Rob-Roy/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Walter Scott
Tytuł Rob-Roy
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1875
Drukarz Drukarnia Emila Skiwskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Michał Grubecki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ  XI.
Młodzieńcy! słusznie to dziwi,
Że w tym przybytku wesela,
Gdzie radość każdy podziela,
Stoicie jakby nieżywi.
Stara ballada Szkocka.

Nazajutrz przypadła niedziela, dzień szczególnie przykry mieszkańcom Osbaldyston-Hallu; gdyż po ranném nabożeństwie, na które cała rodzina regularnie uczęszczała, widmo nudów dręczyło najdotkliwiéj wszystkich jéj członków, wyjąwszy Djanę i Rashleigha. — Jednak rozmowa o wczorajszym moim przypadku, przyniosła niejaką baronowi Hildebrand rozrywkę; zaczął on najprzód winszować, żem uniknął więzienia w Morpeth albo Hexam, z taką obojętnością, jakbym spadł z konia bez szwanku.
— Zręcznieś się wywinął chłopcze, ale na drugi raz bądź ostrożnym, i pamiętaj, — że publiczna droga jest wolna dla wszystkich, bądź Wigów, bądź Torisów.
— Czyż możesz mniemać mój stryju, że nie dzielę tego przekonania? — Ale prawdziwie jest to rzecz niepojęta, że wszyscy jakby się zmówili obwiniać mię o tak obrzydliwy występek, za który gardłem się odpowiada.
— Mniejsza o to, mój chłopcze, niech sobie i tak będzie, przecież nie jesteś tak głupi, żebyś sam siebie oskarżał.
Tu Rashleigh przybył mi na pomoc, ale tak bronił, że zdawał się raczéj namawiać ojca aby mi uwierzył, jak oczyszczać mię z zarzutu.
— Niech kochany ojciec raczy sobie przypomniéć, że mówi do swego synowca, który jest jego gościem. — Nie chciéj dłużéj zasmucać pana Franka niedowierzaniem temu, co go tak żywo obchodzi; pewny jestem ojcze, że posiadasz zaufanie jego i że wezwałby niezawodnie łaskawéj twéj pomocy w téj osobliwszéj sprawie, gdyby pomocy téj potrzebował, — ale kuzyna naszego uznano niewinnym, i nikt niema prawa posądzać go o występek. — Co do mnie, niewątpię bynajmniéj o niewinności jego, a honor rodziny naszéj nakazuje nam bronić go mową i orężem, przeciw wszelkiéj potwarzy.
— Rashleighu! — rzekł ojciec spoglądając nań surowym wzrokiem, — bystry ptak z ciebie, — zanadtoś mądry dla mnie, — zanadtoś mądry i dla wielu innych; ale pamiętaj, aby ta mądrość nie wyszła ci na złe. — Dwóch głów pod jednym kapeluszem nie znajdziesz w całym herbarzu... — ale ponieważ mowa o herbarzu, pójdę trochę poczytać Gwillima.
Wyraziwszy to postanowienie, mój stryj tak głośno ziewnął jak bogini Duncyjady, i z równym skutkiem, bo każdy z olbrzymich synów jego ziewnął straszliwie, nim opuścił salę dla wyszukania właściwéj sobie rozrywki; Percy udał się do szafarza spróbować marcowego piwa, Thornkliff do lasu, wyrżnąć z parę smagłych kijów, — John polować na muchy, — Dick grać w cetno sam ze sobą, to jest prawą ręką przeciw lewéj, a Wilfred wyciągnąć się gdzie pod drzewem, i spać jeśli się uda, aż do obiadu; — wkrótce i miss Vernon oddaliła się do bibljoteki; Rashleigh tylko i ja zostaliśmy w sali, z któréj służący ze zwykłą sobie opieszałością i hałasem, uprzątnęli nakoniec reszty obfitego śniadania. — Korzystając z téj chwili, zacząłem mu wyrzucać sposób w jaki mię bronił przed ojcem, i nie zataiłem słusznéj urazy, iż chciał raczéj zniewolić stryja mego, aby pokrył milczeniem podejrzenie swoje, niż otworzyć mu oczy i wyprowadzić z błędu.
