Rob-Roy/Rozdział XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Walter Scott
Tytuł Rob-Roy
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1875
Drukarz Drukarnia Emila Skiwskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Michał Grubecki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ  XX.
Widok tych grobów, pomników zniszczenia.
Odwagę w przestrach, radość w smutek zmienia.
Żałoba narzeczonej.

Nie zważając na niecierpliwość mego przewodnika, jeszcze chwil kilka przypatrywałem się zewnętrznemu widokowi świątyni. Głucha samotność przydawała jéj nowéj i uroczystéj powagi; natłok bowiem ludu, który przed chwilą; zajmował całą, przestrzeń cmentarza, teraz zebrany w Przybytku wznosił modły do Pana Zastępów; — zgodny śpiew tylu głosów, połączony z szumem strumienia i kołysanych wiatrem jodeł, zachwycał mię. Zdawało się, iż całe przyrodzenie, na rozkaz Psalmisty, — którego czułe nucono śpiéwy, — z radości i bojaźni razem jednoczyło się ku chwale swego Stwórcy. — Nie wiem jak długo trwałoby to miłe zadumanie, lecz Andrzéj najwyższą uniesiony niecierpliwością, pociągnął mię za rękaw, mówiąc: — Idźmy już, idźmy, bo późniéj przerwiemy nabożeństwo; a gdyby nas tu zastali kościelni słudzy, odwiedzilibyśmy kozę za to, że się włóczemy po kościele w czasie nabożeństwa.
Po tém napomnieniu, rad nie rad musiałem iść za nim. — Tędy, tędy. — wołał Andrzéj, — widząc, że się zwracam ku głównym drzwiom kościoła; — tam usłyszelibyśmy tylko czcze i próżne słowa; morały, zimne jak powietrze na Boże narodzenie. — Tu pan idź, tu zakosztujem słodyczy prawdziwéj nauki.
To rzekłszy, wszedł małemi w niskiéj arkadzie drzwiczkami, które poważny jakiś starzec właśnie miał zamykać. — Schody o kilkunastu stopniach, wprowadziły nas do obszernego pod kościołem sklepu, który nie wiem dla czego obrano na miejsce nabożeństwa presbiteryjanów.
Przedstaw sobie Treshamie, ogromną przestrzeń niskich i ciemnych sklepień, jakie w innych krajach służyćby tylko mogły za groby, a i tu téż pewno przed laty to samo miały przeznaczenie; część tych sklepień zamieniono na kościół i poustawiano ławki; a lubo mnóstwo ludu pomieścić mogła, zdawała się przecież niknąć pośród jeszcze ciemniejszych niezmiernych lochów, które ją z trzech stron otaczały. W tym to podziemnym Przybytku zapomnienia, wiszące gdzieniegdzie szmaty podartych i zakurzonych chorągwi, sterczące tu i owdzie ułamki pokruszonych herbów, wskazywały miejsce spoczynku tych, którzy niegdyś musieli być — książętami Izraela, — a napisy, które — chyba biegły, jaki starożytnik mógłby wyczytać, — przedawniałemi wyrazy, polecały modłom przechodnia dusze nieboszczyków.
Nabożeństwo się już rozpoczęło. — Presbiteryjanie odbywają tę religijną powinność stojąc a nie klęcząc, może dla tego tylko; aby okazać, że w niczém naśladować nie chcą obrządków katolickiego wyznania. Uważałem jednak, że gdy się modlą w domach, pojedyńczo lub z rodziną, zachowują powszechny chrześcijan zwyczaj, i obierają postawę najwłaściwszą pokorze i uszanowaniu, jakie człek winien bóstwu. — Całe zatém zgromadzenie obojéj płci i rozmaitego wieku, tysiąc ludzi wynosić mogące, stało z odkrytą głową, słuchając uważnie modlitwy, którą podeszły a uwielbiany duchowny mówił bez przygotowania, a przynajmniéj żadnego przed sobą nie mając pisma. — Nawykły od lat dziecinnych zachowywać się skromnie w kościele, nie śmiałem rzucić okiem na około siebie przed skończeniem modlitwy. — Wielu nakryło głowy; a wszyscy którzy mieli miejsca swoje, usiedli. My z Andrzejem, jako najpóźniéj przybyli, nie znalazłszy próżnéj ławki, musieliśmy stojący słuchać kazania; — z boków i z tyłu otaczały nas lochy, o których namieniłem; — a przed sobą mieliśmy grono wiernych, oświecone mdłem światłem dnia, przeciskającem się przez wązkie gotyckie okienka. To światło pozwalało widzieć rozmaite wyrazy twarzy, zwróconéj na kaznodzieję; a cichość powszechną przerywały tylko niekiedy szepty matek strofujących dzieci za nieuwagę lub ospałość. Twarde, lecz najczęściéj piętnem dowcipu oznaczone rysy głów szkockich, lepiéj się wydawały podczas religijnych obrządków, jak pośród zgromadzeń poświęconych mniéj uroczystym czynnościom; malowały się na nich żywe coraz odmienne uczucia, jakie wzbudzała w słuchaczach mowa tego kaznodziei.
