Rey — Kochanowski/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Rey — Kochanowski
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1918
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

BIBLJOTECZKA MŁODZIEŻY SZKOLNEJ 126




CECYLJA NIEWIADOMSKA




LEGENDY, PODANIA

I OBRAZKI HISTORYCZNE


X

REY — KOCHANOWSKI

WYDANIE NOWE


Gebethner i Wolff - logo.jpg




NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
WARSZAWA=======LUBLIN=======ŁÓDŹ
KRAKÓW=======G. GEBETHNER I SPÓŁKA
NEW YORK □ THE POLISH BOOK IMPORT. CO, INC.
POZNAŃ==KSIĘGARNIA M. NIEMIERKIEWICZA





KRAKÓW — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI


MIKOŁAJ REY Z NAGŁOWIC.
(1505 — 1569).

Od stu lat już jaśniała w Polsce akademja, jako wielkie ognisko wiedzy, rozlewając szeroko czyste światło; i szlachta rozumiała potrzebę nauki, gdyż bez niej nie można było zostać posłem, objąć poważniejszego urzędu, — nauka zapewniała znaczenie i stanowisko; — nie brakło w kraju i zdolnej młodzieży, a jednakże — oto syn zamożnego właściciela paru wiosek, chłopak zdolny niepospolicie, zdrów i wesół, jak młody źrebak, doczekał się już wąsów, a czytać porządnie nie umie.
Dlaczego?
Bo mimo wszystko wielu rodzicom jeszcze dziwnie było oddawać dzieci do szkół, wysyłać je z domu, albo sprowadzać do nich t. zw. preceptora, który więził nad książką i męczył młode głowy.
Tak właśnie było z Mikołajem Reyem. Wesoły, zwinny, żywy, czy to dosiąść konia, czy ścigać zwierza, ptaszki w locie strzelać, zuch i chwat do wszystkiego. Ale książka! — Siedzieć nad nią, kiedy na niebie słońce świeci? — I po co?
Ojciec niby rozumiał, że syna uczyć trzeba, czasem się zdobywał na wielką energję i wysyłał chłopca to tu, to tam do szkoły, lecz zwykle Mikołajek prędko powracał do domu, wyuczywszy się tylko nowych psot i figlów i nie zrobiwszy krzywdy żadnej książce.
Tak doszedł prawie lat 20. — Wtedy ojciec już nie miał żadnej wątpliwości, że w świat wysłać go trzeba, ażeby poznał życie i ludzi. Od praojców przecie było we zwyczaju, że młodzież kształciła się na pańskich dworach; poznawała tam sprawy kraju i pod kierunkiem doświadczonych przewodników udział w nich brać zaczynała.
Ojciec Reya był niegdyś na dworze pana Tęczyńskiego, więc i syna tam oddać postanowił, uważając ten pobyt za najlepszą szkołę. Trzeba było w tym celu zaopatrzyć jedynaka w jakąś lepszą szatę od wielkiego stroju, zdobył się więc i na to, kupił czerwonej kitajki i odwiózł nakoniec syna do swego brata, księdza, który miał się już zająć i garderobą młodzieńca i odstawić go wreszcie na dwór Tęczyńskiego.
I stryj jednak niebardzo się z tem kwapił, a próżnujący chłopak pociął czerwoną kitajkę i wronom poprzywiązywał do ogonów, ażeby się wzajem straszyły.
Tego było zanadto: takie nieposzanowanie ojcowskiego grosza i pięknego materjału przekonało nakoniec stryja, że synowiec naprawdę potrzebuje edukacji. — No, i znalazł się wreszcie na dworze.
Tu musimy powiedzieć, że takich nieuków nie było wówczas wielu, zwłaszcza pomiędzy zamożniejszą szlachtą i wśród zdolniejszych chłopców, to też czekała Reya niespodzianka.
Zrazu wesołością, dowcipem, humorem, piękną postawą — wszystkich sobie ujął, sam wojewoda bardzo go sobie upodobał, — ale cóż? Ze zdziwieniem i wstydem niemałym przekonał się, że tu dowcip niewiele pomoże, jeśli pisać nie będzie umiał, a bez łaciny — jakby był głuchy i niemy.
Więc to tak? — pomyślał sobie, mam tu być ostatni dla marnej łaciny i głupiego pióra? — To jeszcze zobaczymy!
Obudziła się w nim ambicja, rozgniewało własne nieuctwo, z powodu którego nie rozumiał często, o czem przy nim mówiono, — zabrał się też nie żartem do roboty. A że był chłopak zdolny, niepospolicie zdolny, że trudu nie żałował, po nocach nie sypiał, czytał »palcem jeszcze wodząc po literach«, pisał, chociaż z mozołem, łacinę gryzł, jak mógł, więc w krótkim bardzo czasie wypłynął z kłopotów.
Łaciny nigdy nie poznał gruntownie, nie władał biegle tym językiem, ale w tym wypadku wydało to dobre owoce.
Bo i za cóż my tego Reya wspominamy? czem zdobył sobie u nas nieśmiertelną sławę?
Zasługa jego wielka: — pierwszy zaczął pisać po polsku.
Zdarzały się i przedtem książki polskie, ale były to albo przekłady pieśni pobożnych, polskie pieśni, modlitwy, wreszcie »ucieszne« książeczki, przez nieznanych najczęściej autorów pisane, ku zabawie tych, którzy łaciny nie znali.
Nie o takie drobiazgi chodziło Reyowi: on pisał książki mądre i poważne, dzieła, które każdy chciał poznać, zacząwszy od króla, bo w nich autor poruszał wszystko, z czego składało się życie szlachcica polskiego.
A pisał po polsku nietylko dlatego, że po łacinie nie mógł, — mógłby się przecież nauczyć, gdyby to uważał za konieczne — ale zadał sobie pytanie: dlaczego Polak ma wypowiadać myśli swoje po łacinie?
Więc też napisał zaraz:

A niechaj narodowie wżdy postronni znają,
Iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają.[1]


