Rey — Kochanowski/Jan Kochanowski. Urszulka I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Rey — Kochanowski
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1918
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
JAN KOCHANOWSKI. URSZULKA.
(1530—1584).

Jan z Czarnolasu, pierwszy wielki poeta polski, urodzony za czasów Zygmunta Starego, był świadkiem panowania w Polsce czterech królów, choć umarł w 54-tym roku życia.
Nazwano go śpiewakiem z Czarnolasu, od imienia wioski rodzinnej, w której mu upłynęły najszczęśliwsze lata, gdzie stworzył najpiękniejsze swoje dzieła.
Niedawno jeszcze co rok nowymi liściami szumiała o nim pieśni stara lipa, żywy świadek radości i smutków poety, ulubione miejsce spoczynku i pracy. Sam tak o niej napisał:

Na lipę.

Gościu! siądź pod mem liściem, a odpoczni sobie;
Nie dojdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,
Choć się najwyższej wzbije, a proste promienie
Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie;
Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają,
Tu słowicy, tu szpacy wdzięcznie narzekają;

Z mego wonnego kwiatu pracowite pszczoły
Biorą miód, który potem szlachci pańskie stoły;
A ja swym cichym szeptem sprawić umiem snadnie,
Że człowiekowi łacno słodki sen przypadnie;
Jabłek wprawdzie nie rodzę, lecz mię pan tak kładzie,
Jako szczep najpłodniejszy w hesperyckim sadzie[1].


Nie jest to wiersz jedyny, którym upamiętnił to miłe sobie drzewo, gdzie upłynęło mu tyle chwil słodkich, w otoczeniu rodziny i przyjaciół, skąd podziwiał piękne widoki natury, czy to w letni poranek, pełen blasku, woni, barw świeżych, świergotu; czy w wieczór cichy, który przemawia do serca mruganiem gwiazd, szelestem niewidzialnych skrzydeł i spokojem usypiającej natury.
Kochanowski głęboko odczuwał i kochał piękno natury, jak i wszelkie piękno, gdyż był prawdziwym poetą.
Rey przekonał, że po polsku pisać można, że mowa nasza dosyć jest bogata, by w niej wyrazić wszystkie myśli i uczucia, lecz dopiero Kochanowski stworzył język piękny.
Ponieważ ojca utracił dość wcześnie, matka kierowała jego wykształceniem, a poznawszy niezwykłe zdolności młodzieńca, wysłała go po skończeniu akademji krakowskiej dla dalszej nauki za granicę. Przez lat kilka kształcił się więc Kochanowski w najlepszych szkołach włoskich, gdzie zajmowały go głównie arcydzieła poezji łacińskiej i greckiej, — potem pojechał jeszcze do Paryża.
I stamtąd — jak wieść niesie — przysłał swój wspaniały »Hymn do Boga«. Zachwycił nim od razu wszystkie serca, wprawiając w zdumienie poetów, którzy twierdzili dotąd, że gruby i nieokrzesany język polski zupełnie się nie nadaje do poezji.
Tymczasem na jakimś większym zjeździe towarzyskim ktoś zaczął czytać głośno:

Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary?
Czego za dobrodziejstwa, którym nie masz miary?
Kościół Cię nie ogarnie, wszędy pełno Ciebie:
I w otchłaniach, i w morzu, na ziemi, na niebie.
Złota też, wiem, nie pragniesz, bo to wszystko Twoje,
Cokolwiek na tym świecie człowiek mieni swoje;
Wdzięcznem Cię tedy sercem, Panie! wyznawamy,
Bo nad Cię przystojniejszej ofiary nie mamy.
Tyś Pan wszytkiego świata, Tyś niebo zbudował
I złotemi gwiazdami ślicznieś uhaftował,
Tyś fundament założył nieobeszłej ziemi
I przykryłeś jej nagość zioły rozlicznemi.
Za Twojem rozkazaniem w brzegach morze stoi,
A zamierzonych granic przeskoczyć się boi;
Rzeki wód nieprzebranych wielką hojność mają,
Biały dzień a noc ciemna swoje czasy znają.
Tobie kwoli rozliczne kwiatki wiosna rodzi,
Tobie kwoli w kłosianym wieńcu lato chodzi,
Wino jesień i jabłka rozmaite dawa,
Potem do gotowego gnuśna zima wstawa.
Z Twej łaski nocna rosa na mdłe zioła padnie,
A zagorzałe zboża deszcz ożywia snadnie,