— Nie znasz mego ojca kochany kuzynie? — odpowiedział Rashleigh, — jest on równie uparty jak podejrzliwy; a gdy sobie co uroi, doświadczyłem, że lepiéj przytłumiać w nim zwolna mylne zdania, niż widocznie na nie powstawać, — chcąc się pozbyć szkodliwego zielska, które wykorzenić trudno, najskuteczniejszy sposób jest ścinać je, ilekroć pokaże się nad ziemię, póki wysilone, samo przez się nie zniknie. — Nie jest ani rozsądnie, ani korzystnie rozpoczynać spory z człowiekiem takim jak baron Hildebrand, który broni się wszelkiemi siłami przeciw rozumowi, a natchnieniom własnym wierzy tak mocno, jak my prawowierni katolicy, w natchnienie Ojca Ś-go.
— Jednakże niemniéj boleśnem jest dla mnie żyć w domu człowieka, który gwałtem chce mi wmówić, żem popełnił rozbój na publicznéj drodze.
— To niedorzeczne mniemanie ojca mego, nietylko nie jest zarzutem przewinienia, ale nawet nie poniża cię wcale w jego oczach; — owszem, bądź pewny, że czy pod moralnym czy pod politycznym względem, czyn taki ojciec mój za chwalebny uważa, i tém więcéj cię szacować będzie, że jest przekonany, iż w spełnieniu jego mieliście uczestnictwo.
— Nie życzę sobie nabywać szacunku poniżeniem samego siebie, i przyznawaniem się do czynu który potępiam; sądzę, że to krzywdzące podejrzenie da mi sprawiedliwy powód opuszczenia Osbaldyston-Hallu, jak tylko porozumiem się z ojcem moim w téj mierze.
Chociaż uczucia wewnętrzne Rashleigha rzadko kiedy uwydatniały się na twarzy, dostrzegłem jednak na niéj lekki uśmiech, który natychmiast pokryło głębokie westchnienie.
— Zazdroszczę ci twéj wolności panie Frank! — udać się możesz gdzie tylko chcesz, a przy swéj zręczności i talentach, znajdziesz łatwo ludzi, którzy je lepiéj cenić będą umieli, aniżeli nieokrzesani tego zamku mieszkańcy; a ja!.... — i zamilkł.
— Czyliż twoje położenie jest tak przykre, że aż zazdrościsz mnie, wygnańcowi z domu ojca, pozbawionemu jego łaski?
— Zważ tylko, — odpowiedział Rashleigh, — żeś zyskał złotą wolność, przez chwilową, jak nie wątpię, ofiarę! — Zważ, iż nabyłeś sposobność rozwijania swego talentu i zyskania sławy, dogadzając własnéj skłonności! — Tak jest: sławę i wolność okupiłeś smutném wprawdzie, ale kilkutygodniowém tylko wygnaniem na północ. — Drugi Owidyjusz w Tracyi, nie masz przecież powodu pisać Tristia, na wzór wielkiego poety.
— Nie wiem, — rzekłem zarumieniony, — jakim sposobem mogłeś się dowiedzieć o ulubioném mojém zatrudnieniu?
— Był tu niedawno posłaniec twego ojca, niejaki Twincall, który mi opowiedział, że tajnie muzom palisz ofiary; i że najlepsi nawet znawcy, poezyje twoje pod niebiosa wynoszą.
— Treshamie! nie skleciłeś podobno nigdy ani jednego wiersza; ale znasz wielu uczniów, czeladników, a może nawet i mistrzów świątyni Apollina; próżność jest ich zwykłą słabością, i ja nie byłem od niéj wolny. Nie zważając na to, że było niepodobieństwem, aby ten młody trzpiot Twincall znał którykolwiek z płodów muzy mojéj, czytywanych niekiedy w kawiarni Buttona, albo, aby potrafił zrozumiéć i powtórzyć zdanie krytyków, którzy uczęszczali do tego przybytku literackich dowcipów, — wpadłem jak ślepy w zastawione sidła; a Rashleigh korzystając z mojéj łatwowierności, począł mię usilnie prosić, abym mu ukazał próby pióra mego.
— Musisz koniecznie, — rzekł, — poświęcić mi jeden cały wieczór; — wkrótce bowiem trzeba będzie zapomniéć o literaturze, a zaprządz się do nudnéj handlowéj pracy, i oddać światowym zatrudnieniom; zgodzenie się z wolą ojca dla dobra rodziny, jest prawdziwą z mojéj strony ofiarą, zwłaszcza gdy przypomnę sobie poważne i spokojne powołanie, do któregom się dotychczas sposobił.
Próżność jednakże moja nie zaślepiła mię jeszcze do tego stopnia, abym nie dostrzegł w tych słowach obłudy Rashleigha.