Bardzo piękne i mądre zdanie.
Wszystkie narody niegdyś pisały tylko po łacinie, aby dzieła ich czytać mogli uczeni wszelkich narodowości, i w czasach, kiedy książki były bardzo rzadkie i drogie, było to koniecznie potrzebne. Lecz teraz już istniały książki drukowane, znacznie tańsze, które każdy mógł kupić, i niezawsze przeznaczone były dla uczonych.
Wszyscy już czytać chcieli, i Rey dla wszyststkich[2] chciał pisać, więc śmiesznem wydawało mu się wymaganie, aby Polak z Polakiem mógł się porozumieć tylko w obcym języku.
Rey był człowiekiem niezwykle rozumnym, choć nieraz mu brakowało wykształcenia, bo straconej młodości nikt w nauce nie wynagrodzi, — lecz pojął wlot to wszystko i zaraz przekonał uczonych, którzy twierdzili, że nasz język za ubogi, aby nim wszystkie myśli wypowiedzieć można, że nie mieli słuszności. Dowiódł tego, pisząc poważne książki, nawet wierszem, tworząc mnóstwo wyrazów, których brakowało, i rozpraszając tym sposobem śmieszne uprzedzenie.
To największa zasługa Reya.
Można powiedzieć o nim, że był to człowiek szczęśliwy: życie śmiało się do niego i sypało nań wszelkie dary, jakich zapragnąć można.
Zdolny, wesoły, dowcipny, przez wszystkich szanowany i lubiony, nie miał prawie nieprzyjaciół, zyskał sławę, ożenił się, miał dzieci, gospodarował dobrze, kochał życie, naturę, wiejskie przyjemności, — nie wiemy o żadnem nieszczęściu, któreby go dotknęło, — doprawdy, mało ludzi tak szczęśliwych.
Pisać lubił, — wypowiadać o każdej rzeczy swoje zdanie i wiedzieć, że je wszyscy powtarzają, zastanawiają się nad niem, lub podziwiają, chwalą.
A że miał dobry humor, więc bardzo często pisał też rzeczy wesołe, ku zabawie i uciesze czytających. Nazwał je »figliki«, gdyż było to jakby figlowanie z wyrazami i słuchaczami. Treścią figlików były opowiadania o zabawnych wydarzeniach, często nieprzyzwoite, t. j. nam się one wydają nieprzyzwoitemi, lecz w owych czasach inne pod tym względem były wyobrażenia, i ludzie mniej wybredni.
Rey nie usiedział w domu: dopóki był młody, wszędzie go było pełno, odwiedzał sąsiadów, nie pominął żadnego zjazdu i sejmiku, bywał na królewskim dworze, a wszędzie witano go chętnie, z radością, bo wiadomo było, że nudy przed nim uciekają, a serdeczna wesołość nieodstępną jest jego towarzyszką. Wiersze, figliki, sypał, jak z rękawa, śmieli się wszyscy do łez, do rozpuku, — a wtem wygłosił jakąś myśl poważną, która wszystkich zajęła, pobudził do ożywionej rozprawy, do wymiany zdań, pożytecznej dla słuchających.
Zygmunt Stary i Zygmunt August cenili go bardzo wysoko, lubiła nawet Bona, — król obdarzył go ziemią, na której założył potem miasteczko Rejowiec, — przyjaciół, wielbicieli miał bez liku.
Teraz zobaczymy jeszcze, co napisał.
Oto parę »figlików«:

Jeden pasł dziesięć koni i wsiadł na jednego,
Gdy je pędził do domu, zapomniał onego,
Naliczył jedno dziewięć i wnet się zatroskał,
Bieżał nazad do lasa, mówiąc, iż tam został.
I potkał się z sąsiadem, pyta o gniadego,
Jeśliby gdzie nie widział tam konia łysego:
Ten rzekł: — A toć i łysy, co to siedzisz na nim.
Teraz się chłop obaczył, jechał nazad za nim.


Albo inny:

Zwonek pan miał, kiedy jeść, aby weń zwonili,
A potem się, przy stole siedząc, rozmówili:
Któraby też muzyka nawdzięczniejsza była,
Coby wżdy ludzkie myśli snadniej weseliła.
Jedni chwalili lutnie, drudzy symfonały,
Owa, co kto rad słyszał, każdy swoje chwali.
Błazen, stojąc: — Panowie, nalepszy wżdy zwonek,
Bo gdy jeść weń zazwonią, wnet skacze ogonek.


Rey jednak poetą nie był, chociaż pisał wierszem, i chociaż jedna książka, wierszem napisana, zyskała mu wielką sławę poetycką, bo tak długiego poematu nikt jeszcze w Polsce nie napisał. Było to opowiadanie o młodzieńcu, który chodził po świecie, aby poznać mędrców i od nich się dowiedzieć, co jest prawdą i jak żyć trzeba.

Nie jest to jednak bardzo piękne, choć nieraz wypowiada w tym utworze rozumne myśli.
Najważniejszem dziełem Reya jest prozą napisany »Źywot poczciwego człowieka«, w którym maluje życie szlachcica polskiego od kolebki do grobu i uczy, jakim być powinien człowiek uczciwy, dobry obywatel. Z tej książki możemy poznać doskonale, jak wówczas szlachta żyła, co myślała, jakie miała wady, jakie ceniła cnoty.
Ażeby poznać, jakim Rey pisał językiem, przeczytajmy parę wyjątków.

O dziwnych ubiorach.

»A by dziesięć krojów na każdy tydzień wymyślił, tedy każdy chwalą. Będzie jedna (suknia) z długim kołnierzem do pasa, to powiadają, iż tak czyście (pięknie): chłop ozdobny, od wiatru się zasłoni, kiedy trzeba, i kijem we grzbiet nie tak bardzo puknie. Będzie zasię druga, co kołnierza nie będzie u niej i na palcu, a przedsię też tak czyście: wolno mi się obejrzeć, kędy chcę i jako chcę, a przedsię mię kołnierz w szyję nie kąsa. Będzie druga z długiemi rękawy, a czasem i ze trzemi, tak też powiadają, czyście: chłop znaczny na koniu kiedy rękawy około niego trzpiatają. Będzie druga, co jedno rękawiki do łokcia, a też tak przedsię czyście: wolniejszym tak i snadnie mi na koń wsieść.
Ja wierzę, by kto pozłociwszy rogi, na łeb włożył, tedy nie wiem, by nie powiedali, iż to tak czyście, bo wszystko czyście, by się jedno co dziś pojawiło, czegochmy wczora nie widzieli«.