Wiek i niedołężności, osłabiły głos jego niegdyś zapewne mocny i donośny. — Odczytał tekst kazania cicho i niewyraźnie; lecz gdy zamknął świętą księgę i zaczął naukę, ton stopniowo nabierał siły; coraz z większym zapałem rozwijał swoje założenie, odnoszące się po największéj części do niezgłębionych rozumem tajemnic chrześcijańskiéj wiary; — lecz zręczny mówca wyjaśnić je usiłował licznemi i trafnie dobranemi Pisma Św. przytoczeniami. — Choć wprawdzie nie oswojony ze sposobem rozumowania kaznodziei; mogłem jednak ocenić jego głęboką naukę, i niepospolity dar malowania zawiłych myśli. — Szkotów jak wiadomo, więcéj odznacza chytrość umysłowych władz, jak czułość serca; mocniéj przeto działa na nich rozumowanie, jak krasomówstwo; chętniéj słuchają trudnych, lecz gruntownych tłomaczeń miejsc Pisma Św. potrzebujących wykładu, aniżeli płynnéj i zręcznéj wymowy, przez którą kaznodzieje innych krajów, zniewalając serca, i kierując wedle upodobania namiętności słuchaczów, jednają sobie powszechną wziętość.
Nie jedna głowa pośród zgromadzenia, przywiodła mi na pamięć wyraz twarzy pogan na sławnym obrazie św. Pawła każącego w Atenach. — Tu siedział gorliwy Kalwin; brew zmarszczona i ściśnione usta, okazywały głęboką uwagę; a lekki uśmiech objawiał, że słuchacz dzieli tryumf odniesiony przez mówcę nad zawiłością dowiedzionéj prawdy. — Tam, zawzięty Purytanin rzucający ponurym i srogim wzrokiem, zdawało się, że gardzi wszystkimi, którzyby słowom Pasterza mniéj wierzyli jak saméj Ewangelii, i radośnie rozmyśla o zapowiedzianéj im karze. — To znowu, stronnik innéj zapowne nauki, zabłądziwszy przypadkiem lub przez ciekawość, słuchał obojętnie rozumowań kaznodziei, z lekkiem poruszeniem głowy, zdradzał odmienne o nich przekonanie. — Największa część zgromadzenia przyjmowała słowa kaznodziei z wyrazem spokojnéj radości, lubo podobno nie zupełnie je rozumiéć mogła. Do tego oddziału należały kobiety: starsze siliły na ciągłą uwagę; młodsze, pozwalały sobie niekiedy rzucać skromnym wzrokiem na słuchaczy; i jeżeli próżność mię nie myli, zdawało mi się Treshamie, iż zatrzymywały dłużéj nieco spojrzenie na nieszpetnym Angliku, to jest na przyjacielu i słudze twoim.
Co do innych przytomnych, — jedni ziewnąwszy kilka razy, chrapali sobie szczęśliwie, póki pobożny szturchaniec zgorszonego sąsiada, ze snu ich nie ocucił; — drudzy, rozbijali swe nudy, przypatrując się twarzom i ubiorom siedzących blisko siebie osób. — Między mieszkańcami dolin, ukazywał się gdzie niegdzie plaid[1] góralski, którego właściciel oparty na kiju, zwracał na wszystko ciekawość dzikiego człowieka, nie dając najmnieiszéj uwagi na kazanie, z przyczyny bardzo naturalnéj, że nie rozumiał języka. Marsowa jednak postać tych przybyszów, ożywiała jednostajność ogólnego obrazu; a liczbę ich dosyć znaczną, Andrzéj przypisywał jarmarkowi na bydło, odbywającemu się w okolicach Glasgowa.
Takie to fizyjognomije przedstawiały się oczom moim w podziemnym gmachu katedry, przy słabem świetle, które wdarłszy się jak namieniłem, ciasnemi okienkami i przebiegłszy zgromadzony tłum ludu, ginęło w przestworze sklepień, oświecało lekko piérwsze tylko zakręty, a dalsze zostawiało w zupełnéj ciemności.
