Roboty i Dnie/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Hezjod
Tytuł Roboty i Dnie
Data wydania 1902
Wydawnictwo Nakładem autora
Drukarz Związkowa Drukarnia we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Kazimierz Kaszewski
Tytuł orygin. Θεογονία
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


KAZIMIERZ KASZEWSKI.
Rodziewiczówna - Straszny dziadunio ornament 1.jpg
HEZYODA
«ROBOTY I DNIE»
Sebastyana Grabowieckiego Rymy duchowne p208.jpg
LWÓW 1902.
NAKŁADEM AUTORA.
Związkowa Drukarnia we Lwowie.






SŁOWO WSTĘPNE.

Kto był Hezyod?.... Tyle wiemy o nim, ile z odnośnych ustępów w dziełach, jakie pozostawił, a mianowicie z „Robót i dni“ dowiedzieć się możemy.
Kiedy żył? Niektórzy, zwłaszcza ze starożytnych, czynili go poetą współczesnym Homerowi, a nawet przedhomerycznym, lecz mniemanie takie ostać się nie mogło przy porównaniu ducha utworów obu poetów, różnych od siebie niemal biegunowo. Mitologia Hezyoda jest bardziej skomplikowaną i bardziej osadzoną na gruncie kosmologicznym, o czem nie myślał Homer; etyka zaś Hezyoda przewyższa homeryczną przynajmniej o cały wiek namysłu i doświadczenia. U Homera, ludzie, to jeszcze półbogi, rycerze, awanturnicy, nie myślący o jutrze, żyjący zdobyczą i chwałą; kiedy u Hezyoda, ludzie, to skazańcy niedoli, prowadzący śmiertelną walkę z warunkami i potrzebami żywota. — „W dzień ich trapią troski, dolegliwości; w nocy nękają złowieszcze strachy; ciężar cierpienia, to dla nich dar boski“. — Jakżeby wreszcie można Hezyoda odsuwać w wiek przedhomeryczny, wobec materyalnej i niezaprzeczonej wskazówki przeciwnej. Dzieląc przeszłość ludzkości na pięć wieków, istnienie własne mieści on, oczywiście, w ostatnim; w opisie zaś czwartego wieku o bohaterach współczesnych Homerowi, o rycerzach z pod Teb i Troi, wspomina jako o dalekich „poprzednikach“ (w. 160 sq.).
Najwłaściwszem będzie umieścić Hezyoda w jakie sto lat po Homerze lub później, gdzieś w wieku szóstym przed naszą erą. Przypuszczenie to poprzeć można, jeśli nie datami, których brak, to przynajmniej analogią stanu społecznego Grecyi przezeń opisywanego w „Robotach“, z tym obrazem społeczności helleńskiej wogóle, jaki podaje ściślejsza historya narodu przed ukazaniem się prawodawców. Był to stan ekonomicznie i administracyjnie opłakany, nieustanna, mordująca walka o marne potrzeby życia, iście Darwinowska walka o byt, z naturą piękną ale niewdzięczną, uporną, z dzikiemi zwierzęty, z jadowitymi gadami, ze skwarem słonecznym i brakiem wody (o używalność studni gminy prowadziły zacięte bójki). — Jakże daleko jesteśmy od tych romantycznych, a dzięki powodzeniom i tradycyi, w legendowe szaty przystrojonych wypraw zdobywczych! Ale i wtedy nawet o coś najbardziej chodziło? Słyszymy często z chlubą powtarzany a do zwycięzców zwykle stosowany wyraz: trofeje, pod który dziś podciągamy, co się komu podoba, nawet symbole korzyści idealnych. Nie tak daleko sięgał ten wyraz u swej kolebki, była to poprostu: żywność, to co w gębę wziąć, bo za rycerstwem homerycznem nie ciągnęła karawana wozów intendentury wojskowej, a w domu wszyscy ci króle sami sobie pasali wieprze, jeśli nie starczyło na utrzymanie pachołka.
Niemożnaż dla zdobycia kawałka chleba awanturować się przez całe życie pokoleń i karmić z cudzej stodoły, jak to przez wieki czynili koczowniczy Arabowie, grasujący podle bogatych niw Palmiry, łupiąc ją od czasu do czasu, kiedy złupiona, znowu odrastała w zasoby — dopóki tam porządku nie zaprowadzili Rzymianie. Takim porządkiem odnośnie do band Helleńskich była silna organizacya monarchów Wschodnich, którzy tamę położyli awanturniczym zagonom greckim w rodzaju wyprawy Argonautów lub Trojańskiej.
Zamknął się okres homeryczny, nastąpił okres Hezyoda: zdobycze na obczyźnie zastąpić musiała praca w domu. Homer jest poetą zdobyczy, Hezyod poetą pracy. Jak tamten szczegółowo obrazuje męskie starcia się orężem, świst pocisków, łoskot uderzeń, tak ten z niemniejszem zajęciem wykłada cały proces wysiłków od rzucenia ziarna w ziemię aż do przeniesienia plonu w przygotowane beczki, a pracę około roli uważa za podstawową.
Ale z tą pracą rolną, z którą kojarzy on, lubo w mniejszym stopniu, żeglugę i handel, łączy pewne obowiązki ludzkie i obywatelskie. Niedosyć jest dla niego być dobrym pracownikiem w swym zawodzie, trzeba nadto być dobrym człowiekiem i rozsądnie wybierać środki dobrobytu.
Stąd utwór jego, nakształt „zwierciadła“ naszego Reja z Nagłowic, przedstawia niejako cały program życia, poetyczną receptę na szczęście. Jest to więc w całem znaczeniu prototyp poematu dydaktycznego, pierwowzór rodzaju, tyle wyzyskiwany przez późniejszą poezyę od Wergiliusza aż do Koźmiana.
Jakim sposobem Hezyod stał się twórcą tego rodzaju poezyi? Najważniejszą tu zapewne rolę odegrywa szczególny nastrój umysłu, ale niepomiernie musiały się do tego przyczynić, nastrój ten do działalności pobudzić, okoliczności życia na tle społecznego stanu społeczności greckiej.
Ojciec jego porał się z biedą, mieszkając w eolskiem mieście Kyme, w Azyi Mniejszej. Dla poprawienia sobie losu (w. 635) przerzucił się aż do Beocyi i osiadł pod górą Helikonem, w wiosce Askra, która, jak utrzymuje poeta, była „zła w zimie, w lecie przykra, nigdy miła“. Czy podczas tego wychodźstwa Hezyod był już na świecie, czy urodził się w Askrze, niewiadomo; ale to pewna, że mu tam upłynął cały wiek dziecięcy i młodzieńczy, gdyż zwykle zowią go „łabędziem Askrejskim“. — Jakkolwiek niemiła ani w zimie, ani w lecie, Askra miała dlań wszelako tę zaletę, iż leżała w pobliżu siedziby Muz, u stóp owego rozsławionego przez starożytnych wieszczów Helikonu (Musiała tam prawdopodobnie istnieć jakaś eolska szkoła śpiewacza). Sąsiedztwo to zbudziło snadź w młodym chłopcu popędy poetyczne, gdyż, jak sam zaświadcza w swej „Teogonii“ (w. 22): — „Tę Hezyodowi piękną Muzy pieśń wdrażały, gdy pasł na stokach boskiej Helikońskiej góry, i w te się słowa do mnie ozwały boginie: „Wy pastuchy, nicponie! wy, brzuchy jedynie! My głosim to, gdzie prawda z wymysłem się splata, ale i szczerą prawdę głosim też dla świata“.
W słowach tych mamy dowód, że tchnienie poetyczne wcześnie wionęło na młodego pasterza i że on już w tym chłopięcym wieku uczuwał ważność namaszczenia. Posłuszny rozkazowi bogiń, bogom on złożył pierwociny ich natchnień: bo jeśli uznać trzeba za rzecz dowiedzioną, iż „Teogonia“ jest Hezyoda dziełem, to niezawodnie wyprzedza ona inne w porządku czasu. Opowiada w niej autor z całą naiwnością wszystko, cokolwiek słyszał od kapłanów zapewne miejscowych o rodowodzie i przymiotach bóstw, z całą wiarą w zdarzenia najnieprawdopodobniejsze, z nadzwyczaj szczupłą wstawką własnego sądu; gdy „Roboty i dnie“ cechują człowieka dojrzałego i z pewnym stałym kierunkiem umysłu, doświadczonego życiowo, a więc starszego wiekiem.
Nie wiemy, ile lat liczył wówczas, gdy ten układał poemat, ale było to już dobrze po śmierci ojca. Brat, Perses przekupiwszy sędziów odarł go ze znacznej części spadku (w. 37 „Rob.“), i wtedy to podobno Hezyod przeniósł się do Naupaktu, nad zatokę Koryncką. Niedość jednak na tem: Perses ów, snadź nicpoń i marnotrawca, po pewnym przeciągu czasu puścił całe mienie, i ażeby się zapomódz, próbuje wystąpić z nowym procesem przeciw bratu, dla wydarcia mu reszty dziedzictwa. Wtedy to rozgoryczony Hezyod strofuje go nie już listem, ale całym poematem, w którym, obok argumentów zwróconych wprost ad hominem, nakreśla cały swój światopogląd.
Jest coś dziwnego w tej kombinacyi, czego my, ludzie dzisiejsi, nie rozumiemy. Któżby z nas, oburzony przeciw łajdakowi, rodzonemu bratu, czyhającemu na naszą zgubę, pisał pod jego firmą poemat najogólniejszego znaczenia, z różnostronnemi radami i morałami, w mniemaniu, iż go tym sposobem oprzytomni i na uczciwszą a korzystniejszą drogę naprowadzi? Pierwszy i jedyny raz podobna kombinacja zdarzyła się w rocznikach poezyi, tak, iż utwór ten, uogólniający niejako interesy ludzkie na ziemi, przez ciągłe zwroty osobiste do Persesa, przybiera charakter epistoły, a prawdę powiedziawszy, kombinacya ta dodaje mu nieco ożywienia, dramatyzuje go, daje powód do wylewu uczuć osobistych. — Być zresztą może, iż autor osnowę tego poematu dawno już miał przygotowaną w myśli i z nią się nosił niezależnie od stosunków z bratem, a tylko je przy okazyi wyzyskał i myśl swą pieczęcią braterską oznaczył. I prędzej to nawet przypuścić możemy niż zrozumieć, ażeby gniew, wzbudzony niecnym postępkiem brata, był dla poety zasadniczą pobudką do stworzenia dzieła, ogarniającego całą niemal współczesną etykę, ześrodkowaną w umyśle człowieka niezaprzeczenie na swój czas wyższego i przezeń indywidualnem światłem oświetloną...
Jako poemat czysto dydaktyczny, nie posiada on zgoła w znaczeniu artystycznem architektury, która w epopei lub dramacie rzecz swą rozwojowo od wątka do wątka prowadząc, stanowi jeden z wdzięków poetycznego utworu. Tu, sama tylko odmienność treści szczegółów wytwarza podział, nie mający w sobie nic artystycznego, prawie bez łączności integralnej jednego wątku z drugim.
Po zwykłem, uroczystem wezwaniu Muz, poeta zaraz zwraca się do brata, tak jakby gwoli jemu, lubo na cześć Zeusa poemat ten układał. — Ubogi jesteś — innemi słowy mówi do niego — to nie w nieprawym procesie, przez sprzedawczyków prowadzonym, szukaj polepszenia losu, ale w prawym, gorliwą pracą zyskiwanym zarobku: tak chce mieć prawo najwyższego boga, Zeusa. I jakież to on pole pracy mu wyznacza? Przedewszystkiem rolę, intencyę swą z góry choć jednem tylko zdaniem zaznaczając (w. 41): — „Skarbem dla nas malwa i cebula“. Zeus ukrył przed ludźmi źródła pożytku: trzeba je odnaleźć.
Po takiej ekspozycyi poeta bez należycie wytkniętego powodu zawiesza swój wykład etyczno-ekonomiczny, i przez dość sztuczne przejście wkracza w dziedzinę walki między Zeusem a Prometeuszem, kreśląc jej następstwa tak dla ludzi bolesne. Cudowny mit, wyobrażający łamanie się geniusza ludzkości z niemiłosierną potęgą natury i kruszącego stawiane przez nią przeszkody do osiągnięcia postępu i dobrobytu, — mit, tylokrotnie pod firmą starego Prometeusza przez poezyę wszystkich czasów podejmowany, oczyszczany z pierwotnych, naiwnych osłonek, ale zawsze na jednem tle walki oświeconego rozumu z mrokiem fatalizmu i ciemięstwa podtrzymywany. Z mitem tym łączy się u Hezyoda podanie o pierwszej kobiecie (Pandora), jako o klęsce ludzkości. I znowu moglibyśmy wskazywać dalsze porównania legendy u różnych ludów, ale nie rozszerzając się nad tą kwestyą, zwrócimy tylko uwagę, iż nigdy dotąd z atmosfery poetycznej nie usunięto w zupełności wrażenia Pandory, że panuje w niej wciąż jakiś głuchy rankor przeciw kobiecie, odbijający się dziś nawet jeszcze w utworach dekadentów, a już zbyt widocznie u Przybyszewskiego.
Raz wkroczywszy w dziedzinę mitów, Hezyod nieprędko z niej schodzi. Bezpośrednio opisuje on kolejno zaludnienie ziemi w ciągu czterech poprzednich okresów, które nazywa „wiekami“, wartość każdego z nich (oprócz czwartego wieku półbogów i bohaterów), oznaczając nazwą odpowiedniego kruszcu: złoty, srebrny, miedziany. Opis tych czterech wieków jest jakoby przygotowaniem do wybuchu pesymizmu, który wyrzuca z siebie poeta, opisując wiek piąty, żelazny, współczesny sobie. — „O! bodajem ja nie żył śród piątego rodu, a później się urodził lub umarł zamłodu!“ woła on w rozpaczliwem zgorzknieniu, z pewnym nawet poetycznym patosem, tłumacząc w dalszym ustępie powody swego smutnego nastroju. Bo i jakże tu nie boleć, żyjąc w świecie, gdzie „pięść prawem, cudzych zagród nic burzyć nie wzbrania“; gdzie „nie ktoś wierny przysiędze, uczciwy i prawy doznaje czci, lecz łotr na wszystkie gotów sprawy“; gdzie, po odejściu do nieba sprawiedliwości, ludziom „z każdej strony zostaje ból a żadnej od złego obrony“. Tem się tylko pociesza zbolały poeta, że i ten niegodziwy ród ludzki z wieku żelaznego „Zeus zniszczy koleją, gdy mającym przyjść na świat włosy posiwieją“. I pod tym względem omylił się wieszcz starohelleński. Już całym pokoleniom od jego czasów włosy i posiwiały i wypadły i pogniły razem z czaszkami, a jeszcze świat stać na Meternichów, Bismarków, Rhodesów i Chamberlainów, na hakatystów i pruskich sędziów, i tylu innych reprezentantów cywilizacyi.
Zamało znamy osobistość Hezjoda abyśmy mogli twierdzić, że pesymizm, z jakim on wyjawia się wszędzie, a w tym ustępie (w. 174—201) przeważnie, należał do przyrodzonych właściwości jego ducha; natomiast, znane nam okoliczności jego życia, a choćby ów gorszący proces zrodzonym bratem, wskazują, że pesymizm jego mógł być nabytym. Obyczaje owej umysłowo prześwietnej Hellady nigdy nie były wzorowe, często tam, obok niesłychanych heroizmów, zawadzamy o warcholstwa, sobkowstwa, skrytobójstwa i zdrady publiczne, nawet w wytwornych Atenach, w najpiękniejszych czasach: cóż dopiero mówić o wieku szóstym, kiedy chwiejne ustawy państwowe, licha administracya, brak organizacyi pracy, dawały pochop bezprawiom, a nad poziomem społecznym utrzymywały nędzę i łupieztwo. Najlepszym dowodem opłakanego stanu ówczesnych gmin greckich było to, że nie widząc one innego wyjścia z zamętu, pomimo gorącego umiłowania swobód jednostkowych, wszędzie niemal odwoływały się do jakiegoś wybitnego osobnika z prośbą o ułożenie statutu i poddawały się wszystkim żądanym ograniczeniom.
Wszystko złe zatem, które w utworze tym wytyka Hezyod i przeciw któremu się oburza, śmiele uważać można za odbicie istotnego stanu rzeczy. Nie poprzestaje on jednak na samem odkryciu ran społecznych, ale całym duchem poetycznym, jakim natchnęły go boskie mieszkanki Helikonu, radby złemu zaradzić. Ten też patetyczny ustęp jego dzieła o „wieku żelaznym“ stanowi przejście do nowego epizodu, który uważać można za rodzaj moralnego katechizmu, za postulat człowieka, stojącego ponad społeczeństwem w moc przysługującego mu boskiego prawa. Nie od siebie bowiem samego przemawia tylko poeta, ale uważa siebie za usta Muz (w. 1 i 2) a przez nie za głos samego Zeusa.
Cała też część utworu, począwszy zwłaszcza od wiersza 213: — „Ty, Persesie, za prawem idź a nie za siłą“, — stanowi rozwinięcie etyki, która, jest mozaiką rozmaitych rad i poglądów, ale zawrzeć się może w kilku słowach: nikogo nie krzywdzić, cudzego nie pożądać, swojego strzedz, równą miarą zło i dobro odmierzać. O sankcyi niema tu mowy, lubo często moralista powołuje się na Zeusa i wmawia w swych czytelników, że „piorunny syn Krona“ nagrody dla dobrych, dla złych zachowuje kary, tak że „nieraz cały gród cierpi za to, że jedyny łotr nagrzeszył, puszczając się na zdrożne czyny“. O nagrodach jednak lub karach zagrobowych niema tu wzmianki, i trudno przypuścić, aby Hezyod, który znacznie wyprzedził doktrynę Eleuzyjską, miał jakieś sformułowane pojęcie o nieśmiertelności duszy, poważniejsze od homerycznych cieni. Etyka jego jest raczej praktyczną, utylitarną; często bowiem po jakimś zalecanym przepisie abstrakcyjnym zaraz następuje wyliczenie zeń bezpośrednich korzyści, tak iż za jedyny bodziec, zwracający do czynów lub od nich odwracający, służy wyobrażenie nagród i kar doczesnych (w. 274—285). Tem mniej może tu być mowa o poświęceniu, przebaczeniu; etyka ta schodzi raczej na Mojżeszowe „oko za oko, ząb za ząb“. Równa miara przedewszystkiem:

„Złego zysku unikaj; zły zysk nie wzbogaca,
Druhowi druh, odstępuj, gdy kto się odwraca.
Nie daj, gdy ci nie dają; dadzą? daj w podziękę:
Zwykle daje się dawcy, niedawcy nic w rękę“.

W wykładzie kodeksu swej etyki powołuje się Hezyod na jakieś „najlepsze“ jakoby prawa Zeusowe, których my nie znamy i prawdopodobnie nigdy znać nie będziemy, a to dla bardzo prostej przyczyny. U innych społeczeństw pojawiają się od czasu do czasu jacyś entuzyaści, ludzie z ideą, podający się za wysłańców bożych, umieją pociągnąć tłumy i natchnąć je wiarą w swe posłannictwo, w inicyacyę z bóstwem. Oni to wytwarzają religię, zawierającą zarazem pewien kodeks moralny. W Grecyi nie było nigdy pod tym względem jednostki wydatnej. Na ten grunt oblewany przez morze Egejskie schodzili się wychodźcy różnoplemienni, z religią gotową, religie te napływowe, mieszały się z miejscowemi i wytwarzały kult zasadniczo wspólny, helleński, w którym pod greckimi nazwami bóstw, jak Afrodyta, Dyonizos, Rea, i t. p., odnalazłby rysy znamienne bożyszcz swoich Fenicyanin, Egipcyanin, Trak. We wszystkich tych kultach o zasadach moralnych nie słychać nic, przeciwnie: bogom przypisywane są czyny w ludziach karygodne i srodze przez prawa cywilne karane. Moralność, poza prawami obywatelskiemi, jest wymysłem mędrców, filozofów, poetów, nareszcie reformatorów religijnych o charakterze poetyczno-kapłańskim, jak Melampos, Orfeusz, Pitagoras, lecz i tych nauki naogół obowiązującemi nie były, a prozelici tworzyli tylko rodzaj sekt tolerowanych, dopóki tolerancya ta nie rozbiła się na Sokratesie.
Wszystko zatem, co zaleca tu lub czemu przeciwi się Hezyod, jest prostą kombinacyą myśli etycznych, obiegających po różnych dzielnicach Hellady od czasu siedmiu Mędrców, kombinacyą wzmocnioną, własnemi spostrzeżeniami, doświadczeniem i odczuciem, tak że w toku ustępu można niemal własną jego uwagę od komunału oddzielić. Najcharakterystyczniejszym wszakże rysem i już jemu tylko właściwym, a znamionującym epokę, jest to, że za podstawę moralności wskazuje on nie zdobycz awanturniczą, nie spekulacyę, lecz pracę, z naciskiem — pracę.
I jakiegoż to rodzaju pracę zaleca on obywatelowi helleńskiemu, przez którą ten ma stać się miły „ludziom i bóstwom, co bezczynność potępiły?“ Myślałby kto, że to będzie praca nad wykształceniem własnem, nad uduchowieniem swej istoty. Bynajmniej. Poeta, poseł Muz, nie czuje potrzeby zachęcania ziomków do jakichś zadań idealnych, i ani promyka nie znać w jego dziele tych świateł, które łuną zaiskrzyły później w dobie Peryklesa. Praca, przezeń zalecana, jest czysto materyalną i czysto zarobkową, jedynie prawie zarobek mającą na celu; poza zarobkiem z pracy zdaje się on nie widzieć nic; tylko jest to zarobek uczciwy, a więc zagradzający niejako drogę do zysków nieuczciwych. Jak na owe czasy, i to ma już niepoślednią wartość.
I w tej jednakże pracy materyalnej, zarobkowej, poeta czyni wybór, na miejscu naczelnem, omal nie wyłącznem, stawiając pracę około roli, a w wyborze tym znajduje poparcie u wszystkich moralistów, ekonomistów i historyków cywilizacyi. Hezyod nie ma na względzie interesów ogólnych, nie stawia sprawy na gruncie zasad, nie dowodzi, ale mówi wprost od siebie jak wiejski gospodarz do gospodarza. Cały, jednolity ustęp od w. 383 do 617, zawiera w treści nic innego, tylko przepisy gospodarcze. Jest to rodzaj rolniczego podręcznika, który wskazuje, jakie roboty w polu winny być wykonywane podczas wiosny, lata i jesieni, jak się należy zachować w zimie, jakie są warunki dobrego i opłatnego wykonywania robót: słowem, ustęp ten stanowi rdzeń dzieła. Jakkolwiek, odrębnie od całości wzięty, przedstawia on treść najmniej do poezyi podatną, jako zwróconą ku widokom czysto praktycznym, nie zapominajmy jednak, że utwór powziętym został pod wezwaniem Muz, przez jednego z ich gorących wielbicieli, który czuł się i był w pewnym stopniu poetą. I w tym też ustępie spełnia on miarę poezyi sobie właściwą. Nie nastrajając się, nie łatając frazesem niedoboru myśli poetycznej, trzyma się on z całą prostotą swego prozaicznego przedmiotu; ponieważ styka się wszakże z naturą, która ma przywilej poruszać fantazyę i serce, przeto rady jego fachowe oplatają się co chwila jakąś wiązanką poetycznego kwiecia, a cicha słodycz dykcyi, obrazującej raczej niż motywującej zajęcia na łonie matki-natury, dodaje całości poetycznego zabarwienia. Bądź co bądź, jest to pierwowzór nauczania ujętego w rozleglejsze kształty, zapożyczone od poezyi; bo i filozofowie (Jończycy, Eleaci) wierszem układali swe doktryny i gnomy wygłaszane były wierszami (dykcya prozaiczna nie była jeszcze wówczas należycie wyrobioną) — był to jednak pewien tylko sposób miarowego pisania, bez względu na wewnętrzne, istotowe warunki poetyczne. Hezyod pierwszy w swej treści dydaktycznej występuje z wyraźną intencyą poetyczną, ale chwytany ustawicznie za rękę, przedmiotem prozaicznym, połowicznie tylko intencyę swą urzeczywistnia.
Wypowiedziawszy, co miał na myśli i w sercu odnoszącego się do rolnictwa, następny, znacznie krótszy, w podobnejże formie poświęca ustęp handlowi i połączonej z nim żegludze (w. 618—694). Zajęcie to niema u niego miru, nie uznając go za proceder odpowiadający stanowisku obywatela helleńskiego, dorabiającego się fortuny, ale niejako za złe konieczne, tolerowane.