Rozkosze gospodarskie.

»Bo gdy przypadnie wiosna, azaż owo nie rozkosz z żonką, z czeladką, po sadkoch, po ogródkoch sobie chodzić, szczepków naszczepić, drobne drzewka rozsadzić, niepotrzebne gałązki obcinać, mszyce pozbierać, krzaczki ochędożyć. Też sobie i wineczka i różyczek możesz przysądzić, bo się to barzo łacno wszytko, a barzo małą pracą przyjmie[3]
Nuż też pani łaskawa domowa, azaż też z drugiej strony nie może bez wielkiej pracy, a na poły z krotofilą (zabawą) nadobnych pożyteczków naczynić, gdy się zabawi około ogrodów, około nabiałów, około lnów, wszytko może się to sowicie opłacić i domek się zapełnić. Bo to zimie zasię z dzieweczkami poprzędzie, płócienek nasprawuje, może i uprzedać, może i potrzebę domową zawżdy poczciwą mieć. Nuż też i gąska niezła, bo i piórka i miąsko wżdy też darmo nie wynijdzie, a mały na to koszt. Nuż i kurczątko, nuż też kaczątko, nuż i gołąbiątko, wszytko to nic nie wadzi. A przedsię i sława i pożytek z tego roście, iż porządek w domu«.
W innej jeszcze pracy Rey maluje wielkość i potęgę Polski, i ubolewa z żalem nad błędami rodaków, które muszą sprowadzić karę nieba. W tem dziele jego najlepiej maluje się miłość ojczyzny.
Niedawno obchodziliśmy czterechsetną rocznicę urodzin Reya, czemże zasłużył na to?

Czy możecie sami sobie odpowiedzieć?





JAN KOCHANOWSKI. URSZULKA.
(1530—1584).

Jan z Czarnolasu, pierwszy wielki poeta polski, urodzony za czasów Zygmunta Starego, był świadkiem panowania w Polsce czterech królów, choć umarł w 54-tym roku życia.
Nazwano go śpiewakiem z Czarnolasu, od imienia wioski rodzinnej, w której mu upłynęły najszczęśliwsze lata, gdzie stworzył najpiękniejsze swoje dzieła.
Niedawno jeszcze co rok nowymi liściami szumiała o nim pieśni stara lipa, żywy świadek radości i smutków poety, ulubione miejsce spoczynku i pracy. Sam tak o niej napisał:

Na lipę.

Gościu! siądź pod mem liściem, a odpoczni sobie;
Nie dojdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,
Choć się najwyższej wzbije, a proste promienie
Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie;
Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają,
Tu słowicy, tu szpacy wdzięcznie narzekają;

Z mego wonnego kwiatu pracowite pszczoły
Biorą miód, który potem szlachci pańskie stoły;
A ja swym cichym szeptem sprawić umiem snadnie,
Że człowiekowi łacno słodki sen przypadnie;
Jabłek wprawdzie nie rodzę, lecz mię pan tak kładzie,
Jako szczep najpłodniejszy w hesperyckim sadzie[4].


Nie jest to wiersz jedyny, którym upamiętnił to miłe sobie drzewo, gdzie upłynęło mu tyle chwil słodkich, w otoczeniu rodziny i przyjaciół, skąd podziwiał piękne widoki natury, czy to w letni poranek, pełen blasku, woni, barw świeżych, świergotu; czy w wieczór cichy, który przemawia do serca mruganiem gwiazd, szelestem niewidzialnych skrzydeł i spokojem usypiającej natury.
Kochanowski głęboko odczuwał i kochał piękno natury, jak i wszelkie piękno, gdyż był prawdziwym poetą.
Rey przekonał, że po polsku pisać można, że mowa nasza dosyć jest bogata, by w niej wyrazić wszystkie myśli i uczucia, lecz dopiero Kochanowski stworzył język piękny.
Ponieważ ojca utracił dość wcześnie, matka kierowała jego wykształceniem, a poznawszy niezwykłe zdolności młodzieńca, wysłała go po skończeniu akademji krakowskiej dla dalszej nauki za granicę. Przez lat kilka kształcił się więc Kochanowski w najlepszych szkołach włoskich, gdzie zajmowały go głównie arcydzieła poezji łacińskiej i greckiej, — potem pojechał jeszcze do Paryża.
I stamtąd — jak wieść niesie — przysłał swój wspaniały »Hymn do Boga«. Zachwycił nim od razu wszystkie serca, wprawiając w zdumienie poetów, którzy twierdzili dotąd, że gruby i nieokrzesany język polski zupełnie się nie nadaje do poezji.
Tymczasem na jakimś większym zjeździe towarzyskim ktoś zaczął czytać głośno:

Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary?
Czego za dobrodziejstwa, którym nie masz miary?
Kościół Cię nie ogarnie, wszędy pełno Ciebie:
I w otchłaniach, i w morzu, na ziemi, na niebie.
Złota też, wiem, nie pragniesz, bo to wszystko Twoje,
Cokolwiek na tym świecie człowiek mieni swoje;
Wdzięcznem Cię tedy sercem, Panie! wyznawamy,
Bo nad Cię przystojniejszej ofiary nie mamy.
Tyś Pan wszytkiego świata, Tyś niebo zbudował
I złotemi gwiazdami ślicznieś uhaftował,
Tyś fundament założył nieobeszłej ziemi
I przykryłeś jej nagość zioły rozlicznemi.
Za Twojem rozkazaniem w brzegach morze stoi,
A zamierzonych granic przeskoczyć się boi;
Rzeki wód nieprzebranych wielką hojność mają,
Biały dzień a noc ciemna swoje czasy znają.
Tobie kwoli rozliczne kwiatki wiosna rodzi,
Tobie kwoli w kłosianym wieńcu lato chodzi,
Wino jesień i jabłka rozmaite dawa,
Potem do gotowego gnuśna zima wstawa.
Z Twej łaski nocna rosa na mdłe zioła padnie,
A zagorzałe zboża deszcz ożywia snadnie,

Z Twoich rąk wszelkie zwierzę patrza swej żywności,
A Ty każdego żywisz z Twej szczodrobliwości.
Bądź na wieki pochwalon, nieśmiertelny Panie!
Twoja łaska, Twa dobroć nigdy nie ustanie.
Chowaj nas, póki raczysz, na tej nizkiej ziemi,
Jedno niech zawżdy będziem pod skrzydłami Twemi!