— Trudno ci będzie, — odpowiedziałem, — wmówić we mnie, że rzeczywiście z żalem zamieniasz skromny stan katolickiego księdza z całém jego ubóstwem na ziemskie bogactwa i ich powaby.
Spostrzegł się Rashleigh, że zadaleko posunął swą chęć udawania skromnisia; — po chwili milczenia, w któréj rozważać musiał, jaką miarą otwartości może mię obdarzyć, (bo nie lubił jéj rozrzucać), odezwał się z uśmiéchem:
— W moim wieku, być skazanym, jak mówisz, na dostatki i uciechy świata, nie jest wprawdzie wielkiém nieszczęściem; ale pozwól sobie powiedzieć, że może nie przewidujesz losu który mię czekał; — miałem być duchownym katolickim, ale nie bez nadziei wyniesienia się kiedyś na pierwsze tego stanu szczeble. — Nie panie Frank; Rashleigh Osbaldyston daleko mniéjby znaczył będąc nawet najbogatszym kupcem Londynu, aniżeli zostawszy członkiem kościoła, którego słudzy, widzą u nóg swoich, jak się pewny autor wyraża, najznakomitsze osoby świata. — Rodzina moja posiada względy jednego dworu, który wielkiéj w Rzymie używa powagi, zdolności moje odpowiadają wychowaniu, jakiem odebrał, i mógłbym bez zarozumienia zapragnąć pierwszych dostojeństw kościoła; — a popuściwszy nieco wodze wyobraźni, mógłbym nawet obiecywać sobie najwyższą godność. — Dlaczegóżby, — dodał z uśmiechem, — (rozmowa jego bowiem w podobnych przedmiotach trzymała zwykle średnią drogę między żartem i prawdą), — dla czegożby kardynał Osbaldyston, z dawnéj i znakomitéj rodziny, nie miał rządzić losem państw, jak niegdyś niskiego urodzenia Mazarini, lub Alberoni, syn włoskiego ogrodnika.
— Zapewne, — nie zaprzeczam temu bynajmniéj; — jednak na twojém miejscu, łatwobym odstąpił nadziei tak wątpliwego, i będącego przedmiotem tylu intryg wyniesienia.
— I jabym jéj nie żałował, gdybym tylko mógł wiedzieć, że dzisiejsze moje widoki przedstawiają coś więcéj pewnego i nie zależą od okoliczności, któremi wtenczas tylko mógłbym trafnie kierować, gdybym miał dokładne wiadomości o charakterze i sposobie myślenia ojca pańskiego.
— Dlaczegóż nie powiész odrazu Rashleighu, że pragniesz, abym ci je opisał.
— Ponieważ na wzór Djany Vernon odwołujesz się do mojéj szczerości, przeto odpowiem ci wyraźnie: — tak jest.
— Oświadczam ci więc, że ojciec mój obrał drogę handlu nie dla tego, aby się uganiać za dostatkami, ale przez miłość czynnego i pracowitego życia. — Praca, jest razem celem i nagrodą wszelkich jego zabiegów; — zebrał jednak bogactwa, bo wydatków nie powiększał, jak to wielu robi, w miarę pomnażających się przychodów. — Ojciec mój nie cierpi obłudy, nigdy sam jéj nie używa, a prawdę choćby najzręczniéj utajoną, bez trudności rozpoznać umié. — Nawykły więcéj słuchać jak mówić, brzydzi się gadatliwością, témbardziéj, że przedmiot któremu się poświęcił, na czynach, nie zaś na mowie polega. — Przepisów swojéj religii ściśle dopełnia, — nie obawiaj się jednak, aby przeszkadzał dopełnianiu tych, które ci własne wyznanie naznacza, bo wolność wyznań uważa za główną zasadę politycznéj ekonomii. Lecz jeżeli jak sądzę, należysz do stronnictwa Jakóbitów lub Torrisów, życzę nie wydawać się z tém w jego przytomności, bo stronnictwami temi najmocniéj pogardza. — Zresztą słowo dane jest prawem dla niego i dla wszystkich jego podwładnych; nie uchybił nigdy obowiązkom swoim względem drugich, i od nikogo uchybienia względem siebie nie zniesie. — Nie przez pochlebstwo, ale przez ścisłe spełnianie woli i rozkazów, pozyskasz względy swego stryja. — Jedyna słabość, którą mu zarzucić można, jest zbyteczne zamiłowanie handlu; nic u niego nie zasługuje na pochwałę, co się nie daje zastosować do handlu.
