Rob-Roy/Rozdział XXXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Walter Scott
Tytuł Rob-Roy
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1875
Drukarz Drukarnia Emila Skiwskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Michał Grubecki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ  XXXV.
Ostatni raz widziałem boskich ócz spojrzenie,
Raz ostatni jéj słodką mowę usłyszałem;
Ach! zgasły już przede mną nadziei promienie,
I jużem się pożegnał z mojém szczęściem całém.
Hrabia Basil.

Doprawdy nie wiem co mam z tobą robić panie Osbaldyston, — rzekł Rob-Roy podając mi butelkę. — Nie chcesz ani jeść, ani spać, ani pić nawet, chociaż zdaje mi się, że nie ma lepszego Bordo w piwnicy barona Hildebranda. Gdybyś był zawsze równie wstrzemięźliwym panie Frank, nie ściągnąłbyś na siebie nienawiści Rashleigha.
— Gdybym był zawsze pilnował drogi rozsądku, — odpowiedziałem rumieniąc się ze wstydu, — uniknąłbym gorszego złego, — wyrzutów własnego sumienia.
Mac-Gregor rzucił na mnie badającym i srogim wzrokiem, jak żeby chciał przeniknąć myśli moje, i odkryć, czyli słowa te nie do niego wymierzone były; lecz przekonawszy się jak widać, że wymawiając je, o sobie jedynie myślałem, obrócił się twarzą do ognia i westchnął głęboko.
Przez kilka chwil siedzieliśmy w milczeniu; nakoniec Rob-Roy odezwał się znowu, a głos jego objawiał, ile mu był przykry przedmiot o którym mówił.
— Mój krewny Nikol ma dobre chęci, ale nie zastanawia się bynajmniéj nad położeniem mojém; nie myśli o tém, czém byłem dawniéj, czém zostać musiałem następnie, a nadewszystko co mię przywiodło do tego, czém dzisiaj jestem.
Umilkł, — czułem, że zaczęliśmy rozmowę zbyt drażliwéj natury; odpowiedziałem jednak, że nie wątpię, iż położenie, o którém namienił, nieraz dni jego goryczą zatruwać musi; i że cieszyłbym się bardzo, gdyby szczęśliwie wyjść z niego potrafił.
— Mówisz jak dziecko! — rzekł Rob-Roy głosem do oddalonego grzmotu podobnym; jak dziecko, które mniema, że dąb stary tak łatwo ugiąć można jak winną latorośl. — Mogęż zapomnieć, żem wyłączony z pod prawa? że głowę moją oceniono jak łeb drapieżnego zwierza? Że z rodziną moją postąpiono jak ze szczeniętami lisicy, które każdemu męczyć, katować, w niwecz obracać wolno? Że świetne Mac-Gregorów imię jakby talizman jaki dla zaklęcia złych duchów, mnie i klanowi memu nosić zakazano?
Widocznie Rob-Roy wyliczając te krzywdy, chciał gniew swój na nowo rozjątrzyć, i usprawiedliwić tym sposobem przed sądem własnego sumienia postępowanie swoje. Zamiar ten udał mu się pomyślnie, — źrenice szarych oczu jego ściskając się i rozszerzając naprzemian, zdawały się miotać ogniem, — ścisnął pięści, — zgrzytnął zębami, — nakoniec powstał nagle i porwał za rękojeść swéj szabli.
— Dobrze! — zawołał głosem na pół stłumionym gwałtownością gniewu. — Stanie się jak życzą. Imię to, które śmieli potępić, imię Mac-Gregor, będzie istotnie talizmanem do zaklęcia piekielnych duchów. Ci, którzy dziś naśmiéwają się z cierpień moich, zadrżą pod gromem méj zemsty. — Nędzny handlarz wołów, zstępujący boso z gór swoich, odarty ze wszystkiego, spodlony, ścigany jak dzikie zwierzę, wpadnie na nich w straszliwéj chwili, jak sokół na zdobycz swoją. Ci którzy pogardzali nikczemnym robakiem i deptali po nim bez litości, wyć będą z rozpaczy gdy postrzegą, że się przemienił w ogromnego smoka. — Ale pocóż mówić o tém, — rzekł daléj spokojniéj już nieco, usiadłszy znowu przed ogniem. — Któż zniesie cierpliwje, gdy we dnie i w nocy uganiają się za nim jak za drapieżnym zwierzem? gdy przyjaciele nawet i sąsiedzi, jak tego dziś przy brodzie Avondow mieliście przykład, powstają przeciw niemu z bronią w ręku? — Nie, panie Osbaldyston; świętemu nawet niestałoby cierpliwości w podobném położeniu; a cóż dopiero góralowi, który, jak wiecie nie posiada téj cnoty w wysokim stopniu/ — Z tém wszystkiém, jest wiele prawdy w tém co Nikol powiedział. Smutno mi, gdy wspomnę na dzieci! — Żal serce ściska, gdy pomyślę, że Robert i Hamish pójdą w ślady ojca!
