dnie myśli, wystarczyć uczuciom — starców, młodzi muszą walczyć, cierpiéć i cieszyć się z obecności, zdobywać przyszłość. Długie, samotne godziny tych kilku miesięcy, które przepędziłem w téj izbie z sobą samym i czterema nagiemi ścianami, przekonały mnie niezłomnie, że energia młodości jest siłą niespożytą i despotyczną, którą w bezczynności pozostawiać niebezpiecznie: więziona i dławiona, musi ona znaléźć dla siebie ujście; nie zużyta na wysilenia uczciwe i czyny pożyteczne, prędzéj lub późniéj wybuchnie szałem, występkiem, co najmniéj zaś przemieni się w jad rozkładający i złośliwą gorycz. Ostatnie żywioły te zjawiają się już pomiędzy nami... Czy nie uważasz, że w stosunki nasze, tak ścisłe dotąd, tak prawdziwie braterskie, zaczyna wkradać się niezgoda; że, kochając się wzajem, dręczymy jedni drugich; że błahe, liche drobnostki wywołują nam na usta niecierpliwe spory, bolesne słowa; że pomiędzy ciężarami, które dźwigamy, niéma sprawiedliwéj równowagi, bo jedni z nas mimowoli wyzyskują pracę drugich, pochłaniają to, co inni z ciężkim mozołem zdobywają?
— Stefanie! — przerwał Józef — co do mnie przynajmniéj, to bądź pewnym, że, pracując dla was, czuję się szczęśliwym; że jakkolwiek trudném jest zadanie moje, pełnić je będę z radością, byle-bym wam przynosić mógł ulgę i pomoc...
— Raz jeszcze mylisz się, Józefie — ściskając rękę brata, odpowiedział Stefan — i dla ciebie nawet, który z nas wszystkich najłagodniejszym, najskłonniejszym do poświęceń jesteś, nie na długo wystarczy to biedne, ciasne istnienie, jakie prowadzisz; cierpliwość twoja nie dotrwa długo téj Syzyfowéj robocie, dla któréj niéma ani końca, ani lepszego jutra. Sposobiąc się do zawodu rolnika, miałeś na widoku gospodarstwo obszerne, zawierające w sobie różnorodne gałęzie rolnictwa i przemysłu; dla wiedzy twojéj zatém, dla powstających z niéj słusznych i koniecznych wymagań umysłu twego, Wólka sama już przez się starczyć nie może; cóż dopiéro, gdy na zawsze obarczy ją sześć innych osób, których potrzeby, najskromniéj choćby zaspakajane, paraliżować będą czynność twoję, pożerać wszystkie jéj owoce? Jesteś nakoniec człowiekiem młodym, prędzéj lub późniéj odezwać się muszą w tobie osobiste uczucia, żądania serca, towarzyszące niezbędnie choćby najnieszczęśliwszéj młodości. Zechcesz związków rodzinnych i nie będziesz mógł ich zawiązać; bo jakże wprowadzisz jednę jeszcze osobę do domu, i tak już przeludnionego? jak ośmielisz się zostać ojcem, gdy wszystkie myśli twoje i trudy pochłanianemi będą przez obowiązek brata? Będziesz niewolnikiem, Józefie, niewolnikiem sióstr swych i braci, a my wszyscy staniemy się podobni do wołów, od rana do nocy obracających koło deptaka, kroczących dziś po tych samych śladach, po których kroczyli wczoraj i kroczyć będą jutro; a to dlatego tylko, aby otrzymać codzienną porcyą pożywienia, która nie pozwala im umrzéć z fizycznego głodu. Ale dla nas pozostanie, również jak tamten straszny i zabójczy, głód moralny. Usunięci od cywilizacyi i od wszystkiego, do czego przyzwyczaiła nas ona, bezczynni, z musu z razu, z nałogu potém, bez nadziei, bez jutra, z niezadowolonemi sercami, ze zmalałemi umysłami — wyobraź sobie, jakimi się staniemy? Któryż z nas zaręczyć dziś może sumiennie, że po wielu podobnych latach nie pójdzie szukać pociechy, ulgi, zapomnienia w tém, co mu dzisiaj wydaje się występném, obrzydliwém, lub co najmniéj niedorzeczném? A siostry nasze? a młodsze rodzeństwo, którego nie będziemy w możności wychować tak nawet, jak nas wychowano? Obraz to strasznéj nędzy, mój bracie, okropnych upadków moralnych i przerażającéj przyszłości, która jednak, powiedzmy to sobie stanowczo, spotkać nas nie powinna.
Przy ostatnich słowach, iskra zapału błysnęła w oku Stefana, ale wnet zgasła. Nie był on z natury swéj skłonnym do uniesień, myśli, jakie wypowiadał, miały widocznie w głowie jego rozumową podstawę, i dążyły do jakiegoś praktycznego rezultatu, który zjawiał się przed nim w określonéj już formie.
Józef słuchał słów brata z twarzą opartą na dłoni, ze zmarszczką na czole; podzielał widocznie w duchu bolesne obawy Stefana, ale nie domyślał się, do czego zmierzała mowa jego.
— A więc cóż czynić mamy? — zapytał w zamyśleniu.
— Wólkę zostawić tobie — odparł Stefan — i w świat wyruszyć po chleb, zarobek, spokój — po przyszłość!
Zamieniwszy te słowa, obaj bracia milczeli przez chwilę. I teraz jeszcze Józef nie zrozumiał dobrze myśli Stefana, twarz jego jednak rozjaśniła się szczerém zadowoleniem.
— Masz słuszność, Stefanie — zawołał — powinieneś opuścić Wólkę i kończyć przerwane nauki. Jakkolwiek ten kawał ziemi, który jest wspólną naszą własnością, bardzo małych tylko dostarczy ci środków, to jednak z twojemi zdolnościami i energią...
Stefan nie pozwolił mu skończyć. Podniósł nagle głowę, brwi drgnęły mu lekko, jakby pod wpływem obrazy, lub zniecierpliwienia.
