Risztau/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Risztau
Pochodzenie Risztau; Pustelnia w górach; Czukcze
Data wydania 1911
Wydawnictwo Spółka Nakładowa „Książka“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I.

Dolina rzeczki Auczi należy do najpiękniejszych na południowo-zachodnich stokach Kaukazu. Dno jej wyściela bujna, prawie egzotyczna roślinność; boki ma strome, opoczyste, przerznięte mnóstwem szczelin i jarów, wśród których płyną liczne potoki i wodospady. Z jednej strony przez szeroką szczerbę w podgórzu otwiera się rozległy widok na morze; z drugiej — ciemną masę spiętrzonych gór zamyka śnieżny wierzchołek Risztau.
Niegdyś mieszkali tu Czerkiesi, ale przed trzydziestu laty wynieśli się w inne strony. Tam, gdzie przedtym były uprawne pola i ludne auły, dziś szumi las, a w zdziczałych ogrodach nocami zbierają się niedźwiedzie, dziki i szakale, by staczać bójki o dojrzałe owoce. Myśliwi strzelają do nich w ciemnościach „po głosie“. Piękne to polowanie coraz mniej jednakże znajduje zwolenników. Jurek Strasiewicz lubił je namiętnie. Kilka dni temu Ormianie z sąsiedniej wioski dali mu znać, że w blizkości błąka się ogromne niedźwiedzisko. Na wieść o tym krucza splątana czupryna myśliwca jeszcze się bardziej zwichrzyła.
— Idź już!... Puść go, Szymonie, niech idzie! — rzekła matka do starszego syna, gdy wieczorem zasiedli do herbaty na ganeczku, obrosłym pnącemi różami.
— Siedzi, jak mruk, wąsy skubie i patrzy na te bory...
Szymon podniósł ostrzyżoną, jak melon, głowę i spojrzał na brata. Jurek zarumienił się i zaprzeczył.
— Ani myślę patrzeć... Mamie się zdaje... A milczę, bo nie mam nic do powiedzenia...
Istotnie, co miał mówić? Rozumiał przecie dobrze, że przedewszystkim należało się śpieszyć z okopaniem kukurydzy, nim ziemia przez deszcz spulchniona nie skamienieje znowu od piekielnego skwaru; wzdychał więc tylko, ilekroć spoglądał na ciemniejącą w gasnącej zorzy puszczę, i czuł dziwny niepokój, jak gdyby ciężka jakaś ręka uciskała mu serce... Tegosamego doznawał uczucia, gdy długo nie widział Heleny.
I puszczę i dziewczynę znał jednakowo dawno, gdyż rodzice jego przygarnęli tę sierotę po przyjacielu jeszcze przed przybyciem swoim w te strony i wychowywali jak swoją. Siedziała ona teraz naprzeciw niego za stołem i spoglądała nań przyjaźnie. Pod tym spojrzeniem Jurek czuł się jeszcze bardziej zmieszanym.
— Może, gdybym wam pomogła, skończylibyście do jutrzejszego wieczora?
— Co znowu! Na taki upał! Niech mama nie pozwala!... – oburzył się Jurek.
Ale Szymon kręcił głową i, spoglądając na brata, powiedział:
— Cóż jej się stanie?... Dziewczyna, jak ćwik!... Niech idzie!...
— Z bydłem ja tu sama dam sobie radę, a wody mi nanoście — odezwała się przywiędła, zgryźliwie wyglądająca panna Justyna, należąca też do ich kółka.
Nazajutrz pracowali dzień cały wśród takiego upału, że z gorąca nie mogli nawet się uśmiechać. Jurek był zły. Z początku dowodził, że Helena powinna wrócić do domu i pomóc matce w obieraniu wisien na konfitury, gdyż oni bez niej doskonale obejść się mogli, ale dziewczyna, rada, że się dorwała męskiej roboty, żartowała sobie z niego i, choć istotnie była zmęczona, nie okazywała tego.
— La Boga!... Jurek!... obejrzyj się! — krzyknął Szymon. — Motyka wisi sama w powietrzu, a panna... stopniała!