Troskliwość o los synów sprawiła to, czego wspomnienie o własnych cierpieniach dokazać nie mogło. — Rob-Roy głębokim rozżalony smutkiem, wsparł się na stole, i zakrył oczy rękami.
Trudno wypowiedzieć, ile w owéj chwili byłem rozczulony. Umartwienia wyniosłéj i nieugiętéj duszy, zawsze mię mocniéj wzruszały, nad przemijający słabszych umysłów smutek. Pragnąłem najżywiéj przynieść mu pociechę i pomoc, jakkolwiek zamiar ten wydawał mi się trudny, a nawet niepodobny do uskutecznienia.
— Mamy, — rzekłem, — wielu znajomych i przyjaciół na stałym lądzie. — Czemużby synowie pana za wdaniem się ojca mego, do którego wdzięczności tyle masz prawa, nie mieli wejść w służbę którego z sąsiedzkich dworów?
Uczucia serca musiały się malować na twarzy mojéj; Rob-Roy bowiem ścisnął mi przyjaźnie rękę i rzekł:
— Dziękuję ci, dziękuję z duszy, — ale przestańmy... Nie spodziewałem się, żeby ktokolwiek z żyjących ujrzał raz jeszcze łzę w oku Mac-Gregora. — To mówiąc otarł długie czerwone rzęsy, i dodał: — jutro pomówiemy o tém, i o pańskich interesach. — My górale przywykliśmy wstawać równo ze świtem, wtenczas nawet, kiedy nam się zdarzy znaléźć miękką pościel. — No, panie Frank, jeszcze jeden kieliszeczek na dobranoc.
Nie przyjąłem wezwania.
— A więc na duszę Św. Maronocha! wypiję sam jeden, — a nalawszy przynajmniéj pół kwarty wina, spełnił ją w oka mgnieniu.
Udałem się na spoczynek, odłożywszy pytania, które mu zadać miałem do chwili, w któréj umysł jego byłby w spokojniejszym stanie. Człowiek ten nadzwyczajny tak mocno zajął wyobraźnią moją, że nim zamknąłem znużone powieki, śledziłem długo jeszcze wszystkie jego poruszenia. Przechadzał się po izbie mrucząc pacierze łacińskie i żegnając się niekiedy; poczém szablę swą i pistolety położył z obu stron posłania, tak, aby w razie potrzeby, mógł być do obrony gotowym; nakoniec obwinąwszy się w plaid obszerny, rzucił się na łóżko, i w kilka minut usnął. Strudzony podróżą, oraz nadzwyczajnemi dnia tego wypadkami, i ja téż wkrótce wpadłem w sen głęboki, z którego, mimo tylu do niespokojności powodów, nie przebudziłem się aż dość późno nazajutrz.
Kiedym otworzył oczy, Mac-Gregor już był wyszedł. Obudziłem pana Jarvie, który ziewnąwszy kilka razy, począł się mocno uskarżać na ból w kościach po wczorajszym znużeniu. — Opowiedziałem mu szczęśliwą nowinę, żem odzyskał papiery ojca mego; jak tylko ją usłyszał, zapomniał o cierpieniu, a ubrawszy się najśpieszniéj, zaczął przezierać weksle, i porównywać je ze spisem, który mu wręczył Owen.
— Obaczmy, — rzekł, — czy jest wszystko? Baillie i Wittlington, siedmset, sześć, i ośm — dobrze — Pollock i Peelman, dwadzieścia ośm, — bardzo dobrze, — Grub i Grinder, trzysta siedmdziesiąt — przedziwnie, — Gliblad dwadzieścia, — no, ten nie bardzo pewny, — Slipprytonque, — ten zbankrutował, ale to mała sumka — bagatela. Zresztą jest wszystko dzięki Bogu; mamy już w ręku, co nam potrzeba, i możemy pożegnać tę nieszczęsną krainę. — Ile razy wspomnę na Loch Ard, dreszcz po mnie przechodzi.