— Nie zrozumiałeś mnie, Józefie — rzekł z niezwykłą żywością — myśląc o położeniu naszém i przyszłości, najmniéj myślałem o sobie. Jeżeli-bym opuścił Wólkę sam jeden, dlatego, aby o czarnym choćby kawałku chleba ukończyć nauki, uczynił-bym zapewne wiele dla siebie, dla was nic... Ty, zamiast sześciu osób, miał-byś na głowie swéj i karku pięć; Wólka jednostajnie uginała-by się pod zbytecznym ciężarem, siostry nasze więdły-by i marniały w zaścianku; dzieci wzrastały-by jak chwasty dzikie...
— A więc, cóż chcesz uczynić? — zapytał Józef.
— Chcę wyjechać ztąd i zabrać ze sobą wszystkich, prócz ciebie.
— To być nie może!
— Posłuchaj mnie, Józefie. Katarzyna, w chorobliwém rozdrażnieniu swém, powiedziała dziś wielką prawdę. Słowa jéj, stały się dla mnie ostatecznym bodźcem do powzięcia postanowienia i wykonania go. Gdybyśmy po wielkiém rozbiciu, które byt nasz spotkało, nie posiadali tego dachu i tego kawałka ziemi, cobyśmy uczynili? szukali-byśmy dla siebie miejsca pod słońcem, i musieli-byśmy je znaléźć; bo, koniec końców, oprócz zajęć około ziemi i plonów, jakie ona daje, są na świecie inne zajęcia i zarobki. Oprócz rolnictwa i naukowych zawodów, są jeszcze w wielkim warsztacie ludzkości prace inne, mało nam znane, a jednak tysiącom, milionom ludzi byt dające. Chcę wmieszać się pomiędzy te tysiące i te miliony, zapomnieć o tém, że byłem bogatym, że jestem Siecińskim, że sposobiłem się do jednego z zawodów, przodujących umysłowéj działalności ludzkiéj. Chcę zostać rzemieślnikiem, handlarzem, wyrobnikiem, czémbądź, byle módz żyć, pracować, spełnić swe obowiązki względem rodziny, dla niéj i dla siebie samego zdobywać jutro.
Wzruszenie, połączone ze zdziwieniem, malowało się na twarzy Józefa.
— Daruj mi, Stefanie — rzekł w zamyśleniu brat starszy — ale ja nie rozumiem jeszcze w zupełności twéj myśli. Przecież, gdybyś skończył nauki, które tak świetnie rozpocząłeś, za lat trzy, lub cztery, mógłbyś pozyskać niezależność i stać się pomocą młodszemu rodzeństwu.
— Tak — odparł Stefan — ale przez lat trzy, lub cztery, Katarzyna umarła-by tu z suchot, albo, co najmniéj, stała-by się zgorzkniałą, schorowaną, rozjątrzoną, nieznośną sobie i innym istotą; ty i Anna, zapracowali-byście się bezowocnie; dzieci, zaniedbane i dziko wzrastające, poniosły-by szkodę na umysłach i charakterach, nigdy może nie nagrodzoną. Gdybyśmy byli tylko dwaj, ty uczynił-byś z sobą i z Wólką, cobyś chciał i mógł, ja, choćby pieszo, wrócił-bym do Uniwersytetu, i o głodzie i chłodzie kończył nauki. Ponieważ jednak jest nas siedmioro, a więc siedm różnych charakterów, organizacyi, wieków i losów, względy są liczne i skomplikowane, obowiązki twoje i moje wielkie, rada powinna być śpieszną, natychmiastową...
— A więc? — z niepokojem i wzrastającém wzruszeniem zapytał Józef.
— A więc, za kilka dni, jak będę mógł najprędzéj, jadę do Wilna, i tam, pośród tłumu ludzi, różnorakich potrzeb i wynikających z nich zajęć, szukać będę dla siebie pracy, zarobku, miejsca, które-by dało dach, chleb i nadzieję lepszéj przyszłości mnie i moim.
— Stefanie, Stefanie! — ze smutkiem wymówił brat starszy — czasy są ciężkie... dla nas...
— Wiem o tém — odpowiedział Stefan — niemniéj jednak żyją tam na świecie ludzie z podobnemi naszemu nazwiskami...
— Cierpią strasznie...
— Zapewne — odparł Stefan. — Rozumiem téż dobrze, że ani ja, ani nikt z nas nie spocznie na różach.
Dwaj bracia powstali i patrzyli na siebie w milczeniu; po chwili jednocześnie wyciągnęli ręce i uścisnęli sobie dłonie. Żaden z nich nie wymówił już więcéj ani słowa. Zrozumieli się i serca ich uderzyły żywiéj, jak bywa u ludzi, którzy czują, że łączące ich węzły rodzinne ścieśniają się wzajemnym szacunkiem.
Wyruszyć w podróż choćby najmniéj kosztowną, nie łatwo było jednemu z siedmiu współdziedziców Wólki. W rachunkach Józefa grosz grosza nie doganiał; aby zebrać ich tyle, iżby złożyły sumę jakich paręset złotych, trzeba było długo myśléć, ciężko pracować, odmówić sobie wielu rzeczy prawie niezbędnych. Stefan zaledwie w kilka tygodni po rozmowie swéj z bratem wyjechał do Wilna; przed odjazdem z jedną tylko Anną rozmawiał długo i powierzył jéj swe zamiary.
— Nie wiem, jak długo zabawię w mieście, i kiedy będę mógł wezwać was do siebie. To tylko pewna, że dłuższa sielanka w Wólce skończyć-by się mogła bardzo smutną tragedyą; ażeby tego końca uniknąć, musimy wyrzec się śpiewu słowika i szmeru strumyka, dla ciasnych i gwarnych ulic miejskich, śród których ludzie pracują prozaicznie, ale pożytecznie, opuścić płot rodzinny, a oprzéć się na własnéj sile.
Anna słowa brata powtórzyła starszéj siostrze. Katarzyna, ucieszona z razu nadzieją zmiany najnieznośniejszego dla niéj położenia, popadła wkrótce w głębokie i rozliczne obawy.
— Na miłość Boga, Anusiu! — wołała — drżąc i załamując ręce — jak my tam poradzimy sobie w mieście, wśród obcych ludzi, bez żadnych zasobów... zginiemy, pomrzemy z głodu!
Anna uspakajała siostrę.