„Skoro do handlu nagli cię twój umysł głupi,
To, iżbyś z niedostatku nie zginął lub z głodu,
Ja ci wskażę granice morskiego pochodu...“

powiada do brata, a dalej jeszcze:

— „Ciężka to rzecz, żegluga, i ja jej nie lubię,
Bo czyżbym mógł zachwalać, co dąży ku zgubie?“

Ale ponieważ ludzie „w swem sercu nierozumnem nawykli do złego“, przeto on, wyrozumiały, przestrzega, a radą i informacyami w tym niemiłym mu zawodzie, pragnąłby złe to umniejszyć, klęskom zapobiedz. Daje więc wskazówki i z ojcowskiego przykładu i z własnego doświadczenia, co żeglował sporo, jak się zachować należy. Jakoś ludności greckie nie podzielały jego wstrętu do morza, bo przed nim i po nim żeglowały ustawicznie, i tej właśnie ruchliwości swej zawdzięczały znaczenie i bogactwa, cywilizowały kraje barbarzyńskie, przez szerokie osadnictwo rozprzestrzeniały myśl i kulturę grecką. Wieszcz-krótkowidz nie domyślał się, że dzięki tylko udoskonalonej marynarce Temistokles pod Salaminą z śmiertelnej toni uratuje wolności ojczyste; że dzięki tylko rozwiniętej żegludze i handlowi skarb Ateński, obficie zasilany podatkami obywateli, ciągnących zyski z obiegu po różnych stacyach morskich, będzie się mógł zdobyć podczas sławnego „siedemdziesięciolecia“ na wspaniały teatr i cuda Akropolu. Pieczołowitość Hezyoda, uczciwa i praktyczna, jest bardzo przyziemną, nie rozwija ona skrzydeł, ale raczej je przecina, nie bohaterówby ona wytwarzała, ale spokojnych chlebojadów; podobną jest ona do troskliwości matki, która otula swe dziecko, aby się nie zaziębiło, ale organizmu jego nie hartuje i odpornym przeciw złym wpływom nie czyni. Nie z Beocyi też, ojczyzny Hezyoda, szedł zastęp pod Termopile, ale ze Sparty.
Nagadawszy się więc przeciw tej niebezpiecznej żegludze, która człowieka naraża na ciężkie trudy i nawet na niebezpieczeństwo śmierci, która „przykrą jest wśród fal morskich“, — znowu powraca autor do względów etycznych, bardziej szczegółowych, opuszczających się aż do drobnostek, dotyczących życia domowego i towarzyskiego. Ustęp ten (w. 695 do 764) ujęty jest raczej w kształt oderwanych przepisów czy przykazań apodyktycznych, np: „Źle jest zanadto gości lub wcale nie miewać; ze złymi się nie wdawaj a z dobrymi nie wadź; nędzy, która nad życiem biednego się sroży, nie wyrzucaj mu nigdy: boć to dopust boży“; i t. d. Widzimy stąd, że przepisy te mogły znaleźć właściwe miejsce wśród owego katechizmu społecznego, który rozbieraliśmy wyżej; dlaczego autor przerwał ten wątek dwoma obrazami: pracy żeglugi, by w końcu znów do niego powrócić, — trudno odgadnąć.
Toż samo powiedzieć możemy o nowym i ostatnim ustępie (od w. 765), zawierającym rodzaj kalendarzyka gospodarskiego, który bezpiecznie mógłby się mieścić w ustępie przeznaczonym sprawie rolnej, jeśli go autor koniecznie chciał umieścić. Co prawda, na umieszczeniu go dzieło, jako poemat, nie zyskało nic, na opuszczeniu nicby nie straciło. Jest to suche wyliczenie dni w miesiącu pomyślnych lub niepomyślnych przy rozpoczynaniu pewnych robót lub przedsięwzięć, oraz przy rozmaitych wydarzeniach. Stek zabobonów, do których autor w swej naiwności przywiązuje wiarę religijną, nazywając te dnie „zeusowymi“, a dzisiaj do uśmiechu pobudza swemi zapewnieniami, że „dzień raz jest dla nas ojczym, raz ojciec łaskawy, błogosławiony“. — Ustęp ten, bez żadnej wartości poetycznej, ma jedynie znaczenie jako dokument obyczajowy, świadczący o łatwowierności ludzkiej, która co do dni t. zw. feralnych kołacze się dotąd dziedzicznie.
Owóż, stoimy u kresu naszego rozbioru. Hezyod więcej, zdaje się, miał w sobie ducha poetycznego, niż go wykazał w swem dziele: widać to z niektórych ustępów, już to patetycznych, głębokie wyrażających wzruszenie (wiek żelazny), już też z dowcipnych; niemniejszą od poetycznych zwrotów ozdobę dzieła stanowi ciągła obrazowość dykcyi, popierana wyrażeniami czysto oryginalnemi, znamionującemi odrębność stylową.
„Roboty i dnie“, utwór bezpośrednio związany z życiem i stosunkami ludzkimi, pomimo swego dydaktyzmu, najwięcej posiada żywiołu poetycznego; mniej go ma „Teogonia“ i „Tarcza Heraklesa“, stanowiące znowu, pierwsza zwłaszcza, istną kopalnię dla badaczów mitologii greckiej. — W „Robotach“ nader godnem uwagi jest dość częste spotykanie się z zasadami, stanowiącemi dzisiejszy jeszcze postulat: sprawiedliwość, pokój, praca! Jakże daleko sięgają prawdy wiekuiste, w rozmaity sposób i z rozmaitą sankcyą objawiane, a jak trudno ziszczalne. Nie dziw też, że wciąż, jak powiada Hezyod: „Prawość, córa Zewsowa, ta czysta dziewica, którą czci cały Olimp i nią się zachwyca, gdy ją kto tylko dotknie boleśnie, wraz ona wybiega i uskarża się przed synem Krona na płochy umysł ludzki: w pokucie głębokiej lud płaci za złość władców, których myśl nieprawa, łamiąc prawo, wyroki fałszywe wydawa“. — W każdym razie, Hezyod jest to poeta religii, moralności i pracy; domorosły, praktyczny filozof życia, bogatszy w zdania niż poetyczną fantazyę.
Jego „Roboty i dnie“ tłumaczył wierszem Jacek Przybylski; następnie przełożył je prozą Krasicki, nie wiem czy z oryginału, wybornym językiem, ale nadzwyczaj dowolnie, zgoła tekstu pod względem dykcyi nie szanując, a nadto z opuszczeniami miejsc trudniejszych. Zdaje mi się też, iż miał przed sobą tekst „wieku żelaznego“ Hezyoda, pisząc swą satyrę „Wiek zepsuty“, mianowicie od miejsca: — „Zapamiętałe dzieci rodziców się wstydzą“ i t. d. — Kilka wyjątków z „Robót i dni“ podał też Felicjan Faleński, w książce poświęconej w roku jubileuszowym J. I. Kraszewskiemu, w wierszu, jak zwykle u tego poety, wytwornym. Gdyby był przedstawił całość, miałaby literatura nasza arcydzieło, nasuwające potrzebę dalszych starań.

W Warszawie, dnia 24. stycznia 1902 r.


Kazimierz Kaszewski.








HEZYODA
ROBOTY I DNIE.
Tłumaczył
KAZIMIERZ KASZEWSKI.