— Przykro mi, — rzekł Mac-Gregor, który właśnie w téj chwili wszedł do izby,: — przykro mi kuzynie, że nie mogłem cię przyjąć tak, jakem pragnął; ale jeżeli mi uczynisz przyjemność i zechcesz odwiedzić mój ubogi domek....
— Bardzo dziękuję, — przerwał śpiesznie pan Jarvie, bardzo dziękuję, ale czas wracać do domu. — I ja, i pan Osbaldyston mamy do załatwienia interesa niecierpiące zwłoki.
— Jak się podoba, — odpowiedział góral, — znacie to przysłowie: Otwórz bramę przybywającym, a pokaż drogę tym co odchodzą. Ale możecie wrócić przez Drymen, odprowadzę was do jeziora i każę przewieźć do Ferry O’Balloch, a konie wasze poszlę tamże brzegiem naokoło. Jest to mądre prawidło nie wracać nigdy tąż samą drogą, jeżeli jest inna.
— Wiem, wiem, zawsześ się trzymał dawniéj tego prawidła Robie, kiedyś wracał z jarmarku po sprzedaniu wołów; bo nie miałeś wielkiéj ochoty zajrzéć w oczy dzierżawcom, którym łąki spasłeś idąc w tamtę stronę; lecz dzisiejsza twoja droga stokroć niebezpieczniejsza jak dla ciebie, tak i dla gości twoich.
— I dla tego właśnie nie powinna przechodzić tém samem miejscem kuzynie. — Ale czas już wysłać konie. Zaprowadzi je Dugal, dawny sługa glasgowskiego burmistrza. — Patrzcie, czy podobny on do górala? — każdyby pomyślał, że to spokojny nizin mieszkaniec.
— W rzeczy saméj nigdybym nie poznał tego poczciwego chłopaka, — zawołał pan Jarvie spojrzawszy na Dugala stojącego przed wrotami karczmy, w peruce, kapeluszu i fraku, które niegdyś należały do Andrzeja Fairservice. Siedział na koniu burmistrza, mego zaś trzymał na powodzie; a odebrawszy ostatnie swego pana rozkazy względem miejsc, które wypadało ominąć, i nowin, które miał zasięgnąć po drodze, ruszył do Ferry O’Balloch.
Mac-Gregor oświadczył nam natenczas, że musimy ujechać mil kilka przed śniadaniem, i dla tego radził napić się wódki nim wyjedziemy. Pan Jarvie przystał chętnie na to:
— Chociaż, — rzekł, — nieprzyzwoicie jest, a nawet i niebezpiecznie dla zdrowia, używać ciągle z rana gorących napojów, z tém wszystkiém żołądek (jako najdelikatniejsza część ciała ludzkiego) potrzebuje zabezpieczenia przeciw mgłom rannym, a w takim razie ś. p. ojciec mój zalecał zawsze kieliszek wódki.
— A że my górale, — dodał Mac-Gregor, — żyjemy prawie ciągle pośród mgły, powinniśmy zatém używać wódki od rana do wieczora.
Podano panu Jarvie małego góralskiego konika, a drugiego przyprowadzono dla mnie; ale wolałem iść pieszo razem ze strażą naszą, złożoną z Rob-Roya; i sześciu młodych, którzy mu zwykle w wycieczkach towarzyszyli.
Udaliśmy się tąż samą drogą co i dnia poprzedniego z kapitanem Thornton, chociaż położenie nasze było wówczas zupełnie odmienne. Gdyśmy się przybliżyli do wąwozu, w którym zaszła pamiętna bitwa, a po niéj nieludzki postępek Heleny; Mac Gregor, jakby przeczuwając, co miałem na myśli, odezwał się do mnie temi słowy; — nie wątpię: że źle o nas sądzisz panie Osbaldyston, i nie dziwię się temu, — lecz pomnij na to przynajmniéj, że nas zmuszono być tém, czém jesteśmy. — Góralom zbywa na oświacie i towarzyskiém ukształceniu; namiętności mają gwałtowne i niczém niepohamowane; ale okrucieństwo nie jest w ich charakterze. Bylibyśmy spokojni i szanowalibyśmy prawa, gdyby nam opieki praw nie odjęto; lecz ucisk...