— Co do mnie — mówiła — ufam Stefanowi, że dla siebie i dla nas obmyśli pewno i znajdzie środki zarobku. Ty, Kasiu, najmniéj powinnaś lękać się o siebie. Kształciłaś się artystycznie, a społeczność nasza ceni dotąd artyzm nadewszystko. Grasz i malujesz pięknie, znajdą się więc pewno w mieście dużém bogate domy, które zażądają od ciebie lekcyi muzyki i rysunku.
Słowa te przerzuciły Katarzynę z piekła trwogi, w niebo zachwycenia.
Od Stefana przychodziły do starego dworku listy częste. W piérwszym z nich Stefan pisał: „Nie wiem jeszcze, co uczynię i do czego się wezmę. Śród tłumów ludzi, w które się wmieszałem, jestem jak w nieznajomym lesie. Teraz dopiéro przekonałem się, jak, pomimo dwudziestu trzech lat moich i szczeréj miłości dla ludzi, z jakiéj słynęli nasi rodzice, mało znam społeczność, śród któréj urodziłem się i wzrosłem. Chodzę po mieście i patrzę szeroko otwartemi oczyma. Spostrzegam fenomena społeczne, które uderzają mnie swą nowością. Czy nie było ich piérwéj, czyśmy tylko widziéć ich nie raczyli? Przypuszczam jednak, że przed trzęsieniem ziemi, które nas, niby królów, strąciło z tronu, istnieli tak samo, jak dziś, szewcy, krawcy, kowale, handlarze, biedni ludziska, skupiający z razu liczne rodziny pod strychami, w podziemiach, w chatkach na kurzych łapach, a potém z wolna, stopniowo przenoszący je do izb schludnych, do kamienic murowanych, do ładnych zamiejskich domków, z nędzy do dobrobytu, z ciemnoty do oświaty. Wszystko to istniało i działo się niezawodnie oddawna, ale myśmy z wysokiéj góry nie patrzyli na nizkie doliny; uwieńczeni różami, spoglądaliśmy w niebo i przy dźwiękach lutni opiewali rozkosznego Erosa i hojną Cererę... Wyznaję, że tułam się tu, jak zbłąkana owca. Widywałem przecież wszystkich tych ludzi i dawniéj, miewałem z nimi nawet niejakie stosunki; a jednak teraz, gdy ubogi i nieznany przez nikogo, przypatruję się im naprawdę, szukając pomiędzy nimi miejsca dla siebie, doświadczam takiego uczucia, jakbym z téj ziemi, którą uważałem za swoję, spadł nagle na inną jakąś planetę. Widzę teraz, że nim cokolwiek znajdę i postanowię, siostry i bracia moi długo jeszcze posiedzą w Wólce. Bądźcie jednak spokojni i nie traćcie wiary w lepszą przyszłość. Syn szlachecki, a wasz brat, jest teraz nurkiem, zapuszczającym się w tonie społeczności ojczystéj; trzeba mu przecież trochę czasu, wiele odwagi i rozwagi, aby mógł wydobyć się na powierzchnią, z wiedzą o tém, co się dzieje w otchłaniach”.
W innym liście Stefana znajdowały się następujące słowa:
„Opuściłem hotel, w którym zamieszkałem z razu, bo najtańszy w nim pokój był dla mnie zbyt drogim. Mieszkam u jednego z szewców tutejszych, z którym poznałem się, dzięki nogom swoim, które gwałtownie zapragnęły nowego obuwia. Rodzina to mieszczańska i dostatnia, za parę godzin lekcyi czytania i pisania, udzielanych dwom chłopcom, pozwalają mi sypiać w pokoju, alias szafie, znajdującéj się tuż przy warsztacie szewca. Za mieszkanie tedy nie płacę; oprócz tego prawnik W., pełnomocnik naszego ojca, którego zaraz po przyjeździe tu odwiedziłem, przez pamięć na dawne stosunki z rodzicami mymi, daje mi do kopiowania różne supliki, dokumenta i t. d., tym więc sposobem zarabiam codziennie po dwa, czasem trzy złote, i zostaje mi jeszcze dość czasu na wędrówki po świecie, konieczne dla celów, o których myślę w dzień i w nocy. A więc w taki-to sposób ludzie dają sobie radę na świecie! Zdumiony byłem własném odkryciem, gdym z doświadczenia, na samym sobie dokonanego, dowiedział się, że, utraciwszy pałac Sieciński, można mieszkać w szafie u szewca, a nie mogąc zostać inżynierem, lub profesorem w Uniwersytecie, być guwernerem dzieci tegoż szewca i kopistą, przepisującym manuskrypta po złotówce za arkusz. Wszystko to jednak służy tylko dla mnie tymczasem. Płynę sobie dotąd na kruchéj łódce, i chociaż nie tonę, ale stałego lądu jeszcze nie dostrzegam! Zwłoka ta nie odbiera mi nadziei i odwagi, nie łudziłem się nigdy, i wyjeżdżając z domu, wiedziałem dobrze, iż nie odrazu odkryję Amerykę. Nie żartujcie z porównania. Trudności, jakie spotykają zrzuconego z tronu królewicza, wcale nie są mniéj licznemi, groźnemi, niż te, z jakiemi walczyć musi morski wędrownik. Niech jednak osada Wólki nie podnosi buntu przeciw swemu Kolumbowi, który jéj przyrzekł nowe światy, a dotąd obietnicy swéj nie spełnia. Wszak trzeba mi piérwéj dobrze rozpatrzyć się w karcie geograficznéj społeczności naszéj. Pieniędzy nie przysyłajcie mi, bo, jak możecie domyślić się z powyższych wiadomości, mam tu wszystko, czego mi trzeba. Mam nawet więcéj, niż mi trzeba, w dowód czego posyłam wraz z tym listem elementarz z obrazkami dla Klemensi, i ciepłą chustkę dla Katarzyny. Annie, która nie jest ani dzieckiem, ani chorą, nic nie posyłam, prócz braterskiego uściśnienia”.
Katarzyna, przeczytawszy list brata i otrzymawszy jego podarek, zamyśliła się chmurnie.
— Anusiu — rzekła do siostry — gdybym cię nie kochała serdecznie, zazdrościła-bym ci szacunku i zaufania Stefana. Z tobą jedną mówił on o swoich zamiarach, ciebie jednę uważa za kobietę, mogącą mu dopomódz; ze mną zaś obchodzi się zwykle, jak z chorą, lub z dzieckiem. Wstydzi to mnie i zasmuca...