Z Twoich rąk wszelkie zwierzę patrza swej żywności,
A Ty każdego żywisz z Twej szczodrobliwości.
Bądź na wieki pochwalon, nieśmiertelny Panie!
Twoja łaska, Twa dobroć nigdy nie ustanie.
Chowaj nas, póki raczysz, na tej nizkiej ziemi,
Jedno niech zawżdy będziem pod skrzydłami Twemi!


Głęboka cisza panowała w zgromadzeniu, i nikt jej przerwać nie śmiał. — Więc jest mistrz, co wydobył takie dźwięki z lutni ojczystej mowy naszej i tak piękne myśli umiał w niej wyrazić?
Nagle stary Rey powstał. Był szczerze wzruszony, on, co tak kochał mowę ojców, to też w uniesieniu szlachetnego serca zawołał:

Temu w nauce dank przed sobą dawam
I pieśń bogini słowieńskiej oddawam.


To znaczyło, że uznaje wyższość Kochanowskiego i oddaje mu pierwszeństwo, jako poecie polskiemu.
Słowa były niezgrabne, ale podyktowało je piękne uczucie, — w czystem sercu tego zacnego człowieka nie było widocznie zazdrości.
Wkrótce potem powrócił Kochanowski z za granicy, powitany na swojej ziemi gościnnie i serdecznie, jako znany już poeta. Duchowieństwo pragnęło otworzyć mu łatwiejszą drogę do sławy, przyjmując do swego stanu i obsypując godnościami; król Zygmunt August chciał go mieć na swoim dworze.
Kochanowski nie mógł się od razu zdecydować, więc — jak to było wówczas w zwyczaju — przyjął tymczasowo probostwo w Poznaniu, co dostarczało mu znacznych dochodów, a jednocześnie został sekretarzem króla Augusta, gdyż nęciło go widocznie życie dworskie, chciał poznać z blizka jego przyjemności.
Niedługo to jednak trwało, — prawdziwy poeta musi tworzyć; a jeśli tworzyć chce rzeczy poważne, prawdziwie piękne, potrzebuje ciszy, nie może przebywać wciąż z ludźmi, podzielać ich spraw codziennych i na te drobne troski i małe uciechy trwonić skarby umysłu i wzruszenia serca. Poznać świat — bardzo dobrze, to wzbogaca życiowe doświadczenie, ale prędko zapragnie on żyć własnem życiem, z Bogiem tylko, wielką przyrodą i sobą.
To potężne pragnienie odezwało się też w sercu Kochanowskiego; porzucił życie i godności dworskie, gdzie może spotkał go niejeden zawód, gdzie się przekonał, że cnota i talent niezawsze są oceniane, a prawdziwa wartość niepospolitego człowieka pobudza serca do zazdrości i niechęci, — opuścił dwór i osiadł w swojem Czarnolesiu, ożenił się i zaczął wieść życie spokojne, szczęśliwe, oddane rodzinie i pracy, prawdziwie błogosławione.
W cichym dworku gościła miłość, ta pani i królowa dobra, a z nią jej dzieci: spokój, wesele i szczęście.
Nie było ono wcale wyszukane: — przechadzka w piękny poranek wiosenny, kiedy świat tchnie świeżością i młodością, gdy każdy listek budzi uczucie radości, zachwyca kropla rosy, niebo, złote słońce.

I śpiewał, upojony tym widokiem:

Serce roście, patrząc na te czasy:
Mało przedtem gołe były lasy,
Śnieg na ziemi wyższej łokcia leżał,
A po rzekach wóz nacięższy zbieżał.
Teraz drzewa liście na się wzięły,
Polne łąki pięknie zakwitnęły;
Lody zeszły, a po czystej wodzie
Idą statki i ciosane łodzie.
Teraz prawie świat się wszytek śmieje,
Zboża wstały, wiatr zachodny wieje;
Ptacy sobie gniazda omyślają,
A przede dniem śpiewać poczynają.