— O, prawda, że gorąco — rzekła dziewczyna, ocierając twarz rękawem od koszuli.
Szymon przypatrywał się jej z pewnym zdziwieniem: wydała mu się zupełnie inną. Zazwyczaj spokojna, nad sobą panująca, nawet w chwilach wesołości, teraz poruszała się z jakąś płomienną energją. W powietrzu migały jej ręce obnażone po łokcie, okrągłe i jakby z kruszcu złotawego ulane; motyka z łoskotem spadała na żwirowatą ziemię i błyskawicznie podnosiła się do góry; gdy przypadkiem uderzała o kamień, z rozwartych ust dziewczyny wyrywał się jęk stłumiony, a wypukła pierś drgała boleśnie, ale ruchy nie traciły miarowej szybkości.
— Zuch, zuch — chwalił wówczas Szymon. — Na co to jednak o kamienie stukać?
— Przestań raz — złościł się Jurek.
Obaj musieli dobrze mięśnie wyciągać, aby się nie dać dziewczynie wyprzedzić. Szymon w chwilach wypoczynku nad czymś rozmyślał, na dziewczynę patrzał, oczy mrużył i był ogromnie wesół.
— No, teraz już warta Risztau!... Weźmiemy ją... Spójrz-no tylko!... — mówił do brata, gdy w południe szli na obiad.
Dziewczyna, uśmiechając się, odgarniała włosy z pałającej twarzy i chowała je pod białą chustkę. Jurek udawał, że patrzy w przeciwną stronę; Szymon, aby przerwać przykre milczenie, zaczął śpiewać:

„Pośrodku pola stoi topola...“

ale sfałszował, jak zawsze, i umilkł.
Na ganeczku nakrywająca do stołu Justyna obrzuciła nadchodzących uważnym spojrzeniem. Pani Strasiewiczowa siedziała już na swym miejscu i robiła pończochę, spuściwszy okulary na koniec nosa. Helena poszła umyć twarz i ręce; Szymon popatrzał też na swe zapylone dłonie, ale po krótkim wahaniu rzekł, uśmiechając się filuternie:
— Proch jesteś i w proch się obrócisz!
Ułamał kawał chleba, posypał go solą i zaczął jeść, aż mu chrupało w białych zębach. Jurek, jak siadł, tak ani się ruszył i na swoim postawił: cały obiad im skwasił. Pod koniec, nie czekając na herbatę, wstał i wyszedł.
— Co mu się stało? — spytała matka Heleny.
— Nie wiem.
— Mama ani się domyśla, jak ta dziewczyna dołki kopać umie! — zażartował Szymon.
Helena podniosła nań oczy; wargi jej zadrżały, ale milczała. Justyna wychyliła się z za samowaru i wyciągnęła rękę po pustą szklankę Szymona.
— Doprawdy, doskonała z niej robotnica... — mówił dalej zupełnie już poważnie.
— Lepiejby zrobiła, żeby została w domu — odezwała się Strasiewiczowa, poruszając drutami z wzrastającą szybkością.
— Nie widzę powodu — odburknął starszy syn.
Helena, dotknięta zachowaniem się Jurka, była wdzięczna Szymonowi, że ją podtrzymał. Jurek już się nie pokazał; znaleźli go w polu, kopiącego zawzięcie grządki. Szymon w milczeniu zabrał się do roboty, ale Hela nie mogła znaleźć motyki. Zmieszana obeszła pole, przejrzała wszystkie kąty.
— Jurek, oddaj motykę! — rzekła wreszcie, zwracając się do chłopca. — Doprawdy, nie rozumiem, o co ci idzie...
Jurek milczał, jak gdyby jej nie słyszał.
— Motykę... oddaj motykę!... — mówiła, idąc za nim. — Nie jestem dziecko, żebyś mię tak traktował. Cóż to za opieka?...
— Oddaj!... Cóż to za żarty cię napadły!... — fuknął nań Szymon.