Umyślnie może w tym celu rzucone, słowa Stefana obudziły w Katarzynie słuszną ambicyą i wstyd zbawienny, zarazem jednak wywołały jeden z tych napadów żalu i rozpaczy, którym biédna dziewczyna oprzéć się nie umiała. Rozum i wrażliwość, szlachetność i samolubstwo, popędliwość i dobroć, walczyły i długo jeszcze walczyć musiały w słabéj piersi, strąconéj z tronu królewny.
W innym jeszcze liście Stefan pisał:
„Kilka dni temu, pan W. oświadczył mi, że jeśli się na to zgodzę, on, za pomocą licznych swych stosunków, wyjedna mi posadę w jedném z biur rządowych.
— Czy będę mógł zostać urzędnikiem etatowym?
— W żaden sposób — odpowiedział — ale dadzą panu miejsce z pensyą dziewięciu, lub dwunastu rubli miesięcznie, które przy statku i pracowitości zachować możesz bardzo długo.
Bez namysłu podziękowałem, to jest odmówiłem. Uwielbiam wszystkie cnoty teologiczne i inne, z wyjątkiem — pokory. Nie potrafił-bym, za żadne skarby świata, lizać nóg kuralnym krzesłom, a jeśli-by które z nich upokorzyć mnie kiedy chciało, czuję, że strzaskał-bym je na miazgę... Gdyby zresztą i nie to, jakaż tu przyszłość? Całe życie pracując w podobnych warunkach, mniéj drogi uszedł-bym od żółwia, bo ten zawsze idzie, choć z wolna, a jabym stał. A więc... a więc cóż czynić? Wrócić do Wólki i nauczyć się orać? Siostry nasze ujmą także sierpy żniwiarskie, a młodsi bracia, trzaskając pasterskiemi biczami, popędzą trzody na zielone pastwiska... Zapewne, gdybyśmy urodzili się w Wólce, i nigdy nic, prócz niéj, nie posiadali, nie poczytywał-bym za złe rodzicom naszym, jeśli-by nauczyli nas prac rolnych, przygotowali do takiego życia, jakie wiodą na szczupłych kawałkach gleby liczne rodziny włościańskie. Ale... jakkolwiek młodzi jesteśmy, podlegamy już prawu, które w nierozerwalny łańcuch wiąże przeszłość z przyszłością. Ja, orząc ziemię, próżnował-bym tak samo, jak siedząc w izdebce swojéj z założonemi rękoma, bo umysł mój, rozbudzony wszystkiém, czém karmił się od kolébki, skupiający w sobie przeważną część żywotnych sił oświeconego człowieka, usypiałby nad pługiem z nudy i znużenia, marniał w bezczynności. A siostry nasze... lecz pocóż nawet mówić o tém? któryż z nas miał-by dość siły i stoicyzmu, aby Katarzynę, tę naszę niegdyś artystkę domową, tę wątłą istotę, wypieszczoną dłońmi naszéj matki, umierającą z tęsknoty za pięknością i cywilizacyą, zapędzić do pełcia warzywa i wykopywania kartofli?
„A więc raz jeszcze, cóż czynić?
„Musi być przecie na świecie rada jakaś dla głowy, umiejącéj myśleć, robota dla rąk zdrowych; tylko, że, oprócz niezliczonych trudności, pochodzących z zewnątrz, ja jednę więcéj znajduję w samym sobie.
„Należę do rzędu ludzi, którzy długo nie znali nic i nikogo, prócz siebie i równych sobie.
„Codziennie wieczorem przechadzam się po mieście, szukając przeważnie tych ulic i miejsc, o których myślę, że są siedliskiem pracy i ubóztwa. Szerokie okna ozdobnych i obszernych domów, osrebrzone śród cieniów nocy białém światłem lamp i stearyny, nie pociągają ku sobie mego wzroku; znam wszystko, co znajdować się i dziać za niemi może; dla mnie i dla moich nie ma tam — nic. Ale spojrzenie moje, z palącą ciekawością, z natarczywém pragnieniem, biegnie ku tym wątłym, bladym światełkom, które palą się nizko nad ziemią, lub wysoko pod niebem. Spoglądam na te schronienia ludzi biednych i pracujących, i myślą zapytuję: jak żyją oni? jak pracują? z jakiemi narzędziami w dłoniach wstąpili na tę drogę cichych trudów i powolnych zdobyczy, któréj ja dotąd szukam nadaremnie? czém zdobyli dla siebie i rodzin swych ten dach, który ich okrywa, ten kęs chleba, który ich żywi, tę względną przynajmniéj niezależność, z którą, jeśli i wiąże się cierpień mnóztwo, to jednak uczciwość trwała i spokój sumienia iść mogą w parze? Bracie mój! nie mieliśmy za dni pomyślności naszéj oczu do patrzenia, nie poznaliśmy tych rozlicznych tajemnic biedy i pracy, jakie ukrywa w sobie wielkie mrowisko społeczności, tych niezliczonych sprężyn i nici, z jakich zbudowany warsztat jéj o niekończącym się nigdy ruchu. Misterye to są, w których tajemniczém łonie spoczywają zaklęte losy wszystkich, co utraciwszy pergaminy i bogactwo, pragną pozostać uczciwymi i spełnić swe obowiązki”.
Po tym ostatnim liście, odezwy Stefana stały się rzadkiemi i krótkiemi. W jednéj z nich donosił rodzeństwu:
„Opuściłem dom szewca i nie przepisuję już papierów panu W. Dzięki rozmowom, które rozpoczynałem, i stosunkom, jakie zawiązać starałem się z ludźmi różnych stanów, poznałem dostatniego kupca, który życzył sobie, abym został guwernerem jego dzieci. Propozycya ta przypadła mi do smaku dla rozmaitych względów. Uczę więc teraz dwóch sporo dorosłych chłopaków, łaciny, algebry i fizyki, za co otrzymuję stół, mieszkanie i płacę miesięczną, równą prawie téj, jaką-bym miał, będąc nadetatowym kancelistą. Oprócz tego, kupiec jest człowiekiem dobrym, rozsądnym, i okazuje mi wielką życzliwość, oznajamia mnie z rozmaitemi czynnościami i potrzebami swego zawodu. Wiem już o sposobach, jakiemi prowadzi się u nas interesa handlowe, i niewiele braknie do tego, abym znał gruntownie naukę buchalteryi. Kto wié, czy wiadomości te nie będą mi kiedyś przydatnemi. Tymczasem jednak o sprowadzeniu tu rodzeństwa ani myśléć nie mogę. Miejsce guwernenera ślizkie jest, i jednemu tylko człowiekowi starczyć może na życie. Z licznych już doświadczeń swoich przekonałem się o tém, że ludzie, którzy o samych sobie tylko myśléć mogą i, posiadając jakiekolwiek wiadomości i zdolności, wyrzekają na niepodobieństwo znalezienia zarobku, są albo niedołęgami, albo bezczelnymi kłamcami. Dla kilku osób, dla rodziny całéj, znaléźć byt i zatrudnienie, rzecz to już całkiem inna, bardzo naprawdę trudna”.