— Tak, tak, ucisk, — przerwał burmistrz — rozumnych, nawet, do szaleństwa przywodzi.
— A cóż dopiero nas, — rzekł daléj Mac Gregor, — którzy dziś tak żyjemy jak przodkowie nasi przed tysiącem lat żyli; bez żadnéj prawie zmiany obyczajów i oświaty? Możemyż znosić bez obrony, bez zemsty, ich krwawe przeciw nam wyroki, — tysiączne haniebnéj śmierci przykłady, pogardę i zakaz noszenia pełnego sławy nazwiska?. Ja, który śród bojów pędzę życie moje, nikomu przecież zimną krwią nie zadałem śmierci; a oni, chętnieby mię jak psa wściekłego powiesić kazali na bramie pierwszego z panów mających do mnie urazę.
Odpowiedziałem, że wyrok przeciw imieniowi jego i rodzinie, każdy prawy Anglik za gwałtowny i niesprawiedliwy uważać powinien; a widząc, że go ucieszyły te słowa, ponowiłem żądanie, aby dozwolił ułatwić synom swoim, i sobie, jeśliby tego życzył, wejście do zagranicznego wojska. — Mac Gregor ścisnął mi znowu rękę, a zatrzymawszy się chwilę, aby pan Jarvie mógł nas wyprzedzić, — widzę, — rzekł, — że masz dobre serce, i myślisz jak człowiek szlachetny myślić powinien, — ale ten wrzos, po którym całe życie stąpałem, musi pokryć i mogiłę moją, — czuję, że męstwo by mię opuściło, że ręka by mi osłabła i wyschła, jak kwiat pod letnim skwarem, gdybym stracił z oczu te góry, na których urodziłem się i wyrosłem. Nic w świecie nie zdołałoby rozpędzić tęsknoty mojéj po tych dzikich skałach i przepaściach, które tu widzisz. A Helena... w cóżby się obróciła, gdybym ją zostawił na ofiarę nowym obelgom i okrucieństwu nieprzyjaciół naszych? lub gdyby opuścić miała te okolice, gdzie pamięć przebytych nieszczęść, osładzają dokonanéj zemsty wspomnienia? Już raz byłem zmuszony rzucić rodzinne miejsca i szukać schronienia przed głównym moim wrogiem, w kraju Mac-Callummora; Helena zanuciła natenczas pieśń smutku i rozpaczy; pieśń, któréjby się nie powstydził sam Mac-Rimmon nawet, — serca nasze rozpływały się z żalu, gdyśmy jéj siedząc słuchali; był to jakby jęk dziecięcia opłakującego śmierć matki, — łzy bujne spadały nam z oczu na stwardniałe lica. — Nie! nigdy w życiu nie chciałbym doświadczyć po raz drugi podobnego udręczenia, — nigdy! — choćby mi oddawano wszystkie kraje, które niegdyś do Mac-Gregorów należały.
— Ale synowie twoi, — rzekłem, — właśnie ci są w wieku, w którym zwykle Szkoci wysyłają dzieci swe dla poznania, jak mówią, świata.
— Masz racyją, — odpowiedział, — radbym, aby spróbowali szczęścia i przyjęli służbę Francuską lub Hiszpańską, podobnie jak inni spółrodacy, — myśl twoja wczoraj zdawała mi się podobną do uskutecznienia; ale dziś rano mówiłem o tém z hrabią...
— Jakto? — przerwałem żywo, — więc hrabia nocował także w Aberfoil?
— Nieinaczéj; ale widać, że nie życzył sobie, abyś się spotkał z młodą osobą, i dla tego....
— Nie potrzebnie się lękał, — rzekłem tknięty do żywego, — nie zwykłem być natrętnym, a zwłaszcza tym, którzy mnie unikają.
— Nie masz się o co gniewać, i sarkać jak kot dziki, gdy go psy opadną; dowiedz się owszem, że hrabia bardzo dobrze ci życzy, a dał już tego dowody; a nawet to było poczęści przyczyną, że wcześniéj nad zamiar wrzos podpalono.
— Wrzos podpalono? cóż to znowu takiego?