Głęboka cisza panowała w zgromadzeniu, i nikt jej przerwać nie śmiał. — Więc jest mistrz, co wydobył takie dźwięki z lutni ojczystej mowy naszej i tak piękne myśli umiał w niej wyrazić?
Nagle stary Rey powstał. Był szczerze wzruszony, on, co tak kochał mowę ojców, to też w uniesieniu szlachetnego serca zawołał:

Temu w nauce dank przed sobą dawam
I pieśń bogini słowieńskiej oddawam.


To znaczyło, że uznaje wyższość Kochanowskiego i oddaje mu pierwszeństwo, jako poecie polskiemu.
Słowa były niezgrabne, ale podyktowało je piękne uczucie, — w czystem sercu tego zacnego człowieka nie było widocznie zazdrości.
Wkrótce potem powrócił Kochanowski z za granicy, powitany na swojej ziemi gościnnie i serdecznie, jako znany już poeta. Duchowieństwo pragnęło otworzyć mu łatwiejszą drogę do sławy, przyjmując do swego stanu i obsypując godnościami; król Zygmunt August chciał go mieć na swoim dworze.
Kochanowski nie mógł się od razu zdecydować, więc — jak to było wówczas w zwyczaju — przyjął tymczasowo probostwo w Poznaniu, co dostarczało mu znacznych dochodów, a jednocześnie został sekretarzem króla Augusta, gdyż nęciło go widocznie życie dworskie, chciał poznać z blizka jego przyjemności.
Niedługo to jednak trwało, — prawdziwy poeta musi tworzyć; a jeśli tworzyć chce rzeczy poważne, prawdziwie piękne, potrzebuje ciszy, nie może przebywać wciąż z ludźmi, podzielać ich spraw codziennych i na te drobne troski i małe uciechy trwonić skarby umysłu i wzruszenia serca. Poznać świat — bardzo dobrze, to wzbogaca życiowe doświadczenie, ale prędko zapragnie on żyć własnem życiem, z Bogiem tylko, wielką przyrodą i sobą.
To potężne pragnienie odezwało się też w sercu Kochanowskiego; porzucił życie i godności dworskie, gdzie może spotkał go niejeden zawód, gdzie się przekonał, że cnota i talent niezawsze są oceniane, a prawdziwa wartość niepospolitego człowieka pobudza serca do zazdrości i niechęci, — opuścił dwór i osiadł w swojem Czarnolesiu, ożenił się i zaczął wieść życie spokojne, szczęśliwe, oddane rodzinie i pracy, prawdziwie błogosławione.
W cichym dworku gościła miłość, ta pani i królowa dobra, a z nią jej dzieci: spokój, wesele i szczęście.
Nie było ono wcale wyszukane: — przechadzka w piękny poranek wiosenny, kiedy świat tchnie świeżością i młodością, gdy każdy listek budzi uczucie radości, zachwyca kropla rosy, niebo, złote słońce.

I śpiewał, upojony tym widokiem:

Serce roście, patrząc na te czasy:
Mało przedtem gołe były lasy,
Śnieg na ziemi wyższej łokcia leżał,
A po rzekach wóz nacięższy zbieżał.
Teraz drzewa liście na się wzięły,
Polne łąki pięknie zakwitnęły;
Lody zeszły, a po czystej wodzie
Idą statki i ciosane łodzie.
Teraz prawie świat się wszytek śmieje,
Zboża wstały, wiatr zachodny wieje;
Ptacy sobie gniazda omyślają,
A przede dniem śpiewać poczynają.


Płynęły błogo dni jasne, słoneczne, — w polu dojrzały zboża, przetykane purpurą maków, szafirowemi oczami bławatków, falujące bogatym kłosem...
A wtem chmura gradowa z grzmotem, piorunami pełznie złowrogo, niszczy pracę ludzką, złote pola białym okrywa całunem, łamie gałęzie drzew, obdziera z liści i owocu, zostawia spustoszenie obraz pełen smutku.
Poeta patrzy na to z bólem wielkim, — nagle myśl inna błysnęła mu w sercu, chwyta pióro i pisze:

Nie porzucaj nadzieje,
Jakoć się kolwiek dzieje;
Bo nie już słońce ostatnie zachodzi,
A po złej chwili piękny dzień przychodzi.
Patrzaj teraz na lasy,
Jako prze zimne czasy

Wszytkę swą krasę drzewa utraciły,
A śniegi pola wysoko przykryły.
Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce ją zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.
Nic wiecznego na świecie:
Radość się z troską plecie,
A kiedy jedna weźmie moc nawiętszą,
Wtenczas masz ujrzeć odmianę naprędszą.[5]


I powróciło szczęście i urodzaj, — nic nie trwa wiecznie, i wszystko się zmienia. Minie i piękne lato i jesień bogata. A potem:

Patrzaj, jako śnieg po górach się bieli,
Wiatry z północy wstają,
Jeziora się ścinają,
Żórawie, czując zimę, precz lecieli.
Nam nie lza, jedno patrzać też swej rzeczy:
Niechaj drew do komina,
Na stół przynoszą wina,
Ostatek niechaj Bóg ma na swej pieczy![6]