Po liście tym, kilka tygodni minęło mieszkańcom Wólki bez żadnéj wiadomości o Stefanie. Być może, iż człowieka młodego, niedoświadczonego, wtrąconego w milionowe trudności i przeszkody, ogarniać zaczynało zwątpienie. Nie chciał wydawać się z niém przed tymi, którzy byli celem myśli jego i starań; wstydził się, że przez czas tak długi, pomimo sił młodości i chęci, nic jeszcze obmyślić i uczynić nie mógł, milczał. Tymczasem rok już prawie mijał od dnia, w którym rodzeństwo Siecińskich przybyło do Wólki. Wiosna i lato przyozdobiły, rozweseliły zaścianek zielenią drzew, świergotem ptactwa, dzikiém kwieciem i aromatycznemi woniami zbóż, traw i gajów; ale byt rodziny nie polepszył się wcale. Z porą zasiewów, żniw i kośby, prace Józefa i Anny zwiększyły się w dwójnasób; piérwszy na polu, druga w kuchni, piekarni i ogrodzie warzywnym, przepędzali dnie całe od wschodu słońca do późnego zmroku. Żadne z nich nie miało ani chwili wytchnienia, ani jednéj godziny do poświęcenia książce, rozmowie, przyjemnościom umysłu, lub serca. Cała zaś praca ich, wszystkie wysiłki i trudy, za jedyny wynik miały zaspokojenie codziennych potrzeb, które, najbardziéj nawet ograniczone, ze względu na ilość ust, oczekujących pożywienia, i ciał, potrzebujących przyodziania, zużywały wszystko, co tylko zostawało po mozolném zadośćuczynieniu, z zewnątrz wymaganym, ciężkim, dla małéj Wólki zbyt wielkim, opłatom. Zadaniem Katarzyny było czuwać nad dziećmi, ale rozbolała, słabowita, wątła ta istota, nie posiadała ani sił, ani woli do należytego spełnienia obowiązków piastunki względem trojga dzieci, z których w każdém objawiały się już odrębności charakteru i usposobień, pilnego i umiejętnego czuwania wymagające. W ogródku pod starą gruszą, albo w najciemniejszéj głębi gaju, Katarzyna przesiadywała całe długie dnie lata i wiosny, z małą siostrą na kolanach, rozmarzona, zatopiona we wspomnieniach, stęskniona i bezczynna. Pod wpływem usposobień siostry i jéj rozmów, Klemensia nabierała coraz więcej skłonności do marzycielstwa i exaltacyi; płacze jéj i popędliwe uniesienia stawały się coraz częstszemi; śliczna twarzyczka, o wielkich czarnych oczach, bladła, chudła, oblekała się coraz wyraźniejszemi cechami słabowitości fizycznéj i téj nerwowéj drażliwości, która, niekierowana i nieposkramiana, groziła zniedołężeniem ducha i ciała. Dwaj chłopcy, zostawieni najczęściéj samym sobie, stawali się coraz podobniejszymi do wszystkich na świecie dzieci zaniedbanych, samopas puszczonych, w téj najważniejszéj właśnie porze życia, gdy charakter kształtuje się według tego, co go otacza, a umysł wymaga bodźca nauki i czynności, aby nie usnąć i nie porosnąć chwastami.
Z piérwszemi dniami jesieni, które przyszły chłodne i dżdżyste, Katarzyna, zdrowsza nieco w lecie, kaszlać znowu zaczęła; Anna, ogorzała, ze zgrubiałą twarzą i rękoma, po raz piérwszy uczuła się zmęczoną i ukryć nie mogła smutku, który ją ogarniał; Klemensia zachorowała na gorączkę, a Józef nie opłacił w terminie raty podatków, bo pieniądze, które na ten cel służyć miały, wydał na doktora i lekarstwa dla chorego dziecka.
Źle tedy i coraz gorzéj działo się w Wólce, a Stefan milczał. W połowie jesieni jednak Józef otrzymał od brata list dłuższy, niż były wszystkie poprzedzające, a także zawierający w sobie inny, zaadresowany do Katarzyny i do Anny. Stefan pisał do brata:
„List twój, Józefie, donoszący mi o chorobie biednych sióstr naszych i o niepokojach, jakich doświadczasz na widok młodszych braci, znalazł mnie w chwili strasznych udręczeń ducha, i jak możesz domyślić się, nie przyczynił się do ich umniejszenia. Nie potrzebuję opisywać ci uczuć, jakich doznawałem, bo ty więcéj, niż ktokolwiek, z własnego doświadczenia odgadnąć jesteś zdolnym te męczarnie, które człowiek przenosić musi w długich, nadaremnych walkach z żelaznemi pętami, na widok cierpień, którym zaradzić powinien a nie może. Słowa listu twego były kroplą, przepełniającą miarę téj męczarni; zdawało mi się, że jeśli dłużéj jeszcze pozostawię was bez pomocy, nie uczynię nic dla zapobieżenia strasznym a różnorakim nędzom, grożącym rodzinie naszéj, pogardzę samym sobą. Z rozpaczną energią mówiłem sobie, że niepodobna przecież, abym ja, młody, pełen sił i żądzy działania, nie zdołał zadość uczynić téj odpowiedzialności, którą włożyło na mnie braterstwo krwi i niedoli; abym zaraz po piérwszym kroku życia nie potrafił, nie mógł, nie probował nawet spełnić obowiązku? Powiedziałem sobie, że to być nie może, że jakkolwiek szranki działania w społeczności naszéj, takie, jakiemi uczyniły je wiekowe zaniedbania i niedawne burze, ciasne są wielce dla wszystkich, cieśniejsze jeszcze dla ubogich, ja muszę w nie wstąpić; muszę, bo nie idzie mi o siebie samego, ale i o innych, nie o korzyść i zadowolenie tylko, ale o spełnienie obowiązku. Myśl ta, nie odstępowała mnie ani we dnie, ani w nocy; paliła mi serce i głowę, wpiła się we mnie, jak wyrzut sumienia, jak śmiertelny strach przeświadczenia się o własnéj bezsilności. W takiém usposobieniu umysłu, wyszedłem raz na miasto, aby udać się do pana W.; miałem trochę nadziei, że on, który dawniéj i lepiéj ode mnie zna miejscowe stosunki, nasunie mi myśl jaką, radę. Nim jednak doszedłem do celu swéj wycieczki, myśl, rada, któréj szukałem, powstała we własnéj mojéj głowie. Nie Elyzeum wprawdzie zjawiło się przed oczyma mojemi, ale znalazłem to, czego pragnąłem, — miejsce, na którém ja i dwie siostry moje pracować będziemy mogli z pożytkiem dla teraźniejszości, z nadzieją lepszéj przyszłości, jeśli już nie dla nas, to dla młodszego rodzeństwa.