Już mówiłem, że stojąc twarzą ku pastorowi, miałem za sobą owe tylekroć wspomnione lochy. Miejsce którém zajmował, było powodem częstych roztargnień; najmniejszy bowiem szelest, chociażby od kropli deszczu, spadającéj kiedy niekiedy przez górną szparę na kamienną lochów posadzkę, śród tych ciemnych sklepień, powtarzany tysiącznym echa odgłosem, zwracał mimowolnie moją uwagę; — a kiedy raz wzięło ten kierunek, niepodobna było zwrócić go w inną stronę; bo przedmioty zaostrzające ciekawość, tém większą dla wyobraźni naszéj przedstawiają ponętę, im trudniéj zgłębione być mogą. — Nieznacznie wzrok mój oswoił się z ciemnością, po któréj ciągle błądził, a umysł bardziéj zajmowały nowe w głębi sklepień odkrycia, niż metafizyczne rozumowania, jakie rozwijał kaznodzieja.
Ojciec mój nieraz mi naganiał tę skłonność bujania po urojonym świecie, która mogła być skutkiem żywości wybraźni, zupełnie dlań obcéj. Przypominałem sobie właśnie, jak surowo zalecał mi uwagę, gdy mię prowadził na sławne kazania pana Shower; ale te same wspomnienia były nową roztargnień pobudką, bo im przywiodły na pamięć grożące mu niebezpieczeństwa. Poleciłem więc Andrzejowi, ile tylko mogłem najciszéj, aby się dowiedział, czy jest ktokolwiek w kościele z domu pana Mac-Vittie: lecz Andrzéj pogrążony w głębokiéj uwadze, odpowiedział mi tylko trąceniem, abym mu nie przeszkadzał. Zwróciłem natenczas oczy na twarze pobożnych słuchaczów w nadziei, iż między tłumem głów skierowanych ku ambonie, jakby ku powszechnemu środkowi przyciągania, odkryję wypogodzone rysy Owena: ale żaden ogromny kapelusz obywateli glasgowskich, żadna obcisła czapka mieszkańców Lanarkshiru nie pokrywały nic podobnego do wymuskanéj Owena peruczki. Nigdzie nie widziałem onych nakrochmalonych mankietów, orzechowego garnituru, które odznaczały piérwszego komisanta banku pod firmą Osbaldyston i Tresham. Niespokojność na nowo dręczyć mię zaczęła tak gwałtownie, że nie pomnąc na powinne miejscu uszanowanie, pociągnąłem mocno Andrzeja za rękaw i rozkazałem mu wyjść za mną z kościoła, celem dalszych poszukiwań, dla których jedynie do Glasgowa przybyłem. Andrzéj zarówno nieubłagany w katedrze glasgowskiéj, jak na wzgórzach Czywiot, nie chciał mi odpowiedziéć; — ale nakoniec widząc, że niecierpliwość moja coraz bardziéj się wzmaga, raczył mię przecież uwiadomić, iż możemy wyjść dopiero po skończonem nabożeństwie, albowiem na samym początku drzwi na klucz zamknięto. Wyszeptawszy te słowa, Andrzéj zwrócił głowę ku ambonie, i najgorliwiéj zaczął słuchać kazania.
Rad nie rad, musiałem i ja zdobyć się na uwagę, którą jednak po chwili przerwało osobliwsze zdarzenie; ktoś szepnął mi do ucha: — „strzeż się, bo ci w tém mieście niebezpieczeństwo zagraża.“ — Obróciłem się w okamgnieniu.
Dwaj, jak miarkować mogłem, wyrobnicy, stali za mną; jedno spojrzenie na ich twarze, przekonało mię, że żaden z nich nie mógł wyrzec tych słów kilku, oba słuchali pilnie nauki, a na podziwienie, które wzrok mój objawiał, zdawali się obojętnie spoglądać. — Byłem oparty o jedną z „ogromnych kolumn unoszących sklepienie, ten co do mnie przemówił, mógł łatwo schronić się za nią natychmiast, uczyniwszy tajemnicze ostrzeżenie; — lecz kto on był, dla czego wybrał to miejsce i na jaki rodzaj niebezpieczeństwa chciał zwrócić moją uwagę? mimo wszelkich usiłowań, zgadnąć nie mogłem. Nakoniec przyszło mi na myśl, że życzliwy nieznajomy nie przestanie na tak ogólnych wyrazach, postanowiłem czekać cierpliwie ażali nie odezwie się raz jeszcze, wnosząc ze spokojnéj miny mojéj, żem niedosłyszał piérwszych jego słów.