Po zimie przecież błyśnie znowu wiosna.
Tak kochał i odczuwał Kochanowski wszelkie piękno natury. — Drugiem źródłem szczęścia była dla niego rodzina: dobra, kochająca i kochana żona, miłe i zdrowe córki.
Jeden z wielkich naszych poetów powiedział, że człowiek szlachetny szczęścia nie znajdzie w rodzinie, jeśli go niema w ojczyźnie. To prawda. Szczęście rodzinne nie może wystarczyć temu, kto ogarnia uczuciem kraj cały i dalej myślą sięga, — kto rozumie, jak bardzo szczęście rodziny i każdego człowieka zależnem jest od szczęścia społeczeństwa, narodu, do którego on należy.
Lecz za czasów Kochanowskiego ojczyzna właśnie była spokojna, bezpieczna, potężna i szczęśliwa, więc mógł z całym spokojem i pogodnem sercem używać szczęścia rodzinnego, bo nie truła go troska o los braci, o przyszłość.
Nie był poeta zresztą wcale obojętny na sprawy kraju, tylko nie brał w nich czynnego udziału, pragnąc służyć ojczyźnie tem narzędziem, jakie mu Bóg powierzył.
Rycerz walczy mieczem, krew swoją oddaje, — gdy kraj w niebezpieczeństwie, każdy obywatel zdrowy i w sile wieku ma ten obowiązek, — ale w kraju był pokój, nie groziło mu wówczas żadne niebezpieczeństwo.
Inny ma zdolności do rządzenia krajem, myśli o podniesieniu jego dobrobytu, rozszerzeniu oświaty, ugruntowaniu w nim sprawiedliwości, zabezpieczeniu granic, utrwaleniu dobrych stosunków z sąsiadami, — taki rozumem swoim może kraj uszczęśliwić, więc powinien być urzędnikiem, mieć władzę, rządzić, jak np. Jan Zamoyski.
Kochanowski brał nawet udział w jednej wojnie, ale urzędu nie chciał. Wiedział, że rozumnych ludzi w Polsce nie brakuje, że nie jest na tem polu koniecznie potrzebny, więc nie chciał oddać swego czasu i swobody.
On był poetą: tworzyć rzeczy piękne, to było jego zadaniem na świecie, i powinien je spełnić, — ale spełnić je może tylko wtedy, jeśli go nie obciążą inne obowiązki, — więc podjąć się ich nie chciał.
Kraj potężny i oświecony potrzebuje jeszcze piękna, poezji i sztuki, a któż mu to dać może?
Kochanowski wiedział, że ma wielki talent, że jego dzieła czeka sława nieśmiertelna, więc te skarby ojczyźnie składał w darze, — w tem nikt go zastąpić nie mógł.
Ludziom, którzy cenili go bardzo, dziwnem się wydawało, że mąż tak uczony nie piastuje żadnej godności, nie pełni żadnego urzędu. Zamoyski w imieniu króla ofiarował mu kasztelanję, — lecz poeta nie przyjął.
Nie chcę do mego ubogiego domu wpuścić pysznego kasztelana, — odparł — roztrwoniłby to wszystko, co zebrałem pracą.
Znaczyło to, iż będąc kasztelanem, musiałby prowadzić życie wystawniejsze, otoczyć się licznym dworem, a na to nie wystarczały dochody z Czarnolasu. — Dochód na te wydatki mógłby od króla otrzymać, lecz czasu straconego niktby mu nie wynagrodził.
Ten pan — zdaniem mojem — kto przestał na swojem, — powtarzał często. Mam dostatek, więcej nie pragnę niczego.

Inszy niechaj pałace marmorowe mają
I szczerym złotogłowem ściany obijają,
Ja, Panie! niechaj mieszkam w tem gnieździe ojczystem,
A Ty mię zdrowiem opatrz i sumieniem czystem,

Pożywieniem uczciwem, ludzką życzliwością,
Obyczajmi znośnemi, nieprzykrą starością.[7]


napisał o swym domu w Czarnolesiu.
Wreszcie, aby zadość uczynić obyczajom, które wówczas wielkie znaczenie przywiązywały do wszelkich tytułów, przyjął urząd wojskiego, czyli opiekuna żon i dzieci rycerzy, idących na wojnę. Miał nadzieję, że takie obowiązki wiele czasu mu nie zabiorą.
Ilekroć jednak w imię obowiązku wezwano go, aby oddał usługę krajowi, nie uchylał się nigdy.
Przedstawiono mu, iż byłoby dobrze, gdyby w zręcznym wierszu wytknął szlachcie wady i dał nauczkę, jaką być powinna.
Spełnił to, i choć może nie miał szczególnej ochoty, napisał długi utwór pod tytułem »Satyr«, w którym nibyto jakiś bożek grecki wymawia Polakom, że przestali już być rycerzami, gotowymi krew oddać za ojczyznę, że dbają tylko o pieniądze, gnuśnieją w zbytkach, pozwalają upadać akademii i t. p. Przepowiada im smutne skutki takiej zmiany, stawia na wzór Chrobrego i jego rycerzy.
Obchodziło go wszystko, co się działo w kraju, każdy wypadek cieszył albo smucił:

Wieczna sromota i nienagrodzona
Szkoda, Polaku! — ziemia spustoszona
Podolska leży, a pohaniec sprosny
Nad Niestrem siedząc, dzieli łup żałosny![8]


woła z żalem, kiedy Tatarzyn spustoszył Podole i jasyr wielki zabrał. Każde zdarzenie znajduje natychmiast żywy odgłos w jego sercu: czy książę Albert na Rynku krakowskim hołd składa Zygmuntowi, — czy Stefan Batory zwycięzcą wraca po skończonej wojnie, — czy sąsiad grozi, a my w zaślepieniu nie widzimy niebezpieczeństwa.
Wszystko to znajdujemy w poezjach Kochanowskiego, bo w dziełach wielkich twórców każdego narodu, jak w zwierciadle, odbijają się wypadki, czyny, uczucia i myśli współczesnych ludzi i współczesnych dziejów.
Ich utwory — to też historja.


II.