Zstąpcie Muzy śpiewacze z Pijeryjskiej[1] góry,
Zanućcie pieśń Zewsowi przedwiecznemu, który
Ludzi sławnemi czyni lub pospolitemi,
Że przezeń o nich mówią lub milczą na ziemi.
       5 Snadno on darzy mocą i mocnego zwala,
Snadno blaski zamracza i mroki rozpala,
Krzywi proste i dumne a prostuje krzywe;
Mieszka w obłokach, w przestwór śle gromy straszliwe.
Spójrz tu, wysłuchaj prośby i mej dobrej sprawie
       10 Daj zwrot prawy: ja prawdę Persesowi jawię.
Nie jedna tylko Erys[2] po świecie się słania:
Jest ich dwie, z których jednej mądry człek przygania,
Drugą chwali, bo umysł bogiń tych dwojaki.
Jedna złe swary ściąga na wojenne szlaki,
       15 Okropna tak, że ludzie, zmuszeni jedynie
Nakazem niebian, czczą tę dręczącą boginię.
Drugą, starszą, zrodziła ciemna Noc; atoli
Przeniósł ją Zews wyniosły, co mieszka w eterze,
W głąb ziemi, i ta ludzkiej przyjazna jest doli,
       20 Od niej zachętę słaby człek do pracy bierze:
Kto widzi czyjeś dobro, które praca krzepi,
Sam wnet orze i sadzi, urządza najlepiej
Dom i dwór, ano sąsiad prześciga sąsiada

W chęci zysku; ta Erys jest śmiertelnym rada.
       25 Czy to ganciarz, czy murarz, czy żebrak przy drodze,
Czy pieśniarze, zazdroszczą wzajem sobie srodze.
Ty, Persesie, wbij sobie w myśl to: — niechaj ciebie
Zła Erys nie odciąga od pracy na glebie;
Rzuć próżniacze podsłuchy na rynku, nie prowadź
       30 Sporów; mało ma czasu swarzyć się, prawować,
Komu roczny zbiór w domu nie starczy na życie,
Chociaż dary Demetry[3] ziemia śle obficie.
Kto syt, temu snadniejszy jest zatarg i zwada
O mienie cudze; ale tobie nie wypada
       35 Zwać mnie przed sąd powtórnie: niech rozstrzygnie spory
Prawo, co z Zewsa rodem, — tam najlepsze wzory.
Tyś mnie przy dziale schedy ograbił niemało,
Czcząc sędzie, datkożerce, którym się wydało,
Że sąd ich prawy. Głupi! snadź nie znali słowa,
       40 Iż często od całości większą jest połowa,
A skarbem dla nas malwa i cebula[4].
Bogi
Przed wzrokiem ludzkim kryją snadź zarobku drogi.
Możesz przez dzień zarobić tak, że wyśmienicie
Na rok, choć w próżnowaniu, starczy ci na życie:
       45 Więc jarzmo nad kominem zwiesisz, bo już ciebie
Nie obchodzi trud wołów i mułów na glebie.
Lecz Zews, że go Prometej chytry wywiódł w pole[5],
Ukrył przed nami środki pożywienia z roli,
I inną jeszcze ludziom wymyślił niedolę:
       50 Ukrył ogień. Wtem dzielny syn Japeta gwoli
Ludziom skradł go Zewsowi radnemu i ony
Schował przed Błyskawicznym w trzcinie wydrążonej.
Wtedy chmurny Zews z gniewem rzekł doń temi słowy:
— „Synu Japeta, wszystkim doradzać gotowy,
       55 Ciesz się, żeś wykradł ogień, a jam podrwił głową;
Tobie i ludziom za to ślę ja klęskę nową,
Klęskę, na którą serca całej ludzkiej rzeszy
Wzgorą radością, każdy z uściskiem pospieszy“.
Rzekł, i rozśmiał się ojczyc boży i człowieczy.
       60 Zawołał wnet, by Hefest zabrał się do rzeczy,

Połączył ziemię z wodą a głos ludzki z siłą,
Tak, by do bogiń dzieło to podobnem było:
Urocza postać dziewy. Rzekł Atenie boskiej,
By na krosnach uczyła ją pięknej roboty,
       65 Na głowę jej rozkazał zlać Cyprydy złotej
Wdzięk, bolesną tęsknotę i palące troski.
Z jego rozkazu psi zmysł i przewrotność serca
Wszczepić miał strażnik Hermes, Argosa morderca.
Tak wyrzekł pan, a inni spełnili odrazu.
       70 Słynny Hefest ulepił wraz z gliny, uroczej
Postać dziewicy, według Kronidy rozkazu;
Pas, strój, dała Atena, co ma modre oczy;
Charyty i potężna Pejto w złote szaty
Przyoblekły jej ciało: kłąb cudnych warkoczy
       75 Godziny wiosennemi uwieńczyły kwiaty.
Cała jej gotowalnia, to Ateny trudy.
Lecz strażnik, Argobójca, kłam, słowa obłudy,
Włożył w jej serce, oraz przewrotną myśl w głowę,
Jak pragnął Zews piorunny. Hermes dał jej mowę,
       80 Ów herold bogów, nadał też Pandory miano,
Jako przez wszystek Olimp jest obdarowaną
Czemkolwiek, a na ludzi chlebojednych szkodę.
Gdy skończono bezecną, złowrogą urodę,
Na rozkaz ojca chyży wraz Hermes wyrusza,
       85 Wiodąc ją jako dar do Epimeteusza.
Prometej mu przyjmować darów Zewsa ściśle
Zabronił — a nuż ludziom jakie licho przyśle!
Ale brat nie uważał i przyjął, a wtedy
Poznał dopiero, jakiej tem nawarzył biedy.
       90 Przedtem ludzkie plemiona żyły na tej ziemi
Nieugniatane zbytnim ciężarem, ni złemi
Troskami, próżne chorób, co śmierć wiodą wcześniej,
— Tem prędzej człek starzeje, im dręczon boleśniej —
Aż wiedźma ciężką z beczki zerwała pokrywę,
       95 Wypuszczając na ludzi wszelkie złe możliwe,
A w niewzruszonym domu została z pomiędzy
Tych klęsk jedna Nadzieja: nie wyszła do góry,
Bo wiedźma ciężkie wieko spuściła czemprędzej,

Spełniając rozkaz Zewsa, co napędza chmury.
       100 Odtąd złe tysiącami śród ludzi się plemi
Pełno go i na morzu, jak pełno na ziemi.
Klęski w dzień trapią, w nocy nie przestają zgoła,
Wracają dręczyć same, choć ich nikt nie woła,
I milczą, Zews im bowiem nie udzielił mowy.
       105 Tak: nikt się nie wyłamie z pod woli Zewsowej.

∗             ∗

Jeśli chcesz słuchać, jeszcze słówko ci dołożę,
Dobre i mądre; tylko zachowaj je w głowie:
— Z jednego są pnia rody człowiecze i boże.
Naprzód złoty ród ludzi mówiących bogowie[6]
       110 Stworzyli, mieszkający na Olimpie. — Wtedy
Właśnie nad światem było panowanie Krona.
Ludzie ci, jako bogi, żyli tu bez biedy,
Bez trosk w sercu i zgryzot, starość ich skurczona
Nie nagabała, nogą władali i ręką,
       115 Ucztowali wesoło; żyli zdrowiuteńko,
Jakby snem zdjęci, szczęsne opuszczali życie.
Ziemia im sama przez się żywności obficie
Dostarczała, na plony pracy swojej błogo
Spoglądali (bo było czem i wesprzeć kogo),
       120 W stada zaopatrzeni, nieśmiertelnym mili.
A gdy ci ludzie złoci w ziemię się pokryli,
Zamienił ich na duchy potężny syn Krona;
Bawią na ziemi, i w nich śmiertelnych obrona,
Strzegą praw, od występków wszelkich chronią sami,
       125 Chodzą po całej ziemi osłonięci mgłami,
Siejąc dobro: — królewskie w tem ich powołanie.
Potem ród srebrny gmachów Olimpu mieszczanie
Wytworzyli na ziemi, — lecz mniejszej budowy,
Niższy wzrostem i miarą siły umysłowej.
       130 W domu troskliwej matki przez całe stulecie
Kwilił dzieciak i wyszedł też głupi jak dziecię.
Rósł jednakże, i młodość kwiatem wybujała,
Lecz żył krótko. Boleść on znalazł w nierozumie:
Jeden się na drugiego rzucał gwoli dumie,

       135 Zuchwalstwu. Na bok przytem zeszła boża chwała,
I świętych na ołtarzach nie czcili objatą
Zwyczajem ludzi zbożnych. Rozgniewany za to
Kronida jął ich tępić, jako opieszałe
W tem, co stanowi władców Olimpijskich chwałę.
       140 Gdy jednak ród ten srebrny zapadł się w głąb ziemi,
Szczęsnymi ich nazwali ludzie podziemnemi:
To drugorzędni; cześć im też nadal przyznano.
Trzeci mówiących ludzi, — miedziany mu miano, —
Ród stworzył Zews, do srebrnych niepodobny wcale:
       145 Z pni jesionowych, szorstki, twardy, w dzikim szale
Aresa zatopiony. Ci ziarn nie jadali
Nigdy, okrutne serce ich było ze stali.
Nie zżyć się z nikim! Silni: z tęgiego ich ciała,
Od bar, oh! niesąsiedzka ręka wyrastała.
       150 Miedziane mieli domy i zbroje miedziane,
W miedzi kuli: żelazo było im nieznane.
Ci, własną mocą parci, padli, okrutnicy
Bezsławni, do strasznego Hadesa dzielnicy:
Choć silni, — ręką czarnej śmierci przygnieceni,
       155 Stracili widok jasnych tu słońca promieni.
Kiedy nareszcie ziemię pokryło to plemię,
Czwarty wprowadził ród na wielopłodną ziemię
Kronida, — prawszy, lepszy: to bohaterowie
Krwi boskiej; półbogami lud ich dzisiaj zowie:
       160 To nasi na przestronnej ziemi poprzednicy.
Tych pochłonęła wojna i ciężkie pochody:
Jedni u siedmiobramnych Teb, w Kadma ziemicy,
Padli ścierając oręż o Edypa trzody;
Inni płynąc na statkach po morskiej topieli,
       165 W obronie pięknowłosej Heleny zginęli.
Jednych tam śmierć porwała kres życiu znacząca,
Drugim zdala od ludzi Zews życie rozkoszy
Dał pełne i umieścił ich u ziemi końca,
Gdzie żadna troska w sercu spokoju nie płoszy,
       170 W krainie Szczęścia nad pienistym Oceanem,
Zdala od bogów; Kronos jest nad nimi panem,
[Zwolniony z pęt przez bogów i ludzi rodzica.

Zews im udzielił wielkiej czci, chwałą zaszczyca,
I wyniósł ich jak żadne, w porównaniu z niemi,
Plemię z tych, które żyły na wszechpłodnej ziemi.]
       172 Cni bohaterzy! trzykroć w roku owoc wszelki,
Jak miód słodki, od ziemi biorą żywicielki.
O! bodajem, ja nie żył śród piątego rodu,
       175 A później się urodził lub umarł za młodu!
Bo to jest ród żelazny. W dzień ich trapią troski,
Dolegliwości, w nocy nękają złowieszcze
Strachy; ciężar cierpienia, to dla nich dar boski.
Lecz ze złem i dobrego coś łączy się jeszcze.
       180 I ten ród ludzi mownych Zews zniszczy koleją,
Gdy mającym przyjść na świat skronie posiwieją.
Ojciec obcym synowi, syn ojca nie słucha,
Sąsiad nęka sąsiada, a druh zdradza druha,
Zawiścią przeciw bratu bratnie pała serce,
       185 Wkrótce u młodszych starość będzie w poniewierce.
Swarzą się, kłócą z sobą, lżą słowo po słowie,
Bez litości, wbrew karom bożym: tym nie w głowie
Wynagrodzić rodzice za trud wychowania.
Pięść prawem: cudzych zagród nic burzyć nie wzbrania.
       190 Nie ktoś wierny przysiędze, uczciwy i prawy
Doznaje czci, lecz łotr na wszystkie gotów sprawy
Bezecne. Pięść władczynią, wstyd zanika wszędzie;
I najlepszemu byle szalbierz szkodzić będzie
Fałszywemi wieściami, ba! i zaprzysięże.
       195 Zazdrość się wciska między najuboższe męże,
Bezecna; nienawiścią goreje jej oko.
Więc Skromność, Sprawiedliwość, na Olimp wysoko,
Prześliczne ciała szaty okrywszy białemi,
Do grona Nieśmiertelnych z tej przestronnej ziemi
       200 Wyruszają od ludzi: tym zaś z każdej strony
Zostaje ból, a żadnej od złego obrony.