— Co?.... alboż nie wiesz, że złoto i kobiety, są początkiem wszystkiego złego na tym świecie? — Nie dowierzałem Rashleighowi od czasu, jak stracił nadzieję ożenienia się z Miss Vernon; i o to podobno naprzód poróżnił się z hrabią; — ale gdy wkrótce potem został zmuszony oddać pańskie papiery, udał się spieszno do Stirling, na co mamy pewne dowody, i odkrył rządowi wszystko, co się knuło zwolna w górach naszych; w skutku czego wydano natychmiast rozkaz przytrzymania hrabiego i młodéj pani; chciano także i mnie uwięzić, — jakoż nie wątpię, że to Rashleigh skłonił Morrisa (któremu wmówić umiał wszystko, co mu się podobało), aby mnie wciągnął w zastawione sieci. — Ale chociażby Rashleigh był najmężniejszym z ludzi, i ostatnim z domu Osbaldystonów, niech mię szatan strąci z téj skały natychmiast, jeżeli za pierwszém spotkaniem nie wytoczę mu tém żelazem najlepszą krew, jaka w żyłach jego płynie.
To mówiąc, zmarszczył brwi i uderzył silnie po rękojeści pałasza swego.
— Cieszyłbym się z tego co zaszło, — rzekłem, — gdybym był pewny, że zdrada Rashleigha przytłumi domową wojnę i położy koniec tym politycznym zamieszkom, do których, jak mi się zdaje, oddawna czynnie należysz.
— Nie, — język zdrajcy nie może zaszkodzić dobréj sprawie, — odpowiedział Rob-Roy. — Prawda, że zbyt wiele zaufaliśmy jemu; gdyby nie to, Stirling i Edinburg byłyby już dotychczas w naszych ręku, ale cel, który mamy przed sobą, jest czysty i sprawiedliwy; i mimo zdrady, wkrótce go osiągniemy. Teraz wróćmy do rzeczy; — powtarzam raz jeszcze, że z serca wdzięczny jestem panu za oświadczenie, że wczoraj już byłem skłonny je przyjąć; lecz dziś widzę, że to nie podobna; postępek tego zdrajcy zmusza nas do działania, jeżeli nie chcemy, żeby nas wyłapano po jednemu w domach naszych, i zesforowanych jak psy, zapędzono do Londynu, podobnie jak w roku 1707. — Wojnę domową przyrównać można do jaja bazyliszka, — dziesięć lat siedzieliśmy na niem, i moglibyśmy siedzieć jeszcze drugie dziesięć; ale Rashleigh rozbił skorupę i przyśpieszył wyklucie się potworu. — Owóż, w tak ważném zdarzeniu, ręce synów moich są mi nieodbicie potrzebne; i nie ubliżając monarchom Francyi i Hiszpanii, którym życzę wszelkiego dobra, zdaje mi się, że nasz król Jakób w niczém im nie ustępuje, a ma pierwsze prawo do Roba i Hamisha, jako do własnych poddanych.
Z téj mowy łatwo wnieść mogłem, że powstanie narodu bliskiém już jest wybuchnienia; ale ponieważ próżno byłoby, a może i niebezpieczno zbijać polityczne przekonania naszego przewodnika, przestałem więc tylko na ogólnéj uwadze względem nieszczęść, które chęć przywrócenia wygnanéj Stuartów rodziny, ściągnie na kraj cały.
— No i cóż ztąd, — rzekł Mac-Gregor. — Będzie chwilowe zamieszanie, — to prawda, — ale nigdy słońce tak jasno nie świeci, jak po burzy, — a chociażby i świat cały miał się przewrócić, nie byłoby w tém nic złego; bo przynajmniéj uczciwi ludzie mogliby powstać na nogi.
Usiłowałem raz jeszcze dowiedziéć się co pewnego o Djanie; ale chociaż w innych przedmiotach Mac-Gregor tłomaczył się z większą nad żądanie moje otwartością, w tym jednym przecież, który mię najżywiéj obchodził, zachował najściślejszą ostrożność; a na wszystkie moje pytania to tylko powiedział, — że się spodziewa, iż ta młoda pani ujrzy się wkrótce w wolnym od zamieszek kraju. — Rad nie rad, musiałem przestać na tych obojętnych słowach, i cieszyć się tylko nadzieją, że los szczęśliwy dozwoli mi jeszcze widzieć po raz ostatni przedmiot, którego władzę nad sercem mojém wtenczas dopiero poznałem, kiedym go utracił na zawsze.