Najukochańszem dzieckiem Kochanowskiego była maleńka Urszulka, czyli Orszulka, jak dawniej mówiono, dziewczynka, okazująca nadzwyczajne zdolności poetyckie, co budziło w ojcu nadzieję, że odziedziczy po nim i talent i sławę.
Dziecię było niezwykłe, skoro w trzecim roku życia układało wierszyki bez pomocy starszych, tak sobie, niespodzianie, samo z siebie. Przecież inne dzieci w tym wieku zaledwie szczebioczą i jako tako zdania umieją układać. Ojciec sam w srogim żalu tak ją opisuje:

Żaden ociec podobno barziej nie miłował
Dziecięcia, żaden barziej nad mię nie żałował.
A też ledwie się kiedy dziecię urodziło,
Coby łaski rodziców swych tak godne było:
Ochędożne, posłuszne, karne, niepieszczone,
Śpiewać, mówić, rymować, jako co uczone,

Każdego ukłon trafić, wyrazić postawę,
Obyczaje panieńskie umieć i zabawę;
Roztropne, obyczajne, ludzkie, nie rzewniwe,
Dobrowolne, układne, skromne i wstydliwe;
Nigdy ona poranu karmie nie wspomniała,
Aż pierwej Bogu swoje modlitwy oddała;
Nie poszła spać, aż pierwej matkę pozdrowiła
I zdrowie swych rodziców Bogu poruczyła.
Zawżdy przeciwko ojcu wszytki przebyć progi,
Zawżdy się uradować i przywitać z drogi,
Każdej roboty pomódz, do każdej posługi
Uprzedzić było wszytki rodziców swych sługi.
A to tak w małym wieku sobie poczynała,
Ze więcej nad trzydzieści miesięcy nie miała.[9]


Ze słów tych łatwo sobie wyobrazić złotowłosą dzieweczkę, o promiennem spojrzeniu uśmiechniętych oczu, żywą, wesołą, śpiewającą, skoczną, napełniającą dom cały szczebiotem i srebrnym śmiechem dziecka. Taki pogodny promyczek słoneczny, co rozjaśniał wszystkie dusze złotym blaskiem, a w sercach budził miłość i nadzieję.
Nic dziwnego, że koło tej ślicznej postaci osnuły się podania, które opowiemy.
Właśnie w tym czasie odwiedzić miał Kochanowskiego hetman Zamoyski, mąż wielce uczony, który wysoko cenił wieszcza z Czarnolasu i był mu przyjacielem.
Na przyjęcie takiego dostojnika wielkie przygotowania czyniono w skromnym dworku: trzeba mu było przygotować pokój, w całym domu robiono niezwykłe porządki, z wielkich kufrów wyjmowano piękne odświętne szaty dla dziewczynek, i pani domu również pomyśleć musiała o stroju, o wykwintniejszych potrawach dla gościa, słowem ruch był niezwykły, a mała Urszulka, pomagając każdemu, nasłuchała się niemało, jaki to wielki pan wstąpi w ich progi, jaki sławny, mądry, bogaty, a jednak mniej szczęśliwy, niż oni w swym dworku, bo nie ma syna, którego tak pragnie.
Nadszedł nakoniec dzień oczekiwany, — dziewczęta poubierały się w świeże sukienki, i Urszulce zapleciono złote włoski, jasną sukienkę przepasano wstążką, i poszła z siostrą po kwiatki na łąkę.
Idąc, jak zwykle, śmiała się i szczebiotała; zebrała pęk ogromny polnych kwiatów i rozpromieniona wracała ze swoją zdobyczą.
Wtem pod lipą ujrzała ojca. Natychmiast ścisnęła mocniej obu rączkami kwiaty i pobiegła ku niemu, jak ptaszyna.
— Cóż to za kwiaty? — pyta Kochanowski, biorąc ją na kolana i patrząc z uśmiechem na najdroższą swoją pieszczotkę, — poco tyle narwałaś?

— Przyjedzie tu rycerz
Ojcu matce drogi,
A ja te kwiateczki
Rzucę mu pod nogi!


zaszczebiotała wesoło Urszulka.
— Któż cię takiego wierszyka nauczył? — pytał szczęśliwy ojciec.
Rozśmiała się Urszulka.
— Nikt mię nie nauczył, sama umiem.
— Powiedzże mi raz jeszcze.
— Zapomniałam. Inny mi się przypomni.
Ukazał się wreszcie gość oczekiwany. Kochanowski przedstawił mu całą rodzinę, hetman miał dla każdego grzeczne słówko, lecz wesoła Urszulka szczególniej mu się podobała.
— Cóż to za złoty ptaszek! — mówił, biorąc ją na ręce. — Więc ty dla mnie kwiatki zbierałaś? — Bardzo ci za nie dziękuję. Śliczne kwiatki, ale Urszulka ładniejsza. Bo i ty kwiatkiem jesteś, czy wiesz o tem? Tylko nie wiem, jakim. Może niezapominajką, bo masz takie jasne, błękitne oczęta. Czy nie zgadłem?
Urszulka zakłopotana, wstydziła się obcego, spuszczała powieki i siedząc na kolanach, dotykała paluszkami pięknych, świecących guzów u żupana, które w kosztownych sukniach służyły głównie do ozdoby i bywały z drogich kamieni.
— Cóż? — pytał znów po chwili hetman — widzę, że ci się podobają te guziczki?
Urszulka podniosła na niego spojrzenie:

Pięknie, cudnie i bogato,
Jak u nikogo na świecie,
Ale gdybyć Bóg dał dziecię,
Dałbyś wszystko za to!


— I któż cię tego wierszyka nauczył? — pytał zdziwiony hetman, przypuszczając, że ktoś z rodziny ułożył go dla dzieweczki.
— Nikt — odparła Urszulka, — ja tak sama.
— Sama takie ładne wierszyki układasz?
— Sama mówię, jak mi się przypomną.
— A to mi się podoba! — wiesz, Urszulko, poproszę tatusia, i odda mi ciebie. On ma tyle dzieci, a ja będę miał jedną Urszulkę. Zabiorę ją daleko, do Krakowa, do króla, zobaczysz tam śliczne rzeczy. Cóż, czy zgoda?

Nie, jam dziewczyna,
Tobie trzeba syna;
Mnie weźmie kto inny,
Aniołek niewinny;
Ja poproszę Boskiej Matki
Dla ciebie o zdrowe dziatki.