— Co to za obraz! — zawołał Rashleigh, jak tylko umilkłem, — Vandyk mój kuzynie, nie godzien przy tobie farb rozcierać. — Zdaje mi się, że mam przed oczami twego ojca ze wszystkiemi przymiotami i słabościami; — w królu widzi tylko lorda majora całego państwa i niejako pierwszą handlową głowę; — szacuje izbę niższą jedynie za bile wywozu; poważa izbę parów dla tego szczególnie, że lord kanclerz zasiada na worku wełny.
— Mój obraz Rashleighu był tylko podobnym, a twój jest karykaturą; — cokolwiekbądź, zawdzięczając mi za nakréślenie karty kraju, który życzyłeś poznać, winieneś wskazać choćby główne rysy nieznanych okolic.
— W które cię zapędziła burza, — przerwał Rashleigh, — kraina ta nie zasługuje na żadną uwagę; — nie jest to wyspa Kalipsy, ocieniona wiecznie kwitnącemi gajami, lecz przestronne i nudne błota, nie przedstawiające nic ciekawego oku; — za jedném spojrzeniem doskonaléj ją poznasz, aniżeli z najdokładniejszego opisu.
— Przecież musi tu być coś godnego zastanowienia; — cóż mi powiesz o miss Vernon? nie jestże to prawdziwie miły i godny uwagi przedmiot wśród tych okolic równie smutnych jak wybrzeża Islandyi?
Moje zapytanie widocznie Rashleighowi niebardzo przypadło do smaku, lecz moja otwartość nadawała mi prawo żądania równie szczéréj odpowiedzi; — rad nie rad musiał zaspokoić ciekawość moją, i wydobyć się jak tylko mógł najzręczniéj z przykrego położenia.
— Nie jestem, — rzekł, — teraz w takiéj ścisłości z miss Vernon jak dawniéj. — Póki była młodsza, miałem nad nią władzę opiekuna, ale gdy zaczęła zbliżać się do dojrzalszego wieku, rozmaite moje zatrudnienia, powaga stanu do któregom się sposobił, układy familijne względem przyszłego jéj losu, wszystko to czyniło równie nieprzyzwoitém jak niebezpiecznym ścisłe i ciągłe z nią przebywanie. — Być może, iż ostrożność moją miss Vernon obojętności przyznawała; ale tak kazał głos sumienia i rozsądku, jakkolwiek dla mnie, a może i dla niéj saméj przykry. — Trudno być pewnym siebie przy boku pięknéj i czułéj dziewicy, która, jak wiecie, wybierać musi między klasztorem a mężem?
— Między klasztorem i mężem? — powtórzyłem zdziwiony, — takie jest przeznaczenie miss Vernon?
— Takie! — rzekł Rashleigh wzdychając. — Sądzę iż niepotrzebuję ostrzegać cię, abyś zachował ostrożność; — pewny jestem, iż posiadając wielką znajomość świata, nie zapomnisz przy miss Vernon o tém, coś winien własnéj spokojności i przeznaczeniu, które ją czeka; — powiem tylko, że jéj żywy charakter wymaga ze strony twojéj podwójnéj czujności i nad nią, i nad sobą; miałeś wczoraj jeszcze przykład jéj nierozmysłu i lekceważenia prawideł światowych.
Słowa Rashleigha nie ze wszystkiém były pozbawione słuszności i rozsądku, — czułem to, i nie mogłem brać mu za złe przyjacielskiego na pozór ostrzeżenia, — a jednak każde jego słowo do takiéj wściekłości mię doprowadzało, że gotów byłem nóż w jego sercu utopić.
Co za piekielna obłuda i zarozumienie! — pomyślałem; — i on to chce we mnie wmówić, że miss Vernon w nim rozkochana do tego stopnia, iż musiał wzywać skromności i męstwa dla powściągnienia jéj ślepéj namiętności? Dowiem się prawdy, choćbym miał narazić się na największe niebezpieczeństwo.
Przytłumiwszy oburzenie moje ile tylko mogłem, zacząłem ubolewać, iż kobieta posiadająca tyle przymiotów, była zdolna poniżyć się do tego stopnia.
— Szczerość jéj i otwartość nie zna granic, — rzekł Rashleigh, — serce ma wyborne; — i jeżeli zawsze równy wstręt do klasztoru i narzeczonego okazywać będzie; — jeżeli przytém Plutus pobłogosławi pracom moim, kto wie, czy nie odnowię dawnych z Djaną stosunków, i nie ofiaruję jéj ręki mojéj i majątku?