Chłopak tylko spojrzał na nich i usta mocniej zacisnął. Helena postała chwilę, popatrzała na jego twarz pociemniałą od tłumionego gniewu i odwróciła się ze łzami w oczach. Szymon przypatrywał się jej ciekawie.
— Dobrze więc... — szepnęła i odeszła ku domowi.
— Jeśli motyki natychmiast nie oddasz, to ja odejdę i nie pójdziesz na polowanie! — zawołał gniewnie Szymon. — Zacoś ją obraził?... Zawsze tak!... Zapominasz, że ona sierota!... Helu! Helu!... wróć się, weź moją!... — wołał za oddalającą się.
Ale dziewczyna nie słuchała go, a choć ją dopędził i długo przekładał, nie wróciła na pole; więc i on poszedł za nią. Jurek został sam i pracował dalej gorączkowo. Postanowił nie wracać do domu, póki nie skończy wszystkiego; potym weźmie broń i pójdzie na polowanie.
Jak sobie powiedział, tak zrobił. Pani Strasiewiczowa przysyłała Justynę, przychodziła sama namawiać go, aby szedł do domu: Jurek milczał i kopał zawzięcie.
Już było bardzo późno i w domu wszyscy spali, świeciło się tylko w pokoju Heleny, gdy, skradając się ostrożnie, wszedł do kuchni.
Przez cienkie przepierzenie, oddzielające pokój Szymona, słychać było stłumiony szept Justyny:
— Nie oszukasz mię — mówiła ona — widzę doskonale, co się święci!... Nie pozwolę skrzywdzić innych, tak jak mnie skrzywdziłeś... Wszystko powiem...
— A mów: sobie najwięcej zaszkodzisz... Matka ani chwili dłużej nie pozwoli ci zostać.
— Nie mam już nic do stracenia: tyś mi wszystko zabrał... a milczę tylko dla tego, że mi żal twojej matki.
— E!... może nietylko dla tego...
— Boże mój!... Boże!
Szept urwał się i przeszedł w łkanie. Niechęć Jurka do brata znikła, jak mgła; miejsce jej zajęło uczucie litości; ale jednocześnie wzmogło się w nim pragnienie pójścia do lasu. Jak mógł najciszej, odszukał omackiem na półce bochenek chleba, ogarek świecy i zapałki; do swego pokoju dostał się przez okno; zabrał karabin, nóż, ładownicę i ruszył do bramy. Psy pobiegły za nim, ale je odpędził. Stanąwszy nad rzeką, przedewszystkim ukląkł i napił się wody; potym siadł, ukrajał kawał chleba i jął z apetytem zajadać. Zdala dolatywało go znane, a tak mu miłe mamrotanie puszczy; obok monotonnie szemrała rzeczka, a z bocznych jarów płynęły drżące, wonią kwitnących jaśminów nasycone powiewy. Jurek jadł i rozmyślał nad tym, co się stało. Rozumie się: źle się stało!... Biedny Szymon!... Ale Hela... Niechaj wie, że nie wszystko z nim zrobić można... Z czasem to się utrze, ale teraz godność nie pozwala mu uczynić pierwszego kroku... Nie trzeba się płaszczyć... Kobiety nawet nie lubią zbytniej uległości... owszem, dobrze jest kiedyniekiedy pokazać im swoją przewagę! Był z siebie zadowolony, ale gdy już miał przejść po kamieniach na drugą stronę strumyka, raz jeszcze obejrzał się na domek, bielejący u stoku łysawego wzgórka. W oknie Heleny świeciło się wciąż jeszcze. Jurek stanął na głazie i patrzał; potym, niewiele myśląc, ruszył napowrót pod górę. Szedł szybko, pod koniec biegł prawie, ale nim stanął u furtki, światło zamigotało i zgasło. Doszedł do ganku, zapalił świecę, wyjął skrawek papieru i na stopniach schodów napisał ołówkiem:
„Helu, przebacz, byłem zły i głupi!“
Kartkę wrzucił przez okno, uchyliwszy nieśmiało zasłony.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.