∗             ∗

Teraz bajka. — Choć mądrzy, niech rozważą króle!
Krasnego w ostrych szponach trzymając słowika,
Jastrząb w obłoczne kręgi wysoko pomyka:

       205 Ptaszkowi, w krzywych szponach, jęk wydarły bóle.
Na to rzecze doń jastrząb, pewien swojej siły:
— „W mocyś jest silniejszego: poco krzyczeć, miły?
Choć wdzięcznie śpiewasz, ja cię, gdzie zechcę, podwiodę:
Zechcę, to zjem cię; zechcę, — puszczę na swobodę.
       210 [Głupi, przeciw silnemu kto okoniem staje:
Nie zwycięży, i biedy a wstydu się naje]“.
Tak mówił chyży jastrząb o skrzydle szerokiem.
Ty, Persesie, za prawem idź, a nie za siłą.
Gwałt nęka małych, lecz i dużemu nie miło,
       215 A jeśli nie zaślepion, stęka on pod tłokiem
Przemocy. Wolę drogę wiodącą do prawa,
Gdyż u kresu przed gwałtem zawsze prawo stawa:
Szkodę pozna i taki, co ma zmysł nietęgi,
Bo za sąd krzywy srodze mści się bóg Przysięgi.
       220 Gdy kto tknie Prawość, ona ze skargą niebawem
Odchodzi od sprzedajnych, którzy kręcą prawem;
Spowita mgłą, nad grodem i nad ludem kwili,
Gotując zgubę ludziom, co ją wypędzili,
Nie równomiernie prawo stosując śród miasta.
       225 Ale gdzie prawo równe dla swoich i gości,
Gdzie nikt nie myśli zstąpić z dróg sprawiedliwości,
Tam lud bujnie rozkwita, gród wspaniale wzrasta.
Spokój: łatwiej wychowa dzieci gród spokojny,
A Zews dalekogrzmiący nie zsyła mu wojny.
       230 I głód nie trapi takich, co szanują prawo,
Ni obłęd; każdy swoją zajmuje się sprawą
Swobodnie. Takim ziemia wydaje plon pełny,
Dęby rodzą na górach żołędź, u połowy
Pni pszczoły, owce jęczą pod ciężarem wełny,
       235 Ojcom podobne dzieci rodzą białogłowy.
Nie siadają na okręt ci ludzie szczęśliwi:
Płododajna ich ziemia dostatecznie żywi.
Lecz kto czynów bezecnych, okrutnych dokona,
Tego dosięże karą piorunny syn Krona.
       240 Nieraz cały gród cierpi za to, że jedyny
Łotr nagrzeszył, puszczając się na zdrożne czyny.
Tam Zews z pod niebios gniew swój okropnemi znaczy

Klęskami: głodem, morem; kwiat ludności ginie,
Żony nie rodzą, dom się zamienia w pustynię
       245 Z woli Olimpijskiego władcy: lub inaczej,
Tępi on dzielne wojsko, to znów twierdze wali,
Zabiera im okręty z łona morkiej fali.
Baczność, króle! Rozpatrzcie i wy sądy swoje,
Gdyż przy śmiertelnych, bawią nieśmiertelnych roje
       250 I patrzą, kto niepomny pewnej kary bożej,
Z krzywdą ludzką, dla własnej korzyści sąd zdroży.
Toż trzydzieści tysięcy z ducha Zewsowego
Bawi na ziemi stróżów, obrońców człowieka,
Co czuwają nad prawem, od złych czynów strzegą,
       255 Chodzą po różnych drogach, a mgła ich obleka.
Prawość, córa Zewsowa, to czysta dziewica;
Czci ją też cały Olimp i nią się zachwyca.
Niech ją kto tylko dotknie boleśnie, wraz ona
Wybiega i uskarża się przed synem Krona
       260 Na płochy umysł ludzki: w pokucie głębokiej
Lud płaci za złość królów, których myśl nieprawa
Łamiąc prawo, wyroki fałszywe wydawa.
Baczność więc, króle! Słuszne dawajcie wyroki;
Datkobierco, zaprzestań krzywych sądów zgoła!
       265 Kto źle czyni, najgorsze złe na siebie zwoła,
Dla doradcy najgorszą jest jego zła rada.
Oko Zewsowe wszystko i widzi i bada,
A gdy zechce, to spojrzy i na nas nareszcie,
Zobaczy sprawiedliwość, rządzącą w tem mieście.
       270 Z tą ja nie życzę sobie stykać się zbyt blisko,
Ani memu synowi; to urągowisko:
Tu jeno niegodziwców prawo ma na pieczy.
Lecz Zews gromowy, tuszę, zmieni ten stan rzeczy.
Ty zaś, Persesie, zapisz to w sercu i głowie:
       275 Porzuć gwałty, polegaj na Prawości słowie.
Przepis bowiem Kronidy dla ziemi jest taki:
I ryby, i zwierzęta, i pierzaste ptaki
Niech się żrą: śród nich prawo gwałtu nie odeprze.
Ale ludziom dał prawa, i to co najlepsze;
       280 A kto przejmie się niemi i chętnie wykona,

Temu pobłogosławi piorunny syn Krona.
Lecz kto wołań na świadka, zaprzysięże zdradnie,
Ten zelży Sprawiedliwość i sam zejdzie w nędzę;
W proch i wniwecz ród jego w przyszłości popadnie;
       285 Gdy urośnie w potęgę wiernego przysiędze.
Nierozumny Persesie, słuchaj dobrej rady!
Spojrzyj! wszędzie natrafisz na złego gromady
Bez trudu; droga gładka, tuż przy własnym domu:
Gdy do cnoty dostąpić bez potu nikomu
       290 Nie dały bogi; droga długa i chropawa,
W dół, w górę. Lecz gdy człowiek już u szczytu stawa,
Lżej mu idzie, co ciężkiem było w pierwszej dobie.
Najlepszy ten, co wszystko obmyśli sam sobie,
Zważy następstwa, koniec dobry ma na względzie;
       295 I ten niezły, co dobrych rady słuchać będzie:
Lecz kto i sam nie myśli, i nauk drugiego
Nie przyjmuje do serca, to człek do niczego.
Ty słuchaj mojej rady, i pracuj, Persesie!
To Głód cię znienawidzi, polubi wstydliwa,
       300 Uwieńczona Demetra, i gdy przyjdą żniwa,
Do stodół twoich zboża obficie naniesie.
Głód temu towarzyszem, kto pracy unika.
Bogi, ludzie, nie cierpią próżniaka, nędznika,
Podobnego do trutniów, tej hordy próżniaczej,
       305 Która obca trudowi, pracą pszczół się raczy.
Imaj się tedy trudu, skrzętny i wesoły,
A on ci plonem rocznym wypełni stodoły.
Przez pracę nam się, ludziom, majątek dostanie,
Trzód obfitość; przez pracę ty się staniesz miły
       310 Ludziom i bóstwom, co bezczynność potępiły:
Bo nie praca jest hańbą, — hańbą próżnowanie.
Pracuj, a wkrótce próżniak tobie pozazdrości,
Bogatemu; bogactwo zaś daje godności.
Dawniej, gdyś był rozsądny, lubiłeś pracować:
       315 I teraz od dóbr cudzych ty umysł odprowadź
Do pracy; zwiększysz mienie: oto rada szczera.
Srom do zdobyczy mienia ludzi nie podpędza,
Za sromem raz dobrobyt idzie, to znów nędza,

Srom, to pomaga ludziom, to znów ich obdziera.
       320 Skarbów nie grabić! Mieć je od boga, to miło.
Lecz kto chwyta dostatek samą ręki siłą
Lub sprawnością języka, jak się często zdarza;
Kto ludzką przebiegłością majątek wytwarza,
Tak, że wstyd przed bezwstydem ustępuje z pola,
       325 Takiego łatwo bogi przyciemnią i rola
Sczeznie mu, a pomyślność niebawem się zszarza.
Podobnież, kto ukrzywdzi przychodnia, nędzarza,
Kto z żądzy w rodzonego wejdzie brata leże
W porozumieniu z żoną, i cześć mu odbierze;
       330 Z niecną myślą kto mienia sierotom zazdrości;
Kto siwego rodzica, na smutnym starości
Progu, rozdrażnion zelży niegodnemi słowy; —
Przeciw tym całym gniewem buchnie. Zews gromowy,
I za czyny nieprawe ukarze surowo.
       335 Bądźże zdala od tego ty, niemądra głowo!
W miarę mienia, masz bogom sprawiać objat dosyć
Czystą duszą i ciałem, tłuste udźce znosić;
Potem zlejesz, okadzisz: szukaj pojednania
Idąc spać, kiedy święte światło twarz swą skłania
       340 Ku ziemi; proś, łaskawem aby było na cię,
Byś ty kupował cudze, nikt twojego, bracie!
Na ucztę zaproś druha (nigdy w życiu wroga),
Tego zwłaszcza, do kogo najbliższa ci droga.
Niech się we wsi przygoda zdarzy nieszczęśliwa,
       345 Sąsiad, niby pobratym, jak stoi, przybywa.
Dobry sąsiad, — skarb istny: złą tylko jest zwada.
Wiele zyskał, kto zyskał dobrego sąsiada.
Dobry sąsiad, — to wół twój nie będzie rozbity.
Ty żądaj od sąsiada miary należytej,
       350 Lecz sam odmierzaj równo jeśli można, suciej,
A to ci się, gdy zajdzie potrzeba, powróci.
Złego zysku unikaj: zły zysk nie wzbogaca,
Druhowi druh, odstępuj, gdy kto się odwraca.
Nie daj, gdy ci nie dają; dadzą? daj w podziękę:
       355 Zwykle daje się dawcy, niedawcy nic w rękę.
Dobrym jest dar, złą grabież; ta sprowadza zgubę.

Szczodry, gdy dobrowolnie daje, choć da wiele,
Wesołym jest i w sercu ma wrażenie lube;
Ale kto porwie gwałtem, temu nie wesele:
       360 Choć zysk mały, kamieniem w sercu się zaściele.
Zyski małe do małych dołączaj, a skoro
Nie ustaniesz, niebawem i wielkie się zbiorą.
Kto do mienia dokłada, głód mu nie dobodzie.
Dobrze, gdy kto majątek cały w domu chowa;
       365 Lepiej niż zewnątrz: łatwiej ulega tam szkodzie.
Miło czerpać z własnego, ale boli głowa,
Gdy potrzeba a niema: pomnij na te słowa.
Począwszy beczkę, nie spiesz do końca, w połowie
Szczędź, bo nie pora szczędzić, gdy dno się zapowie.
       370 Zwiąż i druha umową: pewniejsza zapłata;
Z uśmiechem przywiedź świadki choćby i do brata,
Zbyteczna ufność nie mniej niż niewiara gubi.
Nie daj się wziąć kobiecie: ta strój tylko lubi;
Póki smaczny jej chleb twój, zęby do cię szczerzy.
       375 Zaufał zbójnikowi, kto kobiecie wierzy.
Dosyć, gdy syn jedynak zrodzi się we dworze:
To rośnie i w dostatki i włości rodzina.
Niech umrze starym, znowu zostawiając syna.
Wprawdzie liczniejszą dziatwę Zews zbogacić może;
       380 Lecz kłopot większy, mniejsza przy działach dziedzina.
Jeśli ku zbogaceniu myśl się twoja zwraca:
Ja ci dam jeden sposób: praca, praca, praca!