Więc Zamoyski uściskał dziecię i szczerze winszował ojcu takiej córki, przepowiadając jej niezwykłą sławę i wielką miłość ludzką.
Hetman odjechał, życie popłynęło znowu szczęśliwie i spokojnie.
Urszulka była zdrowa, nie płakała nigdy, nie narzekała na nic, więc nie budziła w nikim żadnej troski; kochano ją, pieszczono, a że w domu poety często bywali goście z blizka i z daleka, więc sława jej rozchodziła się po świecie.
Były to złote czasy dla naszego kraju. Wisłą za złote zboże płynęło złoto w dukatach, — dostatek powszechny ułatwiał oświatę: mało kto poprzestawał już na akademji, każdy miał za co jechać za granicę, do sławnych uczelni włoskich; każdy zwiedzał dalekie kraje i przywoził stamtąd naukę, ogładę, a często oprócz tego cudzoziemskie stroje, zbytek, obyczaje obce. Lecz wielu powracało z rzetelną nauką, — ci świecili przykładem, zdobywali sławę; inni pragnęli im także dorównać, więc młodzież się kształciła, mnożyły się księgi, oświata stała wysoko, a głupiec lekceważony przez wszystkich, nie miał żadnego znaczenia, i wstydząc się nieuctwa, dbał przynajmniej o to, aby synów lepiej wychować.
Zamiłowani w życiu towarzyskiem i gościnni Polacy, coraz nowe obmyślali zabawy i żarty, aby wszystkim było wesoło, lecz zarazem, ażeby ta wesołość przystojną była i godną ludzi oświeconych, którzy nie na to przecież się zbierają, aby zjeść razem smacznie, lub się upić. Dlatego to powiedział Kochanowski:

Milczycie w obiad, mój panie Konracie?
Czy tylko na chleb gębę swą chowacie?[10]


Takie żartobliwe wiersze czyli fraszki sypały się przy stole, ożywiając rozmowę dowcipem, czy to wytykając zręcznie jakąś wadę, czy opowiadając zabawne zdarzania, czy podając nawet nieraz myśl poważną, która zająć powinna wszystkich, np.:

Prawa są równie jako pojęczyna:
Wróbl się przebije, a na muszkę wina.[11]


I zaczyna się rozmowa o tem, jak prawa należy poprawić, gdzie są lepsze, które naśladować trzeba. Albo:

Nie — kto ma złoto, ma perły, ma szaty,
Ale kto na swem przestał, ten bogaty.[12]


To znowu żartowano z niesłowności kobiet:

Co komu rzecze białogłowa,
Pisz jej na wietrze i na wodzie słowa.[13]


Na tych co się nie chcieli pogodzić z siwizną:

Nowy to fortel, a mało słychany:
Na srebrną brodę grzebień ołowiany.[14]


Na zbyteczne toasty:

Prze zdrowie gospodarz pije,
Wstawaj, gościu! — A prze czyje?
Prze królewskie. Powstawajmy
I także je wypijajmy.
Prze królowej. Wstać się godzi
I wypić, ta za tą chodzi.
Prze królewny! Już ja stoję,
A podaj co rychlej moję.
Prze biskupie! Powstawajmy,
Abo raczej nie siadajmy.
Ta prze zdrowie marszałkowe!
Owa, gościu, wstań na nowe.
Ta prze hrabię! Wstańmy tedy!
Odpoczniemże nogom kiedy?
Gospodarz ma w ręku czaszę,
My wiedzmy powinność naszę.
Chłopię! wymkni ławkę moję:
Już ja tak obiad przestoję.[15]


Czasem rozmowy były poważniejsze, — mówiono np. o tem, jaka jest najprzedniejsza cnota obywatela, która z nauk najwięcej korzyści przynosi i t. p.
U jednego z możnych panów pod Lublinem we wsi Babinie utworzono t. zw. Rzplitą Babińską, gdzie wszystkie urzędy rozdawano odwrotnie do wartości obdarzonego nimi człowieka, t. np. tchórza mianowano hetmanem i posyłano mu uroczyście nominację, czyli przyznanie tego tytułu, głupca — doktorem filozofji, — lubiącego za wiele wypić — piwniczym i t. p. Kiedy król Zygmunt August raz zapytał, kto jest monarchą w Rzplitej Babińskiej, odpowiedziano mu:
— Niech Bóg uchowa, abyśmy za twego żywota innego króla obierać sobie mieli, panuj, najjaśniejszy panie, i w Babinie.
I król nie obraził się o to.
Łatwo też się domyślić, że sławny poeta, królem poetów już wówczas uznany, często przyjmował gości. Odwiedzali go blizcy sąsiedzi, z daleka przyjeżdżali ci, którzy poznać go pragnęli: on dla każdego miał uprzejme słowo, dom otwarty i serce szczere. Córki przysłuchiwały się rozmowom gości, bawiły i uczyły tym sposobem, a nieraz i Urszulka, przez wszystkich pieszczona, powiedziała wierszyk, który zdziwił i zabawił towarzystwo.
Ale pewnego razu, kiedy liczni goście rozjechali się wreszcie, matka zauważyła, że Urszulka jest jakaś senna, rozpalona, nieswoja. Dziecina zachorowała.
Położono ją natychmiast do łóżeczka, dano na poty, leczono — jak wszędzie wówczas — domowymi środkami, bo doktorów nie było, i każda matka musiała być lekarzem u siebie, a nawet w całej wiosce. Znały się też ówczesne kobiety na chorobach i sposobie leczenia, byle czem nie przestraszały, a świeże powietrze i zdrowa natura pomagały im najskuteczniej.
Ale pomimo leków Urszulce się nie polepszało, przeciwnie — gorączka wzrastała ciągle, dziecię mówiło w malignie, a słowa jej przejmowały trwogą serce matki. Ale ona prosiła:

Nie płacz, matko, proszę,
Ja idę do nieba,
Na czyste rozkosze:
Mnie zazdrościć trzeba!
Twoja luba córka
Oblecze się w piórka,
Z aniołkami siędzie...
Matko, źleż ci będzie
Mieć swego aniołka?


Matka wolałaby mieć żywą córeczkę, więc nie uspakajały jej wcale te słowa, a tymczasem dziewczynka mówiła wciąż o tem, co widziała w gorączce:

O, idzie! idzie mój Jezus drogi!
Trzyma go dziewica w bieli,
Otaczają ich anieli,
Rzucę ja im się pod nogi:
Przyjmie dzieciątko — dziecinę,
Przytuli matka sierotę.