Płynęły błogo dni jasne, słoneczne, — w polu dojrzały zboża, przetykane purpurą maków, szafirowemi oczami bławatków, falujące bogatym kłosem...
A wtem chmura gradowa z grzmotem, piorunami pełznie złowrogo, niszczy pracę ludzką, złote pola białym okrywa całunem, łamie gałęzie drzew, obdziera z liści i owocu, zostawia spustoszenie obraz pełen smutku.
Poeta patrzy na to z bólem wielkim, — nagle myśl inna błysnęła mu w sercu, chwyta pióro i pisze:

Nie porzucaj nadzieje,
Jakoć się kolwiek dzieje;
Bo nie już słońce ostatnie zachodzi,
A po złej chwili piękny dzień przychodzi.
Patrzaj teraz na lasy,
Jako prze zimne czasy

Wszytkę swą krasę drzewa utraciły,
A śniegi pola wysoko przykryły.
Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce ją zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.
Nic wiecznego na świecie:
Radość się z troską plecie,
A kiedy jedna weźmie moc nawiętszą,
Wtenczas masz ujrzeć odmianę naprędszą.[2]


I powróciło szczęście i urodzaj, — nic nie trwa wiecznie, i wszystko się zmienia. Minie i piękne lato i jesień bogata. A potem:

Patrzaj, jako śnieg po górach się bieli,
Wiatry z północy wstają,
Jeziora się ścinają,
Żórawie, czując zimę, precz lecieli.
Nam nie lza, jedno patrzać też swej rzeczy:
Niechaj drew do komina,
Na stół przynoszą wina,
Ostatek niechaj Bóg ma na swej pieczy![3]


Po zimie przecież błyśnie znowu wiosna.
Tak kochał i odczuwał Kochanowski wszelkie piękno natury. — Drugiem źródłem szczęścia była dla niego rodzina: dobra, kochająca i kochana żona, miłe i zdrowe córki.
Jeden z wielkich naszych poetów powiedział, że człowiek szlachetny szczęścia nie znajdzie w rodzinie, jeśli go niema w ojczyźnie. To prawda. Szczęście rodzinne nie może wystarczyć temu, kto ogarnia uczuciem kraj cały i dalej myślą sięga, — kto rozumie, jak bardzo szczęście rodziny i każdego człowieka zależnem jest od szczęścia społeczeństwa, narodu, do którego on należy.
Lecz za czasów Kochanowskiego ojczyzna właśnie była spokojna, bezpieczna, potężna i szczęśliwa, więc mógł z całym spokojem i pogodnem sercem używać szczęścia rodzinnego, bo nie truła go troska o los braci, o przyszłość.
Nie był poeta zresztą wcale obojętny na sprawy kraju, tylko nie brał w nich czynnego udziału, pragnąc służyć ojczyźnie tem narzędziem, jakie mu Bóg powierzył.
Rycerz walczy mieczem, krew swoją oddaje, — gdy kraj w niebezpieczeństwie, każdy obywatel zdrowy i w sile wieku ma ten obowiązek, — ale w kraju był pokój, nie groziło mu wówczas żadne niebezpieczeństwo.
Inny ma zdolności do rządzenia krajem, myśli o podniesieniu jego dobrobytu, rozszerzeniu oświaty, ugruntowaniu w nim sprawiedliwości, zabezpieczeniu granic, utrwaleniu dobrych stosunków z sąsiadami, — taki rozumem swoim może kraj uszczęśliwić, więc powinien być urzędnikiem, mieć władzę, rządzić, jak np. Jan Zamoyski.
Kochanowski brał nawet udział w jednej wojnie, ale urzędu nie chciał. Wiedział, że rozumnych ludzi w Polsce nie brakuje, że nie jest na tem polu koniecznie potrzebny, więc nie chciał oddać swego czasu i swobody.
On był poetą: tworzyć rzeczy piękne, to było jego zadaniem na świecie, i powinien je spełnić, — ale spełnić je może tylko wtedy, jeśli go nie obciążą inne obowiązki, — więc podjąć się ich nie chciał.
Kraj potężny i oświecony potrzebuje jeszcze piękna, poezji i sztuki, a któż mu to dać może?
Kochanowski wiedział, że ma wielki talent, że jego dzieła czeka sława nieśmiertelna, więc te skarby ojczyźnie składał w darze, — w tem nikt go zastąpić nie mógł.
Ludziom, którzy cenili go bardzo, dziwnem się wydawało, że mąż tak uczony nie piastuje żadnej godności, nie pełni żadnego urzędu. Zamoyski w imieniu króla ofiarował mu kasztelanję, — lecz poeta nie przyjął.
Nie chcę do mego ubogiego domu wpuścić pysznego kasztelana, — odparł — roztrwoniłby to wszystko, co zebrałem pracą.
Znaczyło to, iż będąc kasztelanem, musiałby prowadzić życie wystawniejsze, otoczyć się licznym dworem, a na to nie wystarczały dochody z Czarnolasu. — Dochód na te wydatki mógłby od króla otrzymać, lecz czasu straconego niktby mu nie wynagrodził.
Ten pan — zdaniem mojem — kto przestał na swojem, — powtarzał często. Mam dostatek, więcej nie pragnę niczego.