∗             ∗

Kiedy wschodzą Plejady[7], Atlasowe plemię,
Bierz się do żniw, a skoro zachodzą, orz ziemię.
       385 Czterdzieści dni i nocy kryją się we mroku,
Nie widzisz ich, aż znów się przy pochodzie roku
Ukażą, kiedy sierpy gotujem do żniwa.
Taki zwyczaj na równiach i nad morzem bywa,
W dolinach osłoniętych też przez drzew proporce,
       390 Zdala od morza, gdzie na urodzajnej niwie
Sieje rolnik. Zrzuć odzież przy siejbie i orce,
Zrzuć przy kośbie, jeżeli pracę chcesz szczęśliwie

Ukończyć, by ci wszystko powzrastało w porze,
Abyś nie potrzebował żebrać w obcym dworze
       395 Z niedostatku, a prośby twej nie wysłuchano.
Wszakżeś i do mnie teraz udawał się?... Ano
Nie dam, ani odmierzę. Pracuj, bracie miły!
Pracę bóstwa za dolę ludziom przeznaczyły.
Z żoną, dziećmi, po dworach, ze zgryzotą, w duchu,
       400 Nie włócz się, bo sąsiedzi nie dadzą-ć posłuchu.
Raz i drugi dostaniesz, a zaskwierczysz jeszcze,
To próżne twe wołania i jęki złowieszcze,
Próżno zmarnujesz słowa. Zmień ten tryb, bo nędza
I głód, trapiący człeka, tem się nie odpędza.
       405 Naprzód dom własny, sługa, przytem wół do pługa. 405.
(Obory niech pilnuje niezamężna sługa).
W domu sporządzaj każde potrzebne narzędzie,
Nie bierz innego, któreć wiecznie psuć się będzie,
A czas marnie upływa, zarobek upada.
       410 Z dnia na dzień też robota niech się nie odkłada:
Leniwi, opieszali, nie napełnią zbożem
Swych stodół: pracę jedno pilnością pchnąć możem,
Lecz w nędzy się starzeje człowiek opieszały.
Gdy później złagodnieją ostre słońca strzały,
       415 A Zews, potężny władca, deszcz spuści w jesieni,
I rzeźwiej zaczną ruszać się ludzie strudzeni,
(Bo krótko gwiazda Syrjos z góry ogniem siecze,
Sprowadzając niedole i śmierci człowiecze,
Nietylko w dzień, lecz w nocy najmocniej dogrzewa) —
       420 Wtedy ruszaj z toporem po drzewo: już bąki
Nie trapią lasu, zrzuca on liście a płonki
Giną; to czas, pamiętaj, naciąć sobie drzewa. —
Trzy stopy moździerz, łokci trzy drąg niechaj mierzy[8],
Siedem stóp tnij na ośnik: będzie jak należy.
       425 A choćbyś uciął ośm, to i na tłuki będzie.
Gdy koła na rąk dziesięć, dzwona tnij w trzy piędzie.
Krzywych drew w lesie mnóstwo; najdź, puść się na grabież
Po górze, po dolinie, i na nasad zabierz
Grab — twardy, więc do pługa użyć go najlepiej,
       430 Kiedy go kowal silnie z lemieszem uczepi,

A klamrą zepnie z pługiem dyszel w sam raz długi.
Rób to w domu i sporządź odrazu dwa pługi,
Składany oraz prosty, — słuchaj dobrej rady —
Jak jeden się zepsowa, poddasz wołom drugi,
       435 A wiąz i wawrzyn są odporne na owady.
Pług z dębu, z grabu nasad! Woły lat dziewięciu
Nabądź, to im nie zbraknie siły w przedsięwzięciu:
Pełnia młodości; żaden się w sprzęży nie będzie
Borykał z drugim, aby roztrzaskać narzędzie.
       440 Roboty nie porzucą w polu nieskończonej.
Przy nich czterdziestoletni, tęgi wolarz. Trzeba
Dać mu poczwórny bochen, w osiem kęsów chleba:
Jedząc, prosto on skibę zaorze, na strony
Zerkać ku rówieśnikom nie będzie, wpatrzony
       445 Jedno w robotę; lepszy tem on od młodzieży,
Iż nie rozprasza ziarna, sieje jak należy:
(Młodzież na rówieśniki lubi zwracać oko).
Bacz pilnie, kiedy bocian ozwie się wysoko,
Jak corocznie: wyrzuca on hasło w przestworze
       450 Pługom i siejbie, przytem deszcze zapowiada.
Gospodarzowi, który nie ma wołów, biada.
Ty sutą wtedy paszę rozdzielaj w oborze.
Łatwo prosić: — Daj wołu i woza w potrzebie;
Łatwo odrzec: — Mam pracę dla wołów u siebie!
       455 Niejednego do wozu gwałtem rwie się dusza:
Głupi! stokroć ważniejsze, co wozem porusza,
A czego mu nie starczy wprost przez zaniedbanie.
Kiedy wreszcie dla ludzi czas pługa nastanie,
Wstawaj żwawo do pracy zarówno jak sługi,
       460 By suchą czy wilgotną wziąć glebę pod pługi
Wcześnie; pole zapełni się wraz, gdy pójdziesz z przodu.
Orz z wiosną, potem w lecie nie doznasz zawodu.
Siej na nowinie, póki gleba jeszcze świeża,
Nowina spędza czary i dzieci uśmierza.
       465 Proś Zewsa podziemnego i Demetrę, żeby
Pomyślnie rósł i dojrzał święty płód jej gleby;
Proś, poczynając orać, kiedy koniec pługa
Trzymasz w ręku, a bodźcem szturchasz w grzbiet ciołaki

Rzemieniami ciągnące dyszel. Niech ci sługa
       470 Idzie u nóg z grabiami, aby nękać ptaki
Zakrywaniem nasienia: gdyż porządku praca
Od śmiertelnych wymaga: bezład ją wywraca.
Gdy Zews da wynik zgodny z zachodami twemi,
To kłosy siłą własną ugną się ku ziemi,
       475 A ty obmiataj z beczek swych sieci pajęcze,
Bo będziesz z nich dobywał miły zasób, — ręczę,
Który-ć starczy do wiosny; nie będziesz w potrzebie
Oglądać się na innych, prędzej ktoś na ciebie.
Lecz gdy w słońcu zimowem podejmiesz oranie,
       480 Nie naglij kos, bo w rękę małoć się dostanie;
Zwiążesz to w zapylone snopki, pełen złości,
I w kosz do domu: nikt ci żniw nie pozazdrości.
Z burzliwym Zewsem bywa to tak, to inaczej,
— Umysł śmiertelnych trudno go sobie tłumaczy; —
       485 Lecz przy spóźnionym pługu jedna zbawia sztuka:
Gdy w liściach dębu pierwsza kukułka zakuka,
I rozraduje ludzi na ziemskim przestworze,
Niech Zews w dniu trzecim spuści tu deszcz, a opady
Deszczowe wyrównają wolich racic ślady,
       490 To opóźnienie pługa naprawić się może.
Weź to sobie do serca i pomnij te słowa,
Kiedy nadchodzi wiosna i pora deszczowa.
Do ogrzanej gospody chodź, lub do kowala[9],
Gdy zima już pracować w polu nie pozwala,
       495 A nieleniwy w domu z robotą się chowa.
Strzeż się, by ci za skórę nie zaszedł mróz srogi;
Byś chudą ręką spuchłej nie pocierał nogi.
Próżniak, co na nadzieję czczą jedynie liczy:
On bez środków do życia, naje się goryczy.
       500 Nadzieja nie używi ubogiego człeka,
W pogawędce czas tylko bez zysku ucieka.
Nauczaj ty parobki swoje w ciągu lata:
— Lato nie trwa rok cały; potrzebna wam chata. —
Chroń się miesiąca grudnia! Straszne dnie on wiedzie:
       505 Bydło pada; nas, ludzi, trapią gołoledzie.
Kostniejem, gdy Boreasz pociągnie lodowy

Tam od Tracyi żywiącej konie, i przez głowy
Zaczepi morze, wzburzy, aż ziemia i bory
Drżą; wyniosłe on dęby i grube sokory
       510 Zwala w górskie czeluście śród żywiącej ziemi,
Wpada tam i lasami trzęsie niezmiernemi.
Drżą i ogon pod siebie chowają zwierzęta,
Nie pomoże im skóra sierścią porośnięta,
Kudły na piersiach: wszystko mroźny wiatr odwinie,
       515 Przebije skórę wołu: ta go nie odstrasza,
I długowłose kozy podwieje; jedynie
Baran roczniak, okryty wełną, Boreasza
Nie lęka się, a stary nabiera swobody.
Wiatr nie wedrze się również w ciało dziewy młodej.
       520 Ta w domu pod opieką bawi macierzystą,
Zgoła jej obca dotąd złota Afrodyta:
Świeże ciało skąpawszy, oliwą złocistą
Namaszcza i spoczywa głęboko ukryta,
Zimą, gdy polip w smutnym zakącie podłogi,
       525 W nieopalanym domu własne zżera nogi,
Bo mu nigdzie już żeru nie wskazuje słońce,
Zwrócone tam na ciemne i ludy i grody,
A szczupło oświetlając Helleńskie narody.
Rogate i bezrogie w lasach mieszkające
       530 Zwierzęta mkną po kniei tłumnie, po dolinie,
Smutno kłapiąc zębami, a dążąc jedynie
Do znalezienia jakiej przed mrozem ochrony
W wydrążonej jaskini. Jak człowiek zgrzybiały
Głowę ma w dół zwieszoną a grzbiet pochylony,
       535 Tak one idą, śnieżnej strzegąc się zawały.
I ty też, radzę, sporządź ochronę na ciało:
Miękki płaszcz a gzło ciepłe, by do stóp spadało:
Tkań niech będzie dostatnia, ubogą obręba.
Taką wdziej odzież, by-ć się włosy nie czochrały
       540 I przy dreszczu na ciele nie stawały dęba.
Postaraj się na nogi o ciżmy skórzane,
Mocno szyte, a wewnątrz futrem wykładane.
Futerko z pierworodka, gdy zima się ruszy,
Rzemieniem spięte włóż na plecy: to ochrona