Jakoż pięć minut nie wyszło, gdy ten sam głos rzekł mi cicho: — „Słuchaj, lecz nie odwracaj się“ — stałem nieporuszony. — Jesteś w niebezpieczeństwie, i ja także. Bądź na moście o saméj północy, a poki nie zmierzchnie, siedź w domu, i nikomu się nie pokazuj.
Jak tylko głos ustał, obróciłem się natychmiast; ale nieznajomy prędzéj jeszcze schronił się za kolumnę, i zniknął. — Chcąc go ujrzyć koniecznie, ruszyłem na drugą stronę kolumny. — Nikogo już nie było; — postrzegłem tylko jakąś osobę owiniętą obszernym płaszczem, przesuwającą się jakby duch pod cieniem rozległych sklepień. Puściłem się w ślad; ale zaledwie kilka ubiegłem kroków, zawadziłem nogą o sterczący kamień i upadłem. Na szczęście przypadek ten spotkał mię śród zupełnéj ciemności; gdyż kaznodzieja ze zwykłą pastorom szkockim surowością strzegący porządku między słuchaczami, przerwał mowę, i rozkazał kościelnemu słudze przytrzymać śmiałka, który się poważył zakłócić spokojność zgromadzenia. — Ale że stuk nie trwał nad chwilę, polecenie nie mogło wziąść skutku, a ja po niejakim spoczynku, niepostrzeżony, wróciłem na dawne miejsce, i tam bez żadnéj już przeszkody, doczekałem końca kazania.
Kiedy już wszyscy ruszyli ku drzwiom kościoła, Andrzéj obejrzawszy się w prawo i w lewo, zawołał:
— Patrzno pan! oto idzie zacny pan Mac-Vittie, i małżonka jego pani Mac-Vittie, i pan Tomasz Mac-Fin, który jak mówią, ma zaślubić pannę Alison, jeżeli mu kto nogi nie podstawi. Nie jest to cud piękności, ale pod poduszką nie pustki!
Spojrzałem w stronę, gdzie mi Andrzéj wskazywał; — Pan Mac-Vittie był to chudy, wysoki i już nie młody człowiek; jasne oko, zapadłe pod brwią gęstą i najeżoną, nadawało mu ponurą i odrażającą postać. Przypomniałem sobie ostrzeżenie nieznajomego; i lubo nie miałem żadnéj podejrzenia przyczyny, nie czułem w sobie chęci zbliżenia się do pana Mac-Vittie.
Namyślałem się jeszcze co mam uczynić, gdy Andrzéj biorąc wahanie się moje za nieśmiałość, dodał mi odwagi.
— No, panie Frank, przystąpcie doń; wszak jeszcze burmistrzem nie został; chociaż, jak mówią, niezawodnie będzie nim na rok przyszły. — Podéjdź pan śmiało, — choć bogaty, ale nie pyszny, — ręczę, że odpowié panu grzecznie, bylebyś nie prosił o pieniądze; bo jeśli o to chodzi, będziesz doń gadać, jak do ściany.
Te słowa Andrzeja ostrzegły mię, — jeżeli rzeczywiście pan Mac-Vittie jest skąpy i chciwy, nie wypada działać z nim otwarcie i odkrywać swego nazwiska, póki się nie przekonam jak stoją handlowe rachunki między nim i moim ojcem. — Ta uwaga obok mimowolnéj ku człowiekowi temu odrazy i pamięci na to, com usłyszał z ust nieznajomego, sprawiła, iż zamiast udania się do pana Mac-Vittie, posłałem Andrzeja, aby się w domu jego dowiedział o Owenie, nie wymieniając z czyjego polecenia przychodzi. Andrzéj zapewnił mię, że wszystko stanie się podług woli mojéj, i namienił o obowiązku znajdowania się na wieczornéj nauce, dodając jednak z właściwą sobie złośliwością, — iż ci, którzy na miejscu ani chwili ustać nie mogą, i gwałtem szukają guza łażąc po grobowcach, jakby umarłych ze snu wiecznego zbudzić chcieli, lepiéj zrobią, jeżeli się pomodlą w domu przy kominku.






Przypisy

  1. Pałasz, który zwykle noszą Górale szkoccy.N. T.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Walter Scott i tłumacza: Michał Grubecki.