„Ulica, na któréj mieszka pan W., jest jedną z najmniéj ozdobnych, ale najludniejszych ulic Wilna; łączy się z nią kilka zaułków, tak licznych tutaj, a tak napełnionych mieszkańcami różnych stanów, nie zawsze nawet niższych i uboższych. Owóż, mieszkając od kilku miesięcy w domu kupca, słuchając ciągle rozmów o interesach handlowych, i będąc świadkiem ustawicznego załatwiania tych ostatnich, mimowoli wyłączną zwracałem uwagę na objawy tej gałęzi przemysłu, o którą ocierałem się tak często. Zwolna idąc ulicą, przy któréj końcu znajduje się mieszkanie pana W., po raz piérwszy uczyniłem spostrzeżenie, że na tak znacznéj przestrzeni niéma ani jednego, by najmniejszego sklepiku z wiktuałami, najpospoliciéj używanemi, dla mieszkańców miasta niemal niezbędnemi. W téj saméj chwili przyszły mi na myśl zaułki, łączące się z ulicą, którą postępowałem. Nie myślą jeszcze żadną, ale przedświtem myśli kierowany, przeszedłem je wszystkie, i znalazłem, że i tam także zakładu, o którym myślałem, nie było. A więc dość obszerna i bardzo ludna dzielnica miasta zmuszoną była sprowadzać to, czego codziennie i nieuchronnie potrzebowała, z ulic odległych? Uwaga ta była dla mnie jednym z tych błysków, z których nagle powstaje długo szukany pomysł. Byłbym chyba głuchym i ślepym, gdybym, przepędziwszy kilka miesięcy w zgiełku interesów, przypuszczony do zaufania człowieka, który niemi kieruje, nie wiedział o niezmierném znaczeniu, jakie mają dla wszelkich zakładów handlowych warunki miejscowości, śród któréj one powstają. Wiedziałem, że kupiec, u którego pracuję, najwięcéj rekrutuje nabywców i najobfitsze otrzymuje zyski z dzielnicy miasta, w któréj sklep jego istnieje. Ekonomia domowa mieszkańców sprawia, że najchętniéj poszukują oni tego, co najbliższe, a im uboższą i ogólniéj pracującą jest ludność, tém prawidło to mniéj może podlegać wyjątkom. Czas, którego braknie, wiernym tu jest sprzymierzeńcem przestrzeni, która go oszczędza. Ubóztwo sąsiadów nie sprzeciwia się bynajmniéj pomyślności w sąsiedztwie powstałego zakładu, byle-by ten, przy narodzinach swych, pamiętał, dla kogo jest przeznaczonym.
„Myśl otworzenia sklepu w dzielnicy, w któréj go braknie, pochwyciła mnie... nie, ja to właśnie pochwyciłem ją, jak deskę ratunku. Nie mam potrzeby opowiadać tu, w jaki sposób powzięty pomysł dojrzewał we mnie i borykał się z wyrazem, który mu wnet stanął w drodze, a którym jest: kapitał. Tak, boć najmniejsze choćby przedsięwzięcie przemysłowe wymaga posiadania odpowiedniego kapitału. Znowu więc przeszkoda i niemożność. Ale i we mnie także powstała niemożność wyrzeczenia się swego pomysłu. Rozmawiałem o nim ze wszystkimi, od których sądu spodziewać się mogłem najmniejszego choćby światełka, naprzód zaś i najwięcéj z kupcem, w którego domu zostaję. Słuchał on mnie chętnie i zastanawiał się nad zamiarem moim długo. Zgodził się na to, że wykonanie powziętego przeze mnie pomysłu, przedstawiało-by szczęśliwe wyjście z trudnego położenia dla człowieka, który musi, powinien utworzyć w mieście ognisko domowe, przy którém rodzina jego mogła-by pracować i wzrastać. Co więcéj, uznał mnie, pod wszelkiemi względami charakteru i umysłu, sposobnym do zawodu przemysłowca. „Trzeba tylko coś miéć, koniecznie coś miéć, aby zacząć”. Zdziwisz się, Józefie, gdy ci powiem, że po krótkim nawet namyśle, oświadczyłem, iż posiadam 4,000 złotych. Zkąd spodziewam się otrzymać tę summę, powiedzą ci siostry, do których o tém piszę. Kupiec ucieszył się mojém oświadczeniem, i wzajemnie oświadczył, iż, tak polegając na charakterze moim i zdolnościach, o których powziął pochlebną opinią, jak pragnąc czynem okazać współczucie swe dzieciom Wacława Siecińskiego, gotów jest otworzyć mi w swym obszernym sklepie kredyt na towary. Rachowaliśmy obaj długo i przekonaliśmy się, że z takiemi środkami zacząć można, i że to będzie początek, bynajmniéj niepozbawiony perspektywy pomyślnego dalszego ciągu. Doświadczyłem wtedy chwili wielkiego szczęścia...