       545 Od deszczu; czapka zasię porządnie zrobiona
Od wody zabezpieczy ci głowę i uszy.
Zimne dnie, gdy Boreasz zacznie poświst dziki;
Chłodny wiew ranka spada z gwiaździstego nieba
Na pola gospodarzy, wróżąc mnogość chleba;
       550 Wodę niosą powietrzem wieczyste strumyki,
Siłą wiatrów wysoko nad ziemię wzniesione:
Wieczorem deszcz, lub wiatry pchną go w dalszą stronę,
Kiedy tracki Boreasz spłoszy gęste chmury.
Ubież go więc w robocie, i do domu w nogi,
       555 By cię na górze obłok nie objął śród drogi,
Mocząc odzież i wodą zlewając do skóry:
Wymijaj go. Najcięższym z zimowych miesięcy
Jest właśnie ten; dla ludzi ciężki i dla trzody.
Przepołów też karm wołom, lecz ludziom daj więcej.
       560 Szczęściem długa noc chroni w te deszcze i chłody.
Postępuj tak do końca spieszącego roku,
Wyrównywając noce ze dniami, aż w toku
Wszechmacierz ziemia znowu różne zniesie płody.
Gdy dni sześćdziesiąt biegu zimowego słońca[10]
       565 Wypełni Zews, dopiero Niedźwiedzica lśniąca,
Opuszczając świętego Oceanu fale,
W zmroku zachodnim pierwsza zaświeci wspaniale,
Do niej ze skargą córka przybywa Pandjona,
Jaskółka: nową wiosnę zwiastuje nam ona.
       570 Przed nią obcinaj wino, — nie ma lepszej rady.
Gdy ślimak domonosiec, nim wejdą Plejady,
Wpełznie pod krzak, ty przestań kopać w winogradzie,
Lecz ostrz sierpy i wypraw na zagon czeladzie.
Nie szukaj miejsc cienistych, nie prześpij jutrzenki
       575 Podczas żniw, gdy na ciemno słońce barwi ciało.
Wstawaj wcześnie, przy zwózce nie żałuj też ręki,
By ci się w dom żywności najwięcej dostało.
Ranek, — to dokonana trzecia część roboty;
Ranek ułatwia drogę, ułatwia zajęcia;
       580 Ranek gdy błyśnie, człowiek raźne czuje wzloty
I chyżej wkłada jarzmo na szyję zwierzęcia.

Kiedy oset zakwitnie a polne koniki,
W gąszczach drzew skryte, poczną gwarliwe okrzyki
Z pod skrzydeł, znoje lata w pełni się rozwiną,
       585 Wtedy kozy najtłustsze, najsmaczniejsze wino;
Niewiasty najkochliwsze, nieskorzy mężowie:
Syrjos zbyt ich po nogach praży i po głowie,
Marszcząc skórę. Siądź w cieniu na wyłomie skały,
A miej wino Biblińskie i chleb wypieczony
       590 Starannie, mleko od kóz, co karmić przestały,
Mięso z jałówki leśną trawą upasionej
I z koźlęcia: syt racz się w zagłębiu cienistem
Przysmakami, i winem popijaj perlistem.
Zwróć twarz tam, skąd Zefira powiewają chłody,
       595 Ku tryskającym źródłom kryształowej wody;
Trzy razy popij wody a czwarty raz wina.
Gdy zaś na niebie Orjon zjawiać się poczyna,
Pędź czeladź, by młóciła Demetry dar błogi
Na okrągłem klepisku śród wietrznej rozłogi.
       600 Pod miarę pakuj w beczki, a gdy wszystko zboże
Porządnie i bezpiecznie ustawisz w komorze,
Weź stróża bezdomnego, bezdzietną służącą:
Z dzieckiem na ręku praca nie idzie gorąco.
Miej psa o tęgich zębach, nie szczędź mu jedzenia,
       605 By człek, co sypia we dnie, nie obrał cię z mienia.
Schowaj siano i plewy, abyś, gdy potrzeba,
Miał dla wołów i mułów. Praca dokonana....
Rozpuść bydło i służbie niech wytchną kolana...
Gdy Orjon, Syrjos, dojdą do połowy nieba,
       610 Eos różowym palcem Arktura odsłoni,
Ty tnij i do domowej znieś wino ustroni.
Przez dziesięć dni i nocy trzymaj w słońcu grona,
Przez pięć pozostaw w cieniu; szóstego, Persesie,
Mieść w beczkach dar rozkoszny, który Bach nam niesie.
       615 Gdy zaś na czele Plejad, Hjady blask Orjona
Przyćmią, pomyśl, że pora ująć w ręce pługi.
Tak oto się układa praca jak rok długi.

∗             ∗

Znęci po niegościnnem morzu żeglowanie?...
Pomnij, że gdy Plejady wbrew mocy Orjona,
       620 Rzucą się w wody morskiej przezrocze otchłanie
I zerwie się wszech wiatrów gonitwa szalona,
Ty łódź z ciemnego morza ściągnij na wybrzeże
I zajmij się na lądzie pracą: radzę-ć szczerze.
Ściągnij łódź i głazami opatrz ją dokoła,
       625 Przez co się wilgnym wiatrom łatwiej oprzeć zdoła;
Otwórz czop, bo od deszczu zbutwieć ona może,
Wszelki przyrząd żeglarski zbierz i skryj we dworze,
— Z łodzi żagle porządnie rozłóż na powale,
A celny nad kominem maszt zawieś na ścianie
       630 I wyczekuj, aż pora podróży nastanie.
Wtedy lotną łódź wypuść hen na morze, ale
Wypełnij ją ładunkiem, który-ć zysk przyniesie,
Jak to czynił mój ojciec, no, i twój, Persesie,
Gdy za zarobkiem puszczał się na morskie fale.
       635 Raz on przez ciemne morze, po ciężkiej przeprawie,
Z Kimy, grodu Eolów, przybył tu na nawie,
Bo tam szczęścia nie zdobył ni bytu, jedynie
Z biedą się porał, jaką Zews na ludzi zsyła.
Siadł on pod Helikonem w ubogiej wiosczynie:
       640 Askra, — zła w zimie, w lecie przykra, nigdy miła.
Cobądź czynisz, Persesie, czyń w stosownej porze,
Urządź wszystko, tembardziej gdy ruszasz na morze.
Chwal statek mały, lecz do ładunku bierz duży,
Bo większy do większego zysku ci posłuży,
       645 Jeśli cię wiatr burzliwy na drodze nie złupi.
Skoro do handlu nagli cię twój umysł głupi,
To iżbyś z niedostatku nie zginął lub z głodu,
Ja ci wskażę granice morskiego pochodu,
Choć sam w żegludze nie mam doświadczenia wcale.
       650 Nigdym wszersz morza statkiem nie przebył od rodu.
Raz mnie tylko z Ewbei unosiły fale
Do Aulis, gdzie Achaje, ciągnący pod Troję
Z świętej Hellady, wojska zgromadzili swoje
Dla przeczekania burzy, — z niewiasty pięknemi.
       655 Tamtędy jam przepłynął do Chalcyjskiej ziemi

Dla igrzysk Amfidama. Nagrodę wspaniałą
Przeznaczyli synowie królewscy, a mnie się,
Zwycięzcy w pieśni, z uchem trójnoże dostało,
Które złożyłem Muzom w Helikońskim lesie,
       660 Gdzie mnie, piewcę, raz pierwszy spotkało ich grono.
Stąd i Tarczowładnego znam myśli, Persesie,
Bo mnie Muzy uczyły snuć pieśń nieskończoną.
W pięćdziesiąt dni po zwrocie w drugą stronę słońca,
Gdy po znużeniach lato zbliża się do końca,
       665 Czas śmiertelnym żeglować; statku ci w tej porze
Nie porozbija, ludzi nie pochłonie morze:
Chyba gdyby Pozejdon wstrząsający ziemię,
Lub król bogów, umyślnie rzucił zguby brzemię,
Bo o dobrem, czy o złem, ich wyrok stanowi.
       670 Wtedy niebo jest jasne, nieburzliwe fale:
Więc ściągnij statek z brzegu, posłuszny wiatrowi,
I na wodę! a przybór opatrz doskonale.
Lecz wracaj jak najspieszniej w swe domowe ściany;
Nie czekaj winobrania, ani dżdżów jesieni,
       675 Ni burzy, gdy Not groźnie zaświszczy w przestrzeni,
A z deszczem Zewsa do dna poruszy bałwany:
Jesienią byt na morzu nie jest pożądany.
Inaczej się żegluga przedstawia nam w wiośnie.
Gdy z nowym rokiem wrona zaznaczy na ziemi
       680 Głębszy ślad stóp, a kwiecie na drzewach podrośnie
Śród drżących kiści, — ruszaj z falami morskiemi.
Ciężka to rzecz żegluga, i ja jej nie lubię,
Bo czyż mógłbym zachwalać, co dąży ku zgubie?
Lecz ludzie, choć z trudnością, przed klęską się strzegą.
       685 W swem sercu nierozumnem nawykli do złego:
Biednych śmiertelnych dusza za zyskiem przepada.
Przykra śmierć śród fal morskich! Moja przeto rada,
Byś gorąco do serca wziął, co ci tu prawię:
Nie mieść wszego dobytku w wydrążonej nawie,
       690 Większą część w domu zostaw, mniejszą daj wyprawie.
Źle na otwartem morzu zostać bez ratunku,
Jak źle zbytnio obciążyć wóz wagą ładunku;

Oś może pęknąć, wtedy i ładunek na nic:
Najlepiej trzymać miarę. Strzeż właściwych, granic.

∗             ∗

       695 W porę Wprowadź do domu żonę, gospodynię,
Gdy trzydziestka nadpływa lub mało przepłynie:
To czas najlepszy. Panna niech będzie skończoną
Cztery lata kobietą, w piątym roku żoną.
Weź ją sobie z pobliża; niechaj będzie młoda:
       700 To do skromnego trybu łatwiej ci się poda.
Wybór twój niech nie sprawi sąsiadom złośliwej
Uciechy: dobra żona, męża skarb prawdziwy,
Lecz złem największem w świecie jest niedobra żona,
Żądna uciech, co męża, choćby był ze stali,
       705 Wcześnie uczyni starcem i bez ognia spali.
Bądź z wielką czcią dla bogów nieśmiertelnych grona.
Z obcym się nie zażywaj jak z rodzonym bratem,
A jeśli to uczynisz, nie czerń go przed światem,
I nie kłam lekkomyślnie. A gdy kto zaocznie
       710 Ciebie złem słowem albo czynem krzywdzić pocznie,
To mu odpłać w dwójnasób; lecz gdy zechce szczerze
Pojednać się i winę uzna w dobrej wierze,
Przyjmij, bo tylko człowiek zły wciąż zmienia druha:
Wygląd twój niech nie przeczy obrazowi ducha.
       715 Źle jest zanadto gości lub wcale nie miewać;
Ze złymi się nie wdawaj, a z dobrymi nie wadź.
Nędzy, która nad życiem biednego się sroży,
Nie wyrzucaj mu nigdy: wszak to dopust boży,
Świetnym skarbem człowieka jest umiar języka:
       720 Nieraz wielka go za to przyjemność spotyka.
Nie lżyj słowem, bo gorsze wraz usłyszysz słowo.
Nie droż się, gdy wzywają na ucztę zbiorową:
Koszt niewielki, przyjemność za to niesłychana.
Ręką niemytą wina nie rozlewaj zrana
       725 Zewsowi ani innym bogom: z takiej ręki
Nie przyjmą objat; próżne twe modły i jęki.