Trudno dziś sprawdzić, czy w takich wyrazach przemawiała Urszulka, ale niektóre słowa jej zapisał ojciec, a ten je zapamiętał niezawodnie. Zrozpaczony poeta tak śmierć dziecięcia swego opisuje:

A tyś ani umierając, śpiewać przestała,
Lecz matkę ucałowawszy, takeś żegnała:
»Już ja tobie, moja matko! służyć nie będę,
Ani za twym wdzięcznym stołem miejsca zasiędę;
Przyjdzie mi klucze położyć, samej precz jechać,
Domu rodziców swych miłych wiecznie zaniechać«.
To, i czego żal ojcowski nie da serdeczny
Przypominać więcej, był jej głos ostateczny;
A matce, słysząc żegnanie tak żałośliwe,
Dobre serce, że od żalu zostało żywe.[16]


Żywe zostało serce, lecz jakże zbolałe. Rozpacz rodziców była nie do opisania. Matka płakała, łzy kryjąc, ażeby ojcu nie dodawać żałości, — a ojciec — pociechy znaleźć nie mógł. Boleść swoją wyśpiewał wreszcie w ślicznych trenach, które w nieśmiertelnym wieńcu jego sławy są najpiękniejszym liściem. W nich skarży się na pustkę, jaka po śmierci Urszulki została w jego domu.

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,
Moja droga Orszulo, tem zniknieniem swojem;
Pełno nas, a jakoby nikogo nie było,
Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło!
Tyś za wszytki mówiła, za wszytki śpiewała,
Wszytkiś w domu kąciki zawżdy pobiegała,

Nie dopuściłaś nigdy matce się frasować,
Ani ojcu myśleniem zbytniem głowy psować,
To tego, to owego wdzięcznie obłapiając,
I onym swym uciesznym śmiechem zabawiając.
Teraz wszytko umilkło, szczere pustki w domu,
Niemasz zabawki, niemasz rozśmiać się nikomu;
Z każdego kątka żałość człowieka ujmuje,
A serce swej pociechy darmo upatruje.[17]


W osiemnastu trenach boleść swą wyraża, dochodząc do rozpaczy i zwątpienia o wszystkiem: o wartości cnoty, nauki, rozumu, o miłosierdziu Boskiem, — ale w dziewiętnastym sam sobie daje na wszystko odpowiedź. Zmarła matka zjawia się niby z Urszulką na ręku i przemawia, tłumacząc, jak niesłuszny jest żal jego do Stwórcy. Szczęściem jest dla Urszulki, że umarła młodo: cierpienia nie doznała, czysta i niewinna używa w raju niebiańskich rozkoszy.
Z czasem uspokoił się i ból poety po tej tak ciężkiej stracie. Człowiek ze wszystkiem pogodzić się musi, a czas jest lekarzem na największe smutki. Wspomnienie Urszulki drogiem zostało mu zawsze, ale mógł znowu myśleć o czem innem, żyć dla poezji, rodziny i kraju.
W tych to przejściach zapewne ucierpiało zdrowie poety i może wtedy, doznając większych dolegliwości, napisał znany wiersz, który zaczyna słowami:

Szlachetne zdrowie,
Nikt się nie dowie,
Jako smakujesz,
Aż się zepsujesz![18]


Nie było to zresztą jedyne ciężkie zmartwienie w jego życiu: wkrótce potem stracił drugą córkę, Hannę, i z pewnością serdecznie bolał nad jej zgonem, choć nie była poetką.

Nie na tem koniec: niczyje życie z samych radości składać się nie może Kochanowski doznał dużo szczęścia i w rodzinie i w świecie, miał w ojczyźnie miłość i sławę, tworzył nieśmiertelne dzieła, a praca ta była największą dla niego rozkoszą, ale od czasu do czasu nieszczęście uderzało w serce poety, jak piorun.
Takim piorunem była wieść niespodziewana o śmierci przyjaciela, brata żony, który został zamordowany przez rozbójników tureckich, gdy powracał do kraju z kupionymi w Turcji końmi dla wojska i do królewskiej stajni.
Tym razem Kochanowski już nie pisał trenów, cierpiał w milczeniu, lecz nie mógł pogodzić się z myślą, że ta zbrodnia ujść ma bezkarnie. Postanowił udać się do króla i żądać, aby wezwał rząd turecki do ukarania winnych.
W tym celu chciał wnieść skargę w trybunale i tam domagać się sprawiedliwości za śmierć obywatela, w usługach kraju poniesioną. Wybrał się do Lublina, — ale wchodząc na salę trybunału, padł, tknięty apopleksją.

Przez lat trzysta po jego zgonie, t. j. aż do Mickiewicza, nikt nie przewyższył Jana z Czarnolasu talentem ani sławą; nazywamy go słusznie ojcem poezji polskiej, gdyż zostawił po sobie nieśmiertelne dzieła i nieśmiertelną pamięć.









Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Fragment ze zbioru „Zwierzyniec“ (1562).
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wszystkich.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  4. Sady bogiń Hesperyd, według podań greckich, pełne były złotych jabłek.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Fragment „Pieśni IX“ z Ksiąg Wtórych — „Nie porzucaj nadzieje“.
  6. Przypis własny Wikiźródeł Fragment „Pieśni XIV“ z Ksiąg Pierwszych — „Patrzaj jako śnieg po górach się bieli“.
  7. Przypis własny Wikiźródeł Fragment Fraszki III, 37 — „Na dom w Czarnolesie“.
  8. Przypis własny Wikiźródeł Fragment „Pieśni V“ z Ksiąg Wtórych – „Pieśń o spustoszeniu Podola“.
  9. Przypis własny Wikiźródeł Fragment „Trenu XII“.
  10. Przypis własny Wikiźródeł Fraszka I, 25 — „Na Konrata“.
  11. Przypis własny Wikiźródeł Fragment z utworu „Na XII tablic ludzkiego żywota“, tablica VII.
  12. Przypis własny Wikiźródeł Tamże; tablica IX.
  13. Przypis własny Wikiźródeł Fragment Fraszki I, 18 —„Na niesłowną“.
  14. Przypis własny Wikiźródeł Fraszka I, 22 —„Na grzebień“.
  15. Przypis własny Wikiźródeł Część II. cyklu „O pijaństwie“ — „Pełna prze zdrowie“.
  16. Przypis własny Wikiźródeł Fragment „Trenu VI“.
  17. Przypis własny Wikiźródeł „Tren VIII“.
  18. Przypis własny Wikiźródeł Fragment Fraszki III, 54 — „Na zdrowie“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.