Inszy niechaj pałace marmorowe mają
I szczerym złotogłowem ściany obijają,
Ja, Panie! niechaj mieszkam w tem gnieździe ojczystem,
A Ty mię zdrowiem opatrz i sumieniem czystem,

Pożywieniem uczciwem, ludzką życzliwością,
Obyczajmi znośnemi, nieprzykrą starością.[4]


napisał o swym domu w Czarnolesiu.
Wreszcie, aby zadość uczynić obyczajom, które wówczas wielkie znaczenie przywiązywały do wszelkich tytułów, przyjął urząd wojskiego, czyli opiekuna żon i dzieci rycerzy, idących na wojnę. Miał nadzieję, że takie obowiązki wiele czasu mu nie zabiorą.
Ilekroć jednak w imię obowiązku wezwano go, aby oddał usługę krajowi, nie uchylał się nigdy.
Przedstawiono mu, iż byłoby dobrze, gdyby w zręcznym wierszu wytknął szlachcie wady i dał nauczkę, jaką być powinna.
Spełnił to, i choć może nie miał szczególnej ochoty, napisał długi utwór pod tytułem »Satyr«, w którym nibyto jakiś bożek grecki wymawia Polakom, że przestali już być rycerzami, gotowymi krew oddać za ojczyznę, że dbają tylko o pieniądze, gnuśnieją w zbytkach, pozwalają upadać akademii i t. p. Przepowiada im smutne skutki takiej zmiany, stawia na wzór Chrobrego i jego rycerzy.
Obchodziło go wszystko, co się działo w kraju, każdy wypadek cieszył albo smucił:

Wieczna sromota i nienagrodzona
Szkoda, Polaku! — ziemia spustoszona
Podolska leży, a pohaniec sprosny
Nad Niestrem siedząc, dzieli łup żałosny![5]


woła z żalem, kiedy Tatarzyn spustoszył Podole i jasyr wielki zabrał. Każde zdarzenie znajduje natychmiast żywy odgłos w jego sercu: czy książę Albert na Rynku krakowskim hołd składa Zygmuntowi, — czy Stefan Batory zwycięzcą wraca po skończonej wojnie, — czy sąsiad grozi, a my w zaślepieniu nie widzimy niebezpieczeństwa.
Wszystko to znajdujemy w poezjach Kochanowskiego, bo w dziełach wielkich twórców każdego narodu, jak w zwierciadle, odbijają się wypadki, czyny, uczucia i myśli współczesnych ludzi i współczesnych dziejów.
Ich utwory — to też historja.





Przypisy

  1. Sady bogiń Hesperyd, według podań greckich, pełne były złotych jabłek.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Fragment „Pieśni IX“ z Ksiąg Wtórych — „Nie porzucaj nadzieje“.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Fragment „Pieśni XIV“ z Ksiąg Pierwszych — „Patrzaj jako śnieg po górach się bieli“.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Fragment Fraszki III, 37 — „Na dom w Czarnolesie“.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Fragment „Pieśni V“ z Ksiąg Wtórych – „Pieśń o spustoszeniu Podola“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.