Szliśmy ciągle ponad jeziorem blisko sześć mil angielskich, po krętéj i urozmaiconéj pięknemi widokami ścieżce. — Postrzegliśmy nareszcie wioskę o kilkunastu domach, w któréj czekał na nas liczny oddział góralów.
Smak, podobnie jak wymowa dzikich, czyli właściwiéj mówiąc, nieucywilizowanych ludzi, jest czysty i trafny, bo go nie krępują żadne prawidła; — dowodem tego był wybór miejsca na nasze przyjęcie. Jeżeli słusznie ktoś powiedział, że monarcha Angielski winien dawać posłuchania Ambassadorom obcych mocarstw na pokładzie linijowego okrętu; tedy naczelnik góralów nie mógł wybrać miejsca, któreby silniéj działało na umysł jego gości, jak witając ich pod otwartem niebem, śród cudów, któremi przyrodzenie hojnie kraj jego obdarzyło.
Wstępowaliśmy pod górę ponad brzegiem szumiącego strumienia, zostawiwszy po prawéj stronie kilka chałup leżących śród gruntu świeżo wykarczowanego, na którym bujny jęczmień i owies porastał. — Daléj góra była coraz spadzistszą, a na jéj wierzchołku ujrzeliśmy błyszczącą broń i powiewające chorągwie około pięćdziesiąt górali z orszaku Rob-Roya. Miejsce, na którém byli zgromadzeni, dotąd mię jeszcze w zachwycenie wprawia, ilekroć o niém wspomnę. — Strumień gwałtownie lecący z góry, rozbijał się tu o urwisko skał, i dzielił na dwa osobne wodospady, — pierwszy, mający około dwunastu stóp wysokości, ocieniony był rozłożystemi konary odwiecznego dębu. Spienione wody zgromadzały się poniżéj, w kamiennéj, jakby ręką ludzką wykutéj sadzawce, z któréj, ciaśniejszém już korytem, spadały powtórnie z wysokości stóp pięćdziesięciu przynajmniéj, w ciemną i najeżoną skałami przepaść; a ztamtąd dopiero wolniéj już nieco płynęły ku brzegom jeziora.
Idąc za wrodzonym smakiem mieszkańców gór, których wyobraźnia, jak uważałem, ma zawsze w sobie cóś wzniosłego i poetycznego, małżonka Rob-Roya i jéj domownicy przygotowali nam ranną ucztę w miejscu, które na cudzoziemcu sprawić musiało wrażenie. Lud ten, jakkolwiek naszém zdaniem w grubéj ciemnocie pogrążony, zachowuje przecież prawidła etykiety z tą ścisłością, która wydaćby się mogła śmieszną i niewłaściwą, gdyby jéj nie towarzyszyła poważna i dumna powierzchowność. Doznaliśmy tego przy uroczystém naszém przyjęciu.
Jak tylko nas ujrzeli górale przechodzący się tu i owdzie po wierzchołku skały, uszykowali się w liniją, a na ich czele stanęła Helena i dwaj jéj synowie. Mac-Gregor, zostawiwszy natenczas straż naszą, prosił pana Jarvie, aby zsiadł z konia dla zbytniéj spadzistości góry, i udał się sam naprzód, wskazując nam drogę. Odezwały się wkrótce przeraźliwe góralskie trąbki; ton ich jednak przygłuszony szumem strumnienia, nie zdawał się zbyt przykry. Gdy już byliśmy blisko uszykowanego oddziału, Helena wystąpiła na nasze spotkanie. Ubiór jéj był staranniejszy, i więcéj do niewieściego zbliżony, jak dnia poprzedniego; ale postać nosiła téż same piętno mężnéj i szlachetnéj duszy. Gdy wyciągnęła ręce, chcąc uściskać krewnego swego pana Jarvie, uważałem, że zadrżał z bojaźni, jak gdyby wpadł w łapy niedźwiedziowi, nie wiedząc, czy to drapieżne zwierze chce go udusić, lub tylko z nim się pobawić.