Czy to podobna, — pomyślałem, — żeby się znalazła kobieta, któraby dla pięknego głosu i płynnéj wymowy, zgodziła się połączyć swój los z takim jak ty potworem.
— Jednakże, — dodał Rashleigh jakby rozmawiając sam z sobą, — przykroby mi było zająć miejsce Thorncliffa.
— Thornkliffa, — zawołałem zdziwiony, — Thornkliff miałby być narzeczonym Djany Vernon?
— Nie inaczéj — wola jéj ojca, i pewny układ rodzinny, przeznacza jéj rękę jednemu z synów barona Hildebranda; w dyspensie otrzymanéj z Rzymu, zostawiono próżne miejsce na imię oblubieńca; idzie tylko o wybór między braćmi, — lecz że najstarszy Percy nad wszystko przekłada butelkę, ojciec mój rzucił łaskawém okiem na drugiego z porządku Thornkliffa, i poruczył mu zaszczyt przedłużenia znamienitego Osbaldystonów rodu.
— Ta panienka, — rzekłem udając dość niezgrabnie daleką od serca mego wesołość, — wolałaby sobie zapewne obrać niższą jeszcze gałęź szczepu téj rodziny.
— Nie wiem o kim chcesz mówić, — odpowiedział Rashleigh, — Dick o grze tylko myśli. John jest istny parobek; Wilfredowi brakuje niejednéj klepki, — słowem przyznać trzeba, że ojciec mój nie mógł lepszego zrobić wyboru dla biédnéj Djany.
— Zapomniałeś o synu, z którym mam szczęście rozmawiać w téj chwili.
— Powołanie duchowne, któremu poświęcić się miałem, wyłączało mię z grona kandydatów; inaczéj, nie mogę zataić, że odebrawszy staranne wychowanie, byłbym może zdolniejszym od braci moich na nauczyciela i opiekuna miss Vernon.
— Tak, i ona zapewne, — rzekłem, — podziela również to zdanie.
— Bardzo wątpię, — odpowiedział Rashleigh z takim wymuszeniem, które zdawało się raczéj potwierdzać, niż zbijać moje domysły; — przyjaźń to tylko sama — przyjaźń była jedynym węzłem, który nas łączył; ożywiała ją czuła wdzięczność ucznia dla nauczyciela; — lecz miłość nie znalazła do serc naszych przystępu; powiedziałem już, że rozsądek wcześnie mi przybył na pomoc.
— Nie będąc wstanie prowadzić dłużéj tak przykréj dla mnie rozmowy, pożegnałem może zbyt nagle Rashleigha, zamknąłem się w moim pokoju, i przebiegając szybkim krokiem całą jego długość, szarpany najżywszą niespokojnością, powtarzałem głośno wszystkie wyrazy Rashleigha, które mię najwięcéj ubodły. — Czułe... gorące... tkliwe przywiązanie... miłość!... — Diana Vernon — najpiękniejsza z kobiét, miałażby kochać tę poczwarę, któréj tylko garbu nie dostaje, aby była tak szkaradną jak Ryszard trzeci! — a jednak te ścisłe związki, które ich łączyły podczas tych przeklętych nauk... ta miodopłynna, pełna ognia wymowa, obok grubéj ciemnoty wszystkich co ją otaczają... te jéj uniesienia nad talentami Rashleigha, których sama nawet nienawiść, jaką zdaje się być ku niemu przejętą, może dla tego tylko że ją opuścił, zatłumić nie zdołała... ale dla czegóż ma mnie to wszystko niepokoić, dręczyć?... czyliż Djana Vernon pierwszą jest piękną kobietą, która szaleje dla brzydkiego mężczyzny?... A choćby nawet nie kochała Rashleigha... choćby nie była zaręczoną jednemu z braci... cóż mi potém?... Katoliczka!... Jakóbitka!... Kirassyjer w niewieścim stroju!... o! chybabym zmysły utracił, gdybym choć na chwilę marzył o połączeniu się z taką istotą.
Takie i tym podobne uwagi rzucałem na płomień zawiści, który mię pożerał, przygasiłem go nieco; ale pozostał najgorszy humor, z którym wszedłem do jadalnéj sali, kiedy na objad zadzwoniono.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Walter Scott i tłumacza: Michał Grubecki.