„Mówiłem o zamiarach swoich z panem W. Pochwalił je w zupełności i przyrzekł, iż w dzielnicy miasta, w któréj mieszka, i w któréj, jako bardzo wzięty prawnik, posiada liczne i różnorodne stosunki, postara się dla mnie o liczną klientelę".
List swój do sióstr Stefan zaczynał od wyrazów:
„Jedynym klejnotem, jaki zdołałyście ocalić z dawnego naszego bogactwa, są miniatury rodziców naszych, oprawne w złoto i drogie kamienie. Jakimkolwiek byłby przyszły los nasz, ani cierpienia i ubóztwo, ani pomyślność i szczęście, jeślibyśmy kiedy je zdobyli, nie zdołają umniejszyć w nas pamięci o tych, którzy wydarci nam zostali mocą złych ludzi i śmierci, których kochając gorąco, mogliśmy zarazem głęboko szanować.
„Szlachetne i ukochane oblicza ojca i matki pozostaną nam na zawsze świętą i drogą pamiątką, i w obec serc naszych nic na swéj cenie nie stracą, jeśli ogołocimy je z ozdób, jakiemi przystroiło je minione bogactwo. Śmiało i ze spokojném sumieniem, z wiarą, że czynię, jak powinienem, i z ufnością, że zrozumiéć mnie potraficie, wzywam was, abyście dokonały téj ofiary. Nie sądźcie, że, odzierając święte dla was twarze ze złota i brylantów, popełnicie świętokradztwo, bo uczynicie to nie dla błahych celów, nie dla własnéj tylko korzyści, ale dla położenia fundamentu pod budowę nowego bytu całéj rodziny, dla wychowania młodszych braci, dla uratowania ich i siebie od fizycznych i moralnych upadków. Gdyby chodziło tylko o mnie, nie przyszło-bymi nawet na myśl żądać od was téj ofiary; spodziewam się téż, wierzę silnie, że nie posądzicie mnie o samolubną rachubę. Nie chcę i nie potrzebuję mówić długo o miłości méj dla was i o tém, jak szerokie miejsce zajmujecie w troskach mych i staraniach; ale przyszłość dowiedzie, żem o was tylko myślał, rzucając się na drogę pracy tém cięższéj, że dla mnie nowéj, zarobków tém trudniejszych, im mniejsze zasoby wspierają me przedsięwzięcie. Jeśli podzielicie przekonanie moje i wyobrażenia, bez zbytecznego żalu i wyrzutów oddacie mi te klejnoty, które przestaną stroić oblicza naszych rodziców, aby dzieciom ich dostarczyć środki ku otrzymaniu pracy i nauki; zrozumiecie, że najlepszym sposobem uczczenia tych, którzy umarli, jest żyć uczciwie, godnie nosić ich imię, odbudowywać to, co było im drogiém, a runęło w skutek nie win ich, ale cnót. Czułość wasza wiele zapewne cierpiéć będzie, gdy z nad głów, dla was świętych, zdejmiecie te świetne korony, które je zdobią; ale chciałbym, abym rozum, a nadewszystko uczucie odpowiedzialności, jaka na każdém z nas ciąży za los wszystkich, przezwyciężyło drażliwość serca i trwogę wyobraźni.
„Pamiątki rodzinne uważane były zawsze w klassie, do któréj urodzeniem należymy, za rodzaj nietykalnéj relikwii; było to niegdyś piękne, bo opierało się na szlachetnych uczuciach, uzasadnione, bo okoliczności pozwalały na przechowywanie widzialnych wspomnień chwalebnego nieraz życia przodków. My jednak nie zgrzeszymy, uchybiając téj tradycyi, bo w wyborze pomiędzy zagrzebaniem zdolności naszych, a kto wié? może i uczciwości, w ciasnym, bezludnym kącie, pomiędzy zaniedbaniem małych istot, których jesteśmy przyrodzonymi opiekunami, a wydaniem rodzinnéj pamiątki w ręce obce, nie powinno być dla nas wahania, ni namysłu. Jam także niezupełnie jeszcze zrzucił z siebie starego człowieka; tradycya ma władzę nade mną, i nie bez boleści piszę do was o tém, że musimy się z nią rozstać; ale jeśli boleść ma swoje prawa, rozum i obowiązek mają także swoje; żyjemy w czasie, w którym znoszenie piérwszéj stało się naszém przeznaczeniem, posłuszeństwo drugiemu — jedynym ratunkiem”.
Po przeczytaniu tych słów Stefana, Katarzyna zakryła twarz dłońmi i długo siedziała nieruchomo.
— Kasiu — przemówiła po chwili młodsza siostra — powinnyśmy uczynić to, czego Stefan od nas żąda.
Katarzyna podniosła głowę. W spojrzeniu jéj więcéj było energii, niż żalu.
— Powinnyśmy — powtórzyła, i powstawszy, odeszła do sąsiedniéj izby. Anna pozostała sama i, z czołem opartém na dłoni, z ogniem w źrenicach, wpatrywała się w rozwarty list brata. W liście tym była jeszcze odezwa, wyłącznie zwrócona do niéj.
„Józef pisał do mnie dawniéj jeszcze, że dla podzielenia się ze mną obowiązkami i dla zmniejszenia ryzykowności mego przedsięwzięcia, radby jednę z was zatrzymał przy sobie w Wólce. Ty, Anno, osądź: czy jest to możebném, czy przyniosło-by to jakąkolwiek korzyść téj z was, która-by pozostała, jakąkolwiek ulgę tym, którzy odjadą?