(Wiersze od 727—737 opuszczone w przekładzie.)[11]

Gdy masz przejść w bród przez piękne fale wiecznej rzeki,

Módl się wprzód, umyj ręce i spójrz w prąd daleki;
       740 Tym, co wchodzą do rzeki nie mocząc rąk, prości,
Bogowie odpłacają cierpieniem w przyszłości.
Gdy bogom uroczyste objaty się palą,
Nie obcinaj paznokci wyświeconą stalą.
Wśród pijących czystego nie wynoś też wina
       745 Nad mięszane; w tem może być złego przyczyna.
Gdy dom postawisz, zważaj, by nieoczyszczony
Dach nie stał się siedliskiem krakającej wrony.
Do jadła, czy kąpieli, nie użyj naczynia
Bez opłukania przedtem: złego to przyczynia.
       750 Na głazach niech nie siada nikt dwunastodniowy:
Spoczynek to niemiły, męskie strąca siły;
A z dwunastomiesięcznym skutek jednakowy.
Mężczyzna niech nie czyści się w łaźni niewieściej,
Bo z czasem może mu to przyczynić boleści.
       755 Gdy płonące objaty spotkasz gdzie na drodze,
Nie żartuj z ich tajemnic; bóg skarze cię srodze.

· · · · · · · · · ·
       760

Pilnie strzeż się na bliźnich mieść potwarzy brzemię;
Mały zachód, trud lekki popuścić jej wodze,
Lecz ciężko dźwigać, trudno ją zrzucić na ziemię:
Nigdy potwarz, jeżeli ją uprawia mnóstwo,
Nie ginie całkiem; to też w swym rodzaju bóstwo.

∗             ∗

       765 Stosuj się do dni Zewsa jak należy, czeladź
Przyuczaj też. W trzydziestym miesiąca wypada
Badać roboty w polu i żywność rozdzielać
W czasie, kiedy i sądy sprawia ludów rada.
O innych dniach miesiąca tak myśl Zewsa głosi:
       770 Naprzód, czwarty i siódmy to dnie święte, przeto
Że Apolla o złotym mieczu w te dnie Leto
Wydała; gdy zaś ósmy z dziewiątym się wznosi
Miesiąc, równo sprzyjają sprawom ludzkim oba;
Jedenasty z dwunastym, gdy nadeszła doba
       775 Strzyży owiec, zbóż sprzętu chroniących od biedy,
Pomyślne, nawet lepszy dwunasty, bo wtedy,

Gdy lato w pełni, pająk wysoko na ścianie
Snuje swe nici, mrówka buduje mieszkanie,
Zatem niech i niewiasta rozłoży kądziele.
       780 W trzynastym strzeż się siejby, chociaż dzień ten wiele
Pomaga przy sadzeniu roślin. Ku ich zgubie
Zmierza szósty z pośrodka, który narodzinom
Chłopców przychylny, za to wrogi jest dziewczynom,
Jak przy ich urodzeniu, tak potem przy ślubie.
       785 I początkowy szósty zły jest na dziewczęta,
Lecz dobry, gdy rznąć pora kozy i jagnięta,
Wyborny do stawiania ogrodzeń na stada;
Szczęśliwie rodzi chłopca, lecz ten zwykle gada
Szyderczo, kłamie, schlebia, lubi szept miłośny.

       790 W ósmym miesiąca dobrze bić wieprze i bydło ryczące,[12]
Zasię w dwunastym wybornie muły cierpliwe zabijać.
W dniu dwudziestym wielkiego roku, miesiącu najdłuższym,
Człek przezorny spłodzi chłopca: ten będzie rozumnym.
Szczęsny dla chłopiąt dziesiąty, dla dziewczyn czwarty środkowy:
       795 Wtedy też owce rogate, woły o nogach powolnych,
Psa o zębach zaciekłych i pracowite muliska
Pogłaszcz ręką przyjaźnie; a pamiętaj, powtarzam,
Nie zaniedbywać czwartego z góry i z dołu miesiąca,
W sercu byś nie miał zgryzoty, bo w dniu tym ludziom się szczęści.
       800 Dobrze, jeżeli żonę pojmiesz w dniu czwartym miesiąca;
Ptaki wprzód jednak wybadaj, jakie do wróżby najlepsze.
Piąte dnie mijaj w miesiącu, bo ciężkie one i szpetne:
W piątym dniu, — mówią — Erynny[13] służyły przy narodzinach
Orka, syna Erydy, a postrach to wiarołomców.
       805 W siódmym dniu średnim zrzucaj święte płody Demetry
Na okrągłe klepisko, a dobrze się wkoło oglądaj.
Niech też i cieśla w tym czasie bale do domów sposobi,
Razem i do okrętów, jakie przystoją żegludze;
Lecz uszkodzone okręty naprawiać trzeba w dniu czwartym.
       810 Lepszym dla ludzi bywa dziewiąty ze środka miesiąca,

Jednak i początkowy dziewiąty szkody nie zrządza.
Dobrym jest on dla roślin, przy narodzinach pomyślnym
Czy to chłopców, czy dziewcząt, nigdy zniszczenia nie sprawia.
Mało kto zna korzyści dnia dziewiątego od końca,
       815 Czy to by beczki poczynać czy też jarzmo na karki
Wołów i mułów albo też rączych rumaków nakładać,
Również, w ster opatrzone statki na morze ściemniałe
Z brzegu wypuszczać: niewielu dzień ten określa prawdziwie.
Beczki otwieraj w dniu czwartym: najbardziej szczęsnym jest czwarty
       820 W części środkowej: niewielu zna jego dzielność pod wieczór,
Równie jak zrana; w południe mniej on przynosi korzyści.

∗             ∗

Oto dnie, w których dobro ziemianom się iści;
Inne się chwieją, darząc nas dolą, niedolą.
Drudzy, nie znając prawdy, inne znów dnie wolą.
       825 Dzień raz jest dla nas ojczym, raz ojciec łaskawy.
Błogosławiony, który zna te wszystkie rzeczy.
Pilnym jest w pracy, boskim nakazom nie przeczy,
Bada lot ptaków, w grzeszne nie wdając się sprawy.






Przypisy

  1. Pieros, góra w dzielnicy Macedońskiej, Pieria, w pobliżu północno-zach. stoku Olimpu; jedno z miejsc ulubionych przez Muzy, które też stąd poeci nazywali Pijeridami.
  2. Jak u Homera, tak u Hezyoda (w Teogonii) Eris jest boginią niezgody, kłótni, bójek, wszelakiej niedoli, tylko w „Rob. i d.“ przyznaje on jej drugą rolę, bogini współzawodnictwa w pracy i zarobku, więc ludziom pożytecznej.
  3. Demeter (łac. Ceres), wielka macierz wszelkich płodów ziemnych.
  4. Połowa, byle pewna, lepszą jest od niepewnej lub źle nabytej całości. Malwa i cebula: pożywienie ubogiej ludności miejscowej, której często brak chleba z powodu trudności rolnych.
  5. Znana historya walki Prometeusza, (walki kultury ludzkiej z naturą) przyjaciela ludzi, z Zeusem, który niewiadomo dla czego ich prześladuje. Pr. odrwił Zeusa, tłuszcz i kości zwierząt, zamiast mięsa, wyznaczając mu na objatę; Zeus zato pomścił się na ludziach, zsyłając im kobietę, za którą poszły rozmaite klęski, dotąd nieznane. Odwieczna myśl utraconego raju, różnie komentowana w poszczególnych legendach. Niezrozumiałem tylko dotąd jest w legendzie greckiej: dlaczego razem z klęskami umieszczoną została w jednej beczce Nadzieja, i ta jedyna nie wyszła na ziemię? Wszak nadzieja istnieje wśród ludzi? Czemuż więc pesymista Hezyod, który i nadzieję jako ułudną, uważa za klęskę, zatrzymał ją w beczce? Atene (łac. Minerwa) pierwszy i jedyny raz w mitologii wskazaną tu jest jako mistrzyni tkactwa — Cypryda, właściwie Afrodyta (łac. Venus), bogini miłości, zatem przedstawicielka wdzięku, pożądań i trosk miłosnych. — Hermes (łac. Merkury), sprytny służbista Zeusa, z jego zapewne rozkazu, zabił silnego człowieka, Argosa, mającego oczy po całem ciele, który z polecenia małżonki Zeusowej, Hery, strzegł Ijony, zamienionej przez nią w jałówkę, przed zbliżeniem się do niej zakochanego Zeusa. — Hefestos (łac. Vulcanus), wyobraziciel ognia, oraz wykonawca wszelkich kunsztów, do wyrobu których potrzebny jest ogień. — Kronides (syn Krona), zawsze oznacza Zeusa. — Epimeteusz, brat Prometeusza.
  6. Od w. 109—200 najbardziej poetyczna część utworu Hezyoda, opis głośnych w mitologii pięciu wieków (okresów) ludzkości, opis często i powszechnie dotąd niemal przysłowiowo powtarzany (wiek złoty, wiek żelazny). Nadewszystko zwraca tu uwagę wiek piąty, współczesny poecie, który w opisie tym wybucha całym pesymizmem swej duszy, zgorzkniałej przygodami życia własnego i obserwacją faktów.
  7. Za czasów Hezyoda jeszcze kalendarz nie był ustalony; czas zatem przeważnie określano wschodem i zachodem pewnych gwiazd i gwiazdozbiorów. Stąd poeta agronom żniwa rozpoczynać każe od wschodu Plejad, orkę od ich zachodu.
  8. Od w. 423—431 opis tamtoczesnego pługa, dla czytelnika niezrozumiały, tembardziej, że trudno doń i polskich wyrazów dobrać odpowiednich. Jest wprawdzie szczegółowo określony ten pług w dziełach odnoszących się do starożytności; ale bez rysunku, opis niewiele więcejby nauczył, niż to co się mieści w tekście niniejszego utworu.
  9. Od w. 493. poczyna się opis srogiej zimy w górach; jeden z najbardziej malowniczych. Ubodzy ludzie w braku własnego ogniska, dla ogrzania chronili się do gospód lub do kuźni kowalskich.
  10. W odległej epoce Hezyoda, kiedy kalendarz roczny nie był ustalony, co do pór roku orjentowano się wschodem i zachodem pewnych gwiazd lub konstelacyi: tak też jest i tu. Po opisie zimy autor wskazuje kolej głównych zajęć rolnych w wiośnie, lecie i jesieni.
  11. W ustępie od w. 726—760 opuszczono w dwóch miejscach kilka wierszy, wyrażających przestrogi zbyt naturalistyczne. Opuszczenia takie zwykle nie są tolerowane, wiem o tem, lecz nie mogłem przełamać wstrętu dla zadośćuczynienia ścisłości.
  12. Od w. 790—821 musiałem wiersz rymowy zastąpić hexametrem, gdyż z powodu ciągłych powtarzań się liczebników niepodobieństwem było iść wiersz za wierszem tekstu odpowiednim szeregiem rymów.
  13. Erynny (jędze), boginie pomsty, strażniczki niezłomne wiekuistych praw bożych. — Orkos, bóg piekieł, wysłuchujący przysiąg, straszny krzywoprzysiężcom.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Hezjod i tłumacza: Kazimierz Kaszewski.