— Witam cię kuzynie, — rzekła, — podczas gdy pan Jarvie wyślizgnąwszy się z rąk jéj, cofnął się o kilka kroków i poprawiał skrzywioną perukę. — I ciebie także młody cudzoziemcze, — dodała, — obróciwszy się ku mnie. — Przybyliście do nieszczęśliwéj naszéj ojczyzny, w chwili, gdy krew wrzała w naszych żyłach, i ręce krwią były broczone. Przebaczcie nie miłe przyjęcie i nie obwiniajcie serc naszych, lecz smutny zbieg okoliczności. — Słowa te wyrzekła z powagą królowéj siedzącéj na tronie śród licznego dworu. Nie było w téj mowie gminnych wyrażeń, które zarzucamy mieszkańcom szkockich nizin; dostrzegłem tylko prowincyjonalny akcent, i zdawało mi się, że słyszę dosłowne tłomaczenie poetycznéj mowy góralów, w płynnych, lecz nieco wyszukanych wyrazach. Ztąd wniosłem, że chociaż posiadała gruntownie język angielski, rzadko jednak musiała używać go w potocznéj rozmowie. Mąż jéj przeciwnie, który w życiu swojém nie jedno sprawował rzemiosło, tłomaczył się w ogólności z mniejszą przesadą; a jednak, jeżeli zdołałem wiernie naśladować jego mowę, mogłeś uważać Treshamie, że nie była pozbawioną mocy i wdzięku, ilekroć opisywał ważne jakie i zajmujące zdarzenie; w takim razie, wzniosłe i prawie poetyczne obrazy, myśl jego w rodzinnéj mowie układać musiała, a usta wysłowiały je obcym językiem; lecz w poufałéj rozmowie, Mac-Gregor podobnie jak inni jego spółrodacy, używał dyalektu mieszkańców nizin.
Po przywitaniu, Helena zaprosiła nas na śniadanie zastawione na murawie i obfitujące we wszystkie jéj kraju przysmaki; — ale zasępione czoło gospodyni, zimna jéj i niczém niezachwiana powaga, a nadewszystko pamięć na okrucieństwo, którego byliśmy świadkami, tamowały wszelką wesołość. — Na próżno Mac-Gregor wzniecić ją usiłował. Zdawało się, żeśmy zasiedli do pogrzebowéj uczty, a każdy z nas niecierpliwie wyglądał jéj końca.
Gdyśmy wreszcie powstawszy zabierali się do odjazdu, małżonka Mac-Gregora rzekła do pana Jarvie: — Bądź zdrów kuzynie, najlepsze życzenie, jakie Helena Mac-Gregor przyjacielowi swemu oświadczyć może, jest, aby jéj nigdy w życiu nie oglądał.
Burmistrz chciał odpowiedzieć i przytoczyć na pożegnanie, zapewne jaką maksymę moralną, ale srogie wejrzenie krewnéj jego zmieszało go tak dalece, że zapomniawszy o urzędowéj swojéj powadze, kaszlnął dwa lub trzy razy, skłonił się i zamilkł.
— Dla was, — rzekła znowu Helena, zwracając się ku mnie, — mam pamiątkę od osoby, któréj....
— Cóż to ma znaczyć Heleno? — przerwał Mac-Gregor groźnym tonem. — Czy zapomniałaś o tém com ci powiedział.
— Nie zapomniałam o niczém, co winnam pamiętać, — rzekła Helena; — a wyciągając długie i muszkularne ręce, dodała: — Mniemacież, że ręce te przyjęłyby pamiątkę miłości, gdyby nie była razem pamiątką nieszczęść i rozpaczy? Młodzieńcze! — rzekła daléj, — podając mi pierścionek, który nieraz widziałem na ręku Miss Vernon, — przesyła ci to osoba, któréj nigdy już nie ujrzysz. Jeżeli ten pierścień jest znakiem smutku, słusznie go odbierasz z rąk téj, dla któréj wszelka radość od dawna jest obcą. Powtarzam ci ostatnie słowa Djany Vernon: — Niech mię na zawsze zapomni.
— I mogłaż myślić, że to jest podobném, — zawołałem, — nie wiedząc prawie co, i do kogo mówię.
— Wszystko zapomnieć można, — rzekła ta nadzwyczajna niewiasta, — wszystko, — oprócz hańby i zemsty.
— Seid suas (uderzcie w trąby), — krzyknął Mac-Gregor z niecierpliwością.
Odezwały się trąbki natychmiast, a dźwięk ich przeraźliwy zagłuszył ostatnie słowa Heleny. — Pożegnaliśmy ją w milczeniu, i udaliśmy się w dalszą drogę. — Unosiłem z sobą przekonanie, że jestem kochany od najdroższéj mi osoby, ale zarazem i pewność, że się z nią więcéj nie zobaczę.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Walter Scott i tłumacza: Michał Grubecki.