„Rozstrzygnięcie pytania tego zostawiam tobie jednéj, bo o ciebie tylko jednę iść tu może. Katarzyna musi opuścić Wólkę, musi, pod groźbą zupełnego utracenia zdrowia, tak ciała, jak ducha! Jedna tylko praca, zastosowana do smaku jéj i uzdolnień, wyrwać ją może z zaklętego koła wspomnień i żalów, w jakiém obracają się bezradnie myśli jéj i uczucia, wzmocnić ją na duchu i ciele. Znajdę, znalazłem już tu dla niéj kilka lekcyi muzyki i rysunku; zająwszy się niemi, uczuje się użyteczną sobie i innym; przysporzy sobie spokoju, rodzinie zarobku. Z tobą rzecz się ma trochę inaczéj. Ty potrafiłaś zastosować się do ciasnego żywota ubogiéj wioski, wytworzyć sobie sferę użytecznéj działalności, pozostać zdrową, pomimo fizycznego mozołu, spokojną, pomimo cierpień. Mogła-byś więc, bez niebezpieczeństwa dla siebie, pozostać tam, gdzie jesteś; ale wyznaję szczerze, iż w nowém życiu, które przyjdzie nam tu rozpocząć, tak ja, jak reszta rodzeństwa, obeszli-byśmy się bez ciebie z trudnością. Katarzyna nie będzie miała ani chęci, ani siły i cierpliwości do podjęcia ciężaru gospodarstwa miejskiego, szczupłego i drobiazgowego, niemniéj jednak niezmiernie ważnego dla bytu rodziny i ekonomii domowéj; oprócz tego, sama natura zajęć, które ją czekają, nie pozwoli jej przepędzać z dziećmi tych godzin, w których, wolne od nauki, potrzebować one będą dozoru i kierunku. Moja praca będzie całkowicie zadomową; kantor i interesa pochłoną mi dnie całe, na odpoczynek i sprawy domowe pozostawiając zaledwie może parę godzin wieczornych. Ty jedna więc, Anno, możesz być w mieście geniuszem rodziny, tak, jak nim jesteś na wsi; ty jedna zresztą zrozumiéć jesteś zdolną zajęcia, jakim się oddam, a więc dopomódz mi radą, a może, w chwilach zbyt ciężkich, i wsparciem moralném. Dlatego otwarcie ci powiadam, że i pragnę miéć cię przy sobie, i widzę tego potrzebę; niemniéj jednak nie nalegam, nie proszę cię nawet, abyś przychyliła się do mego żądania.
„I owszem, zwracam uwagę twoję na trudności położenia, w jakiém się znajdziemy, i pragnę, abyś przeniknęła je i zbadała, nim poweźmiesz jakiekolwiek postanowienie. Sklep mój istniéć będzie z razu w połowie z kredytu, co znaczy, że najlżejsze uchybienie w ekonomii przedsięwzięcia przyprawić nas może o zupełny jego upadek. W takich okolicznościach działanie zadomowe tworzy środki domowe, godzi je z warunkami położenia, i wtedy tylko, gdy obie te roboty spełnianemi są należycie, interesa mogą wzrastać i posuwać się na przód. Dział piérwszy będzie mojém zadaniem, drugi twojém; zarobek Katarzyny i twój, jeśli znajdziesz czas i sposobność zdobywania go pracą, w domu spełnianą, będą pomocniczemi środkami, ważnemi, ale ubocznemi; wszystko zaś, co zarobimy w troje, będzie musiało starczyć nietylko na utrzymanie nas samych, ale na utrzymanie i wychowanie trojga dzieci i, jeśli tylko rzecz będzie podobną, na rozszerzanie interesów sklepu a zwiększanie jego wartości. Wiedząc o tém wszystkiém, stwórz sobie wyobrażenie o tém życiu nieustannych zachodów, ścisłéj oszczędności, niezmordowanéj czynności i niezliczonych prywacyi, jakie cię czeka, jeśli postanowisz żyć przy mnie, porównaj to z życiem tém, jakie pędzisz w Wólce i — wybierz.”
Anna wysunęła szufladkę stolika i wydobyła z niéj przyrządy do pisania, złożone z arkusza prostego papiéru i małego szklanego kałamarzyka. Położyła papier przed sobą i szybko, ręką, która nie zadrżała ni razu, napisała:
„Wybór mój uczyniony, Stefanie! przyjeżdżam do ciebie razem z siostrami i braćmi. Tu nie potrzebnam; Józef, pozostawszy sam jeden, obejdzie się beze mnie bez szkody i przykrości, — kto wie? — zapragnie może wkrótce przywieźć nową gospodynią do domu... wszak ma lat dwadzieścia siedm i serce młode, może pokochać, ożenić się... Biedna Kasia potrzebuje w istocie przyjaźni mojéj i moralnéj pomocy; dzieciom będę mogła być użyteczną; a że i tobie nie ciężar, lecz ulgę, jak powiadasz, przyniosę, więc gotową jestem... tak, Stefanie, gotową jestem na wszystko, o czém mi piszesz. Zdrowie mam silne, kocham was, nieszczęścia nauczyły mię wiele. Będę pracowała i cierpiała, ale zarazem będę miała to niewysłowione szczęście, że z pracy i cierpień moich powstanie rzeczywisty jakiś użytek. Wiem już dobrze, że życie nie jest i nie powinno być balem, ani wesołą piosenką; mogę więc śmiało stanąć przy boku twoim i razem z tobą, jeśli nie dla siebie saméj, to dla innych zdobywać jutro.
Policzki młodéj dziewczyny, gdy pisała te słowa, zaogniły się rumieńcem, ale wzrok jéj jasny i błyszczący świadczył o trzeźwości umysłu i stanowczości woli, z jakiemi czyniła swe postanowienie. Gdy skończyła pisać i podniosła głowę, spotkała się spójrzeniem z utkwionemi w nią oczyma Katarzyny. Piękna i wiotka, grubą żałobą okryta panna trzymała w ręku spore pudełko, bogato przyozdobione złotemi wyciskami na purpurowym aksamicie. Anna wstała w milczeniu; siostra jéj z wolna otworzyła pudełko, z którego głębi wytrysnął jaskrawy blask złota, połączony z tęczowemi połyskami brylantów i szmaragdów. Nie na złotych obręczach jednak, ani na przyozdabiających je drogich kamieniach spoczęły spójrzenia dwóch sióstr; ale na malowanych twarzach, które z pośród téj bogatéj oprawy przemawiały do nich bolesnym, lecz zarazem drogim językiem minionéj przeszłości, całego utraconego szczęścia, wszystkich wspomnień świętych, miłości niezapomnianych, strat nieopłakanych nigdy. Oczy dwóch sierot zachodziły łzami, gdy dłonie ich z wolna i ostrożnie wyjmowały oblicza rodziców z pośród otaczających je świetnych blasków. Gdy zaś oba portrety w zupełności uwolnionemi zostały ze swych opraw, dwie siostry jedyny klejnot, który do nich należał, złożyły na liście napisanym przed chwilą do brata, i z cichym płaczem rzuciły się sobie w objęcia.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.